piątek, 24 kwietnia 2015

Na końcu

schodów nie ma przyjaciół, nie ma już wrogów...
Że tak hip-hopem zarzucę, a kto mi zabroni?
Dziękuję za słowa pod ostatnim postem, który... ostatnim postem nie jest, jak widać, za wszystkie opinie, że jestem przydasię.
Ano, może.
Kij w oko tym, którzy zasłużyli, bo w dupę by jeszcze przyjemność mieli.
Słodka jestem, jak zawsze, a kto mi zabroni??
Choć życie nie przyjdzie już do mnie z laurką, to wracam na swoje podwórko...
Bo... nudno jakoś do szuflady marudzić, co nie, Kochany Pamiętniczku.
I nawet mi do głowy nie przyszło, że można było ostatni wpis potraktować jako Prima Aprilis.
Od lat się w takie numerki nie bawię, no ale...
Diamonds are forever. True story :)
Zatem w telegraficznym skrócie, za to ci, którym brakowało zdjęć już nigdy o zdjęcia nie poproszą :)
Pogoda przedwielkanocna była cudna, zatem

włóczyłam się namiętnie, podglądając











Nawet padalec mi się trafił.


 I taka piękna żaba :)
A potem tradycyjnie przyszła zima...

Wielkanoc minęła spokojnie, na trzeźwo, jak w jakimś pieprzonym śnie AA.
Bo do rozgoryczenia dołożyć alkohol, to mogiła by była.
W pierwsze święto Inżynier wywalił mnie godzinę wcześniej, bo się biedakowi ckniło, jako że samotnie święta spędzał, Dziewczyna była w pracy.
Podzieliliśmy się zatem jajeczkiem, a że pogoda była pod zdechłym Azorkiem, ułożyłam wygodnie tłustą dupę koło baranka

i pożerałam

oczywiście kulturalnie, z talerzyka, widelczykiem, ąę bułkę przez bibułkę.

W drugi dzień Wielkanocy Inżynier wieczorkiem znienacka zadzwonił i dostałam opierdol, że w piżamie łażę. No co, wykąpałam się, a zimno było tak, że psa grzech wyrzucić, więc co :)
Pierworodny ograniczył się do jednego zdania na Gmailu, Synowa nie rzekła nic. Nawet jak wróciła do UK nie napisała pro forma, że wnuki dziekują za prezenty, bo doszły.
Kij im w oko. Im, nie wnukom, bo co dzieci winne, że mają głupich rodziców. I nie tak syna chowałam, ale widać w tym przypadku nauka poszła w las. Trudno... Będę musiała z tym żyć.
Powrót do pracy to była jazda bez trzymanki, ale kto da radę, jak nie ja?
I tak dojechaliśmy do lądowania Orła, który tym razem wylądował w Gdańsku. Pierwszy raz w życiu nie miotała mną złość, że jak to. Dorosłam. Ma swoje życie, no i w Gdańsku jest Ania, najmilsza dziewczyna pod słońcem. Lata całe miałam nadzieję, że... Ale to mission impossible, więc trudno :)
Olałam zatem, że jest nad morzem, a nie w wiosce.
Ugotowałam gar rosołu i poszłam na imprezkę w dniu jego przyjazdu do domu .
I miałam na wszystko wyjebane.
Prawidłowo.
Wylądował, to i dojedzie...
A imprezka była ojapierdolę. Będę odtąd stałym gościem imprezek, no bo :)








 Batman i Joker, a jakże...
 Senator rzymski...
 I czerwony krawat też był...
 Szacunek i podziw...





 Blondynka ;) Nie mogła się rozstać z telefonem, i nie, nie słuchała muzyki, słuchawki miała na szyi ;) A forka niżej gość sobie sweet focie robił (ten na drugim panie)... Ojapierdolę :D
 Ta Maleńka biegła z zawodnikami, starając się dotrzymać im kroku :)
 Rude mignęło i tyle ją widzieli :D

 Końcówka, ale i tak szacunek :)







 No i doczekałam wreszcie  Inżyniera na memłonie... Ostro się wziął, opierdolił, bo okazało się, że kompiczka tak zapchałam, że zdjęcia z imprezki już się nie dały zgrać. W ramach pokuty musiałam wysłuchać wykładu na temat działania kompika, aczkolwiek i mimochodem pochwalił, mówiąc, że dumny jest z matki, która lepiej się zna na kompiku, jak ludzie u niego kilka lat pracujący.
Spuchłam z dumy.
Kupił mi nowy dysk, podłączył ten co w szafie gnił (ten umiałam sama podłączyć, ale go oszczędzałam ;) ), reinstalkę fachowo wykonał, że nie powiem, co przeżyłam szukając Windows 7, bo to wielka trauma była. Ale znalazłam, nic w tym domu nie ginie, Miśki oczywiście schowały, choć się Skubańce do dziś nie przyznają...
Ogarnął, jak chciałam, na 99%. Został jeden, albo ogarnę sama, albo i nie... :)
Wpadła Dziewczyna Inżyniera. Spytałam, jak mieszkanie po remoncie, bo stare jej się nie podobało. Rzekła sucho: może być, lepiej, ujdzie.
Kij jej w oko, bo w dupę to by przyjemność miała...
Nic na to nie poradzę.
Wleciał na moment Kierownik Budowy z Dziewczyną i... mamy zaproszenia na ślub i na wesele, na piśmie.
Inżynier zaś już w piątek pojechał do Kołobrzegu na następny ślub, wrócił w niedzielę późnym wieczorem, w poniedziałek rano wyleciał i tyle go widzieli.
Do czerwca, bo będzie ślub Kierownika.
A potem będę tydzień niańczyć koty.
Potem wleci w sierpniu na ślub do K. I już obiecał ogarnąć Umarlaki, bo pojadą wcześniej do hotelu. Zatem letnią wyprawę do K. mam z głowy. I litery mi odnowi. Coś mu się łezka zakręciła, jak o Umarlakach gadaliśmy. Mięczak, psiakostka... Ale oj tam, oj tam, ma wybaczone, te łezki w oku to po Starej Jędzy ma, nie da się ukryć, że sentymentalna dupa z niej...
Bywa.
I systematycznie chodzilam do pracki, 8 km co dzień.
Chapeau bas...
I Zmorka się martwiła, bo w wiosce bimby się zderzyły. Na mojej trasie. No ale ja spieszona, więc nic mi się nie stanęło. Dzięki, Zmorko, za troskę.
I zamknęłam znów na kluczek kolejny numerek, a działo się, że ojapierdolę. Ale nie chcę nawet o tym myśleć, bo po co?? :) Jest cudnie, zamknięte i spokój do 4 maja.
Inżyniera nieco zgwałcilam, bo opierał się, że się nie da, bo beton. Jaki beton, jak styropian i tynk i nawet się nie opieram, ale mam


Fajnie wieczorkiem sobie piwko wypić na balkonie do serialu :D
A jak się zrobi cieplej, to i śniadanko się tam wszama.
A dziś zaszalałam i

 tralalala :)
 Lawenda przezimowała w akwariumie i... :) Będą z niej chyba kwiaty...
 ... w puszce od lizaków, co ją Pierworodny z kariery w Beverly Hills przywlókł posadziłam trochę badyli i miotłę Małej Wiedźmy. Może wreszcie urośnie... :) Żyworódka rośnie bez opamiętania, coś muszę z tym fantem zrobić, ale nie wiem co...

Winobluszcz żyje, vivat :)
Sikora jest w ciąży i dziś się dowiedziała, że Bąbel to chłopak.
Super :D
Cieszę się Ich szczęściem, bo jest czym
Sóweczka rośnie i jest coraz mądrzejsza. Nic dziwnego, skoro ma taką babcię, jak Stara Jędza. Że przyszywaną?? Oj tam, oj tam, drobiazg. To jakoś zygzakiem idzie.

Przykre, że Bliscy mają na mnie wyjebane, ale widocznie zasłużyłam.
Nie wszyscy, wiem. Na Inżyniera i Sikorę nie dam złego słowa powiedzieć. Są wierni. Co dzień rano muszę się meldować, że dycham, bo jak nie, to mi tu ABW albo inny SWAT naślą :D

No nic.
Jak nie ma po co żyć, żyje się na złość. Co nie?
I tak się mobilizuję, żeby jutro wybyć do Kórnika, bo magnolie kwitną.
Sądzę, że nie dotrzymają do majowego weekendu, kiedy to są tam Dni Magnolii.
Obaczymy.
Zakupy i sprzątanie odfajkowane, więc maybe?? :)
I tak, Kochany Pamiętniczku, znów wylazła ze mnie Stara Erotomanka Gawędziarka.
Tfuj :>


środa, 1 kwietnia 2015

I tak dobiegliśmy

do końca przygody, Kochany Pamiętniczku :)

Zakończymy z podskokiem i z przytupem, jak poprzedni blog, bo cóż...

Życie.

Po raz kolejny przekonałam się, że słowa nie są warte więcej od pieniędzy, choć powinny, że znaczą co innego, choć nie powinny.

Nie wiem, co zrobiłam źle, ale nie ma tych samych gwiazd, niestety.

Stara i głupia, a na dokładkę naiwna jak dziecko :)

Bywa.

Zatem żegnam się z Państwem, i z Tobą, Kochany Pamiętniczku, stosując nową, życiową zasadę (na to nigdy nie jest za późno): nie pisz credo na parkanie...

Wszystkim wpadającym życzę zaś wesołych, rodzinnych, beztroskich świąt.

Baranku wielkanocny

Baranku wielkanocny coś wybiegł z rozpaczy
z paskudnego kąta
z tego co po ludzku się nie udało
prawda że trzeba stać się bezradnym
by nielogiczne się stało
Baranku wielkanocny coś wybiegł czysty
z popiołu
prawda że trzeba dostać pałą
by wierzyć znowu.

Mądre te słowa, bo pisał je mądry człowiek.

Mam nadzieję, że na tym etapie już zmądrzeję. Na amen :D








Żegnam Was, już wiem, nie załatwię wszystkich pilnych spraw, idę sam właśnie tam...


Nic już nie ma.

niedziela, 29 marca 2015

Nie było

najgorzej, choć przewiało mnie po nereczkach, co omal nie zakończyło się katastrofą, ale przydały się łazęgi po mieście... Zdążyłam do kibelka :) Faceci mają pod tym względem full wypas.
Umarlaki ogarnięte, ale albo starsi byli na balandze, albo coś im nie pasowało, bo z lekka mnie przekropili, co też nie pomogło na niesiusianie. No cóż, fizjologia wygrywa, taki life. W każdym razie kropli płynu nie spożyłam od 10 do 17 i czułam się już niehalo, ale co to, ja nie poradzę sobie??

Kurcgalopkiem wpadłam do knajpy, gdzie takie cuda



Oczywiście schaboszczaka wszamałam, nie omieszkawszy fotki obiadku Inżynierowi posłać, żeby żałował (i żałował), a cena naprawdę śmieszna, w wiosce tyle za pyry w knajpie zapłacę, jak nie więcej.
I kurcgalopkiem znów na dworzec, kontemplując po drodze

magnolie raz...



... magnolie przy mojej wymarzonej kamienicy, jak babcie w kapcie, jak wreszcie w totka wygram, bo zarobić to już w życiu nie zarobię, kupię tę kamienicę, nieważne, że się wali, i nie umrę, póki jej nie wyremontuję.

 I wiśnie japońskie lada dzień też wybuchną...
A tak nawiasem mówiąc, Ciocia do końca życia nie wybaczyła mi, że po studiach nie wróciłam do K. Zbudowano tam, vis a vis Cioci mieszkania nową bibliotekę powiatową, i jako że byłam jedyną osobą z wyższym wykształceniem kierunkowym w całym powiecie, jeszcze na ostatnim roku studiów zaproponowano mi stołek dyrektorski... Ale nie chciałam wracać, więc odmówiłam. Nie wiem, dobrze, czy źle, życie me potoczyło się po prostu inaczej...


A na dworcu tym razem nie było ani śladu autobusu, ani jednego człowieka poza mną, tabliczki pozrywane, w ogóle wyglądało jak opuszczone miasteczko na Dzikim Zachodzie, to samo powiedział Inżynier oglądając fotki i mówił, że brakowało tylko tych zaschniętych kłębków, co w każdym westernie latają po takim pustkowiu.
Gdy na horyzoncie zamajaczył człowiek, zapytałam, czy to jeszcze jest dworzec? Okazało się, że tak, ale że kursów już coraz mniej.
Ojapierdolę.

Po raz kolejny i mam nadzieję, że nie ostatni ogarnęłam Umarlaków, a tej bezśnieżnej zimy nasypało im piachu po kokardkę i po kucyki, więc niech się, cholery cieszą, że na święta mają ładnie i nie będą wyglądali jak wrzód na dupie. Ale zdziwiona byłam, bo bardzo mało grobów było sprzątniętych, a i ludzi niewielu. Zdziwiona tym bardziej, że to miał być jeden możliwy dzień przed świętami, wg prognoz, i faktycznie, u mnie dziś w rozpaczliwą kratkę jest.
Kuruję zatem w cieple nereczki i katarek, jest już lepiej.
Miśki na moją cześć odtańczyły po powrocie taniec radości, aż miło było popatrzyć.
A dziś tradycyjna pogawędka z Inżynierem, kotecki się lansowały, aż miło, kable gryzły, Inżynierowi po klawiaturze latały i takie tam :D
 Jeden cwańszy od drugiego, ale już się dogadały...

I tak, Kochany Pamiętniczku, czas leci i zbliżamy się do końca. Pracki, of course, jeszcze jutro muszę gnać w tym wypiździejewie, ale potem będę leżała. I nawet pachniała nie będę.

A tak do dyskusji z poprzednich not. Są ludzie i parapety. Sikorę bym wpuściła z Sówką, to jeszcze by mi kurze pościerała i obiad zrobiła, jakbym do pracy poszła, a jakbym nadgodziny miała, to i pranie by zrobiła. Bo też ąę bułkę przez bibułkę, jak były, to osikanego pampersa w pachnącą torebeczkę foliową zwinęła, żeby mi czasem w śmieciach nie śmierdziało. A Synowa pampersa z kupa kładzie na stole i on sobie leży i pachnie. A co? Od jej dzieci to wróbelki odnoszą (moja Mama tak mówiła, jak czegoś po sobie nie sprzątnęłam: a co ty myślisz, dziecko, że po tobie to wróbelki odniosą?) - ptasie radio mi się zrobiło :)