spokojnie mija, Kochany Pamiętniczku.
Jeszcze dziś, oddając jak co tydzień butelki w Aldim dokupiłam cukierków (a kroi mi się sodastream - nie wiem, jeszcze, co z tego wyniknie), a pies z kulawą nogą się u mnie nie pojawił. Na piętrze nikt nie chodził, cóż, mam kamerkę.
Za to na żebry poszły dobermany
przebrane za nietoperki. Byłam zawiedziona, bo naoglądałam się filmików z kotkami i pieskami (w tym dobermanami) przebranymi za piratów, gości z nożem albo z karabinem maszynowym, ale synowa pisała, że szkoda na to kasy. Łobuzy też ogarnęły sprawę budżetowo, Alienek miał maskę Kalafiorkówny z zeszłego roku, a Kalafiorkówna tylko pająka na głowie.
Inżynier pięknie dwie dynie wydrążył, jedną od razu rozszyfrowałam, do drugiej potrzebowałam legendy: to kontrolka rezerwy w samochodzie :)
W życiu bym na to nie wpadła :)
Ja nie wycinam dyni, albowiem wszystkie noże to mój wróg, a po gehennie z kopytkiem tym bardziej nie uśmiecha mi się leczenie kolejnych ran, no i kto by mnie na SOR wiózł? ;)
Jest już prawie 20, więc temat Halloween uznaję za zamknięty. Trudno, zostałam ze stertą cukierków. Ja tam lubię to święto, w sensie, że mi ono absolutnie nie przeszkadza, bo dlaczego miałoby?
Inżynierową zupkę tradycyjnie wszyscy wszamali i chwalili. Taką mają swoją rodzinną tradycję i to jest fajne.
Ja w tym roku zupki nie popełniłam, bo jedzenie jej przez tydzień, bo tyle wychodzi nawet z małej hokkaido - podziękuję.
Sobie na jutro zrobiłam, bo dziś mnie napadło na zapiekanego brokuła (i też, chociaż kupiłam malutkie naczynko do zapiekania, najmniejsze w sklepie, wyszła zapieksa na dwa dni) takie cuś
O jeżu kolczasty, jakie to dobre :) Idealnie sypnęło mi się chilli, więc niebo w gębie, no i pstrąg łososiowy - zero ości, piecze się błyskawicznie, zero paprania - marynata i do dyni, i do pstrąga, a jabłuszka, podlane resztą marynaty z czosnkiem (w celu odstraszania wampirów) - poezja.
A i chaupkę sobie już trochę bardziej poświatełkowałam :)
Amarylis tym razem dziwnie rośnie - łeb w łeb idą oba kwiaty, ale żaden się jeszcze nie rozwinął.
Teraz to dociągnie do grudnia, potem zmienię na gwiazdkowe - wiem, wcześnie i Gwiazdka do wyrzygu, ale cóż.
Czasy się zmieniają. Już po Halloween. Jeszcze Gwiazdka, sylwester, wiosna, i lato
I znów jesień, Halloween... Jak ten czas zapinkala...
Staram się nie martwić na zapas tym, co dzieje się przed i w Trybunale Stanu. A patrząc na te watahy staruchów (bo młodych tam ze świecą szukać), broniących demokracji, niebiosom dziękuję, że mimo tego, że mam czasem kłopoty z nazwami i nazwiskami, jednak klepki mam wciąż w porządku.
I tak, patrząc na rządy KO nie jestem już jej wielką zwolenniczką, jak kiedyś, ale...
Konia z rzędem temu, kto znajdzie receptę na uporządkowanie stajni Augiasza po ośmiu latach nierządów pisiorków.
Zgniłozęba fleja żoliborska (niezapomniana Ewa K.) z kretyńskim uśmiechem razem z pojebem braunem, robiąca sobie selfie - tego najczarniejsze scenariusze nie przewidywały.
Parcie na powrót do koryta, jakby nie dość nakradli przez te 8 lat - a nakradli tyle, że zesrają się, a do końca życia i swojego, i potomków tego nie przejedzą.
A manifestujący - jak bardzo trzeba być popierdolonym i mieć wyprany mózg? To nawet po wojnie, kiedy wiadomości były nadawane z kołchoźników - nie wyprali tak ludziom myślenia.
Osobiście wolę dalej jęczeć pod butem Brukselki, niż dostać się w szpony ruskie.
O siebie w sumie się już nie martwię, bo co miałam przeżyć, to przeżyłam, ale moje dzieci i wnuki? Jak będą miały żyć w tym chaosie i syfie?
Te staruchy nie pamiętają obostrzeń, pustych półek i szarzyzny?
Przeszkadza im otwarta Europa, kolory? Że drogo? Cóż, niewidzialna ręka rynku, nie wina Tuska. Wina Tuska są dobre, bo są tanie i dobre ;) Wystarczy nie słuchać radia, co ma ryja, nie czytać Gazety Polskiej i sprawdzać wiadomości.
Moja E., opiekująca się z własnej i nieprzymuszonej woli grobami moimi, też do tej grupy należy, w czym utwierdziłam się dziś, gdy wrzuciła post, jak minister oświaty niszczy szkolną podstawę programową. Larum grają, wynarodowiają, niszczą historię, zakłamują.
Poszperałam. Nic z tych rzeczy. Okazuje się, że to nie jest uchwalone, że to luźny projekt kilkunastu gremiów - w tym... Ordo Iuris.
Ojacierpiędolę.
A wic polega na tym, że minister chce odchudzić pewne rzeczy. I tu się zgodzę. Bo wymaganie pamiętania wszystkich dat, w tym dat urodzin i śmierci wszystkich sławnych i znaczących, polityków, królów i artystów - może to i miało jakiś sens w czasach, gdy kupno encyklopedii graniczyło z cudem? Ale i tak - przynajmniej ja - po zakuciu i zdaniu - nie pamiętałam już tych dat. W przeciwieństwie do P., który wszystkie daty historyczne ma wyryte na bank w pamięci. Ja nie pamiętam dat ani urodzin, ani śmierci moich najbliższych. Właśnie uświadomiłam sobie, że 29.10 była 106. rocznica urodzin Wujka.
Tak nagle miewam olśnienia, ale na co dzień - zabij, nie pamiętam.
O dacie własnego ślubu przypominam sobie czasem tydzień po fakcie. Dlatego Eks nie miał nigdy awantur o to, że nie pamięta :D
Tylko bitwę pod Grunwaldem mam wkutą na pamięć 15 sierpnia 1410 roku.
I teraz - w dobie wszechobecnych internetów, bo nawet starsze ode mnie staruchy w poczekalniach u lekarza, w bimbach, wszędzie, napierdalają na swoich smartfonach aż huczy (a ja, głupia cipa, tylko muzyki słucham i kroki liczę, nie gram już od dawna, no i wiadomości, czasem sprawdzam coś w sklepie) - na co komu wkuwanie lat życia Mickiewicza czy innego Słowackiego? Bitwy pod Alamo? W swojej pracy błogosławię internety - jestem w stanie błyskawicznie zweryfikować, czy błąd w łacińskiej nazwie jakiegoś chwastu, który wydaje mi się błędem, bo "nie gra" z łaciną (a tej się uczyłam) jest faktycznie błędem (a nawet w tekstach profesorów od chwastów takie byki chodzą), bez szukania w słownikach i encyklopediach. Chłopcy od techniki zaś dowolnie traktują i nazwy firm, i nazwy sprzętów - i tu mnie ratuje internet - choć nie mam obowiązku tego weryfikować, bo to oni odpowiadają za dane. Ale weryfikuję - i dlatego jestem z nimi zaprzyjaźniona. Ja, kompletny laik, nierozumiejący nic z tych technicznych zawiłości - jednak je ogarniam.
I dlatego uważam, że ten projekt podstawy programowej ma ręce i nogi.
I robienie z PROJEKTU, który jest konsultowany gównoburzy w necie służy tylko temu, by do góry poszły racje pisiorstwa.
Bo planowane przez skupione wokół niego pojebane opcje - żeby studia były płatne, żeby służba zdrowia też była płatna (jakbyśmy, kurwa, w podatkach na to wszystko nie łożyli) - to dążenie do tego, żeby start w życie mieli tylko ci, którzy mają kasę (czyli premiowanie bogatych, nieważne, czy doszli do tego własną pracą - wtedy cześć im i chwała, czy załapali się na kradzieże pod płaszczykiem partii).
Likwidacja Unii - likwidacja Erasmusa, podróżowania po Europie bez przeszkód.
Kurwa.
I. był na Erasmusie. I tak, nie miałam na to kasy. Ale miał stypendium, wziął (komercyjną, bo ja nie byłam dla banku wiarygodnym żyrantem) pożyczkę, rozpisał sobie wydatki (a był w Szwecji, która tania nie jest i nie była), trochę pożyczył od brata i od Barana (spłacił z wakacyjnej pracy w UK błyskawicznie) - i przeżył piękną przygodę, zwiedzając przy okazji Danię i bodajże Estonię :)
Pożyczkę spłacił sam, a że została mu nadwyżka, zafundował mi ogarnięcie paszczęki, na którą nigdy nie miałam kasy, bo zawsze były ważniejsze sprawy dzieci.
I to też chcą młodym odebrać?
A rolnicy, tak chętnie podpinający się pod te akcje? Co zrobią, jak stracą dopłaty z Unii? Fakt, żeby dostać je, wypełniają trzy podania, klucz od mieszkania i dołączają fotografię pradziadka. Ale... Dostają dopłaty, o jakich taki szary mieszczuch jak ja nawet nie zamarzył w najgorętszym śnie, nie mam nawet opcji składania jakiegokolwiek podania.
Więc (nie zaczyna się zdania od więc) co do jasnej kurwy nędzy chcą zrobić z tym krajem?
I tym pesymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę.
Na jutro mam plany, czy coś z nich wyjdzie - nie wiem.
W głowie mam mętlik.
Jedyny ratunek w muzyce, tej
zapętliłam...
Koi nerwy...




























