niedziela, 11 września 2016

Sobota

leniwie upłynęła, nalatałam się tylko szukając chrzanu, bo w każdym słoiku jakiś pirosiarczan siedział... Dopiero w maleńkim, osiedlowym sklepiku wyhaczyłam taki, marka od czasów zmian gospodarczych, Dymeckiego, bez tego świństwa. Drogi, ale warto. Bo do tej sztuki mięsa z rosołku sos chrzanowy, zmieniaczki i buraczki i dwa dni hulaj dusza, piekła nie ma.
Rano znów Kierownik Budowy mnie kusił, kochany jest. Ale podesłał fotki i nie żałuję, że nie pojechałam, bo tak jak myślałam, plackiem legli. Ja, mało że nie pamiętam, kiedy miałam kostium kąpielowy na sobie (jeszcze dzieci do szkoły nie chodziły), to jakbym legła, to bym poległa. Dźwigu nie mają, więc bym obciachu narobiła, wstając z kolan.
I dlatego grzecznie odmówiłam, bo i humoru nie mam.
Dziś mija kolejna rocznica śmierci Pawła, jutro Mamy. I o dziwo, nie mam ani kropelki wyrzutów sumienia, że nie pojechałam.
W tym upale na grobie miałabym od razu gotową kwaterę.
Pojechałam zatem do wujka Mietka, świeczuszkę zapaliłan, paciorek zmówiłam, jak nie pomoże, to nie zaszkodzi.
I poszłam w długą, ale cały czas cienistą stroną ulicy, więc nie było najgorzej. Nieliczne słoneczne odcinki kurcgalopkiem przebiegałam.
Bike Challenger Skoda był, myślałam, że zdjątek narobię, ale... nieciekawie było. Strona, gdzie wyszłyby ładne zdjęcia była cała w słońcu, a z cienistej już nie takie widoki. Poza tym maratony są ciekawsze i fotogeniczniejsze.
No ale zaliczyłam, do domu cała i zdrowa wróciłam, a to najważniejsze.
Nawet na ławeczkach poprzycupywałam, żeby nie paść, choć zazwyczaj nie siadam za Chiny Ludowe. A i dłużej ani siedzieć, ani wędrować nie mogłam, bo SJ nie wielbłąd i pić musi, co nie, Kochany Pamiętniczku, zwłaszcza w taki upał, a to się zawsze jednym kończy ;)  Wróciwszy do domu zaś, wszystko, łącznie z gaciami do pralki wsadziłam, dobrze, że obiad wystarczyło odgrzać.

Ktoś mi niedawno nakopał, że kiedyś umiałam się jednym badylkiem cieszyć, a teraz wydziwiam.
Więc spróbowałam na nowo, jeśli nie wyszło, to sorry Winnetou, starość, kurwa, starość :)

Samo południe, niedziela, i można na środku alei Niepodległości spać. Koniec świata :)

 Hmm... Kwarantannę w okolicy ogłosili, skoro wściekłe?
 I dziś ostatni raz w sezonie zabytkowa zerówka jeździła :)
 A bez tradycji to nie ma lodów i deserów?
 Zachwyciły mnie te szczudła. I ten strój w 30-stopniowym upale. Było widać, że dziewczyny jeszcze nie doszły do siebie po sobotniej nocy. A może to ten upał?

 I znów pustka w samo południe, tylko szeryfa brak ;)

 Kocham te wiersze na murach. Ten jest taki prawdziwy, do bólu...
 Przycupnęłam niedaleko na ławeczce, to ostatni rejs w tym sezonie. Wrzesień, wszystko się kończy.

 Obleśnie. Nie rozumiem, czemu faceci mogą wywalać cyce. Ten ma większe jak ja... I wcale nie jest seksi. W sypialni byłby seksi, na ulicy jest oblech.
 Forpoczta wyścigu.
 Jadą :)






 Ale maraton lepszy, ciekawszy i łatwiej coś uchwycić. Wiem, wiem, żaden ze mnie fotograf, ale...



 I stary autobus jechał :)









 Była szybsza ;)















Takie tam i musiałam lecieć na autobus, bo zew natury narastał :)
A po drodze

 Piękne, co nie?
 A obok szajs...
 A to cudne ;) Tez obok zaraz :)

 Inne perspektywa ratusza...
 ... i zamku Gargamela...
 Stare i nowe, miesza się, współgra :)




 Wszystko jest ekologiczne. Do dupy ekologiczne. Kupujemy różową sól himalajską, za koszmarną cenę, bo czysta, sprzed 250 mln lat, kiedy nie było zanieczyszczeń. Jak nie było, jak były? To dinozaury tam mogły kupę robić, albo inne stwory. A nasza, kłodawska, też różowa, też sprzed 250 mln lat jest nie do zdobycia w normalnym sklepie, a w internetowym za wysyłkę śpiewają jak za zboże... Ojapierolę... Jaka ja nieekologiczna i sknera :P
 I kamieniczki z perspektywy Wodnej. Zaklad pogrzebowy i peruki. Na co umarlakom peruki??
I tak, Kochany Pamiętniczku, jutro wracamy do pracy i nie będzie czasu na pieprzenie kotka za pomocą młotka.

Ale się staram, co nie, ze wszystkich sił. Te motylki i takie tam...
Egon, klawo jak cholera...

piątek, 9 września 2016

Największy

gorąc przeleżałam plackiem, za ogarnianie tej kuwety wzięłam się pod wieczór, niedawno skończyłam, a teraz już ciemno...
Coraz wcześniej robi się ciemno, ale to dobrze, niech tak będzie.
Właśnie Kierownik Budowy chce mnie jutro nad jezioro wyciągnąć, ale nie da się, bo ja nie z tych, co leżą, więc podziękowałam :)
Przy okazji zerknęłam do grafiku sprzątania korytarzy i okazuje się, że jutro mój termin.
Więc jednym rzutem na taśmę sprzątnęłam dziś i w ten prosty sposób mam dzień wolnego.
Ale...
Sprzątnęłam tylko koło windy i do moich drzwi włącznie.
 Dziewczyna, która kupiła mieszkanie w końcu korytarza nie sprząta nigdy. Inni sąsiedzi w kratkę, to i ja w kratkę. Ci, co mieszkają koło windy tylko tam sprzątają, ale za to żona goni gościa i co dzień tam zamiata.
Sąsiedzi z przeciwka - jak buk liściasty da.
Dzieci nie ma, to i nie ma kto śmiecić.
Ale ta "nowa" - od paru lat już mieszka, ale wciąż "nowa", bo my wszyscy w jednym czasie się wprowadzaliśmy - nigdy. Jak miała remont, przyjeżdżała jej mama i sprzątała. Dziewczyna jest w wieku moich chłopców.
Nawet swojego mieszkania nie sprząta, raz w tygodniu ktoś przychodzi i robi porządki. Wiem, bo wystawia wtedy masę śmieci na korytarz, które wynosi wychodząc. W ciągu tygodnia się nagromadzi, nie ma zmiłuj. Dziwię się, że w takie upały jej nie śmierdzi.
Rybka mi to, stać ją i OK.
Ale...
Te śmieci ciekną i przez cały korytarz idzie taka smuga na linoleum po tym cieknącym. Żeby to sprzątnęli, w dupie bym miała jej dyżury.
Ale skoro ja za każdym razem to sprzątam, powiedziałam dość.
Nie chodzę po jej części korytarza.
Pod moimi drzwiami jest uświnione.
Ja, stara, sprzątam po księżniczce.
Niech da swojej sprzątaczce parę groszy więcej za korytarz.
Widać, że sprzątnięty tylko kawałek korytarza. W spółdzielni już zgłaszałam, niech mi ktoś spróbuje podskoczyć.
Chętnie zapłacę 20 zł miesięcznie więcej za kogoś, kto sprzątnie. Też mi ciężko i nie dlatego, że mi korona z głowy spadnie, po prostu starość.
I tak, Kochany Pamiętniczku, niech to zarasta. Jeśli w przyszłym tygodniu znów będzie krecha pod moimi drzwiami, zwrócę jej uwagę.
Trudno.
Nie płaci mi za sprzątanie.

czwartek, 8 września 2016

Już dawno

nie czułam się tak źle, jak dziś.
Wracając z Manhattanu myślałam, że mam gorączkę. Już myślałam, że do przychodni pójdę.
Ale potem patrzę na termometr w cieniu i WTF? 28 stopni. A ja w słońcu szłam.

No i głupia cipa pojechałam do miasta, żeby nie siedzieć na dupie. I choć wybierałam cienistą stronę ulicy, czułam się wciąż jak przez okno. Na placu Wolności był kiermasz włoski, ale omiotłam tylko wzrokiem ceny i nawet aparatu nie wyciągnęłam, bo tam było jak na patelni.

Termometr na Aquanecie wskazywał 33,4 stopnia.
Pewno dlatego nie chodzi za mną jazda do Umarlaków, nie chcę jeszcze umierać... Pojadę w październiku i ogarnę już na Wszystkich Świętych. Jednak się zestarzałam. Trudno.

A Okruszek (mówią na niego Alien, też pięknie, ale ja nie będę, bo mi się Alien kojarzy nieszczególnie) 13. tydzień już ma i jest piękny. Ma zadarty nosek i jest podobny do tatusia :)

No co...