poniedziałek, 25 listopada 2024

Dzień

 jak z bajki dziś był, Kochany Pamiętniczku :) Jak z Disney'a.

Nie oglądnęłam ani jednego odcinka niczego, co należy czarną kredą w kominie zapisać.

Co też uczyniłam.

A wisienką na torcie dnia była długa rozmowa z MamaKlary... Jest tu jeszcze ktoś, kto pamięta Mamę Klary? Mnie wciąż żal, że przestała pisać bloga, bo parę osób z blogowiska i ona łączyła.

Na moim blogu wciąż jest link do tego bloga, niestety, bloga już nie ma.

A Klara wyrosła na prześlicznej urody pannę, chodzi już do drugiej klasy licealnej.

Jak ten czas zapinkala, aż strach się bać.

Lubię te stare blogowe znajomości. Są nie do podrobienia - dzielą nas mile, lata (i choć nas dzieli może tysiące wiosek i mil...), ale z niektórymi ludźmi, z którymi nigdy się nie znaliśmy realnie łączy nas coś.

MamaKlary nasłodziła mi dziś tak, że moje ego wzrosło o jakieś sto procent :) 

Może i kiedyś uda nam się pokonać te tysiące wiosek i mil...

A nawet jeśli nie, miło jest wiedzieć, że są gdzieś ludzie, którzy nas lubią.

Jak i ja Ciebie lubię wciąż, MamoKlary. 

I zazdroszczę Ci po cichu, że masz taką fajną córkę.

Ale to już było zakończenie dnia, prawda, że urocze :)

A poleniuchowałam sobie dziś do wypęku. Jako że poniedziałek bezrobotny, a w poniedziałek  są bonusowe pasjanse, a odkryłam jeszcze bonusowe puzzle, a mówiłam, że Simpsonowie zamykają się na amen po 9 (moich) latach grania?

No cóż, dzieci nie płakały, jeść nie wołały, więc poleżałam sobie.

A że okulista zmienił mi zakraplanie oczu z wieczora na rano,  to teraz czekam, aż natura wezwie mnie, potem wracam do wyrka, na leżąco zakraplam gały (nienawidzę tej czynności), muszę minutę (sic! minutę całą) leżeć z zamkniętymi oczami, broniąc woreczka łzowego (masakra)... A potem albo gram dalej, albo wstaję. Zmienił się więc cykl :P

I tym sposobem, pominąwszy rytualne "Aby do piątku" Inżyniera, sprawdzającego, czy matka jeszcze żyje, dowiedziawszy się, że Alienek wreszcie poszedł do szkoły, ułożywszy puzzle, wstałam.

Z lustra patrzyła na mnie jakaś rozczochrana, stara baba... A potem było jeszcze gorzej, gdy otworzyłam balkon, albowiem wdarło się do mieszkania świeże, wiosenne powietrze i tylko zwarzone przez ostatni mróz badyle na balustradzie przeczyły temu obrazkowi. Bo słońce świeciło jak opętane...

I tak powstał chytry plan :) 

Wykąpałam się przy szeroko otwartym balkonie, rozkoszując się świeżością powietrza.

Śniadanie zdrowe zjadłam, a jakże, chlebek z awokado i koncentratem pomidorowym, popijając wodą z cytryną i imbirem (ten imbir, wszędzie zalecany, dostępny u nas od niedawna, zawsze się zastanawiam, jak poprzednie pokolenia przeżyły bez imbiru?). 

Łeb wysechł, ale starucha w lustrze wciąż straszyła, więc...

Kopnąwszy się w tłustą, kubańską, poszłam, lewa, prawa, selfika sobie strzelając, do fryzjera.

A tam szalały grudnie.

W tym taki jak mój nieodżałowany


 taki zostawiłam w firmie, mówiąc, żeby brać i ktoś wziął...

A sama mam tylko różowe i białe...

Głupia ja, ale cóż.

Wepchnęłam się psim swędem do pani, którą wolę i... mam rację, że ją wolę.
Ostrzygła idealnie, zostawiając tam, gdzie łysieję trochę dłuższe włoski, a tnąc bez litości resztę, tak jak lubię. Nie powiedziałam jej, że widzę, ale wiem, że będę polować na nią. Wkurzają mnie tylko te zapisy do fryzjera po pandemii. Nienawidzę umawiania się na godzinę, bo jestem sfelerowana - nie umiem zapełnić sobie reszty dnia, jak się gdzieś umówię.

Wyszłam od fryzjera jak młoda bogini, lżejsza o 50 zł polskich, ale oj tam oj tam, oj tam, że w poniedziałek nie wydaję pieniędzy... 

Dziś wydałam i to sporo, ale przecież do grobu ich nie zabiorę, co nie?

A pogoda była cudna, aż żałowałam, że już schowałam sandałki, słońce grzało wiosennie, ja w rozpiętej kurteczce, mijająca jednostki opatulone po czubek nosa szalami...


 Grzało wiosennie. Może ostatni raz w tym roku, ale i tak warto żyć :)

Moja rzeczywistość jest jednak inna.

Choć widziałam na oko roczniaka bez czapeczki, aczkolwiek w kombinezonie zimowym - i tak brawa dla mamy :) Że bez czapeczki...

I tak szłam i zanabyłam: kapustkę chrzanową (sorry Winnetou, mnie się nie opłaca kisić, nie mam warunków, spleśnieje, zgnije, szkoda roboty, a 30 dag zjem), ogóreczki kwaszone (sorry Winnetou, już po sezonie na kiszenie, jw.)...

O rzeźnika zahaczyłam, piekarnię, wciąż idąc w stronę słońca, w rytm latynoskich przebojów, tanecznym krokiem)... Do Galerii. I tadam, znalazłam


Kubek Stitcha dla Kalafirokówny. Mówiłam - nic na mikołaja, ale kubek w sumie za grosze (no, nie do końca), a ona jest zakochana w nim :) Alienek, po konsultacjach z jego mamą, dostanie też kubek - z Minecraftem, z Alledrogo (mama kupi, ja płacę), żeby było sprawiedliwie. Marzył o takim, dobrze, że dopytałam, bo chciałam mu kupić kubek gwiazdkowy, bo jednak są widełki wydawania kasy i nie dla LEGO :) 

Dotarłam do chaupki tanecznym krokiem, pozbyłam się śmieci leżących od wczoraj na balkonie (do śmietnika - jak kiedyś Inżynier - nie wyjdę w dresie, a wczoraj był dzień dresowym, sponsorowany przez Cesarzową Sisi - jak dużo odnośników do współczesności, to głowa mała, chociaż to TYLKO serial Netflixa).

A kaloryfery zakręcone, okna uchylone i balkon szeroko otwarty.

Naprawdę mam BARDZO ciepłe mieszkanie :) 

I szkoda było zmarnować ten potencjał, więc rosołek błyskawicznie zamienił się w


ojacierpiędolę, jaka smaczna ogórkowa wyszła, mam jeszcze na jutro, a może i na pojutrze, a schabowe czekają w lodówce... Te zupy to się rozmnażają przez pączkowanie chyba.

I tak, żal, że nie wpadają do mnie wnuki od Pierworodnego, które swobodnie już jeżdżą po mieście.

Trudno. Dziadki śmietnikowe z okolicy już dawno pouciekały, więc muszę, jako Szkotka wyrzucona ze Szkocji za skąpstwo sama wszystko jeść :) C'est la vie :)

A że było tak ciepło, a okna, hmmm... są czyste... 

Ale ostatnie mrozy zwarzyły mi wszystkie badyle na barierze. Ruszyłam więc z sekatorem, poucinałam przemarznięte komarzyce, skrzynki dałam na podłogę. Może odżyją na wiosnę, nie wiem. Poeksperymentuję.  badyle na parapecie w loggii przetrwały bez szwanku. Może uda im się zimę przeżyć, a może i nie :) Nie chciałam jak w zeszłym roku patrzyć miesiącami na przemarznięte pędy, a dzisiaj spokojnie ogarnęłam loggię w klapkach i T-shircie :)

I tak za oknem mam


 pusto, nic się nie chwieje, jakoś dziwnie, trudno.
W czasie sprzątania okazało się, że bogatemu to i byk się ocieli. Albowiem odkryłam


papryczkę samosiejkę. Rosła sobie spokojnie za komarzycami, które były tak bujne, że ją zasłoniły :)

Zatem mam papryczkę gratis :P

 

I tak jeszcze dołożywszy światełek do mojej choinki


kontemplując 


nowego lokatora, o którym tekst byłej naczelnej warzywek świętej pamięci w tym miesiącu korekciłam (dlatego kupiłam ciemiernika, zobaczymy, czy mi się uda)...


i tę pustkę za oknem...


Zapisuję w kajeciku, że mimo emilków na poczcie (a jakże) z błogosławieństwem naczelnej mam wolne do środy...

Niech jutro będzie równie piękne, jak dziś.

Proszę, życie :)

Ale te sny o zębach wypadających nawet z protezy (ojacierpiędolę), nie mam pojęcia, ile teraz może kosztować zrobienie nowej, mogłobyś sobie darować, co nie? Chociaż moja świętej pamięci teściowa mówiła, że jak się wypadające zęby śnią, to niedobrze. Ale że z protezy? Może to na szczęście?

Kalafiorkówna dostanie ode mnie na urodziny hulajnogę.

Wreszcie wybrała kolor.

Kurwa, chce pinkową...

Pomijając już to, co dzieje się w polityce, po rozmowie z MamaKlary stwierdzam, że lepiej będzie, jak moje pokolenie umrze.

Bo to ono, wciąż liczne, bo jesteśmy boomersami, będzie głosowało na pojebanego alfonsa od wuca.

Pora umierać.

Żeby do reszty nie zepsuć i nie zniszczyć tego pięknego kraju.

Bo i teść Inżyniera też zagłosuje na alfonsa.

Jeśli o mnie chodzi, zawsze wolałam seksić na własny rachunek. Nawet jak mi się to nie opłacało...

Do napisania, Kochany Pamiętniczku :)


piątek, 22 listopada 2024

Tylko

 trzy dni, Kochany Pamiętniczku, a rollercoaster, że ojacierpiędolę. 

Wstałam w nocy i...


Sceny balkonowe odstawiałam, bo Inżynier leciał...
No i spanie poszło się jebać.

A on... dojechał na lotnisko, a jakże i poleciał.

Ale com się nascenowała i nie spała, to moje...

A przed wyjazdem, nakręcona przez Panterę (kocham Cię i tak), że te jarmarki są tak atakowane, że olaboga, nasmrodziłam mu dydaktycznie, że na jarmarki ma nie chodzić.

Ledwo wylądował, to przysłał mi fotkę.

Z jarmarku, a jakże. Że najpierw na jarmark polazł.


Kochające dziecko, co nie? Dopiero później się przyznał, że to jarmark przy wyjściu z lotniska, więc siłą rzeczy nie mógł go ominąć.

Ale co mamusi nerwy podkręcił, to jego :) 

Potem już nie miałam z nim kontaktu, bo i on wpadł w wiry konferencyjne, a i ja miałam sądny dzień

Bo tak, jak moje koleżeństwo poniedziałek i wtorek przebimbało, a i środowy poranek do 10 miało na luzie, tak po 10 rozbiła się lawina emilków. Nie pamiętam, kiedy tak miałam, choć co miesiąc w dzień wysyłania pierwszej składki mam młyn. Tym razem nie nadążałam, a ja przecież szybka dziewczynka jestem. I metodę mam, systematyczną, u mnie nic nie ginie. Ale jak zaczęły się przeplatać emilki z I i II korektą (pierwsza ma pierwszeństwo - odsyłam, a oni sobie to łamią), to jeszcze zaczęły wskakiwać emilki z pytaniami, czy ich emilek nie zginął, bo długo czekają, no i emilki zatroskane, pytające, czy jeszcze żyję. 

Kurwa.

A produkowali się tak, jakby byli na haju wszyscy, jakby się blekotu obżarli. Bo choć Boss twierdzi, że ja to tylko kropki, przecinki, literówki...

Oczywiście. Powinnam więc spokojnie puścić polowanie zbóż, bo przecież literki się zgadzają, co nie? Polowanie zbóż w tym roku brzmi całkiem logicznie, nieprawdaż? Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co autor miał na myśli? Bo autor nie widział błędu, jemu się wszystko zgadzało. Jak w banku. Szwajcarskim. No nie poszło. Gość ma włączony słownik i wklepuje, co mu ślina na język przyniesie, a Word podpowie. 

Nagroda specjalna dla tego, kto zgadnie, o czym myślał autor :)

A drugi, mój ulubieniec, któremu stale śmiercią grożę, a który to lekceważy (do czasu, panie JB, do czasu), nie widział kiksa w adopcji technologii do naszych potrzeb. A pisał o ważnej z punktu widzenia naszej branży konferencji. Był bardzo zdziwiony, że jest różnica między adopcją a adaptacją, wierzyć nie chciał, musiałam linki dosyłać. 

No mogło iść, co nie? Literki się zgadzają, a ja jestem od zamiatania.

Inny geniusz zaś dosłał mi 50 ha zbórz. Jakby jeszcze było u otwarte, byłoby ciekawiej, co nie?

I to z NASZEJ branży słowo. No ale to już moja działka, za to mi płacą.

Kolejny mistrz siał na polu MPK. MPK to jak wiadomo zbiorkom w Koziołkowie. Ale co tam, mogli i na pole wjechać, kto bogatemu zabroni?

Nie mówiąc już o przekręcaniu nazwisk zaproszonych na imprezę roku szyszek. Zagranicznych. To nie wchodzi w zakres moich obowiązków, zresztą skąd ja mam znać nazwiska wszystkich speców od agrotechniki, gleb, nawozów, hodowli świń, bydła i innych chujów mujów? I to w programie imprezy... 

No szukam w internetach, sprawdzam, a redachtóry zaskoczone, że jak to, że źle napisali.

Jedynie naczelna pochyliła się nade mną zatroskana i przepraszała za wariatkowo. Lubię naczelną i to bardzo :)

Dobrze, żem krupnik upichciła, z żurkiem za dużo roboty było, wprawdzie znalazłam tylko kaszę orkiszową, ale i tak pyszny był i życie mi uratował :) 


Na trzy dni starczył i na jutro jeszcze zostało :O Na tych kościach, więc przesmaczny :) 

Gdy zakończyłam pracę o 22 (tak, tak, 12 godzin jak w pysk strzelił), zażyłam pigułę i do wyrka, ale...

Nie spałam. W myślach pisałam emilka do ludzi, bo byłam zła jak cholera. Jak dwie cholery, jak cały las (tekst dzieci, jak były małe).

W czwartek apiać zaczęły lecieć emilki, bo okazało się, że jednak nie dokończyli roboty, więc gdy na poczcie zrobiła się znów kolejka, machnęłam emilka. Zatytułowanego, a jakże, po niemiecku (bo jesteśmy szwabskim klonem) ACHTUNG :) 

Jako że właśnie rozpruł się worek z mailami, uprzejmie proszę Szanownych Państwa o niepytanie, czy ich mail gdzieś zaginął albo czy korektorka jeszcze żyje (to już wyższy stopień troski o mnie).

Uprzejmie informuję, że jestem na posterunku i pracuję jak mały motorek.

Każdy z Państwa otrzyma swą korektę wg kolejności. Wlatują właśnie jeszcze I korekty, więc wola boska i skrzypce. Pozostaję do usług :) 

I... poleciały emilki, że co złego to nie oni, że sorry i takie tam.

Naczelna zaś wzięła się za gościa, który jeszcze nigdy się nie wyrobił (zresztą z jej działu, jest na emeryturze, nie zwolnią go, bo u nas nie zwalniają - tak jakby). I tym pięknym sposobem wczorajszy dzień skończyłam o 18.30.

I zaczęłam męczyć Inżynierową, bo Inżynier mi z horyzontu zniknął. Wyszła z założenia, że jest dorosły i w dużym mieście, to nic, że ciemno... Nawet nie wiedziała, o której ma samolot, za to ja, stara wariatka, palce zdarłam na klawiaturze, zanim znalazłam lot, bo tablica w Monachium jest chujowa.

Ale ona się wcale o niego nie martwiła, zajęta zakupami dla dzieci na Gwiazdkę. 

No jej zakupy kosztowały mnie sporo, ale cóż. Powiedziałam, że kupię to, co dzieci wybiorą. A że podsuwa dzieciom hmmm... kosztowne rzeczy, trudno. Nie zna wartości pieniądza. Życie. Z prezentu dla Alienka jestem zadowolona, bo dostanie mikroskop. Interesuje się juz takimi rzeczami, a ja wolę wydać kasę na to, niż na kolejny zestaw klocków LEGO - mają ich chyba więcej niż ma sama fabryka :)
A ja widzę siebie, siedzącą w kuchni nad mikroskopem (takim prawdziwym, mama uczyła biologii), oglądającą co się dało i nie dało. Moim ulubionym szkiełkiem był preparat: wągier tasiemca w mięsie świni. Byłam zboczona od małego :)

Za to Kalafiorkówna dostanie Stitcha z LEGO, po chuja jej to - nie wiem. No ale to "kultowe" jest. I kultowo kosztuje. Inna bajka, że chce dostać konia, jest zafascynowana końmi, więc niebiosom dziękuję, że nie zażyczyła sobie (mama, nie dziecko) konia :) 

Więc piszę do Inżyniera, gdzie się szlaja (bo ja kochająca matka jestem). Odrzekł, że na lotnisko jedzie, na co była już najwyższa pora, więc odsapnęłam, ale nie na długo. Na lotnisko jedzie się pociągiem. A wiadomo (wiem od Pantery znów), że niemieckie bany to jakieś niedorobione są.

No i po chwili pisze mi, że bana się rozjebała, jedzie na lotnisko taksówką. 40 minut do celu. Nawet nie zapytałam, ile to będzie kosztowało. Zapytałam dziś. 100 euro poszło. Nie drążę, skąd wziął, podróż służbowa, firma zwraca.

Poszłam po dwie tabletki uspokajające, puzzle zaczęłam układać, nie nękałam, bo mógł mu telefon paść.   

Dojechał.

Odprawił się. 

Poprosiłam, żeby napisał, jak dojedzie do chaty (zapowiadali goło leć i zamieć, a do nich droga jak z horroru). Nie obiecał, bo padał na mord. Ale o 1.10 napisał, że dojechał. Z tym, że ja nie widziałam, bo mi nie wyświetliło na MSG, a nie sprawdzałam co kawałek. Mimo piguł nie spałam, cholera mną rzucała, a na dokładkę zapomniałam, że wierzbówka kiprzyca jest moczopędna...

Nad ranem śniło mi się, że zostałam zaproszona na obiad do Elżuni. Siedzieliśmy w jakiejś sieni, czekając na obiad, w długiej kolejce na drewnianej ławie, gdy wtem wszyscy zgromadzeni zaczęli mówić jeden przez drugiego, że spóźnię się do pracy, że mam napisać SMS do pani M., że się spóźnię, bo to nieładnie tak się spóźniać. Oczywiście, jak w każdym moim śnie nie umiałam napisać SMS... Zlana zimnym potem obudziłam się i było dość późno jak na moje plany, ale...
Ogarnęłam się jak za młodych lat.

Błyskawicznie. I kontemplując 







 

poleciałam do Lidla, bo pyry mi się kończyły, a zapowiadają sajgon pogodowy :) 

Z wywieszonym ozorem jeszcze śmieci wyniosłam, rzuciłam się na pocztę i...

Przedpołudnie spędziłam na kontemplowaniu widoków za oknem


ale wpadłam na chytry pomysł i rzutem na taśmę ogarnęłam chałupkę




jednego gnoma już wyciągając z niebytu...

Ruszyło o 15, zdążyłam nawet obiad zjeść, zadowolona, że jednak się zmobilizowałam. Został mi tylko korytarz, bo mój dyżur. Ale że chciałam mieć to na spokojnie, ogarnęłam po pracy, to tylko 20 minut.

Dziś pracowało się miło i spokojnie, wiedziałam, że na włościach OK.

Alienek na antybiotyku dochodzi do siebie.

Skończyłam pracę po 18, był jeszcze emilek z maszynek, z materiałem i pytaniem, czy w niedziele po kościele mogę coś ogarnąć i czy gazetka mnie jeszcze męczy. Nie wnikałam, ale złośliwie odpisałam, że po kościele nie dam rady, bo nie chodzę do kościoła. 

I tak sobie mile pogawędziliśmy, po czym dostałam emilka:

Uff, bo już się bałem, że jeszcze wysyłają…
W takim razie do niedzieli.
 
PS. Jest Pani nieoceniona 😉
 
 
I tak mile zakończyły mi się te trzy szalone dni.

Jako że mam wino, więc noc prześpię.

Jutro ciąg dalszy testowania piguł na spanie - ale chyba na mnie nie działają - ani mnie mniej do słodkiego nie ciągnie, ani spanie się nie poprawiło.

No cóż, pożiwiom, uwidim.

Przede mną kilka spokojnych dni.

Wrócę do pracy w środę. Po tym całym bajzlu z imprezą.

A impreza będzie się odbijała czkawką przez cały grudzień. Po raz 9. znów te teksty silni, zwarci, gotowi, stoimy murem i inne chuje muje.

Jako że mam to w zapowiedziach, potem w tekstach, wszystko czytam w sumie 4 razy - więc jak w tej piosence: ona na pamięć to umie...

Do wyrzygania, ale za to mi płacą.

Tak sobie streściłam trzy szalone dni...

A mogłam leżeć pod palemką, wachlowana przez seksownego Murzyna (pierdolić poprawność polityczną), drinki z tymi palemkami popijać i mieć na wszystko wyjebane...

A nie, wróć. 

Nie ma opcji, za gorąco :)


wtorek, 19 listopada 2024

Jest jak jest

 Kochany Pamiętniczku.

Normalnie, monotonnie i niech tak zostanie.

Inżynier leci jutro do Monachium, a mnie ominął wycug na włościach i patrząc na to, co za oknem i co zapowiadają na najbliższe dni - bardzo się z tego cieszę. Pewno, że dobrze by mi zrobiło polatanie, ale nie przy pracy. Na dokładkę Alienek chory - byli z nim u lekarza w zeszłym tygodniu, bo kaszlał, przekaszlał cały tydzień, a że nie miał gorączki, to nie robili larum. No ale kaszle i kaszle, okazało się, że dopiero dziś po raz kolejny lekarz go przyjął. No i antybiotyk.

Ja rozumiem - nie szastamy antybiotykami, ale dziecko, które przez kilka lat antybiotyku nie miało, mogłoby przy takim kaszlu dostać go od razu. A tak się biedak męczył tydzień, no i kolejny tydzień z głowy.

Alienek jest bezobsługowy, książka i nie ma dziecka, ale ja stara jestem, niedosłyszę i nie wiedziałabym, gdyby coś na dole majstrował. A dzieci mają szalone pomysły. A przy "moich dniach" latanie na dół i z  powrotem - zeszłabym na zakwasy następnego dnia.

Więc nie, a na dokładkę nie rozwiązałabym logistyki - Alienek w domu, a ja tachająca Kalafiorkównę do przedszkola - nie ma opcji. Zaś oni razem w domu - masakra.

Więc dobrze wyszło, że Inżynierowa wzięła wolne, ma samochód, jej dzieci, jej cyrk, ogarnie.

A ja spokojnie zamknę swoje.

A nie, wróć. Na pewno nie spokojnie. Jutro ma jechać do drukarni II składka, a ja nie mam nawet 1/5 gotowej.

Przesunięcie terminu druku raczej nie wchodzi w grę, we wtorek mają Forum i 30-lecie, czyli feta, tego nie przepuszczą.

Koleżanka pisała, że lepiej nie mówić, co jest. A i emilek Bossa to potwierdzał, że jakaś epidemia jest.

Też bym poszła na zwolnienie, o ile się jutro nie zarżnę, ogarniając nieogarnięte.

Ale to będzie dopiero jutro.

A na razie, czekając na pracę od połowy ubiegłego tygodnia, dowiedziawszy się, że jest kolejny sezon Yellowstone, ale... cykany co tydzień po odcinku - nie dla mnie takie rozkosze, zanim będzie następny odcinek, zapomnę, co było w poprzednim, przeprosiłam się z piratem i wciągnęłam 1883. Tu się cała historia zaczyna. Przecudny. A teraz męczę 1932 - też super, Harrison Ford jako kolejny Dutton, stary już jak ja, ale wciąż ciacho, no i moja ulubiona Hellen Mirren - miodzio. Ma nadzieję, że te nieoryginalne napisy będą pasowały do kolejnych odcinków.

Dziś ostatnie teksty dostałam przed 16 i widać, że Boss już nie bossuje, siedziałam do 17 i nic, zajrzałam później i też nic, a teraz mam już w dupie - pracowałam w niedzielę :)

A dziś ranek wstał piękny


tak piękny, że Niechcieja kopnęłam w dupę i robiąc kuchenny rachunek sumienia, poleciałam po zakupy, bo potem może być tylko gorzej - i pracowo, i pogodowo. Tak więc chleb w zamrażalniku (nie mam melodii na pieczenie, a orkiszowy dobry jest). U rzeźnika zrobiłam scenę balkonową, bo ostatnio kobietka (nie lubię jej, jest złośliwa) pokroiła mi tak grubo szynkę, że z trudem ją gryzłam, co też nie omieszkałam podkreślić w sklepie (to jest "mój" rzeźnik, znają mnie tam jak zły szeląg), prosząc o cienkie pokrojenie :) No to pokroili mi tak cienko, że ojacierpiędolę :) 

Od razu przypomniało mi się, jak ojciec, najmłodszy z trzynaściorga dzieci opowiadał, jak w niedzielę jego ojciec z namaszczeniem ostrzył nóż, po czym kroił kiełbasę na takie plasterki, że cytuję: do oka przyłożyłeś i K. było widać (14 km od R.). Dzieci tego plasterka nie zjadały, ssały go i miętoliły w gębusiach... 

Takież plasterki mam, no prawie takie, bo włości przez nie nie widać. Ale smakują jak szynka, nie jak podeszwa, jak poprzednie. Teraz będę się od razu upominała o cienkie pokrojenie szynki :) 

A że kości wędzone zanabyłam i w planach mam żurek, to włoszczyznę na "moim" straganie kupiłam.

Ojecierpiędolę.

Jak sobie przypomnę te nędzne szczątki na tacce z Lidla za 8,99, to nóż mi się w kieszeni otwiera na marketowy badziew i dlatego kocham mój Manhattan. Za 7 zł polskich (łezka w oku - pamiętam jeszcze taką włoszczyznę za 1,50)



To jest włoszczyzna, co nie? Ponieważ jestem sama, to u mnie starczy na dwie porcje, a że wywar z tego starcza mi na kilka dni, to łatwo mi jest się samej wyżywić :) 

Aż czasem z bólem serca wyrzucam - nie lubię mrożonej włoszczyzny, więc nie mrożę, a takiej, jak kiedyś robiłam - utrzeć wszystko i do słoików, zasypać solą nie za bardzo chce mi się robić, ale może jednak? To jest myśl, wpadłam na nią teraz. Za komuny, kiedy o wszystko było trudno tak robiłam. Teściowa załatwiała na wsi towar, a ja tarłam na tarce, zasypywałam solą i do słoików - potem już się zupy nie soliło. Z tym, że ja w rosołku lubię całą włoszczyznę, a nie utartą. Kwadratura koła :) 

W każdym razie włoszczyzna piękna jest :)

No a reszta dni to film - pracka - film - pracka - film - pracka i fajrant.

Poleciałam po pracy do apteki, bo rano nie mieli tego L-tryptofanu, co go Basia zalecała. Ale pani zaproponowała, że zamówi, a że ja słowna jestem, to poleciałam odebrać, bo przestało padać, a jutro ma być śnieg (a Inżynier leci... stop, nie histeryzuj).

Zobaczymy, jak działa, dam znać.

Zatem w aptece dostałam


nie uściśliłam, jakiej firmy, a dostałam tej polecanej przez Basię :) 

No i do Pepco wlazłam, bo chciałam kupić dla Kalafiorkówny kubek ze Stichem, ale nie było. I dobrze, bo kubek koszmarny :) No ale dziecko szaleje, gacie ze Stichem już jej kupiłam i była wniebowzięta :) 

Wywlekałam się z Pepco, i z KiK za włosy (auć), bo zostawiłabym tam kilka stów, bo wszystko gra i buczy (muzyki nie słyszałam, byłam bez aparatów) gwiazdkowo, śmieje się i kręci, czerwieni i podryguje.

Jak krowie na rowie mówiłam sobie po nazwisku (po nazwisku jak po pysku), że to mam, to mam, a tego mi nie potrzeba, że mieszkanie nie prezerwatywa, nie rozciągnie się, więc wróciłam do domu tylko z


taki smutny siedział, nie miałam serca go nie zabrać :) 

I z lampkami, bo jedne się przepaliły - nie mam takich, jak chcę.

I tu surprise


 10 ledów, a instrukcja obsługi jak do bomby atomowej, nieważne, że w kilkunastu językach.

Żenua level hard z taką ekologią, wiem, te lampki też nieekologiczne :) 

 

I taka moja uwaga: nie zamierzam zamykać bloga. Ale życzliwe osoby, zajmujące się moim zdrowiem uprzejmie upraszam o zachowanie swoich diagnoz dla siebie.

Też mam internety.

Też umiem googlać.

Żyję na własnych zasadach i niepotrzebne mi żadne dobre rady.

Nie od dziś wiadomo, że w PL jest najwięcej lekarzy.

To było wiadome już w czasach Stańczyka.

Każde takie "idź się zbadaj" powoduje u mnie drążenie tematu, niepotrzebnie.

Jeżeli rzeczywiście mam tę czerwienicę (a usta mam  od zawsze czerwone, purpurowe, od dziecka, nawet podejrzewano moją mamę, że mnie maluje, a na policzkach mam wciąż dziewicze rumieńce, a może ja jestem taka pospolita wiejska dziewoja, baba jak rzepa?, tak dokładnie wydrążyłam temat) to w końcu na coś trzeba umarnąć :) 

Dożyłam fajnego wieku i nie mam zamiaru zacząć u siebie doszukiwać się chorób - śmiertelnych. Bo czerwienica jest nieuleczalna. Nie zabija od razu, ale nie da się jej leczyć.

Więc mogę sobie oszczędzić latania po lekarzach, laboratoriach, kolejkowania, łapania wirusów i innych paskudztw w przychodniach, co nie?

Nie boję się śmierci, bo wszyscy umrzemy, boję się niedołęstwa i bycia ciężarem dla bliskich.

Jeżeli narzekam tu na takie czy inne dolegliwości, to dlatego że jest to moje miejsce do narzekania.

Nie oczekuję diagnoz i wynajdywania u mnie różnych chorób.

Jak na swoje lata mam się nieźle.

Leczono mnie już i na różę, i na zakrzepowe zapalenie żył (mój piękny, fioletowy brzuszek), a to była po prostu dna, spowodowana żarciem tony szparagów :) 

Tak, lekarze są też niedouczeni, nie pytają, nie wnikają, a teraz to grzebią w kompikach, a ja nie wiem, czy on tam coś zapisuje, pyta wujka Googla, czy pasjansa układa :) 

Nie ma już takich lekarzy, jak mój zwariowany teść,  czy prof. Fibak, który mimo tego, że z trudnością się zginał, uklęknął i obmacał mi kostki. Teraz, po latach pracy w medycynie wiem, dlaczego to zrobił. I dobrze mnie zdiagnozował, bez komputerów, rezonansów i tomografii :) 

Dziś nawet za kasę, nie na NFZ kardiolog (renomowany) nie ma  ciśnieniomierza, którego mankiet obejmowałby moje ramię, a zapewniam, że są osoby o wiele grubsze ode mnie :) 

I także w internetach znalazłam wypowiedź pewnego profesora, który nie zalecał seniorom (kurwa, ja i seniorka? WTF?) łażenia do lekarzy, bo w pewnym wieku u każdego da się coś wykryć.

Że jak się dożyło do sześćdziesiątki we w miarę dobrym zdrowiu, to nie jest źle.

Ano :) Tego się trzymam :) 

Moja mama zmarła na gościec stawowy.

Mnie stawy bolą, odkąd pamięcią sięgam. Czasem mniej, czasem więcej, ale bolą. Młodsi ode mnie znajomi więcej na to narzekają, mają gorsze objawy. Przytulam, nie pouczam. Nie radzę. Każdy ma swój ból.

Moją mamę ojciec zawijał w prześcieradło i okładał ją pokrzywami, pomagało. Z Francji ciocia przemycała w paczkach w kawie indometacynę, lekarstwo tam dostępne bez recepty, u nas nie do zdobycia, jedyne, które uśmierzało jej ból. Po prawie 60 latach pamiętam nazwę leku. Dziś do kupienia u nas bez problemu. Ma multum skutków ubocznych, ale dla mojej mamy była błogosławieństwem.

Na studiach mnie pokręciło, wstać z łóżka nie mogłam.

Po urodzeniu dziecka wykręciło mi dłoń. Szwagier ortopeda zaordynował 6 polopiryn dziennie i ruszać dłonią.

Przeszło.

Dostałam kiedyś skierowanie do reumatologa, ale zapisana na godzinę, gdy dotarłam pod gabinet i okazało się, że nie wiadomo, czy wejdę w tym tygodniu, poszłam w siną dal. I żyję.

Teraz, gdy piszę, bolą mnie stawy palców, ale w sumie każdego dnia bolą mnie inne kosteczki :P 

I żyję. Nie zażywam nic przeciwbólowego, to jest ból, z którym się zaprzyjaźniłam,jak go nie będzie, to zacznę się szczypać, niepewna, czy jeszcze żyję. Mam w domu apap, ale to tylko dlatego, ze zalecany był po szczepieniu na koronawirusa, za niedługo się przeterminuje i znów będę go odnosiła do apteki :)

Więc proszę - czytajcie, nie diagnozujcie. Nie wymieniam tu wszystkich moich dolegliwości, bo jest ich cała masa.

Jak szumy uszne, które zabijam właśnie słuchaniem muzyki przez słuchawki, a które ponoć się leczy (nieskutecznie, ale leczy).

Doceniam troskę o to, bym żyła jak najdłużej i jak najdłużej was wszystkich zanudzała, ale wszelkim diagnozom mówię BASTA.

I zamknę bloga, tym razem na amen, jak ktoś będzie mnie: pouczał jak żyć, leczył, diagnozował i reanimował bez mojej zgody.

AMENT :P 

 



 


piątek, 15 listopada 2024

No nie

 Kochany Pamiętniczku. Jebło, może nie mocno, ale jebło tydzień sruuuu, przeleciał jak błyskawica.

Przez ten długi weekend zdrowo pokićkały mi się dni. We wtorek czułam się tak, jakby był poniedziałek, no i potem nic nie było tak jak trzeba :) 

A w poniedziałek pomaszerowałam lewa prawa do Faworu, choć nie dało się iść w stronę słońca, tylko niebo było takie, jakiego bali się Gallowie, że spadnie im na łeb. Ale rogale zacne zanabyłam dwa, płacąc za nie mniej więcej 16 zł za sztukę, więc jak dla mnie OK :) 


A potem, jak widać na obrazku poszłam dalej w stronę słońca i... kwiaciarnia była otwarta na moją zgubę, zatem zanabyłam dwa widoczne na obrazku hiacynty. Pani jeszcze zapytała, czy je opakować pięknie, ale nie chciałam, bo osłonek do takich cudów mam od groma.

A jeszcze między Faworem a kwiaciarnią przeżyłam mrożącą w żyłach krew przygodę...

Mianowicie w Alei Żula zachciało mi się sfocić te zgołodupczone już drzewa. 


 

 

No to sobie sfociłam, a muzyczka grała, a ja szłam i szłam, gdy wtem nagle między moje nogi wskoczył pies. Taki mały, czarny, na smyczy... A odskakując przed chcącym mnie  ujeść kundlem, zobaczyłam żula w czewronej kurteczce, który machał mi pazurem przed oczami i wrzeszczał, że mam go nie filmować. I chuj... Aktor ze spalonego teatru się znalazł. Teraz w kompie widzę, że piwsko żłopał i pewno myślał, że chcę go gdzieś zakablować... A ja, ślepa wrona, robiąc fotkę stwierdziłam, że ta czerwona plama się fajnie komponuje w tle :) Byłam wstrząśnięta, nie zmieszana, spojrzałam na żula z pogardą i powiedziałam, że ma spadać, bo zadzwonię po policję, że mnie psem atakuje, a fotki pokażę glinom. To się zmył. 

Kurwa. Jednak byłam znerwowana, napisałam do Inżyniera, a ten odpisuje, że ludziom czasem odbija. Żeby mnie psem nie szczuł, nawet bym tego zdjęcia nie wgrała na kompa i nie zobaczyła, że się piwskiem raczy. 

No i poszłam dalej, mój dawny kościół sfociłam

bo mogłam, ale patrzyłam czy żul się gdzieś nie kręci. Amant, paparazzich się boi :) 

No a potem dzień miło mi minął, na siedzeniu w domu, rogala jednego zjadłam, z Inżynierem pogawędziłam, pochwaliłam, bo flagę na włościach zamontował - ja nie mogę, bo mam siatkę i nie mam jej jak wywiesić, Tacy jesteśmy wciągałam, marsze śledziłam i tak dobrnęłam do wtorku.

Pracowo było jak było, Boss był aktywny jak Krakatau, a dziś (piątek) okazało się, że materiał, który miał jechać ostatecznie dziś do drukarni, pojedzie w poniedziałek, bo on się nie wyrobi.

A ja, spojrzawszy w harmonogram, zauważyłam, że dochodzi mi jeszcze jeden ekstras po zamknięciu ukochanej gazetki i tym pięknym sposobem na pół etatu popracuję w tym miesiącu na cały, nie wiem tylko, jaka będzie pensja, bo moja nawet do najniższej krajowej nie dociąga, bo nowa naczelna nie odpisała, no cóż, zalatana jest, understand... A i niewiele może, a atmosfera jest napięta jak cięciwa łuku Winnetou...

Business is business, sorry Winnetou...

No nic.

A potem nagle oszalał do reszty grudzień 


a i ten różowy na  łeb dostał


... kolejny biały w tle też ma naćpane, a ten w małym pokoju, który NIGDY nie chciał kwitnąć ma pąki i... też ma nasrane...

Ale anginka wzięła i nagle zdechła, podlewana, chuchana, dbana, rosnąca jak na drożdżach wzięła i budzę się rano, a ona zdechła. Może dlatego, że odkręciłam kaloryfer, niewiele, ale jednak, bo za nieodkręcanie grozi kara (i chuj), w mieszkaniu zrobiło się nagle gorąco - 24 stopnie, wilgotność 34%... Poodcinałam, co się dało, wyniosłam kikut do kuchni (ta rozrośnięta się tam za Chiny Ludowe nie mieściła), czekam - odżyje, nie odżyje? W kuchni bardziej wilgotno jest, więcej pary :| I chłodniej, mimo wszystko.

Na całe szczęście nie wydałam już posadzonej anginki


ładnie rośnie, te szczepki we wodzie są jakieś nietenteges...

A kaloryfery zakręciłam - pomogło jak umarłemu kadzidło - wciąż mam 24 stopnie, tyle że wilgotność 43 stopnie, bo pranie się suszy :| I sprzątając dziś (dzień gospodarczy) spociłam się jak siwa mysza...

Nosz, coś jest nie tak. I to bardzo... Z tym gorącem w domu, of course. A może ja za gorąca kobitka jestem, nie wiem :) 

A trzynastego (w środę, znaczy się, nie w piątek), trochę wody w Warcie upłynęło, zanim zorientowałam się, że...

45 lat temu stałam w tym dniu o 13 na ślubnym kobiercu (zorientowałam się po 14)...

Znów się naprzykrzam Inżynierowi, ale dziecię mi tylko <głaszcze> zafundowało... Cieszą się, że są na tym świecie (jakbym była z innym, nie byłoby ich, taka prawda), ale... No cóż. To nie This is us - nie ma kultu ojca. C'est la vie.
A dla mnie to już tylko prehistoria, choć czasem ból dupę ściska, że nigdy nie celebrowaliśmy tej daty i nigdy nie dostałam z tej okazji złamanego badylka.

W sumie to czarną kredą w kominie zapisałam daty, kiedy dostałam badylki...

Częściej dostawałam pracowo, niż rodzinnie.

Taki niedoceniony ze mnie model, a co?

No i jebło. Bo trzynastego. Drukarka się zacięła, ni cholery nie chciała drukować. Że mam tylną ściankę otworzyć. Otworzyłam i ni chujenki...

Piszę do helpdesku. Przyjedzie. Więc kwitnę do 17, a powinnam być do 13... Po 17 piszę SMS, nie odpisuje. Po 18 pisze, że miał spotkania, będzie jutro po 11... No i w  chuj mój czas poszedł się jebać. A PDF dosyłał Boss, którego kurwica bierze, jak nie ma wydruku, tylko korektę na PDF. Bo jej nie widzi.

Innym jest to obojętne. Sama wolę wydruk, bo widzę całość i wyłapię to, czego nie widzę na kawałkach na monitorze.

Mniejsza z większym.

W czwartek czekam na helpdesk, ale cisza. Piszę SMS ( prywatny telefon mam, płacę za to, ale chuj z tym). Będzie, jak skończy spotkanie.

Przyjechał, wyciągnął


otwierałam z tyłu nie tę część, co trzeba, ale nie znam się, a to służbowy sprzęt. Próbowałam znaleźć na YT, jak I., który nie znał sprzętu, ale toner mi zmienił... Nie wyszło. Jestem technicznym debilem, nie ukrywam tego :)

W home office najbardziej wkurwia mnie nieszanowanie czasu. Mojego. Gdybym ja miała spotkanie, uprzedziłabym czekającego, że ma nie czekać.

Dla mnie pilnowanie dzwonka to jednak problem.

Tylko ja jestem boomerem, więc jestem dokładna, szanująca innych i płacę za to swoimi nerwami.

W sumie mogłam nie pilnować dzwonka, nie czekać, nie otwierać jak coś i powiedzieć w razie W, że miałam sraczkę i co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?

A i tak dokładnie nie pokazał, jak to wyciągał, był u mnie dwie minuty, jeszcze telefon wykonał i już go nie było.

Gdybym miała normalne dziecko (wiem, to obowiązek helpdesku ogarnięcie tego, ale moje nerwy), wpadłby wieczorem i zrobił to. Ale  nie mam. I nie mówię tu o Inżynierze, który jechałby w sumie 70 km, żeby to ogarnąć, bo jakbym poprosiła, dojechałby. 

Mówię o Pierworodnym. Mieszka 4 przystanki autobusem ode mnie. 15 minut zajmuje mu dojazd. Spłuczkę wciąż zakręcam i odkręcam, nie naprawił. Dwa długie weekendy nikt nie znalazł drogi do mnie, no trudno, nikt się nie odezwał, nie zapytał o nic.

A ja się zacięłam, bo ile można rękę wyciągać?

I nagle synowa fotkę Papryczka mi śle. Tak ni z gruszki, ni z pietruszki. Bez słowa. A wiem, że czasem takie fotki są wysyłane z listy. Więc czekam. Dalej ni słowa. Więc nawet nie lajkuję, bo w sumie jeszcze trochę i nie poznam wnuków na ulicy, ani one mnie nie poznają.

Takie tam wielkie więzy rodzinne i rodzina. Nie ma to jak This is us...

A ja nie potrzebuję prezentów za miliony monet. Mówiłam setki razy, że potrzebuję, żeby ktoś wlazł na drabinę i ogarnął klosz w kuchni. Pokryty nagarem. Mam zawroty głowy i boję się, że pierdalnie mnie prąd. A za uprawnienia SEP (dla niezorientowanych: Stowarzyszenia Elektryków Polskich), pozwalające na pracę z prądem zapłaciłam dziecku z własnej kieszeni. Dwa razy, bo to się co jakiś czas odnawia, to nie jest dożywotnie.

Klosz w pokoju zaś pokryty jest kurzem - niby wystarczy miotełka, ale... Jest delikatny, kołysze się, coś tam jest chyba niedokręcone.

W sumie i do I. mam tu wąty, powiedział, że jak wpadnie next time z Łobuzami, zobaczy...

Nie mówię już o loggii, proszącej się o wyniesienie śmieci, których nie udźwignę.

I o komórce, czekającej na nich - bo są tam ich rupiecie, a nie kazali wyrzucać, bo po matce mają może przydasię...

I widzę oczami duszy moją teściową, która nie miała żadnych oporów w dyrygowaniu czasem swoich dzieci. Jej słowo było święte.

Ja to bardziej jak Rebecca jestem - mówię, żyj swoim życiem. I zastanawiam się, czy tak jak ona mam alzheimera? Bo dziś aż musiałam googlać Richarda Chamberlaine'a - nie pamiętam nazwisk aktorów (nigdy zresztą nie pamiętałam, a teraz to już masakra - oglądam coś, wiem, że mordę znam, ale skąd - mogiła, nie ma nazwiska, nie ma tytułu filmu - tytułów nie pamiętałam zresztą od zawsze, zapominałam tytuł na drugi dzień, no poza Czterema pancernymi, Klossem i Plebanią oraz Ranczem :) A u Rebeki zaczęło się właśnie od niepamiętania wyrazów, też czasem tak mam, muszę szukać synonimu w słowniku, kiedyś tego nie miałam. 

Resztę ogarniam, błędy i kiksy widzę, ale słowa mi czasem uciekają.

Rozmawiałam o tym z Inżynierem (ma pamięć gorszą niż ja, to wiem od dawna), a ten mi mówi, że nie pamięta, co wczoraj jadł na śniadanie i mam się nie martwić.

No ja wiem, że wczoraj jadłam jajecznicę a la szakszuka (no nie do końca), ale łapię się też na tym, że wiele rzeczy z dzieciństwa dzieci po prostu nie pamiętam.

I nie, nie będzie się mną opiekował w razie W do usranej śmierci. To nie film made by USA.

Dziś reklamuję u I., że nic nie mówi, że kupi mi podręczne krematorium na urodziny, które sobie życzę, a ten odpisuje mi: Moja Mama zwykła mi mówić "jak sobie narysujesz" 🙂 Serio? Nie pamiętam, że tak do nich mówiłam, ale gość upiera się, że tak...

No dobra, z leksza przesadzam, to po prostu może być SKS :)

A wracając do Pierworodnego.

Nagrzałam się znów, bo...

W czerwcu posłałam mu kasę na całoroczny abonament Disney+. Jak co roku w Chałupach.

Zapytałam ile, z lekka mną "wszcząsło", że jego promocyjny abonament tak wzrósł, ale że mogę szastać kasą, bo mogę, a chciałam, żeby cała familia miała ten streaming, więc odliczywszy z bólem dupy, ile wina za to mogę kupić, posłałam mu kasę.

A od kilku dni wyskakuje mi zmiana abonamentu w grudniu.

Ki chuj, jak mam opłacony do czerwca?

No i dziś podrążyłam i wydało się.

Nie opłacił abonamentu za rok, po prostu podał kwotę na wyrost. Płaci miesięcznie. Ulało mi się u Inżyniera i dokopaliśmy się, że zmienił abonament na Premium, o wiele droższe, bo niech to chuj - lepsza rozdzielczość. Pytam I. czy to ma znaczenie dla niego, ale zarechotał. Mnie tam w kompie i na zabawkach nic nie robi różnicy. Ale ja nie mam nasrane we łbie i z jednym smartfonem przyjaźnię się latami, nie gubię go, nie kładę na kaloryferze, nie daję dzieciom do zabawy, nie musi u mnie śpiewać, tańczyć, recytować, dawać dupy i gotować.

Mało wymagająca jestem, jak widać.

Chociaż mam iPhone'a i to za gotówkę, a jakże :)

Kurwa.

Gość bez własnej chaty, z perspektywą kupna mieszkania na ostatni dzwonek, bo mu lata lecą i żaden bank mu nie da kredytu, bierze abonament premium na streamingu, bo lepsza rozdzielczość?

Zna się na tym, głupi nie jest.

Ale I., kupując nowy odbiornik TV kupił o niebo tańszy, bo... ta rozdzielczość to tylko chwyt marketingowy.
Tak samo, doradzając mi, bo jestem lajkonikiem, kupił wszystko tańsze i nie kazał przepłacać za sieć, bo wie, że te wszystkie parametry o niebo droższe są nie do wychwycenia przez moje oko... A kosztują jak za zboże.

Więc OK, morda w kubeł, nic nie mówię, czekam, aż mi się Disney odetnie. Wtedy też nic nie powiem, morda w kubeł. Wykupię najtańszą opcję dla siebie i dla Inżyniera. Dołożę, oczywiście, do interesu, ale mniejsza z większym.

I znów kłamał.

A nie jestem jak Rebecca, nie wybaczam, nie rozumiem czasem.

W zasadzie nie rozumiem jednego - kłamstw.

Kłamie zawsze, gdy wie, że źle robi.

I nie zdaje sobie sprawy z tego, że każde kłamstwo zawsze wychodzi na jaw.

Chociaż tłumaczyłam to wiele razy jak krowie na rowie.

Amen.

A moje ciśnienie skacze - od 170/70 do 110/50.

Na samą myśl o pójściu do lekarza skacze jeszcze bardziej, a co :) 


A dziś do Lidla przed pracą poleciałam, bo najbliżej i inne takie tam.
Włoszczyznę kupiłam.

Za całe 8,99.

Na targu włoszczyzna i to przystojniejsza (o ile można tak rzec o włoszczyźnie) kosztuje góra 7 zł.

Zastanawiam się, czy te 1,99 różnicy to ta plastikowa metka?

Przypięta do włoszczyzny (3 wątłe marchewki, dwie pietruszki sieroty, 1/4 nędznego selera i środkowa część - nie ta biała - pora) podnosi jej cenę? Pakowane w Jankowicach, tam gdzie I. szukał dla mnie chaty. Kto na tych 1,99 zarabia jak za zboże?

Oczywiście, mogłam iść jutro na Manhattan (i pójdę), ale chciałam dziś ogarnąć wszystko, łącznie z rosołkiem (i ogarnęłam), żeby jutro nic nie musieć, a wszystko móc.

Jak postanowiłam, tak uczyniłam.

Co jeszcze jutro wymyślę?

Nie wiem.

Nie sypiam ostatnio mimo piguł,  a już było cudnie, ale...

Jest Bobrza Pełnia Księżyca. Więc wszystko jasne.

A ze mnie niezła psychopatka jest.

Jakby ktoś pytał.

Co widać, co słychać i czuć :P 
A biedny Alienek kaszlał od niedzieli, ale go gady przetrzymały do wczoraj, zanim zabrali go do lekarza.

Mam o to na pieńku z Inżynierem.

U mnie już by było pogotowie i prywatnie internista.

Jak bardzo jestem pokręcona w skali od 1 do 10?

Kto to wie?


sobota, 9 listopada 2024

Nie warto

 zamartwiać się na zapas, Kochany Pamiętniczku. Co ma być, będzie, co ma jebnąć jebnie (jak ta szczotka dziś w nocy, która jebła za moimi plecami, gdym szła do kibelka, jebnąć miała prawo, ale li i jedynie w lewo i paść na pralkę, a jebła po moim wejściu do kibelka na wprost, niezgodnie z zasadami fizyki i padła w przedpokoju, dobrze, że słyszałam, jak pada, ma się tę resztkę słuchu) :) 

Spokojnie wczoraj zamknęłam ekstras, jestem pod wrażeniem i zaszokowana. Bo jak rolnicy strajkowali, to hejt się lał, że te maszyny za miliony monet, że takie wypasione. A ja tu dokładnie analizowałam Rolnictwo 4.0 i to, co ono ze sobą niesie. I okazuje się, że teraz kupić zwykły traktor czy inną maszynę to niedługo będzie jak wygrać los na loterii, bo teraz wszystko jest połączone z komputerkami, satelitami, geotagami, nawet poczciwy deszczomierz jest już bardzo skomplikowaną stacją pogodową. Wiem, że to jeszcze nie jest na kieszeń przeciętnego rolnika ani hodowcy, że to pieśń przyszłości, ale przecież sama jeszcze pamiętam traktory na żelaznych obręczach, jadące po kocich łbach, żniwa sierpem i kosą. Sama zbierałam pyry za kopaczką...

Rolnik siał zboże z płachty, a teraz siewniki, które obliczają dokładną liczbę ziaren potrzebną na dany areał, liczbę granul nawozu, a roboty w nocy śmigają po polach i wyrywają chwasty, odróżniając je od roślin w podczerwieni.

To jeszcze nie są powszechne cuda wianki, ale i w oborach, i w chlewniach pracują stacje, które same sporządzają dawki pokarmowe i dozują je dokładnie wszystkim grupom hodowlanym. Zwierzęta coraz częściej są chipowane, chip zapisuje wszystkie ich zachowania, a hodowca nie wchodzi w ogóle do chlewu czy obory, bo widzi wszystko, co się dzieje w smartfonie.

I taka jest przyszłość rolnictwa, które ma wyżywić cały świat, a jest nas coraz więcej i coraz więcej żywności potrzeba i chuje-muje zielonych, że ekosreko - można o kant dupy potłuc. Nie ma od tego ucieczki, bo nie ma też chętnych do ciężkiej pracy na roli.

Że to jeszcze pieśń przyszłości? Ale jest to już bliżej, niż dalej.

I tak sobie dziś popatrzyłam na moją poczciwą Candy.

Pierwszy automat był kupiony za pożyczkę dla młodych małżeństw. Nie pamiętam, ile kosztował, ale jaka to była ulga po praniu pieluch w zwykłej pralce, zwłaszcza zimą, gdy nieodwirowane zamarzały na strychu. Kupiliśmy go w 1981 roku. A pralkę zwykłą dostałam od ciotki męża, bo chcieli wyrzucić, a ja... prałam pieluchy w rękach, gotowałam je na jednopalnikowej maszynce elektrycznej. Klepaliśmy biedę, ona to lubiła :) 

Polar. Służyła długo, nie psuła się. Przy Inżynierze pieluchy to już było małe miki. A ja wtedy jeszcze pościel miałam białą, bawełnianą, krochmaliłam, nosiłam do magla. Obrusy też :)
Jednak mimo gotowania nie było z niej śnieżnobiałe pranie...
Ale brat dostał w spadku (ojacierpiędolę, wielki spadek) po ojcu (bo zaznaczył, że pralka ma być dla niego, bo ja mam automat) pralkę wirnikową, nie, nie Franię, Światowit. Miała timer. I wyprane w niej rzeczy były o niebo czystsze niż w automacie. Stało u mnie, bo brat mieszkał na pokoju i nie miał jej gdzie wstawić. Dokupiłam wirówkę i uwielbiałam w niej prać :)
Padła potem, wstawiłam do komórki, ale... sąsiadowi przeszkadzała, mieliśmy wspólną komórkę, zrobił donos do spółdzielni i wywalili mi ją. Do dziś jej nie mogę odżałować. Wirówkę też mi załatwił, postawił na wieczku coś ciężkiego i je złamał. A wirówki używałam do delikatnych swetrów, bo chociaż teoretycznie automat miał program do wełny, to wolałam wełnę prać ręcznie.

Polar padł, bo miałam na stanie chłopa. Chłopcy słuchali matki, sikali na siedząco (to dobre dla prostaty), ale Eks nie, bo to niemęskie i tym sposobem jedna ścianka pralki przerdzewiała, bo nie nadążałam z czyszczeniem. Kupiłam nowy automat. W międzyczasie zmarła Ciocia i od niej przywiozłam Candy. Dziś obliczyłam, że ten cukiereczek ma co najmniej 35 lat już. Stała jakieś 10 lat u mnie (Ciocia zmarła 19 lat temu), a przedtem jej używała też kilka lat, jaka to była radocha, jak ją sobie kupiła. Stała, bo mój drugi Polar prał. Aż padł. A że naprawa już miała być droga, bo i pralka stara, tom ją wywaliła i wstawiłam Candy. I tak ta moja Candy pierze u mnie już od lat, czasem miewa humorki - nie odwiruje dokładnie, ale mam na nią sposób. I tak do niej czule przemawiam, bo ją kocham i lubię. Nie, żebym nie miała na nową pralkę w razie W (odpukać), ale przerażają mnie nowoczesne pralki. Śpiewa taka, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje, pranie wiesza i składa i chuj wi jak to uruchomić, coś bzyka, piszczy, świeci, leci...

I pada.

A mnie w tej chwili wystarcza to pranie pościeli i ręczników na 60 stopni, jak chcę, mogę prać na 90, ale nie widzę sensu, bo mam pościel z kory, biała bawełniana leży i żółknie (nie wiem, jak się jej pozbyć). Leżą i żółkną też obrusy sprzed wojny (a co, mam takie, haftowane i nie, z adamaszku i inne cuda - ale nie mam już stołów do nakrywania, więc też nie wiem, po co to trzymam). Wełny już od dawna nie noszę, bo mi za gorąco, a Candy ma program do takiego prania. Ma też program szybkiego prania - w sam raz do dywaników i innych akcesoriów.

Więc na co mi świecąca jak dyskoteka pralka, która jak się zepsuje, to nie warto jej naprawiać? Inżynier taką ma, rozmawiałam z nim i mówi, że praktycznie też korzystają z takiego prania jak ja mam w mojej Candy, a wszystko inne to tylko nabijanie ceny.

I tak przeszłam w tych rozmyślaniach od Rolnictwa 4.0 do mojej kochanej pralki.

Zwykłej już nie kupię, nie na moje siły napuszczanie wody, spuszczanie, płukanie we wannie.

Ale dlaczego opłaca się produkować tylko drogi, świecący i błyskający ledami sprzęt, a nie opłaca się produkować prostych rzeczy?

Tak samo z kuchenkami. Ja mam gaz i ostatnim rzutem na taśmę kupiłam kuchenkę gazową. Z piekarnikiem gazowy. Wszystkie mają teraz piekarniki elektryczne, rożna,. timery, cuda wianki. 

A ja mam gaz na ryczałt, 12 zł miesięcznie (nie mam licznika), więc nie opłaca mi się mieć innej kuchenki. Wciąż nie mogę odżałować mojej pierwszej Ewy, brązowej, wystanej przez Eksa w kolejce dwutygodniowej  (cudnie piekła), razem z pralką, ale wymieniłam ją ze względów bezpieczeństwa (zużyła się jednak, bidula) na Mastercooka. Mastercook od razu zaczął strajkować, piekarnik poszedł szybko się jebać, zapalenie go to był los na loterii, więc gdy likwidując książeczkę mieszkaniową jako alibi do jej likwidacji musiałam mieć kupienie kuchenki, bez wahania kupiłam nową. Indesit. Jest OK, ale... jest srebrna i widać na niej każdą kropelkę i każdą rysę i mnie cholera bierze. Odpuściłam już jej czyszczenie do błysku, bo nie ma opcji. Jest czysta, ale nie umywa się do emaliowanej. Tak samo nienawidzę srebrnych zlewów. Mam emaliowany. Zaleję ACE i jest bieluteńki :P 

Moja szafa z rodzinnego domu, niewiele młodsza ode mnie, trzyma się dzielnie, choć kluczyków do zamka nie ma. Ale reszta gra gitara.

A nowa, dziesięcioletnia z BWR rozsypuje się powoli, plecki idą się jebać, półki spadają i tylko czekam, aż weźmie i jebnie. 
A taka była ładna, choć nie hamerykańska :P 

Więc nie wszystko złoto, co się świeci.

I tak też sobie pogadałam dziś z Inżynierem.

Bo wlecieli po tej kundlowej wystawie, dzieci głodne jak cholera, więc do kompa i zamawiamy... A widzę, że zamawia w Da Grasso, więc mówię: a może się tam przejdziemy, to rzut beretem jest? Będzie szybciej niż z dostawą. No to poszliśmy.


Jesień piękna jest, co nie?


Pizze nam bardzo smakowały, a ja mogłam napić się piwka w towarzystwie. W domu już nie piję, jak kiedyś, bo to żadna przyjemność pić do lusterka :) 

A że Łobuzy wypatrzyły, że na piętrze jest sala zabaw, tom je tam zaprosiła.

Oko mi zbielało przy płaceniu za wstęp (puścili mnie w skarpetkach dosłownie), stówa za 4 osoby to był dla mnie szok, ale cóż, przeżyłam, a dzięki temu miałam dwie fajne godziny z Inżynierem tête-à-tête, bo Inżynierowa poszła na zakupy w Galerii i do Aldiego, bo odkąd wróciła z UK wybierała się tam, a nie miała nigdy okazji. No i dobrze, ona odetchnęła od Łobuzów, a ja miałam syna dla siebie :) Hałas był niesamowity, mogliśmy jednak siedzieć bez limitu czasu (normalnie płacilibyśmy 100 za godzinę), bo mają tam taki ruch, że nad nim nie panują w weekendy. Ponieważ za Łobuzami już nie trzeba ganiać, było OK. Z jednej strony żal, że jednak krótko miałam ich dla siebie, ale... te chwile z dzieckiem też są mi potrzebne, bo jest wiele spraw do omówienia, o których nie chcę mu pisać na MSG, bo jego plan dnia jest ojapierdolę. Takie czasy. Więc nie zawracam mu głowy rzeczami, które mogę przetrawić sama, bo po co?

A nie mam nikogo w sumie do takich pogawędek i czasem wiele duszę w sobie, a to mi nie służy. No nic.

Byliśmy wszyscy zadowoleni, a najbardziej Kalafiorkówna, która wróciła do domu, dzierżąc dumnie ponad 30 deko pasztetu borowikowego, który dla niej kupiłam, bo ostatnio żaliła się, że za mało pasztetu kupiłam... Tym razem stwierdziła, że to jest odpowiednia porcja i była w siódmym niebie :)

I upiekł mi się jednak wycug na włościach. Inżynier jedzie na 2 dni w delegację do DE i prosili, żebym odstawiała Łobuzy. Teraz to już nie jest takie proste, bo jedno trzeba do szkoły, drugie do przedszkola. A ja spieszona, trasa na godzinę szybkiego marszu, a ja szybka już nie jestem, a i Łobuzy nie, no i one wożone. Okazało się, że logistycznie dam radę je odstawić, ale odebrać już nie. Bo u mnie są "te dni". I nie ma opcji, że się wyrwę na 1,5 godziny w czasie pracy (doliczyć czas na ubieranie się Łobuzów), a operacja byłaby w newralgicznych "tych dniach". Więc Inżynierowa wzięła dwa dni urlopu, bo jej nie pasowało też odbieranie Łobuzów z jej pracą. Trudno dla nich. Dla mnie dobrze, bo spokojnie będę pracowała, to już nie na moje siły takie maratony. No i zakwasów nie będę miała, latając po schodach z biura do kuchni... Jak ostatnio. A i obiadów tam nie ogarniam, bo nie ogarniam indukcji. 

Życie.

Zapytałam, dlaczego nie poprosili dziadka. Ma samochód, jest mobilny. Co za problem te dwa dni przyjechać rano, odjechać wieczorem?

Inżynier powiedział, że to zbyt skomplikowane. Nie drążyłam, nie mój cyrk, nie moje pchły.

Ja musiałabym tam pojechać już w niedzielę i siedzieć do soboty, bo tak trzeba byłoby przewieźć moje narzędzia pracy, podłączyć je do ustrojstw - cała operacja logistyczna. A dziadek by tylko dwa dni w samochód wskoczył, za benzynę by mu oddali.

No nic. Z jednej strony - żal, z drugiej - jaka ulga, bo w pracy jednak teraz jest jak jest.

A w domu w tym roku króluje biel, chociaż i różowić się zaczyna :) 

Biało, bieluteńko...

Amarylisy cebulki na razie puszczają liście, ale daję im jeszcze szansę, do Gwiazdki mamy czas, może będą z nich jeszcze porządne badylki :) 

A na razie prezentują się grudnie...


 I trojaczki, jeszcze parę kwiatów im przybędzie. To jest dobrze wydane 19,90 :) 


Dojeżdżam do końca 4. sezonu This is us. 

Pogoda nieciekawa, więc mnie nigdzie nie ciągnie, tylko w poniedziałek polecę do Faworu po rogale.

I tak warto żyć.