piątek, 31 lipca 2020

Tym razem

w dupę, tę tłustą, kubańską, po raz kolejny, Kochany Pamiętniczku, kopnęła mnie, a jakże, ukochana praca.
Za tyranie w pocie czoła, za ochy i achy, za kochaną i niezastąpioną,  złotą i co tam się jeszcze zesrało, dostałam dokładnie co do grosza i ani feniga więcej.
Więc, posyłając do cenzury,  do Inżyniera, of course, żeby nie było, że matka taka nieogarnięta i chamowata, emilka do pani M., która biła się w piersi, jako wice, co mam na piśmie, że oczywiście, matczyna pierś o mnie nie zapomni.
Jasno napisałam: skoro łamie ktoś z zewnątrz, to i korekcić będzie ktoś z zewnątrz. Moje moce przerobowe nie mają znaczenia. Norma wyrobiona - za darmo pracują tylko niewolnicy.
I gówno mnie obchodzi, że ktoś z zewnątrz nie będzie pracował w weekendy, po godzinach, bo ktoś nie zautoryzował, zesrał się bądź miał pod górkę i pod wiatr.
Zwolnią mnie? Trudno. Schudnę, jedząc bułkę z mlekiem jak kiedyś, choć tego nie cierpię, a i z alkoholizmu się wyleczę.
Że wnuki nie dostaną prezentów?
Trudno, będą miały ubogie dzieciństwo.
Też miałam i wyrosłam na człowieka.
Wiem, gorycz przeze mnie przemawia, jestem bogata, budzę się we własnym wyrze (jeszcze!), mam łazienkę do swojej dyspozycji, kawę, chleb i ketchup do chleba z majonezem, jak mnie fantazja najdzie, jeszcze mogę pochrzanić wszystko.
Więc: świnie ciągnę, bo dostanę za ta dodatkową kasę, choćbym się zesrać miała, choć już teraz widzę, że zaśpiewałam za mało, ale niech będzie moja krzywda.
Inne kwestie pomijam milczeniem, bo takiego nakręcania się nawet ja nie zniosę.
Rząd.
Rząd na Netflixie polecam, wciągam, jak kreskę kokainy (no kurde, chyba tak smakuje kreska kokainy, mam nadzieję :) ). Niby Dania, ale wszystko wskazuje na mój pojebany kraj. Pewno polityka jest wszędzie tak samo pojebana. i na podstawie diagnoz i objawów: mam nerwicę (zgadza się, gdy mignie mi promień, lecę do drzwi, modląc się, żeby nikogo za nimi nie było i żebym nie musiała z nikim rozmawiać, choć wczoraj, gdy stałam przed windą w Galerii, pani do mnie zagadała, z maseczką,  a ponoć przez maseczkę nawet normalnie słyszący się nie rozumieją, więc, prezentując mój kretyński uśmiech numer 5 zza przyłbicy, odrzekłam spokojnie, że jak pani nie podniesie maseczki, to nie wiem, o co B, bo czytam z ust i nawet aparaty wysiadły, nie rozumiem :) Pani maseczki nie podniosła, spojrzała na mnie z politowaniem w oczach, tą samą windą pojechałyśmy na piętro. Świat się nie zawalił, ani mu to do głowy nie przyszło). Ma też zmiany przedrakowe w piersi, jeszcze nie wiem, w której, bo tak jak pani premier, sztywnieją mi od dłuższego czasu palce w dłoni, myślałam, że to jakiś parkinson czy inna franca, ale nie, zdiagnozowali, że to zmiany przedrakowe. Pani premier, of course, była u lekarza, bo ma absztyfikanta, który o nią dba. Ja absztyfikanta nie mam na stanie, a poza tym dzwonić wszędzie? Nie ma opcji. Nie będę dzieci wykorzystywać, jak coś nie będę się już musiała o nic martwić.
Umrę młoda i piękna... Zostanie kasa i mieszkanie, a ja odpocznę.

Kalafiorkówna będzie miała parę zdjęć, reszta mnie zapamięta, wystarczy.
Jakoś nie mam już apetytu na życie.
Tak wyszło :)
Ale to najbardziej tragiczny scenariusz - nie piszemy scenariuszy, of course.

Idę jutro niańczyć Łobuzy od Inżyniera.
Nauczona doświadczeniem zadysponowałam nakarmienie hołoty we własnym zakresie, mówię stanowcze nie napleśnikom z mikrofali.
Sama się w domu nakarmię, bo tak.
Bo lubię i mogę :)
Kieckę na zmianę zabiorę, więc się prysznica nie boję.
Już ogarniam z leksza tę kuwetę.
Inżynier zdjęcia i filmik dosłał. Którą kupuje. I drzewa wycina. Z pytaniem o to, jakie są drzewa. Napisałam, że to jak mordowanie kotełków, ale nie dotarło.
Zagroziłam zgonem, odparł, że Łobuzy będą miały Ukrainkę.
Wolna droga.
Za chwilę przeprosiny, ale serio?
Wolę wielu rzeczy nie wiedzieć, bo nie, bo mi to kurwa nie pasuje.
Ale jakoś w ostatnich latach JA nikomu nie pasuję.
Rozmawiam z Synową od I. Czy dzieci jedzą papierówki. A co to są papierówki? Jabłka. Jabłka jedzą. Zazwyczaj.
A jagody? Nie, nie jedzą, tylko w pierogach. A Inżynier je? Nie, nie je, w lodówce leżały nieraz i nie je.
Piszę do Inżyniera. Lubisz jagody? Tak, bardzo.
Kurwa.
Nigdy nie mieli w lodówce jagód.
Mieli borówki.
Kobieta nie widzi różnicy między borówką a jagodą.
Nie rozróżnia warzyw, nie nauczyła dzieci jeść nic porządnego.
I ja mam się, kurwa, przed nią płaszczyć, bo rozróżnia pierdyliard rodzajów fotelików do samochodu z "renomowanego" sklepu "renomowanej" marki, wyśmiewając mnie na FB, że woziłam dzieci w koszu od bielizny?
Chapeau bas przed jej wiedzą na temat fotelików i pampersów, bo ja nie odróżniam, gdzie pampers ma przód, a gdzie tył.
Za to bez wstrętu wsadzam osraną dupę pod kran i obmywam.
Nie wiem, na co cierpią kotki, nie wiedziałam (ale już wiem), że gumka recepturka jest śmiertelnym zagrożeniem dla jebanych sierściuchów. Jak trzeba to i po nich gówno sprzątnę, choć wkurwia mnie to, jak i ich sierść wszędzie (biję się w piersi, niestrzyżona od pól roku, już całkowicie łysa, sieję resztki włosów wszędzie).
Tak, jestem zakompleksiona.
Mam niską samoocenę.
Zjebałam dziś emilkowo współpracowników, że poza harmonogramem ślą mi robotę.
Więc biorąc pod uwagę wszystko - jedno marzenie - położyć się i jutro nie wstać.
No ale dyżur, bo idą na bay shover. Ironia losu. Baby shover niedoszłej I., która chwilę po tym, jak została niedoszłą, wymusiła na nim mój nr telefonu, śląc mi SMS, że zrobi wszystko, żeby był szczęśliwy. Jako młoda matka wtedy wpadłam w szok i nic nie odpisałam, bo co? Znałam ją, z nie najlepszej strony, koledzy I. raportowali wiernie, co to z niej za ziółko. Że liże się z każdym, bo ma parcie na chłopa. Z mojego, kobiecego punktu widzenia, fizycznie nieatrakcyjna, choć rozumu jej nie odmówię. Zęby zaciskałam, co z pewnością nie pozostało bez wpływu na moje nadciśnienie. Czarę goryczy przelało pozostawienie na MOIM biurku, obok MOJEGO legowiska pudełka po szwedzkiej prezerwatywie. Znaczy się, moje wyro służyło do seksu. Ta zniewaga krwi wymagała, ale wsadziłam mordę w kubeł. Więcej w mieszkaniu żadnych dowodów seksu młodzieży nie było.
Obeszło się bez rozlewu krwi.
I nie, nie ja ją wyeliminowałam z gry. Wyeliminowała ją niejaka K. z Warszawy, ale to long and tragic story.
Niełatwo być matką.
Inżynier przyjaźni się z Niedoszłą, jako i Inżynierowa. Nie mam zielonego pojęcia, czy Inżynierowa wie, ale nie ja ją będą uświadamiała. Nie mój cyrk, nie moje pchły, jedzą sobie z dzióbków :)
Niedoszła z parciem na faceta wylądowała w ramionach może i dobrego, ale z mamą pokaleczoną przez życie i męża, która w tym małżeństwie tkwi między nią a jej mężem, jak wódka miedzy kanapką a zakąską.
Patrzę na to wszystko z boku (tak, jestem wielkim zbokiem) i myślę, że pora do klepsydry.
Po prostu - mam dość.
Inżyniera, który już prawie działkę kupił. I filmik mi śle, jak będzie rżnął i wycinał.
Na moje, że to jak eksterminowanie jebanych sierściuchów zarechotał i jak jego wuj rzekł: żadnych liści i śmiecenia na działce.
Ano...
Pora umierać, Kochany Pamiętniczku.
Jakbym ja ośmieliła się bąknąć coś na niekorzyść sierściuchów jebanych, byłabym przeklęta.
Ale drzewa?
Na co komu drzewa?
Powtarzam się.
Mogę.
To początki alzheimera albo innej demencji.
I do jutra mam na wszystko wyjebane.
Jutro się ogarnę na chwilę, a potem?





niedziela, 26 lipca 2020

Wkurw

mi podrósł, Kochany Pamiętniczku, wydech, wydech, tytka.
Najpierw kazanie od Inżyniera, że mój mail był chamski, że on nigdy w życiu by tak nie napisał, że mogłam inaczej.
Mogłam, ale ja naiwna wciąż jestem i pisząc do Bossa, przekonana byłam, że co w gabinecie się dzieje, zostanie w gabinecie.

Napisałam albowiem tak, oczywiście to wycinek tylko.

„… Dołączam tenże list marketingu. Szczerze? Musiałam się mocno zastanowić, co z tym fantem zrobić. Co innego poprawić pismo tak, jak Pan sugeruje: literówki, błędy, przecinki, ale serio? Merytorycznie mam układać listy marketingu? Już wolałabym iść pracować do marketingu i sama takie pisma układać. Przykro mi, nie podejmuję się dodatkowej pracy z tego zakresu. Ludzie tam zatrudnieni mają chyba maturę.  I mają też pensję.
Przepraszam, jeśli za ostro.”
I właśnie ten wycinek posłał do marketingu, dodając od siebie

Pozostawiam tę uwagę bez komentarza….. 


Inżynierowi chodziło o uwagę o maturze. Że powinnam ująć to inaczej: że praca marketingu pozostawia jednak wiele do życzenia.
Jak dla mnie sranie w banie. Gdyby list ten pisało dziecko w gimnazjum, dostałoby jedynkę. I fakt, że marketing bez konsultacji z moim bezpośrednim przełożonym wysyła mi cokolwiek do roboty, woła o pomstę do nieba. Nie, nie zwrócił się do mnie "dyrektor marketingu", którego znam, ale człowiek, o którym w życiu nie słyszałam. 
Więc kurwa, nie.
Nie jestem w żaden sposób zależna od marketingu, ani umową o pracę, ani regulaminem firmy.

No cóż, dowiedziałam się, że jestem chamska.

I chamska jestem, bo wrzucam memy obrażające wyborców PiS. Bo powinnam ich przekonywać i kulturalnie namawiać do zmiany punktu widzenia, bo chamskim wyśmiewaniem ich nie przekonam. 
Edit: mój punkt widzenia: kiedy podejmuję jakąkolwiek dyskusję, nie wyzywam nikogo od debili, głupków i idiotów. Ale wrzucam czasem niepoprawne memy.
I tak, będę to robiła, bo mogę.
Nie muszę się podobać ani Inżynierowi, ani jego żonie. W dupie to mam.

Impreza była ą, ę, bułkę przez bibułkę. Poprawna politycznie. Dzieci na początku omijały się jak zgniłe jaja. Mała Wiedźma serce me uradowała, bo była w kiecce mojej. Ale też dostawszy od Inżynierostwa wypasiony prezent na te 10. urodziny (aż w szoku byłam, ale trudno, ja tyle kasy nie mam), nie wiedziała, co zrobić. A jej rodzice gęby rozdziawili, Pierworodny zaś mówi do Inżyniera: zawyżasz poziom prezentów. Przytuliłam dziewoję, powiedziałam do uszka, żeby wujka i ciocię uściskała, co uczyniła, ale widać, że nie ma tego we krwi.  Ja zaś nie usłyszałam nadal magicznego słowa, choć pokazałam jej na moim telefonie, że życzenia słałam, no i prezent dostała, wiem, bo kasę wydała. I to sporo, ja nawet na swoje perfumy tyle nie wydaję, a nie kupuję tanich. Widzę, że muszę sama nad dziećmi popracować, bo rodzice są do dupy :)  I więcej wydawać na perfumy dla siebie, bo po chuja sobie wszystkiego odmawiać?

Nie zapozowali do zdjęcia jak należy, Kalafiorkówna wiała. Ale cała Banda jest na jednej fotce i to się liczy :) 
Jak już dzieci były odpowiednio brudne (od ciast, kremu i galaretki), dałam sprawiedliwie wszystkim po jajku niespodziance, teraz są z pingwinami.
Mimo słodkiego czekolada cieszyła się dużym powodzeniem, po cukrze dzieci pierdalca dostały, rozruszały się.Alienek plecki do drapania tradycyjnie wystawiał, specjalnie w tym celu paznokcie obcięłam, ale mam zakaz drapania pod koszulką, bo... podchodzi do mnie, podnosi koszulkę i o drapanie prosi. A to niekulturalne będzie w przedszkolu.
Fakt.

I...
Kalafiorkówna, w którymś momencie znudzona, zażyczyła sobie czytania.
Tam na tapecie są dwie książki (tzn. książek jest cała masa z tej serii).


Nienawidzę obu. Nie podoba mi się kreska. Nie mają żadnej treści, obrazki są naćpane na kupie, a całe czytanie sprowadza się do wymieniania nazw sierściuchów jebanych i niejebanych. W gąszczu tych kresek dzieci bezbłędnie znajdują wszystkie sierściuchy, bez wahania. Jak dla mnie jest to kretyńskie, bo owszem, wyrabia orientację przestrzenną, ale...
Nie opowiadają im żadnej treści.
Alienek ma bardzo ubogie słownictwo i kłopoty z mówieniem. Chodził do logopedy. W UK, bo teraz nie ma jak, bo jest jak jest w służbie zdrowia. Czeka go wizyta u logopedy, psychologa, pedagoga i chuj wi gdzie. 
Kiedyś, jutro, w grudniu, po południu.
A Synowa po raz kolejny podkreśliła, że ona te książki schowa dla wnuków.
Mój kurw skoczył poza skalę.
Ale nic nie rzekłam.
Dopiero dziś sobie uświadomiłam, że zostawić może. 
Tyle że gówno z tego może być. 
Może dostać synową albo i zięcia (ma więcej opcji niż ja), którzy w dupie będą mieli to, co jej się podoba. Karma wraca. Wiem, jestem okropna, ale zemsta jest rozkoszą bogów.
Bo dzieciom podoba się to, co im rodzice podsuną.
Gdyby oprócz pokazywania im tych książek (zalecane na forach dla mam, że och, ach i wyjebane intelektualnie w Kosmos, tak jak wszystkie książki o sikach i kupach, a jest ich kilkanaście serii na ten temat, nie, żebym miała coś do sików i kup, do mówienia o nich, ale dzieci od czytania im tych mądrości wcale nie idą szybko na nocnik, u moich wnuków wszystkich to proces po trzecim roku życia), poczytali im bajki czy wiersze, byłby z tego pożytek - wzbogacenie słownictwa. 
Ja też mam całą bibliotekę dla dzieci, po moich dzieciach, którą zostawiłam z myślą o moich wnukach. Fakt,  nie było za moich czasów, a ich dzieciństwa takich wypasionych wydawnictw, ale były baśnie z przecudnymi ilustracjami Szancera. Tuwim, Brzechwa, Konopnicka.
Moje dzieci mówiły pełnymi zdaniami mając półtora roku. Jadąc z nimi na spacer mówiłam im wiersze. Ulubiony Pierworodnego to był Wiszniewskiego "Pogotowie ratunkowe": Za wysoko wróbel skakał, przykre były skutki, pazureczek sobie złamał, ten mały, malutki... Inżyniera "Lokomotywa", a ja dziś mogę cały dzień mówić wiersze dla dzieci przez cały dzień, z pamięci. Moje wnuki nie znają żadnego wiersza na pamięć. Ani po polsku, ani po angielsku. Małej Wiedźmie kupiłam Dzieci z Bullerbyn, bo spodobało jej się, jak pani w szkole przeczytała trochę. Kupiłam prawie rok temu, bo nie mam jej akurat w biblioteczce, ale... do dziś nie przeczytała. Nie przeczytała zresztą żadnej książki :) 
I tak bym mogła jojczeć i jojczeć.
Tylko po co?
Nie neguję współczesnych książek. Ale nie pochwalam odrzucania klasyki.
Nawet Murzynka Bambo i  W pustyni i w puszczy.

Jest jak jest, muszę z tym żyć.
Zawsze mogę sobie kupić butelkę wina na pocieszenie. I to jest pomysł na wydanie kolejnych kilkudziesięciu złotych, nie na książkę, która podoba się Synowej :P Bo tajne źródła (ma się takie, a jakże, donoszą, że Inżynier jest czasem niezadowolony. A ja przestałam już reagować na notki, że są książki do kupienia. Są. Trudno. W PL też są biblioteki. W UK korzystali z biblioteki, dlaczego tu nie mogą?).
Bo... Next...
Na pytanie, co mam planować na Gwiazdkę Synowa odpowiedziała mi, że nic, bo ona nie wie, co dzieciom będzie się na gwiazdkę podobało.
I tu KURWA MAĆ.
Nie wiadomo, co ona wymyśli.
Bo dzieciom podoba się nawet jebane jajko niespodzianka. Nie ogarniają cen. Nie są wyrachowane.
Więc o nie, moja pani.
Będę kupowała teraz, na wyprzedażach to, co mnie przypasuje.
Bo w grudniu mam: czworo wnuków, dwa razy urodziny wnuków, moje urodziny. 
I tak, chcę sobie kupić coś fajnego, bo jeśli sama o siebie nie zadbam, to nikt o tym nie pomyśli. Też zasługuję na prezenty, cały rok ciężko pracuję, za wszystko płacę sama.
Dostanę życzenia na MSG :P Albo kubek na Gwiazdkę, i to z gry Inżyniera, o której nie mam zielonego pojęcia, bo jakoś tak wyszło. 

I tak myślę: jak się wywinąć od świąt. Kiedyś było prosto: jechałam do Barana i Postmana. Ale teraz nie wiadomo, jak będzie z lataniem, z pracą (na netbooku nie ujadę, za Chiny Ludowe nie, chłopcy nie mają Office'a), więc ta opcja odpada. Nie mam planu na 2021, więc nic nie mogę zaplanować.
Może wyniosę się do jakiegoś hotelu (ale znów nie wiadomo, co z COVID-19), może bezpieczniej do agroturystyki.  
Albo powiem, że wyjeżdżam i zmienię zamki?
Jakieś pomysły, ktoś poratuje?

Wiem, wiem, okropna jestem, ale...



naprawdę mam dość wpisywania się w ramki i spełniania oczekiwań wszystkich, skoro  nikt nawet nie stara się udawać, że pomyśli o zadowoleniu moich :)


Perhaps :)

piątek, 24 lipca 2020

Wszystko

zamknięte, Kochany Pamiętniczku.
Z tym, że nadal nie wiem na czym stoję z jebanymi świniami.
Za to wiem, że jestem w plecy z jednym dniem urlopu, tj. za 15 sierpnia. Bo wszyscy dostajemy go obligatoryjnie i bezapelacyjnie 21 sierpnia. Problem w  tym, że ja w tym dniu mam już wolne od etatu.
Ale nie, nie będę dochodziła swoich praw i udowadniała swoich racji.
Jakoś oklapłam.
Znaczy się, nie oklapłam, ale wzięłam się za siebie.
Zaczynam czyścić szafy. Pierwsza półka z przyprawami w kuchni posprzątana. I wytatuowane na ręce, żeby odpadała, jak sięgnie po kolejną przyprawę: mamy dość przypraw. Kupienie następnej grozi śmiercią lub kalectwem.
Na drugą linię frontu poszła szafa, ale też nie na maksa, bo upał, 39% wilgotności, ile można. Ale o dziwo, z leksza upchawszy kolankiem, oba odkurzacze zmieściły się w szafie, nie za biurkiem w kącie:) A to wszystko dlatego, że scindapsus z biurka spadł, w za lekkiej doniczce jest, a  rozrósł się tak, że powinien być ciągnięty od ściany do ściany, ale kto mi  doniczkę zawiesi i sznurki, ziemia poszła wszędzie, w tym na drukarkę. Na szczęście obyło się bez większej katastrofy, ale co się nasprzątałam, to moje.
Pozostaje problem wydruków i RODO. Nie mam zielonego pojęcia, jak rozwiązują to w redakcji, będę pisać. Nikt nie chce ode mnie kartek zadrukowanych z jednej strony, jedna Synowa takie z pracy przynosi, druga nie chce, bo ma inną metodę gryzmolenia. Nie mam drukarki drukującej obustronnie, przekładanie jest upierdliwe, za bardzo nie mam miejsca na porządne magazynowanie wydruków. Teoretycznie wyrzucenie wydruków do kontenera to nie jest łamanie RODO, bo wszystkie dane: autorów i bohaterów reportaży i tak idą w druku, a więc są ogólnie dostępne. I nie, nie wywalę wydruków w lesie czy w rowie, mamy na osiedlu kontener na papier. Chyba jestem bardziej papieska od papieża.
Pan od Pomidorków poprosił o "coś", co będzie mógł klientom rozdawać.
Awansem dostałam za to kilo pomidorów.
Hmmm.... jak na marketing kiepska cena, ale co tam :)
Zrobiłam, zobaczymy jutro czy mu się to spodoba :)
Ni cholery nie mogę wgrać tego na bloga. Spróbuję jutro.
U Inżyniera mam być jutro o 15.
A, OK. Napisałam, co myślę o całokształcie, bronił żony jak niepodległości. Na moje suche stwierdzenie, że nie za bardzo chcę, odrzekł, że mam być. Iść w sumie mogę, bo Łobuzy nic nie są winne, a i spotkanie, pierwsze spotkanie Bandy Czworga na szczycie :O O, baterię naładować...
W sumie - w dupie to mam.
Zawsze mogę nie mieć czasu i tyle.
Sama uczyłam, że żona zawsze ma rację, pomna na manipulacje teściowej i sobie bicz na własną skórę ukręciłam :)
No nic, będę musiała z tym żyć.
A jutro morda w kubeł. 



czwartek, 23 lipca 2020

Coś się kroi

Kochany Pamiętniczku... Coś wisi w powietrzu :)
Mało, że krótko po 16 było po ptokach, to jeszcze cytuję:


Dziękuję za wszystko Pani Basiu, praca z Panią to czysta przyjemność 😃
Jprdl...

Pora umierać, ani chybi :| 
No bo jak to? Żadnego autorytetu już nie mam, żadnego. Straszne.

Rano iPad zbuntował się na maksa. Strony, a jakże, chodziły, Internet był, ale gra żadna nie chciała ruszyć. Oczami duszy już kupowałam nowego, bo i to jest w planach, ale Inżynier każe czekać do jesieni, bo będą nowe modele. Mojemu, poza tym, że bateria leci błyskawicznie, nic nie dolega, pamięci ma jeszcze full.  No ale jak to? Ranek bez gierek? Zła, zwlokłam się z wyra i kombinuję jak koń pod górkę (plus dla mnie: nie piszę do Inżyniera, nie budzę biedaka, dorosłam). I nagle:  przecież dziecko zawsze mówi: restart. I kiedyś objechało, bo komputer włączany jest i wyłączany co dzień, a iPad raz na ruski rok.
Więc restart. Wzdech, wydech, gry działają.
Jest OK.
To się nazywa nałóg i uzależnienie.
Kąpiel, śniadanie, kartkę do Baraniej mamy skrobnęłam, bo zacna niewiasta będzie miała za niedługo urodziny i sruuu, jest motywacja do ruszenia kubańskiej dupy z chaupy, kurcgalopkiem, bo jak Bossa przypili, to i przed 9 będzie wstępniak...
W Biedronce śliwek w czekoladzie zgodnie z zaleceniami Zmorki zanabyłam, i faktycznie, ma ona rację. Kawę się kupi, ale śliwki już nie, bo drogie jak diabli. Ale spoko,  piekna porcja w ślicznej torebusi czeka na przetransportowanie do zacnych Pań Sprzątających. Zasłużyły Kobietki Kochane :D 
I dostałam, o dziwo, w  Biedronce, polecane przez koleżankę wino, PRIMITIVO.  Koleżanka pracuje w DE, tam je odkryła i zachwycała się nim, polecając. I że trudno je zdobyć, Kaufland albo Lidl. Kaufland u mnie na drugim końcu wsi, nie polecę, nie mając gwarancji, że rzeczony napój tam będzie. W Lidlu nie ma, sprawdzałam. No i masz, z głupia frant w Biedroneczce patrzę i jest :) Nawet na cenę nie spojrzałam, sruuu do koszyczka, dopiero w domu sprawdzam paragon, bo coś dużo zapłaciłam za mikre zakupy... Okazuje się, że śliwki kosztowały dużo więcej niż rzeczony alkohol. Alkohol 16,99 :) Piszę do M., mówiąc, że spróbuję, jak gazetę zamknę, choć z przyjemnością napiłabym się już rano, tak mam dość. A M. odpisuje, że cud. I że w DE płaci 6,50 euro za butelkę. Fakt, zarabia tam euro, ale i tak fajny przelicznik :P Siedzę i czekam na prackę, a M.pisze,  że jest na rondzie Rataje, siadła jej nawigacja i jak dojechać na Lutycką, bo jedzie po syna do szpitala...
No, nawet nie napisała, że ma tu syna w szpitalu (jest z K.). Pomóc bym nie pomogła, bo od poniedziałku pracuję po 12 godzin, a on miał wczoraj operację, a dziś go już wypisali. I serio? Nie wiem, jak dojechać na Lutycką z ronda Rataje. Nie mam prawa jazdy, nie znam tras. Autobusem, bimbą to wiem jak, ale samochodem?  Ni chujenki, tym bardziej że mieszkam na drugim końcu miasta. 
Ale szukam na Google maps i ślę. Okazuje się, że jedzie całkiem inną trasą, przez samo centrum, jprdl...
A ma takie same Google maps w telefonie. 
No cóż, nie pomogłam.
Było wcześniej napisać, kurde, no nic. 
Odnowiona przez neta znajomość fajnie się toczy, ale realnie się spotkać to jakoś nie tak łatwo.
Jeszcze pogrzebanie na WA, z nadzieją na magiczne słowo, a tu nagle wyskakują wiadomości z całego lipca i czerwca od Słonka. Coś mam nie tak w ustawieniach, ale to już dam do ogarnięcia specjaliście (i znów będzie: to mamy telefon, pora się nauczyć. Olaboga). 
Gazetkę zamknęłam, na sik poleciałam i...
Spłuczka zepsuta, kurde. Nadworny hydraulik we Wrocku siedzi.
Idę ręce umyć - susza.
Kurwa, nie spłuczka, wody nie ma.
Ubieram się, bo w łachu nie polezę, przyłbica...
Na drzwiach wejściowych kartka, że szlag rurę trafił.
Na stronie Aquanetu litania awarii, ale o moim domku cicho, sza.
A coś mnie dziś męczyło i zaraz po obiedzie pozmywałam, mimo kolejki wydruczków, na zasadzie, że pięć minut mnie ani ich nie zbawi, a bajzel w kuchni jest wkurzający. 
Parę bloków jest bez wody. Kupuję w piątce zgrzewkę Staropolanki, wielkie wody już wykupione, biorę ostatnią. Z pragnienia nie umrę. Beczkowóz jest za siódmą górą, za siódmą rzeką, nawet gdybym miała wiadro do niesienia wody (a nie mam, to od mycia podłóg ma tak słaby pałąk, że to nieporozumienie) i tak bym nie dotachała wiadra pełnego wody.
Więc z planów sprzątania dziś nici. 
Naczyń mam dość.
Wodę do mycia rąk i do picia mam.
A reszta - jakoś to będzie, najwyżej jutro w wózeczkiem pojadę po baniaki. 
A teraz wieczór lenia z Primitivo, Pogodą i czystym sumieniem :) 

Brak wody to jeszcze nie tragedia, jak się ma mineralną. 
Czasem trzeba posiedzieć w bałaganie, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Poukładać puzzle, poczytać, byle nie o polityce i tym całym syfie...
Wrzucić na luz i nie pękać.