sobota, 31 października 2026

Halloween

spokojnie mija, Kochany Pamiętniczku.

Jeszcze dziś, oddając jak co tydzień butelki w Aldim dokupiłam cukierków (a kroi mi się sodastream - nie wiem, jeszcze, co z tego wyniknie), a pies z kulawą nogą się u mnie nie pojawił. Na piętrze nikt nie chodził, cóż, mam kamerkę. 

Za to na żebry poszły dobermany 


 przebrane za nietoperki. Byłam zawiedziona, bo naoglądałam się filmików z kotkami i pieskami (w tym dobermanami) przebranymi za piratów, gości z nożem albo z karabinem maszynowym, ale synowa pisała, że szkoda na to kasy. Łobuzy też ogarnęły sprawę budżetowo, Alienek miał maskę Kalafiorkówny z zeszłego roku, a Kalafiorkówna tylko pająka na głowie.

Inżynier pięknie dwie dynie wydrążył, jedną od razu rozszyfrowałam, do drugiej potrzebowałam legendy: to kontrolka rezerwy w samochodzie :) 


 W życiu bym na to nie wpadła :) 

Ja nie wycinam dyni, albowiem wszystkie noże to mój wróg, a po gehennie z kopytkiem tym bardziej nie uśmiecha mi się leczenie kolejnych ran, no i kto by mnie na SOR wiózł? ;) 

Jest już prawie 20, więc temat Halloween uznaję za zamknięty. Trudno, zostałam ze stertą cukierków. Ja tam lubię to święto, w sensie, że mi ono absolutnie nie przeszkadza, bo dlaczego miałoby?

Inżynierową  zupkę tradycyjnie wszyscy wszamali i chwalili. Taką mają swoją rodzinną tradycję i to jest fajne.

Ja w tym roku zupki nie popełniłam, bo jedzenie jej przez tydzień, bo tyle wychodzi nawet z małej hokkaido - podziękuję.

Sobie na jutro zrobiłam, bo dziś mnie napadło na zapiekanego brokuła (i też, chociaż kupiłam malutkie naczynko do zapiekania, najmniejsze w sklepie, wyszła zapieksa na dwa dni) takie cuś 


 O jeżu kolczasty, jakie to dobre :) Idealnie sypnęło mi się chilli, więc niebo w gębie, no i pstrąg łososiowy - zero ości, piecze się błyskawicznie, zero paprania - marynata i do dyni, i do pstrąga, a jabłuszka, podlane resztą marynaty z czosnkiem (w celu odstraszania wampirów) - poezja.

A i chaupkę sobie już trochę bardziej poświatełkowałam :) 






 Amarylis tym razem dziwnie rośnie - łeb w łeb idą oba kwiaty, ale żaden się jeszcze nie rozwinął.

Teraz to dociągnie do grudnia, potem zmienię na gwiazdkowe - wiem, wcześnie i Gwiazdka do wyrzygu, ale cóż.

Czasy się zmieniają. Już po Halloween. Jeszcze Gwiazdka, sylwester, wiosna, i lato 🙂 I znów jesień, Halloween... Jak ten czas zapinkala...  

Staram się nie martwić na zapas tym, co dzieje się przed i w Trybunale Stanu. A patrząc na te watahy staruchów (bo młodych tam ze świecą szukać), broniących demokracji, niebiosom dziękuję, że mimo tego, że mam czasem kłopoty z nazwami i nazwiskami, jednak klepki mam wciąż w porządku.

I tak, patrząc na rządy KO nie jestem już jej wielką zwolenniczką, jak kiedyś, ale...

Konia z rzędem temu, kto znajdzie receptę na uporządkowanie stajni Augiasza po ośmiu latach nierządów pisiorków.

Zgniłozęba fleja żoliborska (niezapomniana Ewa K.) z kretyńskim uśmiechem razem z pojebem braunem, robiąca sobie selfie - tego najczarniejsze scenariusze nie przewidywały.

Parcie na powrót do koryta, jakby nie dość nakradli przez te 8 lat - a nakradli tyle, że zesrają się, a do końca życia i swojego, i potomków tego nie przejedzą.

A manifestujący - jak bardzo trzeba być popierdolonym i mieć wyprany mózg? To nawet po wojnie, kiedy wiadomości były nadawane z kołchoźników - nie wyprali tak ludziom myślenia. 

Osobiście wolę dalej jęczeć pod butem Brukselki, niż dostać się w szpony ruskie.

O siebie w sumie się już nie martwię, bo co miałam przeżyć, to przeżyłam, ale moje dzieci i wnuki? Jak będą miały żyć w tym chaosie i syfie?

Te staruchy nie pamiętają obostrzeń, pustych półek i szarzyzny?

Przeszkadza im otwarta Europa, kolory? Że drogo? Cóż, niewidzialna ręka rynku, nie wina Tuska. Wina Tuska są dobre, bo są tanie i dobre ;) Wystarczy nie słuchać radia, co ma ryja, nie czytać Gazety Polskiej i sprawdzać wiadomości.

Moja E., opiekująca się z własnej i nieprzymuszonej woli grobami moimi, też do tej grupy należy, w czym utwierdziłam się dziś, gdy wrzuciła post, jak minister oświaty niszczy szkolną podstawę programową. Larum grają, wynarodowiają, niszczą historię, zakłamują.

Poszperałam. Nic z tych rzeczy. Okazuje się, że to nie jest uchwalone, że to luźny projekt kilkunastu gremiów - w tym... Ordo Iuris.

Ojacierpiędolę.

A wic polega na tym, że minister chce odchudzić pewne rzeczy. I tu się zgodzę. Bo wymaganie pamiętania wszystkich dat, w tym dat urodzin i śmierci wszystkich sławnych i znaczących, polityków, królów i artystów - może to i miało jakiś sens w czasach, gdy kupno encyklopedii graniczyło z cudem? Ale i tak - przynajmniej ja - po zakuciu i zdaniu - nie pamiętałam już tych dat. W przeciwieństwie do P., który wszystkie daty historyczne ma wyryte na bank w pamięci. Ja nie pamiętam dat ani urodzin, ani śmierci moich najbliższych. Właśnie uświadomiłam sobie, że 29.10 była 106. rocznica urodzin Wujka. 

Tak nagle miewam olśnienia, ale na co dzień - zabij, nie pamiętam.

O dacie własnego ślubu przypominam sobie czasem tydzień po fakcie. Dlatego Eks nie miał nigdy awantur o to, że nie pamięta :D

Tylko bitwę pod Grunwaldem mam wkutą na pamięć 15 sierpnia 1410 roku. 

I teraz - w dobie wszechobecnych internetów, bo nawet starsze ode mnie staruchy w poczekalniach u lekarza, w bimbach, wszędzie, napierdalają na swoich smartfonach aż huczy (a ja, głupia cipa, tylko muzyki słucham i kroki liczę, nie gram już od dawna, no i wiadomości, czasem sprawdzam coś w sklepie) - na co komu wkuwanie lat życia Mickiewicza czy innego Słowackiego? Bitwy pod Alamo? W swojej pracy błogosławię internety - jestem w stanie błyskawicznie zweryfikować, czy błąd w łacińskiej nazwie jakiegoś chwastu, który wydaje mi się błędem, bo "nie gra" z łaciną (a tej się uczyłam) jest faktycznie błędem (a nawet w tekstach profesorów od chwastów takie byki chodzą), bez szukania w słownikach i encyklopediach. Chłopcy od techniki zaś dowolnie traktują i nazwy firm, i nazwy sprzętów - i tu mnie ratuje internet - choć nie mam obowiązku tego weryfikować, bo to oni odpowiadają za dane. Ale weryfikuję - i dlatego jestem z nimi zaprzyjaźniona. Ja, kompletny laik, nierozumiejący nic z tych technicznych zawiłości - jednak je ogarniam.

I dlatego uważam, że ten projekt podstawy programowej ma ręce i nogi. 

I robienie z PROJEKTU, który jest konsultowany gównoburzy w necie służy tylko temu, by do góry poszły racje pisiorstwa. 

Bo planowane przez skupione wokół niego pojebane opcje - żeby studia były płatne, żeby służba zdrowia też była płatna (jakbyśmy, kurwa, w podatkach na to wszystko nie łożyli) - to dążenie do tego, żeby start w życie mieli tylko ci, którzy mają kasę (czyli premiowanie bogatych, nieważne, czy doszli do tego własną pracą - wtedy cześć im i chwała, czy załapali się na kradzieże pod płaszczykiem partii). 

Likwidacja Unii - likwidacja Erasmusa, podróżowania po Europie bez przeszkód.

Kurwa.

I. był na Erasmusie. I tak, nie miałam na to kasy. Ale miał stypendium, wziął (komercyjną, bo ja nie byłam dla banku wiarygodnym żyrantem) pożyczkę, rozpisał sobie wydatki (a był w Szwecji, która tania nie jest i nie była), trochę pożyczył od brata i od Barana (spłacił z wakacyjnej pracy w UK błyskawicznie) - i przeżył piękną przygodę, zwiedzając przy okazji Danię i bodajże Estonię :) 

Pożyczkę spłacił sam, a że została mu nadwyżka, zafundował mi ogarnięcie paszczęki, na którą nigdy nie miałam kasy, bo zawsze były ważniejsze sprawy dzieci. 

I to też chcą młodym odebrać? 

A rolnicy, tak chętnie podpinający się pod te akcje? Co zrobią, jak stracą dopłaty z Unii? Fakt, żeby dostać je, wypełniają trzy podania, klucz od mieszkania i dołączają fotografię pradziadka. Ale... Dostają dopłaty, o jakich taki szary mieszczuch jak ja nawet nie zamarzył w najgorętszym śnie, nie mam nawet opcji składania jakiegokolwiek podania.

Więc (nie zaczyna się zdania od więc) co do jasnej kurwy nędzy chcą zrobić z tym krajem?

I tym pesymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę.

Na jutro mam plany, czy coś z nich wyjdzie - nie wiem.

W głowie mam mętlik.

Jedyny ratunek w muzyce, tej  


 zapętliłam...

Koi nerwy... 

 

piątek, 30 października 2026

I kolejny

 październik za nami, Kochany Pamiętniczku.

Coraz mniej liści na drzewach, a kobierzec z nich coraz gęstszy.

Nie pada, więc cudnie się łazi po nim, nie trzeba bać się poślizgnięcia.

A i temperatury przyjazne dla mnie, aczkolwiek, choć kurteczkę mam rozpiętą (ale na szyjce szaliczek, albowiem z rana gadrełko pobolewa jakoś, kicham, smarkam, potem mi przechodzi - w sumie nic się nie dzieje, może to jakiś nowoczesny koronawirus, czy inna franca), to jednak z leksza mi gorąco, nawet jak słoneczka nie ma. Na pleckach, tam, gdzie kaptur leży, bo to już kilka warstw.

Jest cudnie.

I znów rozkoszowałam się wszystkomogęnicniemuszę, odpuściłam wczoraj dzień gospodarczy, ale dziś kopnęłam się w te tłustą, kubańską i wstałam, bo ile można wszystkomócnicniemusieć? To się w końcu znudzi, co nie?

I tak: pościel zmieniłam, trzy pralki dziś poszły w sumie, w tym ostatnia z dywanikami i mopami.

Lubię zmieniać pościel, aczkolwiek nie idzie mi już to tak błyskawicznie, jak kiedyś, pocieszam się tylko, że mam do zmienienia jeden komplet, nie trzy. No bo z Eksem wspólny miałam, zanim nie wyniosłam się na amerykankę do małego pokoju, co on przyjął jako dowód zdrady. Cóż, smukła byłam, na amerykance całkiem wygodnie mi się spało, a powód? Nie, nie zdradzałam go wtedy. Eks miał dziwny tryb życia. Lubił pospać w dzień, za to w nocy łaził jak nocny marek po piekle. I TV oglądał. Mnie dźwięk nie przeszkadzał, ale światło, zwłaszcza migocące - już tak. Eks nie brał poprawki na to, że wstawałam rano do pracy, on zawsze mógł pospać. Ja nie. Do dziś nie mam budzika, bo żaden mnie nie obudzi. Za to mam ramkę od Inżynierostwa,  ustawioną na działanie od 6 do 22. Latem ramka nie za bardzo mnie budzi, ale teraz już tak. Punktualnie szósta zaczyna świecić, no i już wiem, że wstał kolejny dzień :) A i po światłach w sąsiednich blokach orientuję się, jaka jest godzina. Jest kilka okien, które świecą właśnie jak nad rankiem pomykam do kibelka - wiem, że jest tuż przed czwartą - ludzie tam pewno lecą na szóstą do roboty. 

Po wyprowadzce Eksa wróciłam na kanapkę i... 

Dzieci mogły oglądać TV kiedy chciały. Mieliśmy kino domowe. Warunkiem było niewłączanie subwoofera. Bo generował dźwięki, które odbierałam jako drgania przez kanapę. I musiało palić się górne światło, bo ono niwelowało miganie odbiornika. No i wycwanili się tak, że gdy musieli przejść koło kanapy, to czołgali się (hahahahaha), żeby nie zmienić spektrum światła :) 

Taka jestem skomplikowana w obsłudze.

Mniejsza z większym. Pierwszą partię poprałam, polazłam na zakupy. 

Chlebek mój trafiłam, więc na zapas nakupiłam, bo niełatwo go zdobyć. Zamroziłam, mam na kilka dni spokój. I...


 Taką tycią, tyciusią, mniej więcej wielkości paczki Carmenów (bo dzisiejsze ćmiki to jakiś żąl.pl), będzie na jutro.

Leki wykupiłam, znaczy się za friko dostałam, bom starucha.

Naczynko do zapiekanek miniaturowe kupiłam, bo mam wielkie. I potem zapieksę jem kilka dni, do wyrzygania.

Do Kolorowych Garnuszków wleciałam, bo lenia jednak mam - sandacz, zupa rybna, zmieniaczki, surówka - 32 zł (bo na wynos - liczą za opakowanie) - jak zawsze przesmaczne, a zmieniaczki i pół surówki mam na jutro (sobie dopiekę w piekarniku pstrąga tęczowego, bo odkryłam pieczenie, nie zaś smażenie i rybka wychodzi ojacierpiędolę). 

A zapiekę sobie brokuła, kalafiorka, dupomirki mini, mozzarellę mini, jajeczka, przyprawy i będzie git majonez, a co?

Takie mam plany nicnierobienia na kolejne dni - nie wybieram się na żaden cmentarz.

Od gościa od Wujka dostałam kolejnego emilka. Siostra, analizująca jego listy (olaboga! sztos), znalazła w nich fragment - ja na nie nawet nie spojrzałam, jako że w niemieckim jestem lajkonikiem, a w pisanym to już zupełnym.

Za swoim imieniem kl. Frala zamieścił skrót, odczytywany jako „0.111.72” bądź, co bardziej prawdopodobne, jako „OMR”. Acz współczesne wersje AI nie są w takich kontekstach wiarogodne, ale w tym przypadku warto przytoczyć co AI Google sugeruje, a mianowicie rozważa dwie możliwości znaczenia skrótu:
1. łac. Oblatus Mariae Reginae (pl. Oblat Maryi Królowej);
2. łac. Oblatus Mariae Redemptoris (pl. Oblat Maryi Odkupicielki).  

Poległam, chapeau bas.

I jeśli to, że posłałam te list dalej ma coś zmienić - może nie w dziejach świata, ale w badaniach nad tymi okrutnymi latami, to cieszę się, że to zrobiłam.

A na tym się nie skończy. Siostra analizuje dalej.

Mam PDF (kolejny) całości, ale ponieważ jest ze znakami wodnymi - nie udostępnię go na razie. W sumie dla moich czytaczy to bez znaczenia, a dla ludzi, którzy się tym zajmują - ma znaczenie. Prawa autorskie, więc sorry Winnetou :) 

Gdy zbierałam się do wyjścia z chaupki, dyskotekę w niej miałam od kogutów. No ale ja, w przeciwieństwie do Zmorki, ciekawa nie jestem i nie muszę wiedzieć - a że więcej siedzę w necie niż w realu, odkryłam, że coś się pali w jednym z bloków.

Służby jednak były liczne, a jak wiadomo, nie jestem Wonder Woman, pożaru gasić nie polecę, poszłam w stronę słońca i swoich interesów.

To pierwszy pożar na moim osiedlu, a mieszkam tu już 40 lat.

I tak z tyłu głowy zawsze miałam pożar.

Ugaszono go błyskawicznie, oczywiście w sieci filmiki, na portalach informacje. Zginęła w nim 60-letnia kobieta. Paliła się kuchnia. Nie ewakuowano ani nikogo z bloku.

Jednostki z "pipem na sygnale", jak zawsze mówił P. jako dziecko, stały jeszcze długo po południu, a pożar zaczął się o 10.45. 

Wyniosłam śmieci, wracając wpadam w windzie na sąsiadkę (moją ukochaną, macającą mnie po brzusiu: o, znowu się pani przytyło), a ta, że to było samobójstwo. Skąd ma takie info? A, ludzie mówią. Cóż, ludzie mówią różne rzeczy. Jeżeli jednak to prawda, to była osoba niezrównoważona maksymalnie. Sześćdziesięcioletnia kobieta. Wiem, wiek nie ma znaczenia. Ale... Blok 11-piętrowy. Samobójstwo w kuchni, takie, że pożar wywołało. Mieszkanie na 10. piętrze. Wystarczyło skoczyć i nie narażać całego bloku. Wiem, okrutna jestem. Ale myślę logicznie. Moje życie, moja sprawa, ale dlaczego mam za sobą ciągnąć innych, bo mi ono nie pasuje?

Sama włączyłam butlę po śmierci mamy. I zobaczyłam ją, grożącą mi palcem. Nie, nie że wysadzę blok, to była stara szkoła, parterowa, my na poddaszu. Pogroziła mi palcem i rzekła: Dorota, kopnę cię w dupę (zaiste, kochająca mamusia, co nie?). A Paweł? Kto się zajmie Pawłem?

No i zniszczyła mi życie, bo cały czas czułam się za niego odpowiedzialna.

Nie ukrywam, że mnie to po latach w którymś momencie przerosło.

I mając do wyboru dalsze opiekowanie się bratem alkoholikiem a spokój moich dzieci - wybrałam dzieci.

On wybrał swoją opcję. Najłatwiejszą dla niego, a  może najtrudniejszą? 

Ale ile mogłam ciągnąć cudzy wózek, pod hasłem: rodzina? 

I nie, nie żałuję. Chociaż boli i nie mam dla siebie usprawiedliwienia.

Aczkolwiek do dziś mam do siebie żal, że nie podołałam.

Że nie uniosłam.

Takie tam, moje, bo i listopad nadchodzi.

I I., uciekający kostusze spod kosy zaraz po pogrzebie mojego brata.

Niełatwe są takie wspomnienia.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

Z takiego SMS: Nie wracam do domu, mam tu kablówkę, klimę. Tylko się współlokatora pozbędę, bo stary i marudzi.

Inżynier, leżący na prywatnym oddziale OIOM w HCP - bo państwowy był w remoncie. Miał dwójkę z łazienką.

Ale to już temat na inne marudzenie.

Inżynier,  jak wiadomo (ODPUKAĆ DUŻYMI LITERAMI) ma się dobrze i jest ojcem Łobuzów.

Kalafiorkówna jutro kolęduje halloweenowo z mamą. Inżynier zaś w innej części włości z Alienkiem i Małym T. 

Ponoć nawet dobermany mają stosowne stroje - czekam na fotki, może coś się uda zamieścić.

A ja mam full słodyczy.

I tak, kocham Halloween, aczkolwiek i pierwszego listopada, i Zaduszki mnie bolą.

Cóż, nigdy nie byłam normalna :) 

Je suis la femme de ma vie :)  

 

 

 

 

 

czwartek, 29 października 2026

Tydzień

 mijał, Kochany Pamiętniczku, przelatując mi między palcami, bo...

No, okulista.

I robiłam wszystko, żeby nic nie robić, bo wisiało to nade mną jak miecz Damoklesa.

No i tak jak w porywie napisałam do gościa, prowadzącego stronę, na której był mój Wujek - przerodziło się to w taką korespondencję, że ojacierpiędolę.  Wczoraj gościa wygooglałam - to ktoś, kto prowadzi gazetkę parafialną w Słomczynie. I tę stronę o martyrologii duchowieństwa w czasie okupacji. I tak się kontaktował z innymi osobami, które w tych tematach siedzą, ktoś wykrył nieścisłości w datach, ktoś zauważył, że nie wszystkie listy Wujek pisał sam, pan doradzał mi skontaktowanie się z oblatami (co uczyniłam już 16 lat temu), dorzucając garść informacji o arcybiskupie, zajmującym się tym, polecając kontakt.

Kurde, aż mnie rączka swędziła, żeby napisać, że ja po apostazji, ale jakie to ma znaczenie? Chcę, żeby w jakiś sposób pamięć o Wujku ocalała. A że nie analizuję tego w kontekście strat Kościoła? Cóż, życie nie jest czarno-białe. 

Dobrze, że te listy ocaleją, że ktoś na ich podstawie dopisze jakieś fakty do historii.

Ale i tak zakręcona historia i pokazuje potęgę internetów.

W ciekawych czasach żyjemy.

A wracając do naszych baranów - czwartek nadszedł.

Dwie tabletki uspokajające, pobudka o 6 (no dobra, to niedawna 7, więc tragedii nie ma, organizm mi się jeszcze nie przestawił). 

Kopytko przewinięte - coraz mniej tego płynu surowiczego, co dzień zakładam inny plaster, żeby nie drażnić go w jednym miejscu, a plastrów różnego rodzaju ci u mnie dostatek. Wróciłam do tych sterylnych, ale zwykłych, bo po tych plastikowych, choć wygodne do kąpieli, to jednak kopytko kaprysi.  

Wizytę miałam na 11, ale...

Jak kiedyś jeździły dwa autobusy na godzinę, tak teraz jeździ jeden. 10.35 - nie dojadę na czas, wiem, nigdy nie jest punktualnie w przychodni, ale ja panikara jestem, dojechałabym o 11.08, a jeszcze trzeba się zarejestrować i inne takie tam.

Pojechałam więc o 9.30, utknął na przejeździe kolejowym, więc hahahahaha, luz...

Luz, kupiłam sobie Wysokie Obcasy, od lat tego nie kupowałam, bo zdenerwowały mnie w którymś momencie reklamy mody z wysokich sfer, gdzie kozaki "chodziły" w cenie od 3 tys. w górę albo i więcej - zastanawiałam się, ile z bab czytających to stać na taki wydatek? Dla mnie to pornografia cenowa -  tak samo jak torebki "celebrytek" za kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy. Masz dużo kasy - OK, nie zazdroszczę. Możesz sobie kupować co chcesz i za ile chcesz. Ale reklamowanie tego w czasopiśmie adresowanym (nie, kurwa, nie dedykowanym) dla kobiet hmmm... myślących? 

Od kilku lat nie czytam i...

Jakoś mi nie brakuje.  A zawsze miałam dyżurny w kibelku i przeczytanie od deski do deski kolejnego numeru miesięcznika zajmowało mi dokładnie miesiąc.

Teraz mam znów na miesiąc i dłużej, bo jest dodatek psychologiczny. I o dziwo, choć Agora nie ma już korekty, WO mają. No ale ja nie puściłabym deszczy, poprawna jest forma deszczów, choć obie są dopuszczalne.

Zboczucha ze mnie, co nie?

Do okulisty kolejka była taka, że wolnego krzesełka nie było. Szło sprawnie, ale... Mój doktor, który na drugiej mojej wizycie mile mnie zaskoczył zgoleniem zarostu, dzięki czemu odmłodniał o 20 lat, czego nie omieszkałam mu powiedzieć i przez kilka kolejnych wizyt był bezzarostowy, seksowny, choć nie w moim typie - zapuścił się znów, a wąsy ma sarmackie (chyba), takie jak mój dziadek 


na tej fotce. Identiko :) 

A że mam te gorsze aparaty i nie widziałam, co mówi (kurwa, mężczyźni z zarostem to przekleństwo mojego życia, tak, jak i maseczki, Eks miał wąsa, na szczęście brody nie, ale jak zarastał za bardzo, olewałam go, mówiąc - nie widzę, co mówisz, więc znudzony tym w końcu pozbył się wąsiska - ubyło mu od razu 20 lat). Moi chłopcy z tego pokolenia niegolących się, P. jak się ogoli, to jak młody bóg, jak zarośnie, to jak szuszwol, I. dba o zarost, ale wolę go w wersji sauté, ale jego żona ma inne zdanie - cóż, wojny o to nie będę toczyła, choć sam się postarza - mimo zarostu (widać usta) to jedyny człowiek (oprócz Barana), który rozmawiając ze mną wciąż pamięta o moim kalectwie. Sam Baran mówił, że tak jak I. nie mówi do mnie nikt. 

Siedziałam jak na gwoździach, dobrze, że te jebane tabletki uspokajające zażyłam. Bo minęła 11, a wciąż mnie nie wywoływano. Powrotny autobus miałam o 11.39, następny 12.34.

Już marudziłam I., że dupa, że godzina na łażenie w Puszczykowie, bo na kawę (jest barek) nie wlecę, bo kibelek (moja fobia)...

I tak 11.25 weszłam do gabinetu. 

Od razu oznajmiłam, że oczęta się spsuły.

Jeden aparat.

Okularki i szkła, nie widzę już najmniejszych literek nawet w szkłach, więc uczciwie mówię, że dupa, mogę zgadywać poszczególne, ale mówię, że zgaduję. Trafiam, ale co z tego, jak to zgadywanie?

Drugi aparat, którego nie lubię, bo w oko strzela mi coś jak strumień sprężonego powietrza.

Trzeci aparat.

Pochwała, że widać, że na jaskrę leki stosuję, bo kurde, weszło mi to tak w krew, że nawet tego nie czuję. Przez całe pół roku od ostatniej wizyty opuściłam jedną dawkę, bo lenia miałam koszmarnego. I o ile zaćmę można operować (co przy jaskrze jest ryzyk-fizyk), o tyle jaskra nie ma takiej opcji, ślepniesz i dupa :|

Recepta, randka za pół roku,  nie kroimy, nawet mnie na żadną listę nie wpisuje, a czeka się długo.

Ten huk to był kamień z mojego serca lecący.

A zaćmę zdiagnozowała u mnie lekarka w czasie badań okresowych ponad 3,5 roku temu.

Więc - jako że coraz bliżej mi do końca - a z czytaniem nadal nie mam żadnych kłopotów - tego się trzymamy.

Nie każe mi robić okularów nowych - bo po operacji będzie trzeba je i tak zmienić. 

A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest, że...

Ostatnie okulary, znaczy się nie ostatnie, ale te, które noszę, bo są seksowniejsze od ostatnich robiłam jakieś 20 lat temu :|

Także te do czytania w kompie.

Ten najmniejszy druczek (na ulotkach leków i innych takich tam) czytam bez bryli, jak już jest mikroskopijny, to mam lupę. W telefonie też mam lupę.

Więc - da się żyć, Kochany Pamiętniczku.

Wyszłam z gabinetu o 11.37.

2 minuty do autobusu.

Poleciałam jak sarenka z I piętra, płaszcz wyrwałam z szatni i runęłam do wyjścia, o mało się nie zabijając.

Bez zakładania płaszcza. 
Do przystanku jakieś bo ja wiem? Nie umiem oceniać odległości - 200, 300 metrów?

Doleciałam z wywieszonym ozorem, dysząc i zdychając.

Siedzą dwie panie. Pytam, czy autobus do Poznania pojechał już? Bo na tym przystanku staje i autobus do Poznania, i ten do Mosiny, o tym samym numerku. Nie jechał...

Spóźnił się 10 minut.

A ja na autobus wychodzę zawsze z 10-minutowym wyprzedzeniem, a czasem i z  15-minutowym.

I tak, Kochany Pamiętniczku,  odpukać i niech spierdalają wszyscy źle życzący takiej wspaniałej SJ jak ja - freelencer.

Na pół roku freelancer. Nie planuję żadnego kolędowania po przychodniach, żadnych stresów i zakrętów.

Owszem (odpukać), mogę mieć przeboje, jak pójdę po receptę do POZ na nadciśnienie, bo nie ogarnęłam (i nie mam zamiaru ogarniać Mojego Zdrowia).

Badania okresowe - za ponad 1,5 roku następne (jeszcze muszę pracować i dożyć). 

A okulista kwiecień-maj, nie poszłam do okienka się rejestrować, bo wiem, że powiedzieliby mi, że nie mają jeszcze terminów. Poprzednio doktor  przyjmował w piątki, teraz w czwartki - poczekam, zarejestruję się online jak przyjdzie pora.

Jeszcze nie ogarnęłam kalendarza pracowego, choć harmonogramy mam.

Mam Niechcemisia.

Odpuściłam dzień gospodarczy.

W sumie, pomijając igiełki z asparagusa i kurze - nie mam wiele do zrobienia.

Niechcemisie i spływa ze mnie napięcie.

Im starsza jestem, tym bardziej wkurzają mnie takie sytuacje - "muszę do lekarza", muszę cokolwiek.

Więc tak - wszystko mogę, nic nie muszę.

I mogę mieć nawet totalny bajzel w chałupie, bo kto bogatemu zabroni (powiedziała ta, co przesuwa krzesełko, bo krzywo z leksza stoi) :) 

A Puszczykowo w jesiennej scenerii, z okien autobusu, który jedzie zakrętasami przez całe, widoki na Wielkopolski Park Narodowy - miodzio...

Plany na juterko mam, co z tego wyniknie, zobaczymy.

Skusiłam się na fioletowe ziemniaki z Lidla, choć już kiedyś je jadłam - dupy nie urywają.

Lepsze są te nasze, te żółte, te o niezapomnianym smaku z dzieciństwa - tylko gdzie je dorwać?

Je suis la femme de ma vie :)  

niedziela, 25 października 2026

Niedziela

Kochany Pamiętniczku, nie była już taka piękna, jak sobota. 

W sensie, że dzień udany był, aczkolwiek pogoda nawaliła.

Okazało się, że wykluczenia komunikacyjnego polskiej prowincji ciąg dalszy jest i jeden autobus do włości zlikwidowali. Ocalała linia jeździ w soboty i niedziele jakby nie mogła i miałam do wyboru zwalić się im przed dwunastą albo prawie o 15, więc zwaliłam się wcześniej i oczywiście dobrze wyszło.  A uparłam się na autobus, bo jak wiadomo - kontempluję.

Padać miało po południu, a rozpadało się w momencie, gdy wyszłam z domu. 

Dojechanie do włości (samochodem jakieś 20-30 minut) zbiorkomem zajmuje ponad 2 godziny :0

A ranek wstał koncertowo


 choć z ruchu badyli na balkonie widać było, że pizga złem. I pizgało zdrowo.

Ale dojechałam cała, zadowolona, podziwiając włości nie do poznania :) 

Łobuzy zleciały od kompików, wymiziały, ale kazałam im wracać, bo mają tylko godzinę w tygodniu na kompa i nie chciałam im jej zabierać (cóż, rozumiem kompikowców).

Dobermany zaś rzuciły się na mnie i zapieściły mnie na śmierć, zwłaszcza młodszy, któremu pazurków w porę nie przycięto i mało że rzucał się namiętnie na chore kopytko (drań krew wyczuł), to jeszcze nitkę w dżinsach mi wyciągnął. Starszy zaś już stateczny jest, aczkolwiek dopiero do dwóch lat dobija. Nie na darmo zwą go Roombą, powącha i dokuje na kopytkach, grzejąc je. Ale i tak przeżyłam.

Dobrze, że przyjechałam rano, bo przynajmniej trochę sobie pogadaliśmy, bo okazało się, że na wieść, że ja jestem, wprosiła się siostra synowej, no i już nie było tak na luzie, bo i ona odczuwała potrzebę wygadania się, a że mieszka ze swoim ojcem, to litania żalów nie miała końca, a i z Małym T. są problemy, bo jak zostaje z dziadkiem (z łaski i nie zawsze), to dziadek olewa zasady pedagogiki, daje tablet i nie kontroluje. No i takie tam szkolne problemy, tom siedziała, bo w sumie to już za mną. A Łobuzy dopilnowane i wyszkolone są - nie na darmo mają ojca starego gracza i informatyka - poblokowani, pilnowali, no i zna się na tych klockach...

Biedne moje dziecko (znaczy się nie biedne, ale kochane - wyjaśnienie później nastąpi) od 9.30 kwitło w kuchni...


   Robiąc pizzę dla 6 osób, każdy dostał swoją kompozycję zamówioną, ja zażyczyłam sobie wszystko i reklamowałam potem, że pieczarek zapomniał dodać :) 


 Taka ze mnie wredna maupa jest :)

Tym razem zjadłam całą, zgłodniałam na zimnie, a i z lekka mną trząsło, bo wiatr pizgał niemiłosiernie.

Zaś gej Eddy, który sam do mnie przylazł i bezczelnie łebkiem się o mnie ocierał i w ogóle nie przejmował się, że ja niesierściowa, padł w końcu, bo jak widać - za kołnierz nie wylewał.


 Wprawdzie siostra synowej jechała do Koziołkowa, ale ona mieszka na drugim końcu miasta, a mnie nie uśmiechała się jazda z Ogrodów do domu w tej pizgownicy i deszczu, toteż nie protestowałam na podwózkę, którą zadeklarował I., tym bardziej, że godzinkę na kanapie poleżał, obłożony kompresem z dobermanów, które w momencie, gdy pańcio klapnął, wzgardziły moimi kopytkami i poleciały do niego.
Zdrajcy.

Zwyzywałam, a Alienek taki zdziwiony zapytał, dlaczego wyzywam je od zdrajców, po czym ze zrozumieniem pokiwał głowinką i rzekł: ale ja ciebie nie będę zdradzał :) 

To była dobra niedziela.

Nawiązałam też  kontakt  z adminem od strony wujka i dosłałam mu i fotki, i listy z obozu - był bardzo zadowolony, uzupełni informacje w specjalnym PDF. I jak stwierdził I., dobrze, że oprócz nas ocaleje w ten sposób także w pamięci osób, które o nim nigdy nie słyszały. Potęga internetów.

Nie wiem, czy admin jest księdzem, czy świecki, podpisuje się imieniem i nazwiskiem bez tytułu. Piszę więc przez pan, nie protestuje. Pisze dobrze, grzecznie.

Ironią tego wszystkiego jest to, że i ja, i I. jesteśmy apostatami, a zależy nam na upamiętnieniu - jeszcze nie księdza, ale kleryka.

Cóż, życie bywa czasami bardzo przewrotne i rechoce cichutko.

Odezwałam się później do szwagierki G., która wyniosła się z Koziołkowa na Podkarpacie - za swoją córką, która wyniosła się tam za swoim partnerem. Bo nic mi nie wiadomo, żeby brali ślub, w sumie mnie to rybka. Mają córeczkę w wieku Alienka. Prowadzą agroturystykę i farmę, hodują konie i kozy. Ona tydzień pracuje zdalnie (nie mam pojęcia jak - milczą, a ja nie wnikam, w sumie taka to rodzina - ale dziewczyna niegłupia, dwa fakultety na polibudzie skończyła, a wsiąkła w gospodarowanie), a tydzień siedzi w Poznaniu. Hmmm. Nielekko, od nich do nas jest 7 godzin samochodem, 600 km w jedną stronę. Jechaliśmy tam na pogrzeb szwagra, ale koło Jarocina auto zaczęło nam meldować, że EHR szwankuje, tośmy nie pojechali, bo laweta z Podkarpacia jednak nie była (i nie jest) w zasięgu naszych finansów :) 

Oni zresztą też na pogrzebie Eksa nie byli, choć mieszkali wtedy w Pz, bo nie chcieli się widzieć z resztą ekipy (znaczy się z niektórymi egzemplarzami, przez co w sumie wynieśli się za córką na Podkarpacie). 

A odezwałam się, od miesiąca  bowiem próbuję sobie przypomnieć nazwisko jednego z cenionych pracowników z warsztatu, założonego jeszcze tu, w Poznaniu, przy kamienicy, w której mieszkaliśmy. Szwagier, właściciel tego warsztatu (ale nie ten, co zmarł) cenił go bardzo, mówiąc, że potrafi on naprawić wszystko, czego Ruscy nie zdążyli wywieźć. Były to czasy, kiedy nie kupowało się maszyn, ale się je samemu budowało. Czasami z niczego. Imię fachowca pamiętałam, nazwiska nie. Jakbym nie kombinowała, dziura w mózgu. Pytam I., no ale on wówczas miał góra 5 lat, jak gość zmarł. Choć nie mieszkaliśmy już w tej kamienicy, ale bywaliśmy tam prawie codziennie. I. potwierdza, nazwiska nie pamięta, ale dodaje, że ten pan był dziadkiem kolegi z jego klasy. Nazwisko inne, no ale mógł być ojcem mamy kolegi. Więc piszę z pytaniem do G., pamięta nazwisko. Kamień z serca. A żaliłam się dziś Synowej na dziurę w pamięci z nazwiskami, a ona, że nazwiska z podstawówki pamięta, ale późniejszych już nie. Więc to chyba jeszcze nie alzheimer, bo ja i ze szkoły śreniej kojarzę, i ze studiów też.  Pracowe już nie wszystkie, ale skoro tak - co się będę na zapas zamartwiać. A jeszcze się ze mnie śmiała, że mam dwa, to powinnam zapamiętać. Zupełnie jak moje dzieci, bo gdy wracałam padnięta z pracy i od drzwi mówiłam, że nie pamiętam, jak się nazywam, stawali na baczności i recytowali pleno titulo - oba imiona i nazwiska :) Takie cwane pokolenie. 

No i pytam, G., co dobrego u niej, a ona:e Ja jak młoda matka wszystkie obowiązki. Zdziwiona pytam, co jest grane, a ona: 

 

piątek, 23 października 2026

Kopytku

 jeszcze trochę brakuje do wygojenia, Kochany Pamiętniczku, ale na razie zakończyłam wizyty u pani A. Nie było już mowy o laserze (co mimo wszystko mnie cieszy, bo to wcale nie jest takie hop siup), mnie tam blizna na nodze nie przeszkadza zupełnie, nie jestem już nastolatką, żeby histeryzować z powodu takiego defektu (gdzie te lata, spędzone na oglądaniu mojego biednego nosa w dwóch lusterkach i tragizowaniu, że nos krzywy i brzydki), jedyne co mnie martwi to zawsze cycki za małe i za duża dupa, ale o to nie jest już jakąś wielką tragedią. Teraz został Microdacin i jakaś maść, nie chce mi się leźć po tubkę, żeby nazwę napisać - mogłam zamiast niej (a tania nie jest - coś z kwasem hialuronowym) kupić maść z witaminą A i E - też kupiłam, bo na obu nogach mam zmasakrowaną, suchą skórę. Przy ostatnim przewijaniu była obecna moja dentystka i powiedziała, że mam zameldować, jak się zagoi, bo chcą zobaczyć. Powiedziałam, że przyjdę ze skarbonką i za oglądanie kopytka będę pobierała datki. Nie było mi na rękę, że nie byłyśmy same, ale udało mi się wetknąć kopertę pani A. niezauważenie. Pisała potem, że to niepotrzebne, ale... Widzę, jak pracuje, jak startuje z jednego końca miasta na drugi, no i przecież zajęła się mną z własnej i nieprzymuszonej woli. Wprawdzie I. mówi, że skoro ma gabinet w L. na NFZ, to jej za to zapłacą. Nie wiem - nic nie podpisywałam, nic nie deklarowałam, a dobrze mieć kogoś, kogo można prosić o pomoc - bo tak naprawdę to nie wiem jeszcze, jak to się skończy. Zresztą sama napisała, że jak coś, mam się zgłosić.

Przeszczęśliwa jestem, że nie muszę już nigdzie kolędować i nigdzie lecieć na godzinę. Jeszcze tylko okulista w przyszły czwartek, ale cóż - mogę nie jechać. Okrutnie mi się nie chce, ale sama widzę, że oczka powoli padają, więc lepiej mieć opcję, niż jej nie mieć.

Oczkom czytanie nie wadzi (zresztą czytam teraz o połowę mniej), po prostu tracę ostrość widzenia na odległość - w okularach jest OK nadal, ale bez to już nie. Więc tak, mimo lenia i niechcenia - pojadę.

Ale bogiem a prawdą, tyle co się nakolędowałam od lipca po lekarzach, to olaboga... 

Wczoraj pogoda barowa była, to wróciwszy z przewijania (a poszłam sobie na malutki spacerek w ulewie), do chaupki wszedłszy ogarnęłam dzień gospodarczy, bez korytarza.

Za to noce mam teraz koszmarne - poprzedniej po ataku zmor jakichś bałam się spać. Atak był tak realny, że zastanawiałam się potem, czy faktycznie szarpałam się z kimś, walcząc o kordełkę i czy darłam się tak przeraźliwie faktycznie. Nie potwierdzę, nie zaprzeczę, bo świadków nie mam, a sąsiedzi nic nie reklamowali. Koszmar był jednak przekoszmarny.

A wczoraj zasnęłam, pospałam do północy, a potem do drugiej siedziałam na ajpadzie, bo od przewracania się z boku na bok sińce miałam :) 

Pospałam umiarkowanie, do 8, a że pasjanse swoje codzienne rozwiązałam po północy, nie miałam za dużo do roboty, więc wstałam. Przy porannych grzecznościach z I., życzyłam mu miłego weekendu, dziwiąc się, że odzywa się do mnie w sobotę rano (w sobotę to kontroluje, czy matka żyje wieczorkiem), a ten do mnie: to trzeba jeszcze tego weekendu dożyć. Kurde, u mnie już sobota była. Za to kocham dni niepracowe, bo nie wiem, jaki jest dzień tygodnia :) 

Do Lidla poszłam, bo w soboty tam jest syf i malaria. Też zakręcona, bo za Chiny Ludowe nie mogłam znaleźć w apce (jebane apki do wszystkiego, jeszcze trochę i do umierania apka będzie, nie masz apki, nie umrzesz) tego halibuta ze złota (99,90 za kg), a promka 30% to już robiła różnicę i to znaczną :) Więc sruuu do kasy (nienawidzę tych samoobsługowych, choć w Lidlu są spoko obsługiwane, ale... nie umiem tam zeskanować apki, teoretycznie wiem jak, ale przerasta mnie szukanie skanera, zakładanie i zdejmowanie bryli, bo w tym widzę, w tym nie, coś się nie wbije, coś przebije, wielopaki, szukanie gatunków jabłek, czy cukierków - nie, nie nadaję się na kasjerkę, no i nikt mi za to nie płaci w sumie, jakby na to nie patrzeć), z reklamacją, a pani spokojnie, że w apce jest. No to ja już wyciągam ajfonika, żeby pani podać, niech szuka, jak taka mądra i nagle hyc - i halibut w apce jest - więc się szeroko uśmiecham i mówię: przepraszam, nie wiedziałam, że aż tak ślepa jestem :) I wstrzymałam się, żeby nie dodać, że mało, że głucha, to jeszcze ślepa :D 

A plan miałam, żeby pojechać do wujka Mietka, bo pogoda znów była cudna, idąc ten kawałek z Lidla do chaty spociłam się tak, że T-shirt był mokry :) Więc założyłam bluzkę dla staruszek (te jebane sklepy XXL wszystko mają z tworzywem sztucznym), która grzeje, bez kurteczki, wsiadłam w zbiorkom i pojechałam, kontemplując (znaczy się nie plułam ani pod kątem, ani wprost w tym zbiorkomie) jesień w pełnej krasie. Jak jutro będzie też tak ładnie, to kijki wezmę i polecę robić fotki, bo to już ostatnie podrygi konającej ostrygi takie kolorki. 

Obaczymy, bo dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, a jednak okazało się, że mam braki w lekach i muszę coś jeszcze rano ogarnąć.

I tak dojechałam do Pomnika Polskiego Państwa Podziemnego i AK   koło Dominikanów. Tam w trzecim, ostatnim rzędzie symbolicznych grobów z tabliczkami pomordowanych Wielkopolan, w trzecim grobie jest tabliczka wujka Mietka - brata mojej Mamy i Cioci, zagazowanego w Mauthaussen. Był klerykiem, miał 21 lat. Odkryłam to zupełnie przypadkowo, łażąc po internetach - i jak już nie mogę to sobie tam lecę. Głupia ja, agnostyczka, apostatka, a taka tabliczka ma dla mnie znaczenie, choć o wujku wiem tyle, co nic - one nie chciały ze mną rozmawiać.

Dziadek był szewcem, miał w sumie 4 dzieci - z pierwszego małżeństwa syna, potem z drugiego tę trójkę. Nie stać go było na kształcenie wszystkich. A Mietek był najbardziej napalony na naukę. Mieli taką kiszkowatą kuchnię, szeroką może na 2-3 metry i długą. Stały tam ramy do prężenia firan (trzecie żona dziadka tym się zajmowała). A Mietek miał pod sufitem pawlacz, na który wchodził i się uczył. Mama i Ciocia, złe, że wciąż się uczy - stukały mu w ten pawlacz kijem od szczotki. I to tyle, co wiem. Potem, już po latach nawiązałam kontakt z jego zakonem oblatów.

A dziś znalazłam taką stronę

https://www.swzygmunt.knc.pl/MARTYROLOGIUM/POLISHRELIGIOUS/vPOLISH/HTMs/POLISHRELIGIOUSmartyr0617.htm

I właśnie w trakcie pisania tego postu posłałam emilka do admina - mogę mu dać fotkę.

Cóż, mam podzielną uwagę i jestem wielozadaniowa, mimo starości :) 

A że nic w internetach nie ginie, niech trwa.

Bo jak ja odejdę, to nie sądzę, że ktoś będzie pamiętał.

Takie czasy, takie pokolenia.


 Tak się trochę obawiam, że doniczkę ktoś rąbnie - na pobliskich ławeczkach koczowało kilku bezdomnych, ale cóż. W sumie Umarlakowi te badylki potrzebne jak umarłemu kadzidło, a nie chciałam wlec nic sztucznego. A świeczuszka pali się i ten osobnik wie (a z nim reszta ekipy, bo trudno, żebym każdemu zapalała osobną, ochrona środowiska, jakby nie było)...

A potem poszłam w stronę słońca, niedaleko, ale zawsze, znów kontemplując


 nieczynną już fontannę przed Operą, ale jak tam wciąż cudnie...

 


 na trawce jeszcze ryzykanci, niebojący się ani kleszczy, ani złapania wilka...


 Adaś wciąż nie zszedł z pomnika, znaczy się, że żadna dziewica nie skończyła uniwerku (urban legend, sama znam kilka, które skończyły, ale piękna legenda). 


 I łezka w oku :) Teraz już przewodnik, ale pamiętam, jakby to było wczoraj, jak Baran w czasie jednej z ostatnich wizyt w Koziołkowie szukał budki, w której mógłby wykorzystać kartę, żeby zadzwonić do mamy. Komórek wtedy jeszcze nie mieliśmy :) 

 


 A tle moja Alma Mater i Bałtyk. Nie ten Bałtyk, gdzie było kino, ale... Bałtyk. I żurawie - znów coś budują, okolica zresztą nie do poznania w tym Poznaniu, gdybym ja, osiemnastoletnia tu teraz zlądowała, zgłupiałabym :) 


 A dla tej fotki specjalnie szłam :) Bo nie co roku udaje mi się upolować zjawiskowy winobluszcz na mojej Alma Mater :) W zeszłym były już same badyle.

Więc tak, to był dobry dzień (jeszcze jest, ale to drobiazg).

Wróciwszy do chaupki (a autobus podjechał mi idealnie, nie czekałam ani minuty na przystanku), obiad wstawiłam (wreszcie dorwałam zjadliwe pyry w Lidlu - mączyste) i kopiąc się w tłustą, kubańską dupę poszłam korytarz sprzątać. Czego nienawidzę od zawsze z duszy i serca, ale odpuściłam dwa dyżury, wychodząc z założenia, że skoro młodsi o kilka dekad ode mnie sąsiedzi mają to w dupie, to dlaczego ja, kulejąc mam się wysilać?

Obiadek, pranie, pranie ręczne, zmywanie (babciu, a gdzie masz zmywarkę, a babcia machając rękoma, na których skóra czasem pęka do krwi, słodko mówi: tu jest moja zmywarka - mogłabym kupić taką małą pod zlew, ale raz, szkoda mi kasy, dwa - nie mam ochoty na kolejne przemeblowanie, a trzy - coś muszę robić poza chodzeniem od kompika do laptopika, co nie?). 

I tak minął mi trzeci dzień mojego dolce far niente :) 

Pisałam do Marielle na MSG, bo żyję Paryżem, a jakże, ale nie odezwała się.  Cóż, może nie korzysta na co dzień z tego ustrojstwa. 

Pozostaje mieć nadzieję, że u mojej paryskiej gałęzi dalszej rodziny jest OK.

A gdy gadałam z I. o tym wszystkim, pisząc mu, że Apple zablokowało wszystkie ukradzione iPhone, odpisał, że dzisiaj się już to da obejść. Nie wnikałam, nie drążyłam, to dla mnie czarna magia. Ci, co kradli, umieją to obejść. Sprzedają na platformach, ale... Jak ktoś tam kupi (Amazon czy e-Bay) i potem chce wrócić do ustawień fabrycznych - to cóż, dupa blada. Dlatego nie zaleca kupowania tam "używanego" sprzętu od nieznajomych. Cóż, jak będę musiała, kupię nowy, albo przerzucę się na Androida.

A w Londynie złodzieje jeżdżą na hulajnogach i wyrywają ludziom telefony. Jak okaże się, że "uprowadzili" Androida, to potrafią wrócić na miejsce zbrodni i rzucić nim w poszkodowanego :) 

Jakby uprowadzili mojego ajfonika, pewno by mi go też pogardliwie oddali, bo mało, że stary, to budżetowy. Ale ja go i tak kocham, a do Londynu się nie wybieram :) 

Dzisiejszą notkę sponsoruje 


 Jedna z niewielu piosenek po angielsku, które umiem słowo w słowo powtórzyć, mało tego, rozumiem wszystko, co śpiewa. A najśmieszniejsze jest to, że przed ślubem P. pytał mnie o coś do tańca, powolnego, z tekstem. Bo Windą do nieba to mało, że oklepane, ale w sumie to tragedia w tekście - jak panna młoda śpiewa o tym, że kocha pana z lusterka. Ja, piękny rocznik, pamiętam te lusterka z fotkami aktorów z tyłu. Sama mam zakitrane takie po moim ojcu, który w serduszku na odwrocie nosił fotkę... No jakby śmiał inną. Moją :) Na swój sposób zrobił ze mnie gwiazdę.

Nice.

I. twierdził wtedy, że piosenka jest smutna i tragiczna, ale jak dla mnie nie - jest optymistyczna - i need your love... Jest wołaniem o miłość, o rozmowę - no i melodia jest idealna do tańczenia dla nietańczących, a do takich zalicza się P. (ma to po tatusiu).

Właśnie na MSG zaszczyt mnie kopnął. Zostałam zaproszona na włości. W tym roku całe wakacje minęły bez wizyty tam, ale... Cóż, ogródek, understand. 

I obiad dostanę, i podwózkę do domu (na włości chcę jechać sama, kontemplować okoliczności, orgazm mieć koło Korbanka na widok maszynek). 

Wypas :) 

Tylko dobermanów się obawiam, bo jak przyjeżdżam, to nigdy nie śpią, tylko od razu dokują na moich kopytkach.

Ale będę miała grube dżinsy...


 One tylko tak niewinnie wyglądają, ale przeczy temu wygląd kanapy. Tu nabierają sił, by się rzucić na mnie i zagryźć mnie bezlitośnie. Albo i połknąć w całości, kto je tam wie...

Do napisania, Kochany Pamiętniczku :)  Freelencerowanie mi służy, jak widać :) 



 

 

 

 

środa, 21 października 2026

O nomen dulce libertatis

 Kochany Pamiętniczku.

Wyleżana do wypęku.

A potem powolutku, pomalutku, w świat bez plecaczka, za to z wózeczkiem.

Bo i pogoda koncertowa, a chlebek w zamrażalniku się kończy.

I tak szłam z tym wózeczkiem w stronę słońca, ciesząc się każdą pierdołą po drodze.


 Piegowatym liściem :) 


 Alejką, w której drzewa, gdy ja ogarniałam kuwetę już prawie pozbyły się liści, ale i tak piękna jest...


 Laskiem...


 

 Uroczą starszą panią, popylającą z wózeczkiem satanistycznym i na dokładkę pinkowym :) 

A ciepło się zrobiło tak, że wlazłam do Biedronki, bo potrzebowałam wacików (a co, na waciki wciąż mam), i kupiłam reklamówkę, żeby kurtkę do niej wepchnąć, bo bałam się, że coś z zakupów ją zabrudzi. I ruszyłam Manhattanem, znów pytana: nie jest pani zimno. Ja rozumiem, że ktoś, kto stoi od rana pod budką w cieniu może zmarznąć, ale ja, w pełnym słońcu, w było nie było, kurtce z tworzywa sztucznego mam prawo się gotować :) Jakby mi było zimno, założyłabym kurtkę. A może powinnam korzystać z ludzkiej dobroci i mówić, że nie mam na okryjbidę? :) 

W domu rozkoszowałam się dalej lenistwem, albowiem kupiłam sobie w Aldim jakiś devolay - chemię miał, a jakże, ale niedużo i był całkiem zjadliwy, upieczony w piekarniku - ostatnio piekę w nim namiętnie, muszę odebrać tę kasę za gaz, którą mi wzięli, chociaż gazu przez miesiąc nie miałam. Mam też kawałek schabu, ale jego pieczenie za długo by trwało, więc dziś był devolay, jeszcze na jutro go mam.

A po nim upiekłam ten schabik


 z ułańską fantazją, bo z gruszką, mandarynką, porem i w pomidorach krojonych (z puszki). No i mam obiad na kolejne dwa dni, a to, w czym się piekł rzeczony schab smakuje obłędnie.

I tak się kulałam, śmieci powynosiłam, dzień gospodarczy jutro, a rano (brrr... jednak się nie wyleżę, ale cóż, tylko tak pani A. pasuje) z kopytkiem polecę, życie :) 

I tak oglądając bzdury na necie, znalazłam takie cuś i zastosowałam - 


 wprawdzie w oryginale była kawa, goździki i cynamon, oliwa i pomarańcze, ale zmodyfikowałam, bo cynamon diabeł ogonem nakrył, więc dałam anyż, też ładnie pachnie :) I przeterminowany olej ostropestowy zamiast oliwy (za droga jednak jest), no kawa też droga. Ale mam w puszce kawę sprzed... 5 lat, jeszcze pachnie, ale raz, że od dawna nie piję kawy, dwa, że jak już to gotową, mieloną, bo młynek mam na samym dnie szafy, a nie mam już siły na klękanie i przekładanie wszystkiego. Tak, że dopóki będę miała tę starą kawę, będę się tak bawić :) 

A że czas już na światełkowanie nadszedł, to 


I po co mi gdzieś po świecie się włóczyć, albo zabijać za 200 zł?

Tu jest moje szczęście, mój świat, mój luz.

Jednak fajnie się składa, że z kopytkiem lecę rano, spojrzałam na prognozę pogody - ma padać, to fajny dzień gospodarczy będzie.

A do wujka ze świeczuszką i różyczkami w doniczce (albo z wrzosem, jak różyczki padną) polecę, jak pogoda będzie niebarowa.

Można mi zazdrościć luksusu, pozwalam :)   

wtorek, 20 października 2026

Koń

 po westernie nie jest tak zmęczony jak ja dziś, Kochany Pamiętniczku.
A miałam mieć od dziś już wolne, ale wiecie, rozumiecie, marketing się nie wyrabia.

I ja, jak zawsze od 16 lat - nie liczę godzin, zaciskam zęby i jadę z tym wózkiem.

Bo wiecie, rozumiecie, jesteśmy załogą. Drużyną.

Jednak po tych 16 latach (we wrześniu dokładnie odkąd podpisałam umowę o pracę, przedtem pracowałam na urlopowych dniach z Auschwitz, a poleciła mnie ówczesna korektorka z obecnej firmy, która ciągnęła tam i miesięcznik, i tygodnik - i się nie wyrabiała). Ja na zastępstwie ciągnęłam obie (tam miałam w sumie 28 tytułów, fakt, że różnie rozłożonych czasowo), mnie to szło spokojnie. Boss chciał mnie po kilku miesiącach na zlecenie, ale że miałam już etat na stałe z Auschwitz - powiedziałam nie. Bo etat to urlop, chorobowe, emerytura - różnie w życiu bywa. Jestem starą kobietą, wychowaną w starym świecie. Po 3 miesiącach się złamał, dostałam pół etatu, a jakże - ryzyk fizyk, bo na 3 miesiące, ale na szczęście przedłużyli. I pensję taką, jak w Auschwitz na cały miałam - więcej nie mogłam wywalczyć, bo miałam rentę i nie wolno mi było więcej zarobić, żeby jej nie stracić, a tych kilka stów, które miałam z renty on by mi do pensji nie dołożył. 

I tak jakiś czas byłam w siódmym niebie. Ekipa też, bo poprzednia korektorka, która mnie poleciła hamowała robotę, nie wyrabiając się z dwoma gazetami. Nie powiem - dobra, pani doktor, a jakże, z własną firmą i innymi zleceniami (co pewno wpływało na zwolnienie pracy, znam to z praktyki w Auschwitz, bo tam dorabiała).

Ekipa zachwycona, ja też. Doszła kolejna gazeta, dla gospodyń, wzorowana na niemieckiej (bo w sumie to powiązane jest z Niemcami), też korekciłam, już mogłam więcej zarobić, bo granica rosła - ale też nie były to kwoty powalające na kolana. Gazeta padła, bo mało że do kobiecych spraw wmelał się Boss, to jeszcze naczelną była nieogarnięta madame, którą potem z hukiem zwolniono (to był szok, pierwsze zwolnienie w firmie, która z zasady NIKOGO nie zwalniała, a na dokładkę w stopce redakcyjnej do dziś są nazwiska autorów, którzy zmarli przed wiekami już.  Z ciekawości, pisząc to, polazłam na stronę i olaboga, wszystkie redakcyjne Umarlaki są (nic im nie odbierając, bo to dobrzy i fajni ludzie byli), pousuwali tylko tych, którzy rzucili tę brudną robotę i wzięli się za węgiel. Narybku już nie powsadzali.

A, i od razu po otwarciu naszej stronki literówkę znalazłam. Wersalikami :) 

Ale nie będę się pchała przed orkiestrę, w Auschwitz pochwaliłam się, że znam HTML i dostałam za friko wprowadzanie artykułów na stronę, a niejaki szef fotoskładu, pijak i ćpun, ale nietykalny stał nade mną i sapał, dlaczego gazeta jeszcze nie jest wprowadzona, podczas gdy ja z zaparciem robiłam to, co było w zakresie moich obowiązków. Więc, kurwa, nie, nie powiem im, że mają kiksa.  

I tak lata płynęły, 5 lat po zmianie pracki mogłam już zarabiać, ile chciałam, bo przeszłam na emeryturę. Mogłam, ale nie zarabiałam. Doszły warzywka i maszynki, no ale to była dodatkowa harówka, a kwota nie powala. Bo nie pokrywa czekania na pracę. Bo ja, kurwa, szybka dziewczynka jestem, czytam tak szybko, że wszyscy pytają, jakie kursy szybkiego czytania skończyłam. Geny, Kochany Pamiętniczku, wadliwe geny. Tak samo szybko czyta Alienek, czasem licytujemy się, kto szybciej :)  Pominąwszy szaloną indeksację, jak jeszcze nie złączyliśmy się z Warsiawką, całe 10% oraz również 10% po pandemii, moja pensja po zamknięciu warzywek spadła, co wprawiło mnie w czarną rozpacz, ale o dziwo, okazało się, że mimo braku tych kilku stów (tak, tak, pani SJ, żeby zapełnić pani moce przerobowe, trzeba by więcej pisać). Nosz, kurwa, dobry argument - ale czas spędzony na czekaniu aż inni napiszą wciąż jest nieopłacony. Ten argument NIE DOCIERA. Bo teraz, na home office mogę pranie wieszać. Of course, byłby to argument, gdybym miała dalej trzech facetów na stanie, z których żaden nigdy się do pralki nie zbliżył (synowie, dostawszy się w szpony swych połowic, piorą aż miło i OK, to tylko ja taka głupia całe życie byłam).

I tak - obawiam się, że jednak teraz Boss się ocknie i znów mi pensja spadnie, ale...

Tak, robię jedną korektę po tym wiekopomnym spotkaniu. I to ratuje moją psychikę i oczy, albowiem gazetkę robimy wciąż w kilka dni. Moja dobra wola, że robię wydruki i sprawdzam strony pobieżnie - bo nie ma drugiej korekty.

W tym numerze zaś Boss miał wywiad. Kobyłę. Oczywiście, z dopiskiem pilne. 

Przeskoczył kolejkę.

Znienacka emilek, że - z racji na poprawki - (to sformułowanie wkurwia mnie maksymalnie, poprawnie jest: z powodu poprawek) mam zrobić drugą korektę (nie wie o układzie z redakcją). I tak, jak łopatą kładł mi do głowy, że on tekst czyta kilka razy, zanim go do mnie wyśle, że mają (płatny) specjalny program do korekty, więc ja mam niewiele do roboty, że łaska pańska, że sranie w banie, że beze mnie będzie luz i hasta manana, aczkolwiek on broń borze liściasty nie zwalnia, ale nie wiadomo, co będzie za rok... W pierwszej korekcie byki były. Cóż. W drugiej również, a co najlepsze - jako że to wywiad, to po autoryzacji - merytoryczne - różne wersje pisowni różnych programów... Com nie omieszkała na zielono mazakiem zaznaczyć. 

A najlepsze, że gdy buntując się dziś, wspomniałam o tym pani M. na MSG, odpisała, że widziała, bo zostawił wydruk na drukarce. Nie wiem, jak to ogarnął, bo poprawki miał nanosić grafik, a ja w emilku zaznaczyłam, że to domena autora...

I tak dochodzimy po tym przydługim wspominaniu (żebym pamiętała, nawet gdy dopadnie mnie ten Austriak, który klucze chowa) dochodzimy do clou.

Wczoraj siedziałam dwie godziny ponad normę. Którą już z nawiązką wyrobiłam, ale cóż, za oknem już ciemno, ja wciąż, czekając na pracę śledzę losy różnych Alf (takie moje hobby).

A dziś tak ponury wstał dzień, że nawet I., sprawdzając, czy matka jeszcze żyje, narzekał, że tak szaroburo. A matka w pościeli leżała jak betka i zmuszała się do wstania, aczkolwiek (jeszcze) depresji nie ma (nie posiada, jakby napisał dziennikarz). 

Ogarnęłam się, śniadanie zrobiłam (zmobilizowałam się i systematycznie opróżniam zamrażarkę, więc biała kiełbaska, leżąca tam od Wielkanocy poszła pod nóż) i siadłam, czekając na pracę.

Czekałam do 13.

Podkreślam, że to już 4 bezproduktywne nadgodziny dziś, za które nikt mi nie płaci.

Z radosną informacją, że wstępniak i od naczelnej, i od Bossa, praca zespołowa. Ten to się zna. Bo Forum. Ojacierpiędolę, 11. forum w mojej karierze. Jedenaste wariatkowo. Wiecie, rozumiecie, przyszłość, górą nasi, zarządzanie i inne korpopierdy, z których niewiele wynika, ale kosztują. 

I za chwilę emilek od Bossa, że zaczną mi dosyłać teksty do ekstrasa. Potrzebnego na forum.

I tego się obawiałam, że złapie mnie przed zamknięciem poczty.

Odpisuję uprzejmie, że już dziś siedzę na kolejnych niepłatnych nadgodzinach, bo się gazetka poślizgnęła.

Że od jutra do 11 mam wolne, odbierając urlop z września, w czasie którego pracowałam,a  później odbieram zaległy urlop za ubiegły rok, o który była awantura, że nie wykorzystuję. Że zdaję się na jego decyzję.

I w lament na MSG, do pani M., ale... 

Ugryzłam się w jęzor i za wiele nie lamenciłam.

Widać musiał się z nią kontaktować, bo pani M. pyta, czy chcę tę robotę. Odpisuję więc krótko i uczciwie, że nie. Pani M. napisała, że OK, urlop rzecz święta i będą musieli sobie poradzić.

A do mnie płynęły emilki od redachtorów. Że syf, kiła i mogiła.

Cóż. Oni, młodzi, godzą się na wszystko. Nie stoję po kawę w kuchni, nie znam redakcyjnych plotek i układów. Każdy ma swoje życie. Praca w redakcjach, gdzie pijani w trzy dupy redaktorzy (już nieżyjący) kładli się na podłodze i narzekali - już za mną. Przetrwałam nawet ochroniarzy Świtalskiego (można wygooglować, aferę z cukrem w Elektromisie polecam, tam zaczynałam karierę korektorki), z pistoletami za pachą, gdy drapałam się po schodach, by odebrać dyplom z okazji stuiluś tam lat DP. A w domu Inżyniera z gorączką około 40 stopni okładał zimnymi okładami Pierworodny. Nie dlatego, że lubiłam balangi, ale dlatego że tamta praca pozwalała mi utrzymać dzieci. 

Nie wywlekając już faktu (a paluszki świerzbiły), że za poprzednie zlecenia, które ogarniałam na jego (no i na jej prośbę też, balowała wtedy gdzieś w ciepłych krajach, a ja siedziałam na dupie w fotelu) wystawiłam na jego prośbę rachunek na 2500 brutto, co i tak było zaniżone za mój czas, a wypłacił mi... 900 netto.

Więc sorry, Winnetou. Korporacja, korporacją. Nie wnikam w jego zarobki. Ale skoro mnie sprowadza się za moje umiejętności do takiego poziomu, to podziękuję.


Oczywiście, bez sensu jest szarpanie sobie nerwów dopominaniem się o swoje.

On doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że na korektorskim rynku, w moim wieku, choćbym była nie wiadomo jaką gwiazdą, przy obecnej konkurencji i młodych, chcących się tam dostać, proponujących pracę za stawki głodowe, a ja za takie pracowała już nie będę, bo życie mam tylko jedno - nie rzucę mu wypowiedzenia.

Ale...

Jestem z siebie dumna, bo po raz pierwszy powiedziałam NIE. Mam urlop.

I tak, przeklinając i męcząc na MSG I. (chyba muszę się ogarnąć i wziąć na wstrzymanie), po godzinach już, znaczy się 17.15,  zamknęłam ukochaną (jeszcze) gazetkę. Kto by tam liczył, że to dodatkowy dzień pracy, co nie?

Poczta sobie wisiała.

17.25 emilek od Bossa. Czy jednak się nie złamałam i nie ogarnęłabym ekstrasa? Bo inaczej muszą szukać wyjścia awaryjnego.

Seriously?

Ja rozumiem, że ktoś nie ma czasu na odpisywanie od razu. 

Że jest szychą.

Kimś wielkim.

A ja, cóż, trybik w korporacyjnym młynku.

Ale gdybym ja była szychą i potrzebowałabym tego trybika, sięgnęłabym po marchewkę. Nie po kij. Napisałabym, że trybik jest potrzebny i że postaram się zrekompensować mu choć finansowo czas.

I podałabym kwotę.

Celowo nie pisałam, że zrobię za tyle a za tyle, bo i tak wiem, że za takie cuś, co planują, może mi jakieś góra 2 stówki da.  Bo to niewiele stron. Mając perspektywę 23 dni wolnego, oddalibyście ją za kilka stów i ślęczenie przed ekranem godzinami, bo coś może nadejść? Nawet jeśli w tym czasie popralibyście ciuchy od lat leżące w szafach i powiesilibyście je?

Więc grzecznie odpisałam, że jednak nie, bo wyjeżdżam, co planowałam od dawna.

Ryzykuję? Może.

Ale ile można być lojalnym przez 16 lat, bez premii, bez podwyżki - co z tego, że moje pół etatu brutto nadal jest wyższe niż najniższa krajowa? Skoro nikt nie ceni mojej wiedzy, doświadczenia i nie da się tego ukryć - dyspozycyjności i IQ? Doceniają to moi współpracownicy, ale oni mi nie płacą.

Bo geniuszem zła jestem :) 

Na koziarzach mogą roznitować się tez nicienie – niszczyk zjadliwy - wersja autorska, po współpracy z AI, płatnej, a jakże, nie wiem, ile, ale pewno dużo więcej niż moje roczne wynagrodzenie. 

Ktoś, coś to ogarnie?  Udało mi się to ogarnąć. Chodziło o to, że: Na korzeniach mogą rozwijać się też nicienie – niszczyk zjadliwy.

Jestem warta tej kasy, której mi nie płacą?

Więc tak, nie zarobię 200-300 zł.

Może znów mi pensja spadnie, jak Boss zajrzy do swoich notatek.

Ale w dupie to mam.

Wczoraj był przecudny październikowy dzień, ale zanim ostatni redachtór się ogarnął, na dworze były już egipskie ciemności.  

Dziś, jak już pisałam, było jak w dupie u Murzyna.

Ale i tak poszłam do Lidla po pieścichłopy.

Bo wyjść musiałam z chaty, żeby nie oszaleć.

Bo ile można?

Być dyspozycyjnym, uległym, dostosowującym się, dopasowującym?

Więc tak, jestem z siebie dumna.

Że powiedziałam nie, że nie będę znów kurcgalopkiem leciała do kompa. 

Cóż, nie każda zmiana w życiu jest zła.

Co ma być, będzie.

Pyry z gziką też lubię.

A, odgrzewając albo i piekąc wszystko ostatnio w piekarniku, wróciłam do czasów dzieciństwa. Po prostu dokładam tam jabłka i... 

U mnie w domu był piec kaflowy, we framudze piekliśmy zawsze jabłka.

Piekę i ja, w piekarniku, znów zaczęłam jeść jabłka, co przy moich zębach wcale takie łatwe nie jest.

Może i pieczone mają mniej dobroci, znaczy się witamin i takich innych tam...

Ale znów mam kilka-kilkanaście lat, zajadam się jabłkami z piekarnika, a Alina jutro da mi boskopa...

Alina wrzuca na FB zdjęcia, na których wciąż wygląda na te 18 lat - i nawet jej nie umiem już zazdrościć, fajnie, że jej się tak udało.
Delektuję się pieczonymi jabłkami.

Wolne w sumie do 12 listopada, bo 11 to święto - przebija wszystko.

Jednocześnie śledzę wciąż, gdzie się da, wydarzenia we Francji (Paryż, mój ukochany Paryż, wyśniony, wymarzony, chciałabym tam być jeszcze raz, tak samo, jak serce tęskni wciąż za wyprawą nad Bajkał, ale to marzenie ściętej głowy, nie ma opcji). Myśląc o rodzinie, która tam jest, aczkolwiek Władek od dawna się nie odzywa, choć pisałam, cóż, jest już po osiemdziesiątce, po wypadku, a reszta rodziny - nie ogarnia polskiego, a mój francuski to jednak tylko tłumacz Google...

Tym niemniej jestem z siebie dumna, że tak naprawdę pierwszy raz w życiu powiedziałam NIE :)

I czeka mnie dyskusja z I., że niby martwię się o wnuki niepotrzebnie, że nie będą nigdy tak rabowały sklepów...

Cóż.

Czas pokaże, kolejne pokolenia mają coraz gorzej i czasami myślę, że te survivalowe reklamy gier to nie tylko reklamy...