jak z bajki dziś był, Kochany Pamiętniczku :) Jak z Disney'a.
Nie oglądnęłam ani jednego odcinka niczego, co należy czarną kredą w kominie zapisać.
Co też uczyniłam.
A wisienką na torcie dnia była długa rozmowa z MamaKlary... Jest tu jeszcze ktoś, kto pamięta Mamę Klary? Mnie wciąż żal, że przestała pisać bloga, bo parę osób z blogowiska i ona łączyła.
Na moim blogu wciąż jest link do tego bloga, niestety, bloga już nie ma.
A Klara wyrosła na prześlicznej urody pannę, chodzi już do drugiej klasy licealnej.
Jak ten czas zapinkala, aż strach się bać.
Lubię te stare blogowe znajomości. Są nie do podrobienia - dzielą nas mile, lata (i choć nas dzieli może tysiące wiosek i mil...), ale z niektórymi ludźmi, z którymi nigdy się nie znaliśmy realnie łączy nas coś.
MamaKlary nasłodziła mi dziś tak, że moje ego wzrosło o jakieś sto procent :)
Może i kiedyś uda nam się pokonać te tysiące wiosek i mil...
A nawet jeśli nie, miło jest wiedzieć, że są gdzieś ludzie, którzy nas lubią.
Jak i ja Ciebie lubię wciąż, MamoKlary.
I zazdroszczę Ci po cichu, że masz taką fajną córkę.
Ale to już było zakończenie dnia, prawda, że urocze :)
A poleniuchowałam sobie dziś do wypęku. Jako że poniedziałek bezrobotny, a w poniedziałek są bonusowe pasjanse, a odkryłam jeszcze bonusowe puzzle, a mówiłam, że Simpsonowie zamykają się na amen po 9 (moich) latach grania?
No cóż, dzieci nie płakały, jeść nie wołały, więc poleżałam sobie.
A że okulista zmienił mi zakraplanie oczu z wieczora na rano, to teraz czekam, aż natura wezwie mnie, potem wracam do wyrka, na leżąco zakraplam gały (nienawidzę tej czynności), muszę minutę (sic! minutę całą) leżeć z zamkniętymi oczami, broniąc woreczka łzowego (masakra)... A potem albo gram dalej, albo wstaję. Zmienił się więc cykl :P
I tym sposobem, pominąwszy rytualne "Aby do piątku" Inżyniera, sprawdzającego, czy matka jeszcze żyje, dowiedziawszy się, że Alienek wreszcie poszedł do szkoły, ułożywszy puzzle, wstałam.
Z lustra patrzyła na mnie jakaś rozczochrana, stara baba... A potem było jeszcze gorzej, gdy otworzyłam balkon, albowiem wdarło się do mieszkania świeże, wiosenne powietrze i tylko zwarzone przez ostatni mróz badyle na balustradzie przeczyły temu obrazkowi. Bo słońce świeciło jak opętane...
I tak powstał chytry plan :)
Wykąpałam się przy szeroko otwartym balkonie, rozkoszując się świeżością powietrza.
Śniadanie zdrowe zjadłam, a jakże, chlebek z awokado i koncentratem pomidorowym, popijając wodą z cytryną i imbirem (ten imbir, wszędzie zalecany, dostępny u nas od niedawna, zawsze się zastanawiam, jak poprzednie pokolenia przeżyły bez imbiru?).
Łeb wysechł, ale starucha w lustrze wciąż straszyła, więc...
Kopnąwszy się w tłustą, kubańską, poszłam, lewa, prawa, selfika sobie strzelając, do fryzjera.
A tam szalały grudnie.
W tym taki jak mój nieodżałowany
taki zostawiłam w firmie, mówiąc, żeby brać i ktoś wziął...
A sama mam tylko różowe i białe...
Głupia ja, ale cóż.
Wepchnęłam się psim swędem do pani, którą wolę i... mam rację, że ją wolę.
Ostrzygła idealnie, zostawiając tam, gdzie łysieję trochę dłuższe włoski, a tnąc bez litości resztę, tak jak lubię. Nie powiedziałam jej, że widzę, ale wiem, że będę polować na nią. Wkurzają mnie tylko te zapisy do fryzjera po pandemii. Nienawidzę umawiania się na godzinę, bo jestem sfelerowana - nie umiem zapełnić sobie reszty dnia, jak się gdzieś umówię.
Wyszłam od fryzjera jak młoda bogini, lżejsza o 50 zł polskich, ale oj tam oj tam, oj tam, że w poniedziałek nie wydaję pieniędzy...
Dziś wydałam i to sporo, ale przecież do grobu ich nie zabiorę, co nie?
A pogoda była cudna, aż żałowałam, że już schowałam sandałki, słońce grzało wiosennie, ja w rozpiętej kurteczce, mijająca jednostki opatulone po czubek nosa szalami...
Grzało wiosennie. Może ostatni raz w tym roku, ale i tak warto żyć :)
Moja rzeczywistość jest jednak inna.
Choć widziałam na oko roczniaka bez czapeczki, aczkolwiek w kombinezonie zimowym - i tak brawa dla mamy :) Że bez czapeczki...
I tak szłam i zanabyłam: kapustkę chrzanową (sorry Winnetou, mnie się nie opłaca kisić, nie mam warunków, spleśnieje, zgnije, szkoda roboty, a 30 dag zjem), ogóreczki kwaszone (sorry Winnetou, już po sezonie na kiszenie, jw.)...
O rzeźnika zahaczyłam, piekarnię, wciąż idąc w stronę słońca, w rytm latynoskich przebojów, tanecznym krokiem)... Do Galerii. I tadam, znalazłam
Kubek Stitcha dla Kalafirokówny. Mówiłam - nic na mikołaja, ale kubek w sumie za grosze (no, nie do końca), a ona jest zakochana w nim :) Alienek, po konsultacjach z jego mamą, dostanie też kubek - z Minecraftem, z Alledrogo (mama kupi, ja płacę), żeby było sprawiedliwie. Marzył o takim, dobrze, że dopytałam, bo chciałam mu kupić kubek gwiazdkowy, bo jednak są widełki wydawania kasy i nie dla LEGO :)
Dotarłam do chaupki tanecznym krokiem, pozbyłam się śmieci leżących od wczoraj na balkonie (do śmietnika - jak kiedyś Inżynier - nie wyjdę w dresie, a wczoraj był dzień dresowym, sponsorowany przez Cesarzową Sisi - jak dużo odnośników do współczesności, to głowa mała, chociaż to TYLKO serial Netflixa).
A kaloryfery zakręcone, okna uchylone i balkon szeroko otwarty.
Naprawdę mam BARDZO ciepłe mieszkanie :)
I szkoda było zmarnować ten potencjał, więc rosołek błyskawicznie zamienił się w
ojacierpiędolę, jaka smaczna ogórkowa wyszła, mam jeszcze na jutro, a może i na pojutrze, a schabowe czekają w lodówce... Te zupy to się rozmnażają przez pączkowanie chyba.
I tak, żal, że nie wpadają do mnie wnuki od Pierworodnego, które swobodnie już jeżdżą po mieście.
Trudno. Dziadki śmietnikowe z okolicy już dawno pouciekały, więc muszę, jako Szkotka wyrzucona ze Szkocji za skąpstwo sama wszystko jeść :) C'est la vie :)
A że było tak ciepło, a okna, hmmm... są czyste...
Ale ostatnie mrozy zwarzyły mi wszystkie badyle na barierze. Ruszyłam więc z sekatorem, poucinałam przemarznięte komarzyce, skrzynki dałam na podłogę. Może odżyją na wiosnę, nie wiem. Poeksperymentuję. badyle na parapecie w loggii przetrwały bez szwanku. Może uda im się zimę przeżyć, a może i nie :) Nie chciałam jak w zeszłym roku patrzyć miesiącami na przemarznięte pędy, a dzisiaj spokojnie ogarnęłam loggię w klapkach i T-shircie :)
I tak za oknem mam
pusto, nic się nie chwieje, jakoś dziwnie, trudno.
W czasie sprzątania okazało się, że bogatemu to i byk się ocieli. Albowiem odkryłam
papryczkę samosiejkę. Rosła sobie spokojnie za komarzycami, które były tak bujne, że ją zasłoniły :)
Zatem mam papryczkę gratis :P
I tak jeszcze dołożywszy światełek do mojej choinki
kontemplując
nowego lokatora, o którym tekst byłej naczelnej warzywek świętej pamięci w tym miesiącu korekciłam (dlatego kupiłam ciemiernika, zobaczymy, czy mi się uda)...
i tę pustkę za oknem...
Zapisuję w kajeciku, że mimo emilków na poczcie (a jakże) z błogosławieństwem naczelnej mam wolne do środy...
Niech jutro będzie równie piękne, jak dziś.
Proszę, życie :)
Ale te sny o zębach wypadających nawet z protezy (ojacierpiędolę), nie mam pojęcia, ile teraz może kosztować zrobienie nowej, mogłobyś sobie darować, co nie? Chociaż moja świętej pamięci teściowa mówiła, że jak się wypadające zęby śnią, to niedobrze. Ale że z protezy? Może to na szczęście?
Kalafiorkówna dostanie ode mnie na urodziny hulajnogę.
Wreszcie wybrała kolor.
Kurwa, chce pinkową...
Pomijając już to, co dzieje się w polityce, po rozmowie z MamaKlary stwierdzam, że lepiej będzie, jak moje pokolenie umrze.
Bo to ono, wciąż liczne, bo jesteśmy boomersami, będzie głosowało na pojebanego alfonsa od wuca.
Pora umierać.
Żeby do reszty nie zepsuć i nie zniszczyć tego pięknego kraju.
Bo i teść Inżyniera też zagłosuje na alfonsa.
Jeśli o mnie chodzi, zawsze wolałam seksić na własny rachunek. Nawet jak mi się to nie opłacało...
Do napisania, Kochany Pamiętniczku :)







































