wtorek, 9 stycznia 2018

Pożegnania

stygnie gest, Kochany Pamiętniczku, i nie jestem pewien sam, jak to jest...
Zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...

Więc zapisać, póki jeszcze pamiętam.
W tym roku w sumie prawie nic nie widziałam nowego, ale :)
Czasem miło wrócić do miejsc, które zapadły w serce.
I tak...
Pojechaliśmy z chłopakami na piwo, ale Angole jak to Angole, nie chcieli nas ugościć w lokalnej knajpie, więc zlądowaliśmy w oberży koło Lidla, gdzie napiliśmy się piwska, a Postman wciągnął deser, że ojapierdolę.
Ja bym taki tydzień jadła :)


Z Baranem zaś skoczyłam do Olney, gdzie chciał kupić wieszak, ale wieszaka nie było, za to my mieliśmy fajne tete-a-tete, w sensie, że nagadaliśmy się, jak zawsze...

 Olney to drogie miasto, ceny nieruchomości, starych domów sięgają tu niekiedy ponad pół miliona funtów. A i w sklepach nie ma rzeczy tanich raczej, choć w charity shop widziałam przecudną maszynę do szycia za grosze, ale cóż z tego, skoro nie mogę jej wywieźć, a moje gniją w garażu u Kierownika Budowy? Ale ta była na korbkę...
 I miśki na wystawach, bracia Patryczka.

Jeden z tych miśków kosztował 300 funtów :P


 Przed klubem dla dżentelmenów takie tam "zapierdalanko". Ale nawet u takich grzybów nie mam szans,. kudy mi tam to angielskich sirów i lordów, zresztą jak mam się z takim dogadać? :)

I bratki, bratki widziałam wszędzie... I to nie był sen :) 
 A to ekspozycja w sklepie - ni to antykwariat, ni rękodzieło, a fotel Churchilla na pierwszym planie kosztował, bagatela, coś ponad 600 funtów. A i robienie zdjęć nie za mile widziane. Zachwyciły mnie tam podstawki do trzymania książek i szafki w kształcie średniowiecznych woluminów. Biedna moja dusza bibliotekarki i moja nieodżałowana praca magisterska. Life is brutal.

 I tu zawsze moment wzruszenia. Maki. Jak oni pamiętają o tych, którzy walczyli za kraj.
 Te wieńce z maków i zawsze mi się łza w oku kręci.
 Wisteria. Kocham to...







  I hortensja... Tak, nasza poczciwa hortensja.
I tunel czasoprzestrzenny :)

A potem jeszcze wywlekli mnie na osiedle nocą. Zboczuchy, co nie?

 Piździło, jak za cara na Skieletczyźnie nie przymierzając, nawet bałwanek legł. z honorem legł :)

 A mój ukochany lelonek, który leżał w dzień na ziemi i mówił, patrząc na mnie zdziwiony: Dorota? To ty? (interpretacja Barana, przyprawiała nas o ataki śmiechu) oświetlony już tak nie pytał, ale wciąż był zdziwiony :)





 I moje okno. W tym roku skromne, ale wiedziałam, że jestem w domu :)


Sylwestra świętowaliśmy na spokojnie, nawet tańców było mniej niż zazwyczaj, bo wiadomo, u mnie SKS rozwija się nieubłaganie.
A potem w nocy złapał mnie skurcz, ten bolesny i budziłam radochę, kuśtykając.
Kolejny dowód starości to atak korzonków.
Ale ogarnęłam to jakoś. Anielka pomagała, przytulona do plecków, a Ciapek pilnował przodu. Poradziliśmy sobie, a jak :D
Wróciłam na memłon, znaczy się do domu i...
Wkurwiona na maksa.
Za ceny, za podwyżki, za kolejny syf w pracy, za którą tak tęskniłam (no, może nie za pracą, ale za kaską, taka interesowna ze mnie cipa).
Dziś zamknęłam pierwszy dodatek w tym roku.
Reszta wolnym walcem, wyrwałam ekstrasa, w myśl zasady babci: co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj :)
Przynajmniej się tak bardzo nie nudziłam, a ekstras i książka i tak wylądują na moim biurku.
I kij w oko technice, bo mogłam mieć jeszcze parę dni urlopu, nieważne, tu czy w UK, ale wróciłam, żeby im zrobić i co?
Kurwa, robili dziś, na kolanie.
I po co ja się wściekam?
Doszedł list z pełnomocnictwem od Pierworodnego dziś, a już podejrzewaliśmy, że nie wysłał. Odszczekuję. Od Inżyniera doszedł dwa dni po wysłaniu, jeszcze przed moim powrotem. Jednak Pierworodny ma pecha. Nie da się ukryć.

 Rok jak co rok, może bardziej pracowity, bo już od stycznia jazda bez trzymanki, ale może to dobrze?

Navigare necesse est...
Vivere non est necesse.

sobota, 6 stycznia 2018

Znajdę Cię

niezmienioną, tę samą, Kochany Pamiętniczku.
Jak dobrze wrócić do domu, choć wioska powitała mnie zapierając dech w piersiach.
Smogiem.
Na lotnisku czekał Kierownik Budowy. Do domu zawiózł.
Luksusowa ze mnie kobieta.
Bo przedtem Baran na lotnisko zawiózł, puszczając dawno zapomniane piosenki, bo domagałam się melodii z Titanica, bo tę zawsze grał odwożąc ludzi na lotnisko.
Titanica nie było, ale była Markowa piosenka :)
I dobrze, bo ona się nigdy nie zestarzeje.
A w domu feeria kwiatów, ten mały amarylis wyrósł na cudo, a i storczyki przetrwały.
A ja.
Znów rozdarta między R., gdzie mi jak w raju, a dom.
Mój dom.
Samolot spóźniony, a jakże.
Ale udało mi się wejść i zejść po wszystkich schodach, bez tamowania ruchu.
Albowiem zaatakowały mnie niedawno korzonki, że ojapierdolę.
Jak nie sraczka, to urok czy inny przemarsz wojsk radzieckich w połączeniu z chińskimi :)
Ale...
Jestem w domu.
Dowiozłam wszystko nówka nieśmigana, w tym moją skromną osobę.
Ciapek od razu dogadał się z Miśkami, które tym razem wiernie pilnowały kwiatów i o dziwo, nic nie zmajstrowały.
Wrócę tam, bo obiecałam, że wrócę.
Bo dobrze mi tam, dbają o mnie, rozpieszczają.
Ale.
My home is my castle.
Mój fotel z oparciem dla steranych życiem pleców.
Baran ma swoją miejscówkę, mam i ja.
I luksus - jest 22.27, a ja mam wyrąbane, czy ktoś słyszy moje piosenki.
Jak co roku w Chałupach...
Nie żeby komuś one przeszkadzały, ale dla mnie świadomość, że mimo zamkniętych w kuchni drzwi Baran słyszy moją playlistę, choć ona mu absolutnie nie przeszkadza, jest wkurwiająca.
Lubimy te same piosenki (przeważnie), ale...
Pachniałaś miętą albo bzem :)

Resztę napiszę ku pamięci, jak ogarnę te kuwetę.
Bo na razie po raz kolejny nie trafiam w klawisze.
Ale za to kompik błyskawica.
Nie to, co netbuczek.
Psiakrew :)
Film otwierał sie tam czasami 15 minut z dysku.

Goście z nowych kalendarzy prężą klaty, jest 21 stopni, kwiatki kwitną, światełka mrugają, Miski garną się kupką do mnie, zazdrosne o Ciapka, a Anielka czeka na wygrzewanie obolałej lewej strony...

Nie liczę godzin i lat...
To życie mija, nie ja...




czwartek, 28 grudnia 2017

Dni

pędzą jak szalone, Kochany Pamiętniczku.
Wigilia spokojna, aczkolwiek po wypełnieniu starego śląskiego obyczaju poleźliśmy jeszcze do Lidla, a wiał mocny wiatr :)
Ale wszystko skończyło się dobrze, a fotki będą hurtem, jak zgram,  bo nerwów na to nie mam.
Pokolędowaliśmy, powitaliśmy Maleńkiego, potańczyliśmy, ze stroboskopem, a jakże, i tak, jak marzyłam, zatańczyłam Znajdę Cię... Prezenty dostałam wypasione, nie ma co z nimi dyskutować, bo to uparte chłopaki są.
W pierwsze święto wleciał Inżynier z kompanią na obiad i porwał mnie...
Najmilszy był SMS od Barana: Dorota go home :)
No ale rodzina też ma swoje prawa.
Alienek słodki jest i wbrew temu, co insynuują jego rodziciele nie jest małym terrorystą i rozbójnikiem, ale wprost przeciwnie, jest wielkim terrorystą, ale odkryłam Skarpetkowego Potwora i dogadujemy się jak czekista z czekistą. Najfajniejsza część dnia to kąpiel. Jako jedyny z moich wnuków uwielbia się kąpać, a Inżynier odstawia przy tym cały cyrk, z kapitanem Pluskwą, pacynkami, boki zrywać i można na to godzinami patrzeć.
W drugie święto pojechaliśmy do Pierworodnych, ale jako że warunki lokalowe mają jakie mają, wizyta była krótka, ale treściwa.
W sumie, pomijając moje zastrzeżenia, jako wrednej teściowej, o których rozpisywać się nie będę, bo pisałabym księgę grubszą od Pana Tadeusza i po co, skoro pewnych faktów zmienić nie mogę, było bardzo miło, rodzinnie i dobrze. U Inżyniera też ciasno, czułam się jak w sklepie z zabawkami, ale i tak zostałam na jego prośbę dzień dłużej i to był dobry dzień.


Co nie zmienia faktu, że tęskniłam za R.


Alienka nie było widać spod kociej sierści i nie dziwię się, że dziecko może być rozdrażnione, gdy
ma w buzi koci włos. Bo ja miałam, tylko potrafię sobie z tym poradzić, a dziecko nie. Trudno. Nie czułam się komfortowo w zasierścionym i zażwirkowanym mieszkaniu. Potrafię zrozumieć brak idealnego porządku przy dziecku, reszty nie.
Ale miałam nie podnosić sobie ciśnienia, więc cicho sza.


To jest mój życiowy dorobek. Bogata jestem, nie ukrywam. Ale i biedna jednocześnie ;)




Alienek dostał pierwsze w życiu pomarańczko, ponoć słodkie, nie próbowałam, i nie został jego fanem, jak widać :)



Za to wierzchem na ojcu to inna bajka :)
Inżynier w środę pracował w domu, a ja z Edkiem co rusz gapiliśmy się w okno: on nie mógł nadążyć z obracaniem łebka za płatkami śniegu, a waliło nieźle.


 Na szczęście było na plusie i po południu Inżynier odwiózł mnie bez przeszkód, nie licząc małego korka do R., gdzie czekali na mnie stęsknieni, z reklamacją, że zupa była za słona, tzn. że bigos był za ostry :P Trudno :)
Ale i tak czekali z łapówką :) 

Przeziębiona, gdyż chyba na czwartą nogę nie piliśmy i to się zemściło, ale szczęśliwa z odzyskanej wolności, spokoju, że nie muszę skradać się do łazienki, bojąc się kichnąć, bo obudzę dziecko albo po ciemku nadepnę na kota, który wiernie za mną dreptał, pobyczyłam się w łóżeczku, spełniłam, com zrobić miała i teraz uzupełniam zaległości w pamiętniczku.
Inżynier emilka napisał do kancelarii i błyskawicznie dostał odpowiedź. Fuck you.
A to ja płacę rachunki...


niedziela, 24 grudnia 2017

Pudełko

trzeba było przeglądnąć, Kochany Pamiętniczku.
Zatem bladym świtem zerwaliśmy się z łóż swych i wio Pudełkiem do N.
A potem tak wyszło, jak wyszło i...
No co ja za to mogę, że nam się wszystko kojarzy?



Kawkę w Costa wypiliśmy, czekając na telefon, ale że telefonu nie było, wróciliśmy do dealera i... Znów nam się wszystko kojarzyło. 
Baran przymierzał się do kupna nowego rumaka





Ale nie mogliśmy dojść do porozumienia co do koloru i gratisu




Wobec tego w najlepszej zgodzie wróciliśmy do domu Pudełkiem, które przeszło przegląd. Po drodze zakupy i w polskim sklepie dostaliśmy pierogi z Jawo, w tym, o Santa Madonna z kaszą gryczaną, co  zachwyciło Inżyniera. 
W domu Baran wpadł w trans i okno w kuchni umył tak, że dziś rano, gdy umyłam okulary, byłam pewna, że kiedy wyciągnę rękę, to przejdzie na wylot :)




Alienek kochany, wiedząc, że zawsze w UK poluję na selera, zaopiekował się jednym :) Jutro gada dorwę. Alienka, nie selera :)

 Synowa filmik dostała, jak Alienek z Edkiem broi, ale nie chce go wrzucić, bo boi się, że ktoś pomyśli, że wiąże kota. Ja jej na to, że prędzej by mniezwiązała, jak kota, a ona: no coś w tym jest :) Też ją kocham, a co?

Potem chłopcy sernik piekli, a ja odkrywałam nowy serial Dom z papieru. Wciąga, jak chodzenie po bagnach.
I wieczorna lampka wina.
A dziś rano tradycyjnie, po śląsku, zalaliśmy roboka, słońce wyszło i...
Znów jest nowy, niezapisany dzień.


Serdeczne życzenia dla wszystkich, Stałych Bywalców i Przelotnych Wędrowców. Niech w naszej Ojczyźnie poukłada się dobrze, żebyśmy mieli gdzie żyć i nie musieli szukać nowych gniazd. 

Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.

Obecności drugiego człowieka. Dobrego człowieka. 



piątek, 22 grudnia 2017

Wiem

Kochany Pamiętniczku, że nawet jak okien się nie umyje, to i tak Jezus się narodzi, ale...
Tak długo trułam dupę biednemu Baranowi, że z bólem serca i ze łzami w oczach pozwolił mi umyć wyjście na ogród. Przymiarkę do tego uczyniłam, wydawało się ok.
Baran do pracy pojechał i tadam... wiedziałam, że nie sięgam, ale wydawało mi się, że urosłam :) Miałam rację, wydawało mi się. Z wewnątrz nie ma problemu, jak skoczę, do sufitu dosięgnę (nie skaczę, stropy tu słabe), w domu u mnie nawet z drabinki nie sięgam.
Ale potrzeba matką wynalazków i w szklarni znalazłam stołek rattanowy i o dziwo...
Udało mi się nie połamać ani kości, ani stołka, a dzika żądza mycia okien przed świętami została zaspokojona i teraz mogę spocząć na bobkowym liściu :)








I tak życie spokojnie płynie, od bigosiku, do żurku, barszczyku, filmików, piosenek, kawy z 



 I od razu Kuba wyspa jak wulkan gorąca...



Kiszonych kalafiorków



Wieczorowej pory


Czekania na powrót Chłopaków z pracy, na te chwile razem.
Trochę się pozmieniało, bo Inżynier chce mnie na dzień dłużej zabrać. Ale że Baran już w drugie święto idzie do pracy, to trudno, zostanę, Alienka wymiziam i sierściuchy moresu naumiem.
Potem wrócę do R. I już się stąd nie ruszam ;)



wtorek, 19 grudnia 2017

Wkurwiona

jestem na maksa, Kochany Pamiętniczku.
Jako że warzywka upierały się, że li i jedynie ja, tom uległa, wlokąc netbooka.
Jak zwykle wszystko na ostatnią minutę, ale wczoraj to już przegięli, a dziś dobili.
Kasa nie jest warta mojego czasu, bo i przez cały miesiąc co i rusz o dziwnych porach coś mam.
Wczoraj zerwałam się rankiem, a przecież mam urlop, bo oni musieli iść do drukarni.
I od 9 do 14 prawie czekałam, bo nic nie było, potem jak tsunami, do 21 pracowałam, a temu co słał jeszcze się chciało żartować.
A dziś od rana czekam, no i jest prawie 15 tutejszego czasu, czyli 16 w PL i nic.
I tak mi kurwa dzień popłynął, tyle że bigos zrobiłam ale też jestem uwiązana jak pies przy budzie. I to nie to, że dużo roboty, ale czas, za który w sumie nikt nie płaci. Napisałam emilka z pytaniem ile jeszcze i cisza...
Ale pocieszam się, że od jutra mam na wszystko wyjebane i nie skorekcę nic, nawet jak dojdzie do nowego numeru.
A poza tym cicho i dobrze. Ciapek grzecznie ze mną sypia.
I nie wiem, jak to jest, ale tu przesypiam całą noc, bez wstawania w środku. Cuda jakieś :)
Biedny Baran zasuwa na popołudnie, więc za wiele się nie nagadamy, ale co tam :)
Jest spokojnie i od jutra będę wolna jak ten ptaszek polny.
A słuchy mnie doszły, że w ojczyźnie mróz i zima zła.
A tu...

Cyklameny spokojnie przed domem rosną ;)

A ja na obiad skomponowałam


... klopsiki z kaszy jaglanej ze szpinakiem, dynią, kalafiorem. Tu jeszcze nówki nieśmigane. Baranowi smakują, o :)