czwartek, 11 sierpnia 2022

I'm back

 Kochany Pamiętniczku :)

Czas nie z gumy, nie rozciągnie się, ale nadrobimy, co nie?

Sceny balkonowe były od maszynek, że jak to, że mnie tydzień nie będzie, że padną, że umrą, że zginą śmiercią męczeńską.

Wracam po tygodniu i co? Dupa... A potem cztery dni ślęczenia i czekania, aż się ogarną, a dziś, w dniu zamykania, sajgon i armagedon, wszystko na kolanie tak, że ojaciepierdolę, a jak z ostatnimi stronami zawisłam, bo ni chuja dojść nie mogłam, co to jest Toluze, to emilek, że się przypominają, a potem że myśleli, że się zdrzemnęłam.

Kurwa.

Wie ktoś, co to jest Toluze?

Bo ja wiem - Touluse. Spolszczone Tuluza. Siedziba firmy, której nazwę też schrzanili. To się nazywa "korekta". A to jest, kurwa, redakcja merytoryczna, tyle że niezapłacona. Gdybym tego nie sprawdziła i poszłoby, byłoby sprostowanie i przepraszanie firmy.

Więc, jestem, kurwa, warta większej kasy niż ważę. Ulało mi się.

A na dokładkę pamiętam o o zmianach personalnych, co MUSI być odnotowane w stopce, nie mówiąc już o tym, że sprawozdanie z LIPCOWEJ ważnej wizerunkowo dla firmy imprezy pisali dziś, na kolanie, sadząc byka na byku, w tym w nazwach firm sponsorujących.

No i podsumowuję - kurwa mać.

A jeszcze redaktorzy idący na urlop, bo długi weekend, w dupie mają moje godziny pracy, bo wiadomka, oni na urlop idą.

Tak, kurwa, jasna niesprawiedliwość, ale morda w kubeł, jest jak jest, a ja wciąż jestem nyrolem.

Ale ab ovo ad mala.

Na dworzec polazłam, gdzie Alienek (zwany dalej A) przywitał mnie entuzjastycznie, o mało nie łamiąc mi kręgosłupa po tym, jak potwierdziłam, że jadę  z nimi i że będę go kąpała :) Za to Kalafiorkówna (K) z lekceważeniem pokiwała mi łapką i zapytała, co dla niej mam, po czym straciła zainteresowanie moją osobą (i tak jej do końca zostało, choć nie powiem, w czasie kąpieli byłam jej boginią i nie protestowała). 

Pierwsze koty za płoty, w jakimś barze na dworcu Inżynier (I) zostawił sporo kasy, ja podziękowałam, mając na uwadze sikanie (słusznie, żaden z odwiedzonych przymusowo nielicznych publicznych kibli nie grzeszył czystością, zwłaszcza po podniesieniu deski - sikam na Małysza, w razie przymusowej sytuacji siedzenia miałam nakładki, ale niebiosa strzegły, siadać nie musiałam). Nienawidzę od dziecka publicznych kibli i to mnie wstrzymuje od wędrówek. Może i z mojego jeść nie można, ale jest mój :) 

Podróż IC była luksusowa, miałam swój internet z telefonu i dwa odcinki Gotowych na wszystko ogarnęłam, co ustrzegło mnie od namolnej towarzyszki z sąsiedniego siedzenia, chcącej gawędzić o dzieciach i wnukach :)

Porównując podróż sprzed lat osobowym - wypas. Wtedy jechałam 5 godzin, tu trochę ponad dwie.

No i miałam I do wkładania walizki na półkę, co niestety w drodze powrotnej skończyło się urwaniem rączki do ciągnięcia, ale nieważne :) 

Zatrzepotało mi serce na widok pierwszego wielkiego mostu - mimo oglądania filmu dostrzegłam go...

Most Rędziński... Po tylu latach pamiętałam...

A potem wyjście z pociągu i... na schodach  I wyrwał mi walizkę, choć dźwigał genialnie spakowaną przez swoją Żonę (ŻI) JEDNĄ na cztery osoby, ŻI jest niesamowita.

Jako że apartament mieliśmy od 16, poszliśmy w miasto, co skwapliwie wykorzystały Łobuzy (Ł), włażąc na co się dało i nie dało.

A upał był tego dnia niezły, więc zanim znaleźliśmy knajpę, gdzie podawali i rosół, i pomidorową


trochę trwało.

Zaczęłam urlop z założeniem, że będzie replay z Paryża, że będę żyła, nie oglądając wydawanej kasy, że nic mnie nie zniechęci, przy tej knajpie więc powiedziałam: jemy, ja płacę, i nie, nie mam zamaru publikować paragonu grozy. Jedzenie było warte swojej ceny, choć K zjadła rosół, A wciągnął pomidorową (za 17 zł miseczka, serio? mnie tyle cały gar nie kosztuje), a pizzą (sic!) się podzielili wyjątkowo zgodnie :)

Za to ja zeżarłam gołąbki ziemniaczane (przymierzam się do zrobienia takich, to po prostu puree ziemniaczane) z sosem grzybowym, ojeżu kolczasty


popiłam wspaniałym piwem lwowskim z beczki

a I umarł po zeżarciu tego


Apartament 5-osobowy na zdjęciach wyglądał lepiej niż w realu, ale był czysty, a post factum okazało się, że pościel była dziewicza, znaczy się nie była krochmalona, jak sądziłam, ale wyjęta prosto z opakowania fabrycznego i z lekka zalatywała chemią. Sama świadomość jednak, że nikt w niej przede mną nie spał, była rekompensatą. Na mnie wypadło 485 zł za nocleg, co nie jest kwotą wygórowaną, zważywszy ceny dób hotelowych. Mieliśmy do dyspozycji łazienkę i kuchnię. Jedyny mankament to brak krzeseł, a z jedynego fotela zleciałam już pierwszego dnia, okazał się klejony, siniaka na ręce mam do dziś, dzięki niebiosom nie złamałam sobie NIC, znaczy się mam zdrowe gnaty, bo spadłam w wielkim hukiem, siedzenie zaś na kanapie, na której spałam nie było luksusem dla mego kręgosłupa, ale przeżyłam.

Pobyt we Wrocku miał dwa felery: upał nieziemski i... zwiedzanie wszystkiego pod kątem Ł, które lały się i kochały na przemian  na zabój, za co podziwiam ich rodziców. Gdyby moje dzieci były takie, po prostu poukręcałabym im łebki, łagodnie i delikatnie, i każdy sąd by mnie uniewinnił.

Ale wiem jedno: BLW jest metodą idiotyczną do bólu (kto nie wie, co to, niech googla).

Day two: zoo.

Nie mogę ogarnąć, jak ktoś, kto odsądza mnie od czci i wiary, bo nie mam w domu kotków, kto mówi, że nawet jej idealny mąż nie zasługuje na bycie kotkiem w następnym wcieleniu, może chodzić do zoo.

Dla mnie zoo to zuo.

Ale nieważne.

Bilety cenowo poza zasięgiem przeciętnej rodziny, kolejka jak za komuny, gdybym miała z mojej pensji iść we czwórkę, nie zdzierżyłabym. No, może teraz miałabym pińcetplus. Weszliśmy bocznym wejściem. Z automatami, bez kolejki. Przejazd bimbą przez Wrocław - bajka, poznawałam dawno zwiedzane kąty. I za friko, bo dla osób od 65. roku życia są tam darmowe przejazdy (młodzi za tygodniowe bilety zapłacili ponad 100 zł, nie wiem, czy wyjeździli, ale mieli spokój. Pomijając, że żadnych kanarów nie spotkaliśmy). 

ZOO to pogoń za A i K, którzy wiali gdzie się dało i nie dało, jak się nie tłukli i inne takie tam.

Dla mnie traumą była wizyta w oceanarium, gdybym wiedziała, jak tam jest, klapnęłabym na ławeczce przed. Dzikie tłumy w korytarzach takich jak moja piwnica z dzieciństwa, w której nabawiłam się klaustrofobii, tłumy, przez które nie dało się przejść,  z wiejącą z prędkością świetlną K, a i A dotrzymywał jej tu kroku...


... tylko tu odetchnęłam, pomijając schody po których musiałam się wspinać.

Schodami w górę, schodami w dół.

Próbowaliśmy się dodzwonić do M., ale nie udało się, nie udało się do końca pobytu, więc nie spotkałam się z ostatnią żoną wujka, któremu w życiu dużo zawdzięczam. 

Żal.

Obiad w pierogarni


w menu placki ziemniaczane, I strofuje mnie, że nie mam mówić plędze. Mówię plędze i o dziwo, nie ma problemu. Dzieci standardowo: rosół i pomidorowa, plus pizza.

 Wieczorem młodzi idą na rynek zaszaleć, po to mnie zabrali, ale spoko - wykąpałam Ł, co mnie kręci, oni je uśpili, poszli, ja mam serial - żyć, nie umierać.

Oni szczęśliwi, a i ja nie narzekałam :)

Next day: trampoliny. Nie poszłam, bo żadna trampolina nie udźwignie mego gabarytu. Ległam na kanapie, rozkoszując się ciszą i lecząc biedne, spuchnięte kopyta. Wrócili nadzwyczaj szybko, bo dzieci poobijały się na trampolinach, nie słuchając rodziców... Posiniaczone, zniesmaczone.

Obiad w Whisky Jar, albowiem K zażyczyła sobie zaraz po dojechaniu do W. burgera...


Dzieci zjadły, a jakże, rosołek i pomidorową oraz pizzę sobie zamówili, a ja takiego wypasionego burgera ( z dorszem). Zainkasowali po balonie, jeden padł od razu, więc K dostała następnego, a A padł zaraz po dotknięciu bruku, bo bruk był rozgrzany do ekstremum, więc też dostał następnego :) I tak turystyczny interes się kręci :) 

A na rynku, rozgrzanym tak, że można na nim jaja smażyć, oprócz mimów, fontanny, w których I nie pozwalał się Ł kąpać, a ŻI im na to pozwalała, ja byłam jak Szwajcaria (morda w kubeł)


pręgierz, pod którym kilkakrotnie gościliśmy, a long story, w tle Feniks, dom towarowy, w którym zakupy za moich młodych lat, w czasie praktyk to była poezja, a dziś żenua...


 

i ta wieża widokowa, na którą młodzi poszli, a K śmigała tam z prędkością światła po tych ponad dwustu stopniach, poganiając ledwo dyszącą część familii, żeby szła szybciej, a z której I znosił A, nienawidzącego schodzenia po kratkowanych schodach. Ja spoczywałam wtedy na ławeczce obok uroczej zielistki...

Ale o tym jutro, dziś już padam na ten mord...

Ciąg dalszy nastąpi, a działo się, oj działo :) 




10 komentarzy:

  1. Zmęczona jestem od samego czytania , w upale z domu nie wychodzilam,,jak już , to z rana lub wieczorem,a,i tak glowa medzila i ogolnie bylam flak.Zatem podziwiam Cię bardzo, bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, małolato, a ja to przeżyłam :) Trza być kwardym, a nie miętkim. Ale jak czytam o twoich wędrówkach - zazdroszczę. Jest różnica. Nie można mieć jednak wszystkiego :)

      Usuń
  2. Musialam zajrzec do sciagi, co to jest to BLW, brzmi madrze, ale to nie dla mnie, dostalabym szalu, bo dzieci brudza. No i podziwiam zescie nie poumierali w tym upale, skwar byl sakramencki, calkiem nie na zwiedzanie, raczej na dogorywanie pod prysznicem i wentylatorem.
    Jesu, te Twoje wnuki sa jeszcze zywsze od moich, no ale mialas ich rodzicow do pomocy, sama chyba nie dalabys rady ich tempu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, BLW to jak wiele nowych rzeczy błąd natury, ale nie przetłumaczysz. Energia, poświęcona na kąpanie ubranego tylko w pampersa osobnika i sprzątanie syfu... A moje mając niespełna półtora roku jadły nożem i widelcem jak książęta pełnej krwi :) Nie sprzątałam po wnukach. I rzygałam na widok sweet foci z dzieckiem umorusanym wszystkimi kolorami. Dziś te dzieci nie jedzą prawie nic, bo nic im nie smakuje. I tak, moje wnuki to diabły wcielone i nie pojechałabym z nimi sama nawet za całe złoto Arabii :) Ale rodzice pod koniec dnia byli bardziej wypompowani niż ja, bo już mam dystans - wszystko mogę, nic nie muszę.

      Usuń
  3. Czyli wygląda na to ,że zadowolona jesteś i wyszłaś z przygody beż szwanku i uszczerbku na zdrowiu,mimo lekkiej konstrukcji hotelowego mebla. Grażyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siniak już zniknął, a był imponujący. A i odgłos mojego lądowania na podłodze zagłuszył nawet przejeżdżający za oknem tramwaj, więc jakby nie patrzeć, mam dobre gnaty :) Tak, to były piękne dni :) Dziękuję :)

      Usuń
  4. tak sobie o Tobie myślałam, że te upały a Ty we Wrocku...wierzyłam, że dasz radę bo wszak kwarda jesteś nie miętka ;-)
    ta kwota 485 zł to za jeden nocleg ? czy za cały pobyt za Ciebie ? jak za jeden to pierdzielę będę w domu, bo chciałam Paskuda jesienią namówić na Wrocek bo w sumie byliśmy tam przejazdem i raz tylko w Zoo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedziałam Ci na MSG, kochana. Tak, Wrocław jest wart grzechu i każdej ceny, Wrocław to drugi Paryż dla mnie.

      Usuń
  5. Cudnie, cudnie! Jak dobrze, że czytać mogę, a przeżywać nie muszę ( nie cierpię upałów, a od samych zdjęć robi mi się gorąco ).
    Pisz dalej. Będę czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za aprobatę i za to, że się poświęcisz, czytając :)

      Usuń