gwiazd i zachodami odmierzam czas, Kochany Pamiętniczku :)
Za mną kolejny numer, kilka dni spokoju, we wtorek wracam już, bo tak i tak się to w kółko kręci, dookoła Wojtek.
W dniu zamykania zapowiadali atak Fryderyki, no i faktycznie nadeszła.
Ponieważ od grudnia noszę w portfelu stówę, której nie mam gdzie wydać, postanowiłam, że wrócę do domu taksówką, a co, 20 zł nie majątek.
Kolega słysząc to mówi, że mnie podwiezie, a potem sobie autostradą do domu wróci, ale... musiałabym na niego poczekać, aż okeje postawi. Więc nie przypominałam mu się nawet.
Wyszłam z pracy i patrząc na mokre płaty śniegu stwierdziłam, że jednak nie, że bimba.
Nacisnąwszy kaptur na łysą główkę, pomaszerowałam lewa prawa lewa prawa w siną dal, znaczy się do przystanku. Samochody sunęły jakby im ktoś hamulcem gazu dodawał :)
Dotarłam do domu, bimby na szczęście jeździły jeszcze bezawaryjnie, zakupy jeszcze po drodze w Biedronce zrobiłam.
W charakterze bałwana dotarłam, szusem do łazienki, żeby nie zalać paneli w przedpokoju, śniegu na płaszczu było tyle, że od razu do pralki wrzuciłam, bo się stopić tego nie dało :) Łysa główka była też mokra, jak po kąpieli, mimo kaptura, a cycki mokrzuteńkie od śniegu, który wpadał mi za kołnierz mimo zasuniętego suwaka. Skórzane rękawiczki mokre na wylot. A od pętli do domu mam 15 minut spacerkiem, teraz szłam ponad pół godziny.
SMS doszedł, że autobusy mają ponad 70 minut opóźnienia.
Później napisałam do kolegi od podwózki, półtorej godziny już jechał do domu, tkwiąc w korku.
A autobus, który odjeżdżał z pętli spotkałam w połowie drogi, już po zrobieniu zakupów i byłam w domu szybciej, niż gdybym nim jechała.
A tu już Fryderyka po przejściu, a ja bezpieczna w domu. U nas wielkiego wiatru nie było, ale tak okropnej zawiei nie pamiętam, jak żyję.
No nic, zawsze jest ten pierwszy raz.
Dziś poleniuchowałam do południa, pościel zmieniłam, pogniłam w łóżku z filmikiem (dziękuję Chłopcy za kabelek, 1,8 metra, WOW) i poszłam po zakupy, bo w lodówce światło z nudów bawiło się samo ze sobą w chowanego :)
Zaszalałam i wydałam więcej, niż ustawa przewiduje, ale w końcu coś mi się należy od życia za te zakręty, zaułki i zawirowania, co nie?
I tak
kilo wołowiny, prawda, że piękna? Poczułam chcicę na jej widok, bo do dziś mi się odbija makaron z tofu, na który dałam się namówić w pracy panu Kanapkowemu. Jak wege mogą to jeść, nie rozumiem absolutnie. Nigdy więcej tofu do ust nie wezmę. Sikami mi smakował :) A taki zraz plus czerwona kapustka i surówka z kiszonej kapustki, plus kluski śląskie, bo co sobie będę żałować :)
A dupa rośnie i szumi... Na dwa-trzy dni starczy, bo to cztery zrazy będą :)
A dla wege wszystko, nawet pasta do zębów, LOL :)
W drogerii zaszalałam, bo...
No co, Dzień Babci niedługo, a że moje wnuki (znaczy się, ich rodzice, bo one jeszcze za małe na to, no i nienauczone) nigdy mi nie babciują, to pobabciowałam sobie sama :)
Przecenione o połowę (a może tylko sztuczka marketingowa), nie było testera, ale nie żałuję, ładnie pachnie, delikatnie, no i puszkę będę miała :)
Kto bogatemu zabroni?
Nie sprzątałam dziś, ogarnęłam i omiotłam tylko wzrokiem, okulary zdjęłam i...
Coraz ciężej znoszę kolejne szarpaniny. A jeszcze ekstras i książka. Ale to już na moich warunkach i nie ma, że muszę czekać. To oni na mnie czekają.
A potem znowu codzienności kurz... I znów to jedno masz ze świata, niezmienną pewność własnych wad...
Ale... Jest cudnie. Właśnie przypomniałam sobie, jak to było w młodości: krzywy nos, zbyt kręcone włosy, zbyt duża dupa, zbyt małe cycki, zbyt wystający brzuch.
A teraz patrzę na swoje fotki i mówię: WTF, coś ty taka pojebana była?
A dziś? Mam ten sam krzywy nos, zmarszczki, łysinę, dupę z 5 razy większą niż wtedy, bebech jak bęben, nogi opuchnięte, cycków dalej ze świecą szukać i co?
Nie patrzę godzinami w lustro, boby pękło biedne, zresztą jakie to ma znaczenie?
Ważne, że rano boli mnie każda kosteczka, bo znaczy to, że jeszcze żyję :D
piątek, 19 stycznia 2018
niedziela, 14 stycznia 2018
A potem
znowu codzienności kurz, Kochany Pamiętniczku.
Cieknący kaloryfer, dodupna lodówka i pierdyliard rzeczy nie do przeskoczenia.
Zostajesz sam, kolejny raz, wsłuchany w mijający czas.
I kiedy po próbie mówienia słyszysz podniesiony głos i że mogę to, kurwa, sama ogarnąć, bo jutro w grudniu po południu...
Więc ogarniasz, zastanawiając się, po chuja to wszystko?
No właśnie, po chuja się wysilać?
Mam dość bycia bohaterką we własnym teatrze.
Bo będę potrzebna, a jakże, żeby innym było łatwiej.
No to zapierdalam pod tę górkę, turlając kamolek i...
Otwieram szeroko ramiona tuż przed szczytem.
Pierdolę, nie pcham.
Cieknący kaloryfer, dodupna lodówka i pierdyliard rzeczy nie do przeskoczenia.
Zostajesz sam, kolejny raz, wsłuchany w mijający czas.
I kiedy po próbie mówienia słyszysz podniesiony głos i że mogę to, kurwa, sama ogarnąć, bo jutro w grudniu po południu...
Więc ogarniasz, zastanawiając się, po chuja to wszystko?
No właśnie, po chuja się wysilać?
Mam dość bycia bohaterką we własnym teatrze.
Bo będę potrzebna, a jakże, żeby innym było łatwiej.
No to zapierdalam pod tę górkę, turlając kamolek i...
Otwieram szeroko ramiona tuż przed szczytem.
Pierdolę, nie pcham.
piątek, 12 stycznia 2018
Każde z nas
do swoich spraw, Kochany Pamiętniczku, taki life :)
I dobrze.
Ogarniam powoli te kuwetę, znaczy się ciałko sterane życiem doprowadzam do pionu, opryszczka, która wyłazi mi zawsze po zmęczeniu i stresie powoli znika, wyglądam już jak człowiek, młodzież z obłędem w oczach nie ustępuje mi miejsca w pojazdach komunikacji miejskiej. Teraz ustępują z uśmiechem na ustach, choć w sercu ból, na co ja grzecznie odpowiadam, że thank you, very match, jadę tylko dwa przystanki i z rozkoszą postoję, aczkolwiek doceniam, że szanują moją łysą głowę.
Śpię już bez problemów i wstaję rączo, nie szukając mebla, w który mogę wbić szpony, żeby się zwlec. Jako i spodnie wciągam na tłustą dupę, nie kombinując jak koń pod górkę, którą nogę wsadzić najpierw i jak nawlec kolejną nogawkę.
Znaczy się, chyba jeszcze trochę pożyję, bo kto to tak do końca wie?
Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny.
Ale włażenie do wanny bez sztuczek to tez frajda.
Inna para kaloszy, że parę sztuczek mam opanowanych. Zwłaszcza tych w UK, gdzie wrogiem mi szyba od prysznica, ale nie ze mną te numery, Brunner, nic nie potłukłam, ani nie wyrwałam :P
Po zamknięciu techniki mam na wszystko wyjebane i dziś o 12.50, lecąc z kibelka, na uśmiech kolegi (od techniki, a jakże) i słowa: za godzinę coś będę miał dla pani, zarechotałam szyderczo i odrzekłam: w poniedziałek, panie J., w poniedziałek się zrobi, pracuję dziś do 13 :) Jego mina bezcenna. Ale i z tymi godzinami mam znów sporo nadgodzin, a i emilek o nowej ekipie sprzątającej, która w sumie nic sprzątać nie musi poprawił mi humor. Skoro oni nie muszą, to dlaczego muszę ja? Zawsze mam na czas wszystko. Więc w dupie mam, że inni będą mieli później, bo będę pracowała w godzinach.
Bliższa koszula ciału, jak sukmana...
I jeszcze mam do odebrania dzień za 6 stycznia, bo takie mamy pojebane przepisy.
W Krotoszynie i okolicach zamknęli wszystkie przychodnie, bo personel odbiera wolne za 6 stycznia.
A ja, idiotka, odbieram urlop tak, by nie paraliżować cyklu wydawniczego...
Ale na bok sprawy pracowe, chociaż pracę szanuje i kocham, bo kaskę też lubię, a co? :) Kto bogatemu zabroni?
Pełnomocnictwo od Pierworodnego doszło, ponad tydzień po Inżynierowym, a już chciał nowe słać. Przynajmniej tam mówił Inżynierowi, bo do mnie ani be, ani me, ani kukuryku. Więc tracę te 20 groszy na SMS i piszę, że doszło, ma nie wysyłać. Piszę też na Messengerze do Synowej (Pierworodny tego ustrojstwa nie posiada), że doszło.
I co?
I nic ani be, ani me, ani kukuryku.
Piszę więc Inżynierowi. Pociesza.
Dzień później od Synowej: że SMS doszedł.
Kurwa mać.
Płacę za wszystko, bo oni nie mają kasy (ta, jak się w pieniądzach tarzam, nakrywam plikami banknotów, żeby mi nie było za zimno). Inżynier mówi, że dzielimy koszty, ale odmawiam, bo on też ma dziecko (może źle robię, ale on zawsze był i jest, na posterunku). Teraz, kiedy zaczęłam oddychać z lekka, śmierć Eksa wszystko wywaliła, ale oni też są w to zamieszani, w sensie, że dziedziczą chcąc nie chcąc, ich dzieci też.
Więc dlaczego tylko ja się czuję winna za całokształt?
Bo pozwoliłam mu, żeby ich zrobił?
Ale na sugestię wyskrobania ich w następnym życiu mówią stanowczo NIE, więc chyba nie było im tak źle do końca i lubią życie jako takie, jak i ja?
Więc dlaczego ja do usranej śmierci mam wszystko ogarniać?
Też mam chwilami dość.
Wszystkiego, nawet samej siebie.
A wystarczyłoby jedno dziękuję mamo za wiadomość.
A może tak zrobić, kurwa, wszystkim niespodziankę - bo naprawdę mam dość?
I już nie żal mi nieoglądniętych odcinków seriali i niedoczytanych książek.
W dupie wszystko mam, bardzo głęboko.
A moja trzynastoletnia dracena na łeb dostała
Czerwona wstążeczka wisi na nowej odnodze
A tu kolejna odnoga na starej gałęzi
Sama dracena tak rośnie, Baran mówi, że za dużo pije i dlatego pada...
Staram się, ale coraz mniej mi się chce...
.
I dobrze.
Ogarniam powoli te kuwetę, znaczy się ciałko sterane życiem doprowadzam do pionu, opryszczka, która wyłazi mi zawsze po zmęczeniu i stresie powoli znika, wyglądam już jak człowiek, młodzież z obłędem w oczach nie ustępuje mi miejsca w pojazdach komunikacji miejskiej. Teraz ustępują z uśmiechem na ustach, choć w sercu ból, na co ja grzecznie odpowiadam, że thank you, very match, jadę tylko dwa przystanki i z rozkoszą postoję, aczkolwiek doceniam, że szanują moją łysą głowę.
Śpię już bez problemów i wstaję rączo, nie szukając mebla, w który mogę wbić szpony, żeby się zwlec. Jako i spodnie wciągam na tłustą dupę, nie kombinując jak koń pod górkę, którą nogę wsadzić najpierw i jak nawlec kolejną nogawkę.
Znaczy się, chyba jeszcze trochę pożyję, bo kto to tak do końca wie?
Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny.
Ale włażenie do wanny bez sztuczek to tez frajda.
Inna para kaloszy, że parę sztuczek mam opanowanych. Zwłaszcza tych w UK, gdzie wrogiem mi szyba od prysznica, ale nie ze mną te numery, Brunner, nic nie potłukłam, ani nie wyrwałam :P
Po zamknięciu techniki mam na wszystko wyjebane i dziś o 12.50, lecąc z kibelka, na uśmiech kolegi (od techniki, a jakże) i słowa: za godzinę coś będę miał dla pani, zarechotałam szyderczo i odrzekłam: w poniedziałek, panie J., w poniedziałek się zrobi, pracuję dziś do 13 :) Jego mina bezcenna. Ale i z tymi godzinami mam znów sporo nadgodzin, a i emilek o nowej ekipie sprzątającej, która w sumie nic sprzątać nie musi poprawił mi humor. Skoro oni nie muszą, to dlaczego muszę ja? Zawsze mam na czas wszystko. Więc w dupie mam, że inni będą mieli później, bo będę pracowała w godzinach.
Bliższa koszula ciału, jak sukmana...
I jeszcze mam do odebrania dzień za 6 stycznia, bo takie mamy pojebane przepisy.
W Krotoszynie i okolicach zamknęli wszystkie przychodnie, bo personel odbiera wolne za 6 stycznia.
A ja, idiotka, odbieram urlop tak, by nie paraliżować cyklu wydawniczego...
Ale na bok sprawy pracowe, chociaż pracę szanuje i kocham, bo kaskę też lubię, a co? :) Kto bogatemu zabroni?
Pełnomocnictwo od Pierworodnego doszło, ponad tydzień po Inżynierowym, a już chciał nowe słać. Przynajmniej tam mówił Inżynierowi, bo do mnie ani be, ani me, ani kukuryku. Więc tracę te 20 groszy na SMS i piszę, że doszło, ma nie wysyłać. Piszę też na Messengerze do Synowej (Pierworodny tego ustrojstwa nie posiada), że doszło.
I co?
I nic ani be, ani me, ani kukuryku.
Piszę więc Inżynierowi. Pociesza.
Dzień później od Synowej: że SMS doszedł.
Kurwa mać.
Płacę za wszystko, bo oni nie mają kasy (ta, jak się w pieniądzach tarzam, nakrywam plikami banknotów, żeby mi nie było za zimno). Inżynier mówi, że dzielimy koszty, ale odmawiam, bo on też ma dziecko (może źle robię, ale on zawsze był i jest, na posterunku). Teraz, kiedy zaczęłam oddychać z lekka, śmierć Eksa wszystko wywaliła, ale oni też są w to zamieszani, w sensie, że dziedziczą chcąc nie chcąc, ich dzieci też.
Więc dlaczego tylko ja się czuję winna za całokształt?
Bo pozwoliłam mu, żeby ich zrobił?
Ale na sugestię wyskrobania ich w następnym życiu mówią stanowczo NIE, więc chyba nie było im tak źle do końca i lubią życie jako takie, jak i ja?
Więc dlaczego ja do usranej śmierci mam wszystko ogarniać?
Też mam chwilami dość.
Wszystkiego, nawet samej siebie.
A wystarczyłoby jedno dziękuję mamo za wiadomość.
A może tak zrobić, kurwa, wszystkim niespodziankę - bo naprawdę mam dość?
I już nie żal mi nieoglądniętych odcinków seriali i niedoczytanych książek.
W dupie wszystko mam, bardzo głęboko.
A moja trzynastoletnia dracena na łeb dostała
A tu kolejna odnoga na starej gałęzi
Sama dracena tak rośnie, Baran mówi, że za dużo pije i dlatego pada...
Staram się, ale coraz mniej mi się chce...
wtorek, 9 stycznia 2018
Pożegnania
stygnie gest, Kochany Pamiętniczku, i nie jestem pewien sam, jak to jest...
Zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...
Więc zapisać, póki jeszcze pamiętam.
W tym roku w sumie prawie nic nie widziałam nowego, ale :)
Czasem miło wrócić do miejsc, które zapadły w serce.
I tak...
Pojechaliśmy z chłopakami na piwo, ale Angole jak to Angole, nie chcieli nas ugościć w lokalnej knajpie, więc zlądowaliśmy w oberży koło Lidla, gdzie napiliśmy się piwska, a Postman wciągnął deser, że ojapierdolę.
Ja bym taki tydzień jadła :)
Z Baranem zaś skoczyłam do Olney, gdzie chciał kupić wieszak, ale wieszaka nie było, za to my mieliśmy fajne tete-a-tete, w sensie, że nagadaliśmy się, jak zawsze...
Olney to drogie miasto, ceny nieruchomości, starych domów sięgają tu niekiedy ponad pół miliona funtów. A i w sklepach nie ma rzeczy tanich raczej, choć w charity shop widziałam przecudną maszynę do szycia za grosze, ale cóż z tego, skoro nie mogę jej wywieźć, a moje gniją w garażu u Kierownika Budowy? Ale ta była na korbkę...
I miśki na wystawach, bracia Patryczka.
Jeden z tych miśków kosztował 300 funtów :P
Przed klubem dla dżentelmenów takie tam "zapierdalanko". Ale nawet u takich grzybów nie mam szans,. kudy mi tam to angielskich sirów i lordów, zresztą jak mam się z takim dogadać? :)
I bratki, bratki widziałam wszędzie... I to nie był sen :)
A to ekspozycja w sklepie - ni to antykwariat, ni rękodzieło, a fotel Churchilla na pierwszym planie kosztował, bagatela, coś ponad 600 funtów. A i robienie zdjęć nie za mile widziane. Zachwyciły mnie tam podstawki do trzymania książek i szafki w kształcie średniowiecznych woluminów. Biedna moja dusza bibliotekarki i moja nieodżałowana praca magisterska. Life is brutal.
I tu zawsze moment wzruszenia. Maki. Jak oni pamiętają o tych, którzy walczyli za kraj.
Te wieńce z maków i zawsze mi się łza w oku kręci.
Wisteria. Kocham to...
I hortensja... Tak, nasza poczciwa hortensja.
I tunel czasoprzestrzenny :)
A potem jeszcze wywlekli mnie na osiedle nocą. Zboczuchy, co nie?
Piździło, jak za cara na Skieletczyźnie nie przymierzając, nawet bałwanek legł. z honorem legł :)
A mój ukochany lelonek, który leżał w dzień na ziemi i mówił, patrząc na mnie zdziwiony: Dorota? To ty? (interpretacja Barana, przyprawiała nas o ataki śmiechu) oświetlony już tak nie pytał, ale wciąż był zdziwiony :)
I moje okno. W tym roku skromne, ale wiedziałam, że jestem w domu :)
Sylwestra świętowaliśmy na spokojnie, nawet tańców było mniej niż zazwyczaj, bo wiadomo, u mnie SKS rozwija się nieubłaganie.
A potem w nocy złapał mnie skurcz, ten bolesny i budziłam radochę, kuśtykając.
Kolejny dowód starości to atak korzonków.
Ale ogarnęłam to jakoś. Anielka pomagała, przytulona do plecków, a Ciapek pilnował przodu. Poradziliśmy sobie, a jak :D
Wróciłam na memłon, znaczy się do domu i...
Wkurwiona na maksa.
Za ceny, za podwyżki, za kolejny syf w pracy, za którą tak tęskniłam (no, może nie za pracą, ale za kaską, taka interesowna ze mnie cipa).
Dziś zamknęłam pierwszy dodatek w tym roku.
Reszta wolnym walcem, wyrwałam ekstrasa, w myśl zasady babci: co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj :)
Przynajmniej się tak bardzo nie nudziłam, a ekstras i książka i tak wylądują na moim biurku.
I kij w oko technice, bo mogłam mieć jeszcze parę dni urlopu, nieważne, tu czy w UK, ale wróciłam, żeby im zrobić i co?
Kurwa, robili dziś, na kolanie.
I po co ja się wściekam?
Doszedł list z pełnomocnictwem od Pierworodnego dziś, a już podejrzewaliśmy, że nie wysłał. Odszczekuję. Od Inżyniera doszedł dwa dni po wysłaniu, jeszcze przed moim powrotem. Jednak Pierworodny ma pecha. Nie da się ukryć.
Rok jak co rok, może bardziej pracowity, bo już od stycznia jazda bez trzymanki, ale może to dobrze?
Navigare necesse est...
Vivere non est necesse.
Zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...
Więc zapisać, póki jeszcze pamiętam.
W tym roku w sumie prawie nic nie widziałam nowego, ale :)
Czasem miło wrócić do miejsc, które zapadły w serce.
I tak...
Pojechaliśmy z chłopakami na piwo, ale Angole jak to Angole, nie chcieli nas ugościć w lokalnej knajpie, więc zlądowaliśmy w oberży koło Lidla, gdzie napiliśmy się piwska, a Postman wciągnął deser, że ojapierdolę.
Ja bym taki tydzień jadła :)
Z Baranem zaś skoczyłam do Olney, gdzie chciał kupić wieszak, ale wieszaka nie było, za to my mieliśmy fajne tete-a-tete, w sensie, że nagadaliśmy się, jak zawsze...
Olney to drogie miasto, ceny nieruchomości, starych domów sięgają tu niekiedy ponad pół miliona funtów. A i w sklepach nie ma rzeczy tanich raczej, choć w charity shop widziałam przecudną maszynę do szycia za grosze, ale cóż z tego, skoro nie mogę jej wywieźć, a moje gniją w garażu u Kierownika Budowy? Ale ta była na korbkę...
I miśki na wystawach, bracia Patryczka.
Jeden z tych miśków kosztował 300 funtów :P
Przed klubem dla dżentelmenów takie tam "zapierdalanko". Ale nawet u takich grzybów nie mam szans,. kudy mi tam to angielskich sirów i lordów, zresztą jak mam się z takim dogadać? :)
I bratki, bratki widziałam wszędzie... I to nie był sen :)
A to ekspozycja w sklepie - ni to antykwariat, ni rękodzieło, a fotel Churchilla na pierwszym planie kosztował, bagatela, coś ponad 600 funtów. A i robienie zdjęć nie za mile widziane. Zachwyciły mnie tam podstawki do trzymania książek i szafki w kształcie średniowiecznych woluminów. Biedna moja dusza bibliotekarki i moja nieodżałowana praca magisterska. Life is brutal.
I tu zawsze moment wzruszenia. Maki. Jak oni pamiętają o tych, którzy walczyli za kraj.
Te wieńce z maków i zawsze mi się łza w oku kręci.
Wisteria. Kocham to...
I hortensja... Tak, nasza poczciwa hortensja.
I tunel czasoprzestrzenny :)
A potem jeszcze wywlekli mnie na osiedle nocą. Zboczuchy, co nie?
Piździło, jak za cara na Skieletczyźnie nie przymierzając, nawet bałwanek legł. z honorem legł :)
A mój ukochany lelonek, który leżał w dzień na ziemi i mówił, patrząc na mnie zdziwiony: Dorota? To ty? (interpretacja Barana, przyprawiała nas o ataki śmiechu) oświetlony już tak nie pytał, ale wciąż był zdziwiony :)
I moje okno. W tym roku skromne, ale wiedziałam, że jestem w domu :)
Sylwestra świętowaliśmy na spokojnie, nawet tańców było mniej niż zazwyczaj, bo wiadomo, u mnie SKS rozwija się nieubłaganie.
A potem w nocy złapał mnie skurcz, ten bolesny i budziłam radochę, kuśtykając.
Kolejny dowód starości to atak korzonków.
Ale ogarnęłam to jakoś. Anielka pomagała, przytulona do plecków, a Ciapek pilnował przodu. Poradziliśmy sobie, a jak :D
Wróciłam na memłon, znaczy się do domu i...
Wkurwiona na maksa.
Za ceny, za podwyżki, za kolejny syf w pracy, za którą tak tęskniłam (no, może nie za pracą, ale za kaską, taka interesowna ze mnie cipa).
Dziś zamknęłam pierwszy dodatek w tym roku.
Reszta wolnym walcem, wyrwałam ekstrasa, w myśl zasady babci: co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj :)
Przynajmniej się tak bardzo nie nudziłam, a ekstras i książka i tak wylądują na moim biurku.
I kij w oko technice, bo mogłam mieć jeszcze parę dni urlopu, nieważne, tu czy w UK, ale wróciłam, żeby im zrobić i co?
Kurwa, robili dziś, na kolanie.
I po co ja się wściekam?
Doszedł list z pełnomocnictwem od Pierworodnego dziś, a już podejrzewaliśmy, że nie wysłał. Odszczekuję. Od Inżyniera doszedł dwa dni po wysłaniu, jeszcze przed moim powrotem. Jednak Pierworodny ma pecha. Nie da się ukryć.
Rok jak co rok, może bardziej pracowity, bo już od stycznia jazda bez trzymanki, ale może to dobrze?
Navigare necesse est...
Vivere non est necesse.
sobota, 6 stycznia 2018
Znajdę Cię
niezmienioną, tę samą, Kochany Pamiętniczku.
Jak dobrze wrócić do domu, choć wioska powitała mnie zapierając dech w piersiach.
Smogiem.
Na lotnisku czekał Kierownik Budowy. Do domu zawiózł.
Luksusowa ze mnie kobieta.
Bo przedtem Baran na lotnisko zawiózł, puszczając dawno zapomniane piosenki, bo domagałam się melodii z Titanica, bo tę zawsze grał odwożąc ludzi na lotnisko.
Titanica nie było, ale była Markowa piosenka :)
I dobrze, bo ona się nigdy nie zestarzeje.
A w domu feeria kwiatów, ten mały amarylis wyrósł na cudo, a i storczyki przetrwały.
A ja.
Znów rozdarta między R., gdzie mi jak w raju, a dom.
Mój dom.
Samolot spóźniony, a jakże.
Ale udało mi się wejść i zejść po wszystkich schodach, bez tamowania ruchu.
Albowiem zaatakowały mnie niedawno korzonki, że ojapierdolę.
Jak nie sraczka, to urok czy inny przemarsz wojsk radzieckich w połączeniu z chińskimi :)
Ale...
Jestem w domu.
Dowiozłam wszystko nówka nieśmigana, w tym moją skromną osobę.
Ciapek od razu dogadał się z Miśkami, które tym razem wiernie pilnowały kwiatów i o dziwo, nic nie zmajstrowały.
Wrócę tam, bo obiecałam, że wrócę.
Bo dobrze mi tam, dbają o mnie, rozpieszczają.
Ale.
My home is my castle.
Mój fotel z oparciem dla steranych życiem pleców.
Baran ma swoją miejscówkę, mam i ja.
I luksus - jest 22.27, a ja mam wyrąbane, czy ktoś słyszy moje piosenki.
Jak co roku w Chałupach...
Nie żeby komuś one przeszkadzały, ale dla mnie świadomość, że mimo zamkniętych w kuchni drzwi Baran słyszy moją playlistę, choć ona mu absolutnie nie przeszkadza, jest wkurwiająca.
Lubimy te same piosenki (przeważnie), ale...
Pachniałaś miętą albo bzem :)
Resztę napiszę ku pamięci, jak ogarnę te kuwetę.
Bo na razie po raz kolejny nie trafiam w klawisze.
Ale za to kompik błyskawica.
Nie to, co netbuczek.
Psiakrew :)
Film otwierał sie tam czasami 15 minut z dysku.
Goście z nowych kalendarzy prężą klaty, jest 21 stopni, kwiatki kwitną, światełka mrugają, Miski garną się kupką do mnie, zazdrosne o Ciapka, a Anielka czeka na wygrzewanie obolałej lewej strony...
Nie liczę godzin i lat...
To życie mija, nie ja...
Jak dobrze wrócić do domu, choć wioska powitała mnie zapierając dech w piersiach.
Smogiem.
Na lotnisku czekał Kierownik Budowy. Do domu zawiózł.
Luksusowa ze mnie kobieta.
Bo przedtem Baran na lotnisko zawiózł, puszczając dawno zapomniane piosenki, bo domagałam się melodii z Titanica, bo tę zawsze grał odwożąc ludzi na lotnisko.
Titanica nie było, ale była Markowa piosenka :)
I dobrze, bo ona się nigdy nie zestarzeje.
A w domu feeria kwiatów, ten mały amarylis wyrósł na cudo, a i storczyki przetrwały.
A ja.
Znów rozdarta między R., gdzie mi jak w raju, a dom.
Mój dom.
Samolot spóźniony, a jakże.
Ale udało mi się wejść i zejść po wszystkich schodach, bez tamowania ruchu.
Albowiem zaatakowały mnie niedawno korzonki, że ojapierdolę.
Jak nie sraczka, to urok czy inny przemarsz wojsk radzieckich w połączeniu z chińskimi :)
Ale...
Jestem w domu.
Dowiozłam wszystko nówka nieśmigana, w tym moją skromną osobę.
Ciapek od razu dogadał się z Miśkami, które tym razem wiernie pilnowały kwiatów i o dziwo, nic nie zmajstrowały.
Wrócę tam, bo obiecałam, że wrócę.
Bo dobrze mi tam, dbają o mnie, rozpieszczają.
Ale.
My home is my castle.
Mój fotel z oparciem dla steranych życiem pleców.
Baran ma swoją miejscówkę, mam i ja.
I luksus - jest 22.27, a ja mam wyrąbane, czy ktoś słyszy moje piosenki.
Jak co roku w Chałupach...
Nie żeby komuś one przeszkadzały, ale dla mnie świadomość, że mimo zamkniętych w kuchni drzwi Baran słyszy moją playlistę, choć ona mu absolutnie nie przeszkadza, jest wkurwiająca.
Lubimy te same piosenki (przeważnie), ale...
Pachniałaś miętą albo bzem :)
Resztę napiszę ku pamięci, jak ogarnę te kuwetę.
Bo na razie po raz kolejny nie trafiam w klawisze.
Ale za to kompik błyskawica.
Nie to, co netbuczek.
Psiakrew :)
Film otwierał sie tam czasami 15 minut z dysku.
Goście z nowych kalendarzy prężą klaty, jest 21 stopni, kwiatki kwitną, światełka mrugają, Miski garną się kupką do mnie, zazdrosne o Ciapka, a Anielka czeka na wygrzewanie obolałej lewej strony...
Nie liczę godzin i lat...
To życie mija, nie ja...
czwartek, 28 grudnia 2017
Dni
pędzą jak szalone, Kochany Pamiętniczku.
Wigilia spokojna, aczkolwiek po wypełnieniu starego śląskiego obyczaju poleźliśmy jeszcze do Lidla, a wiał mocny wiatr :)
Ale wszystko skończyło się dobrze, a fotki będą hurtem, jak zgram, bo nerwów na to nie mam.
Pokolędowaliśmy, powitaliśmy Maleńkiego, potańczyliśmy, ze stroboskopem, a jakże, i tak, jak marzyłam, zatańczyłam Znajdę Cię... Prezenty dostałam wypasione, nie ma co z nimi dyskutować, bo to uparte chłopaki są.
W pierwsze święto wleciał Inżynier z kompanią na obiad i porwał mnie...
Najmilszy był SMS od Barana: Dorota go home :)
No ale rodzina też ma swoje prawa.
Alienek słodki jest i wbrew temu, co insynuują jego rodziciele nie jest małym terrorystą i rozbójnikiem, ale wprost przeciwnie, jest wielkim terrorystą, ale odkryłam Skarpetkowego Potwora i dogadujemy się jak czekista z czekistą. Najfajniejsza część dnia to kąpiel. Jako jedyny z moich wnuków uwielbia się kąpać, a Inżynier odstawia przy tym cały cyrk, z kapitanem Pluskwą, pacynkami, boki zrywać i można na to godzinami patrzeć.
W drugie święto pojechaliśmy do Pierworodnych, ale jako że warunki lokalowe mają jakie mają, wizyta była krótka, ale treściwa.
W sumie, pomijając moje zastrzeżenia, jako wrednej teściowej, o których rozpisywać się nie będę, bo pisałabym księgę grubszą od Pana Tadeusza i po co, skoro pewnych faktów zmienić nie mogę, było bardzo miło, rodzinnie i dobrze. U Inżyniera też ciasno, czułam się jak w sklepie z zabawkami, ale i tak zostałam na jego prośbę dzień dłużej i to był dobry dzień.
Co nie zmienia faktu, że tęskniłam za R.
Alienka nie było widać spod kociej sierści i nie dziwię się, że dziecko może być rozdrażnione, gdy
ma w buzi koci włos. Bo ja miałam, tylko potrafię sobie z tym poradzić, a dziecko nie. Trudno. Nie czułam się komfortowo w zasierścionym i zażwirkowanym mieszkaniu. Potrafię zrozumieć brak idealnego porządku przy dziecku, reszty nie.
Ale miałam nie podnosić sobie ciśnienia, więc cicho sza.
Wigilia spokojna, aczkolwiek po wypełnieniu starego śląskiego obyczaju poleźliśmy jeszcze do Lidla, a wiał mocny wiatr :)
Ale wszystko skończyło się dobrze, a fotki będą hurtem, jak zgram, bo nerwów na to nie mam.
Pokolędowaliśmy, powitaliśmy Maleńkiego, potańczyliśmy, ze stroboskopem, a jakże, i tak, jak marzyłam, zatańczyłam Znajdę Cię... Prezenty dostałam wypasione, nie ma co z nimi dyskutować, bo to uparte chłopaki są.
W pierwsze święto wleciał Inżynier z kompanią na obiad i porwał mnie...
Najmilszy był SMS od Barana: Dorota go home :)
No ale rodzina też ma swoje prawa.
Alienek słodki jest i wbrew temu, co insynuują jego rodziciele nie jest małym terrorystą i rozbójnikiem, ale wprost przeciwnie, jest wielkim terrorystą, ale odkryłam Skarpetkowego Potwora i dogadujemy się jak czekista z czekistą. Najfajniejsza część dnia to kąpiel. Jako jedyny z moich wnuków uwielbia się kąpać, a Inżynier odstawia przy tym cały cyrk, z kapitanem Pluskwą, pacynkami, boki zrywać i można na to godzinami patrzeć.
W drugie święto pojechaliśmy do Pierworodnych, ale jako że warunki lokalowe mają jakie mają, wizyta była krótka, ale treściwa.
W sumie, pomijając moje zastrzeżenia, jako wrednej teściowej, o których rozpisywać się nie będę, bo pisałabym księgę grubszą od Pana Tadeusza i po co, skoro pewnych faktów zmienić nie mogę, było bardzo miło, rodzinnie i dobrze. U Inżyniera też ciasno, czułam się jak w sklepie z zabawkami, ale i tak zostałam na jego prośbę dzień dłużej i to był dobry dzień.
Co nie zmienia faktu, że tęskniłam za R.
Alienka nie było widać spod kociej sierści i nie dziwię się, że dziecko może być rozdrażnione, gdy
ma w buzi koci włos. Bo ja miałam, tylko potrafię sobie z tym poradzić, a dziecko nie. Trudno. Nie czułam się komfortowo w zasierścionym i zażwirkowanym mieszkaniu. Potrafię zrozumieć brak idealnego porządku przy dziecku, reszty nie.
Ale miałam nie podnosić sobie ciśnienia, więc cicho sza.
To jest mój życiowy dorobek. Bogata jestem, nie ukrywam. Ale i biedna jednocześnie ;)
Alienek dostał pierwsze w życiu pomarańczko, ponoć słodkie, nie próbowałam, i nie został jego fanem, jak widać :)
Za to wierzchem na ojcu to inna bajka :)
Inżynier w środę pracował w domu, a ja z Edkiem co rusz gapiliśmy się w okno: on nie mógł nadążyć z obracaniem łebka za płatkami śniegu, a waliło nieźle.
Na szczęście było na plusie i po południu Inżynier odwiózł mnie bez przeszkód, nie licząc małego korka do R., gdzie czekali na mnie stęsknieni, z reklamacją, że zupa była za słona, tzn. że bigos był za ostry :P Trudno :)
Ale i tak czekali z łapówką :)
Przeziębiona, gdyż chyba na czwartą nogę nie piliśmy i to się zemściło, ale szczęśliwa z odzyskanej wolności, spokoju, że nie muszę skradać się do łazienki, bojąc się kichnąć, bo obudzę dziecko albo po ciemku nadepnę na kota, który wiernie za mną dreptał, pobyczyłam się w łóżeczku, spełniłam, com zrobić miała i teraz uzupełniam zaległości w pamiętniczku.
Inżynier emilka napisał do kancelarii i błyskawicznie dostał odpowiedź. Fuck you.
A to ja płacę rachunki...
niedziela, 24 grudnia 2017
Pudełko
trzeba było przeglądnąć, Kochany Pamiętniczku.
Zatem bladym świtem zerwaliśmy się z łóż swych i wio Pudełkiem do N.
A potem tak wyszło, jak wyszło i...
No co ja za to mogę, że nam się wszystko kojarzy?
Zatem bladym świtem zerwaliśmy się z łóż swych i wio Pudełkiem do N.
A potem tak wyszło, jak wyszło i...
No co ja za to mogę, że nam się wszystko kojarzy?
Kawkę w Costa wypiliśmy, czekając na telefon, ale że telefonu nie było, wróciliśmy do dealera i... Znów nam się wszystko kojarzyło.
Baran przymierzał się do kupna nowego rumaka
Ale nie mogliśmy dojść do porozumienia co do koloru i gratisu
Wobec tego w najlepszej zgodzie wróciliśmy do domu Pudełkiem, które przeszło przegląd. Po drodze zakupy i w polskim sklepie dostaliśmy pierogi z Jawo, w tym, o Santa Madonna z kaszą gryczaną, co zachwyciło Inżyniera.
W domu Baran wpadł w trans i okno w kuchni umył tak, że dziś rano, gdy umyłam okulary, byłam pewna, że kiedy wyciągnę rękę, to przejdzie na wylot :)
Alienek kochany, wiedząc, że zawsze w UK poluję na selera, zaopiekował się jednym :) Jutro gada dorwę. Alienka, nie selera :)
Synowa filmik dostała, jak Alienek z Edkiem broi, ale nie chce go wrzucić, bo boi się, że ktoś pomyśli, że wiąże kota. Ja jej na to, że prędzej by mniezwiązała, jak kota, a ona: no coś w tym jest :) Też ją kocham, a co?
Potem chłopcy sernik piekli, a ja odkrywałam nowy serial Dom z papieru. Wciąga, jak chodzenie po bagnach.
I wieczorna lampka wina.
A dziś rano tradycyjnie, po śląsku, zalaliśmy roboka, słońce wyszło i...
Znów jest nowy, niezapisany dzień.
Serdeczne życzenia dla wszystkich, Stałych Bywalców i Przelotnych Wędrowców. Niech w naszej Ojczyźnie poukłada się dobrze, żebyśmy mieli gdzie żyć i nie musieli szukać nowych gniazd.
Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.
Obecności drugiego człowieka. Dobrego człowieka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
