w dupę, tę tłustą, kubańską, po raz kolejny, Kochany Pamiętniczku, kopnęła mnie, a jakże, ukochana praca.
Za tyranie w pocie czoła, za ochy i achy, za kochaną i niezastąpioną, złotą i co tam się jeszcze zesrało, dostałam dokładnie co do grosza i ani feniga więcej.
Więc, posyłając do cenzury, do Inżyniera, of course, żeby nie było, że matka taka nieogarnięta i chamowata, emilka do pani M., która biła się w piersi, jako wice, co mam na piśmie, że oczywiście, matczyna pierś o mnie nie zapomni.
Jasno napisałam: skoro łamie ktoś z zewnątrz, to i korekcić będzie ktoś z zewnątrz. Moje moce przerobowe nie mają znaczenia. Norma wyrobiona - za darmo pracują tylko niewolnicy.
I gówno mnie obchodzi, że ktoś z zewnątrz nie będzie pracował w weekendy, po godzinach, bo ktoś nie zautoryzował, zesrał się bądź miał pod górkę i pod wiatr.
Zwolnią mnie? Trudno. Schudnę, jedząc bułkę z mlekiem jak kiedyś, choć tego nie cierpię, a i z alkoholizmu się wyleczę.
Że wnuki nie dostaną prezentów?
Trudno, będą miały ubogie dzieciństwo.
Też miałam i wyrosłam na człowieka.
Wiem, gorycz przeze mnie przemawia, jestem bogata, budzę się we własnym wyrze (jeszcze!), mam łazienkę do swojej dyspozycji, kawę, chleb i ketchup do chleba z majonezem, jak mnie fantazja najdzie, jeszcze mogę pochrzanić wszystko.
Więc: świnie ciągnę, bo dostanę za ta dodatkową kasę, choćbym się zesrać miała, choć już teraz widzę, że zaśpiewałam za mało, ale niech będzie moja krzywda.
Inne kwestie pomijam milczeniem, bo takiego nakręcania się nawet ja nie zniosę.
Rząd.
Rząd na Netflixie polecam, wciągam, jak kreskę kokainy (no kurde, chyba tak smakuje kreska kokainy, mam nadzieję :) ). Niby Dania, ale wszystko wskazuje na mój pojebany kraj. Pewno polityka jest wszędzie tak samo pojebana. i na podstawie diagnoz i objawów: mam nerwicę (zgadza się, gdy mignie mi promień, lecę do drzwi, modląc się, żeby nikogo za nimi nie było i żebym nie musiała z nikim rozmawiać, choć wczoraj, gdy stałam przed windą w Galerii, pani do mnie zagadała, z maseczką, a ponoć przez maseczkę nawet normalnie słyszący się nie rozumieją, więc, prezentując mój kretyński uśmiech numer 5 zza przyłbicy, odrzekłam spokojnie, że jak pani nie podniesie maseczki, to nie wiem, o co B, bo czytam z ust i nawet aparaty wysiadły, nie rozumiem :) Pani maseczki nie podniosła, spojrzała na mnie z politowaniem w oczach, tą samą windą pojechałyśmy na piętro. Świat się nie zawalił, ani mu to do głowy nie przyszło). Ma też zmiany przedrakowe w piersi, jeszcze nie wiem, w której, bo tak jak pani premier, sztywnieją mi od dłuższego czasu palce w dłoni, myślałam, że to jakiś parkinson czy inna franca, ale nie, zdiagnozowali, że to zmiany przedrakowe. Pani premier, of course, była u lekarza, bo ma absztyfikanta, który o nią dba. Ja absztyfikanta nie mam na stanie, a poza tym dzwonić wszędzie? Nie ma opcji. Nie będę dzieci wykorzystywać, jak coś nie będę się już musiała o nic martwić.
Umrę młoda i piękna... Zostanie kasa i mieszkanie, a ja odpocznę.
Kalafiorkówna będzie miała parę zdjęć, reszta mnie zapamięta, wystarczy.
Jakoś nie mam już apetytu na życie.
Tak wyszło :)
Ale to najbardziej tragiczny scenariusz - nie piszemy scenariuszy, of course.
Idę jutro niańczyć Łobuzy od Inżyniera.
Nauczona doświadczeniem zadysponowałam nakarmienie hołoty we własnym zakresie, mówię stanowcze nie napleśnikom z mikrofali.
Sama się w domu nakarmię, bo tak.
Bo lubię i mogę :)
Kieckę na zmianę zabiorę, więc się prysznica nie boję.
Już ogarniam z leksza tę kuwetę.
Inżynier zdjęcia i filmik dosłał. Którą kupuje. I drzewa wycina. Z pytaniem o to, jakie są drzewa. Napisałam, że to jak mordowanie kotełków, ale nie dotarło.
Zagroziłam zgonem, odparł, że Łobuzy będą miały Ukrainkę.
Wolna droga.
Za chwilę przeprosiny, ale serio?
Wolę wielu rzeczy nie wiedzieć, bo nie, bo mi to kurwa nie pasuje.
Ale jakoś w ostatnich latach JA nikomu nie pasuję.
Rozmawiam z Synową od I. Czy dzieci jedzą papierówki. A co to są papierówki? Jabłka. Jabłka jedzą. Zazwyczaj.
A jagody? Nie, nie jedzą, tylko w pierogach. A Inżynier je? Nie, nie je, w lodówce leżały nieraz i nie je.
Piszę do Inżyniera. Lubisz jagody? Tak, bardzo.
Kurwa.
Nigdy nie mieli w lodówce jagód.
Mieli borówki.
Kobieta nie widzi różnicy między borówką a jagodą.
Nie rozróżnia warzyw, nie nauczyła dzieci jeść nic porządnego.
I ja mam się, kurwa, przed nią płaszczyć, bo rozróżnia pierdyliard rodzajów fotelików do samochodu z "renomowanego" sklepu "renomowanej" marki, wyśmiewając mnie na FB, że woziłam dzieci w koszu od bielizny?
Chapeau bas przed jej wiedzą na temat fotelików i pampersów, bo ja nie odróżniam, gdzie pampers ma przód, a gdzie tył.
Za to bez wstrętu wsadzam osraną dupę pod kran i obmywam.
Nie wiem, na co cierpią kotki, nie wiedziałam (ale już wiem), że gumka recepturka jest śmiertelnym zagrożeniem dla jebanych sierściuchów. Jak trzeba to i po nich gówno sprzątnę, choć wkurwia mnie to, jak i ich sierść wszędzie (biję się w piersi, niestrzyżona od pól roku, już całkowicie łysa, sieję resztki włosów wszędzie).
Tak, jestem zakompleksiona.
Mam niską samoocenę.
Zjebałam dziś emilkowo współpracowników, że poza harmonogramem ślą mi robotę.
Więc biorąc pod uwagę wszystko - jedno marzenie - położyć się i jutro nie wstać.
No ale dyżur, bo idą na bay shover. Ironia losu. Baby shover niedoszłej I., która chwilę po tym, jak została niedoszłą, wymusiła na nim mój nr telefonu, śląc mi SMS, że zrobi wszystko, żeby był szczęśliwy. Jako młoda matka wtedy wpadłam w szok i nic nie odpisałam, bo co? Znałam ją, z nie najlepszej strony, koledzy I. raportowali wiernie, co to z niej za ziółko. Że liże się z każdym, bo ma parcie na chłopa. Z mojego, kobiecego punktu widzenia, fizycznie nieatrakcyjna, choć rozumu jej nie odmówię. Zęby zaciskałam, co z pewnością nie pozostało bez wpływu na moje nadciśnienie. Czarę goryczy przelało pozostawienie na MOIM biurku, obok MOJEGO legowiska pudełka po szwedzkiej prezerwatywie. Znaczy się, moje wyro służyło do seksu. Ta zniewaga krwi wymagała, ale wsadziłam mordę w kubeł. Więcej w mieszkaniu żadnych dowodów seksu młodzieży nie było.
Obeszło się bez rozlewu krwi.
I nie, nie ja ją wyeliminowałam z gry. Wyeliminowała ją niejaka K. z Warszawy, ale to long and tragic story.
Niełatwo być matką.
Inżynier przyjaźni się z Niedoszłą, jako i Inżynierowa. Nie mam zielonego pojęcia, czy Inżynierowa wie, ale nie ja ją będą uświadamiała. Nie mój cyrk, nie moje pchły, jedzą sobie z dzióbków :)
Niedoszła z parciem na faceta wylądowała w ramionach może i dobrego, ale z mamą pokaleczoną przez życie i męża, która w tym małżeństwie tkwi między nią a jej mężem, jak wódka miedzy kanapką a zakąską.
Patrzę na to wszystko z boku (tak, jestem wielkim zbokiem) i myślę, że pora do klepsydry.
Po prostu - mam dość.
Inżyniera, który już prawie działkę kupił. I filmik mi śle, jak będzie rżnął i wycinał.
Na moje, że to jak eksterminowanie jebanych sierściuchów zarechotał i jak jego wuj rzekł: żadnych liści i śmiecenia na działce.
Ano...
Pora umierać, Kochany Pamiętniczku.
Jakbym ja ośmieliła się bąknąć coś na niekorzyść sierściuchów jebanych, byłabym przeklęta.
Ale drzewa?
Na co komu drzewa?
Powtarzam się.
Mogę.
To początki alzheimera albo innej demencji.
I do jutra mam na wszystko wyjebane.
Jutro się ogarnę na chwilę, a potem?


