niedziela, 29 lipca 2018

Zaćmienie


Księżyca i koniunkcja z Marsem dupy nie urwało, Kochany Pamiętniczku.
Latałam jak kot bez pęcherza, rozbierałam się i ubierałam na przemian, ale...
Jak na złość tego dnia na niebie przeważały chmury.
I owszem, gołym okiem widziałam co nieco, łącznie z Marsem, zwłaszcza że przypomniałam sobie, że w iPhone mam aplikację do obserwacji nieba. Tak że nawet nielicznie prześwitujące przez chmury gwiazdy mogłam spokojnie zidentyfikować (tak, tak, stara a głupia, do tego służy aplikacja) :)
Ale robienie zdjęć to już inna bajka, raz, żeby ustawić aparat na statywie musiałabym się położyć na ziemi na brzuchu (lepsze jak film z Chaplinem), dwa, że aparat mam jaki mam :) Mówi się trudno.
Komary żarły jak opętane, zasnąć nie mogę, tak jestem pożarta, a bąble wielkie jak Wezuwiusz.
Ojapierdolę.
Pełno ludzi się przechadzało, gapiąc się w niebo i pstrykając z czego się dało i nie dało.
I aż mi wnętrzności skręciło, że nie mam nikogo, z kim mogłabym wieczorem połazić, bo tak na serio, sama mam stracha. Boję się i już.
I błogosławię moja zasieki z komarzyc, albowiem w mieszkaniu komara nie uświadczysz, a już wiem, że za oknem czyhają dzikie hordy spragnione mojej krwi. Nie mam żadnych moskitier.
Nie mam się co chwalić fotkami zaćmienia, więc sobie odpuszczę.
Ale...
Piękny jest mój Heimat, nieprawdaż?

 (Bez bicia przyznaję, trochę grzebałam, ale tylko trochę ) :)




 Kukurydzę i...
... słoneczniki też mamy :) U nas wszystko jest :P





 Moja latarnia morska :) Tu wracam na autopilocie :))


Prawda, że piękny jest mój Heimat?

piątek, 27 lipca 2018

Nie będę

narzekała na upały, Kochany Pamiętniczku, bo szkoda palców. One będą tak długo, jak mają być. Trzeba je po prostu przeżyć. Ale trzeba też przyjąć do wiadomości, że lepiej nie będzie. I tak już do końca tego żywota. Nie przeraża mnie praca, przeraża mnie myśl, ile jeszcze wytrzymam. Bo fizycznie w takim gorącu jestem do niczego, staram się jak najmniej ruszać, na kijki nawet nie spoglądam, a to się odbija na mojej kondycji. Fatalnie, niestety. Nawet zwykłe, cotygodniowe sprzątanie jest wyzwaniem. Okien nie myłam od dawna i jakoś się na to nie zanosi. No ale non stop mam spuszczone roletki, więc mnie nawet to tak bardzo nie drażni.
Dni mi się kompletnie pomerdały, taka jestem bezkalendarzowa. A ponieważ odwołali mi czwartkową pracę, po namyśle napisałam, że dam im więcej czasu i przyjdę w poniedziałek. Byli chętni, a jakże. To znaczy, że są w czarnej dupie z robotą. Dla mnie to nie dziwota i nic nowego. Ale zrobiłam sobie gospodarczy czwartek i dziś czuję się, jakby była sobota. Dobrze mówiła babcia: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, będziesz miała więcej wolnego.
No i mam.
Zniesmaczona i zniechęcona jestem tym, co się wyrabia. I nie, nie chodzę na demonstracje, bo nie ma w nich NIC konstruktywnego. Te same hasła, te same slogany, a dalej wielkie NIC. Gdy wybuchała Solidarność, były strajki. Coś się działo. A tak - postoją, pokrzyczą, kulsony trochę narozrabiają i wielkie NIC z tego. Rozchodzą się do domu i dalej jest syf. Skoro tyle dni strajku niepełnosprawnych nic nie dało, to co komu takie demonstracje? Władza ma je w dupie.
Tak na początku myślałam, że wojsko ruszy, ale i wojsko normalnie rozmontowali na czynniki pierwsze.
A ludzie? Są zadowoleni z 500+, z kolejnej Biedronki, z byle gówna. Koło mnie otwarto outlet Biedronki i przez pierwsze dni dantejskie sceny były. Ulica zakorkowana, autobusy przejechać nie mogły, TIR-y nie mogły się dostać do magazynów, a po chodniku ciągnęły pielgrzymki, jak do Częstochowy. Poszłam po tygodniu do tego outletu, a jakże. Było pustawo, a sam outlet wyglądał, jakby piorun w rabarbar strzelił. Sterty wymieszanego ze sobą badziewia, co z tego, że  niedrogo? Co mi z miksera, który kosztuje grosze, ale padnie po dwóch tygodniach? Babcia uczyła: kupuj drogo, boś biedna i tego się trzymam.
Z kimkolwiek nie rozmawiam, mówi, że "peło" też kradło. Nie zaprzeczam, każdy i żłoba chce się napchać, takie prawo bycia u żłoba. Tyle, że "peło" kradło w białych rękawiczkach i ukradkiem, a ci kradną łomem, na chama, niczym się nie krepując.
To mnie też nie pociesza w tych codziennych troskach i kombinowaniu.
Alienek i pozostałe łobuzy rosną zdrowo. Mała Wiedźma skończyła właśnie 8 lat, moje kochane dawny E. Wedel :) Papryczek wciąż jeszcze z gołym siusiakiem lata wszędzie, ale mam nadzieję, że z tego wyrośnie. Alienek chodzi już, broi aż miło, gada "mami, daddy i puppy".  Mami to wiadomo, daddy mówi na kotki. Inżynier chciał, żeby pierwszym jego słowem było "kotek" i w rezultacie na koty woła daddy :) A pupy to oczywiście piesek, bo on po matce taki zwierzątkowaty. I o ile tamta dwójka nawet nie raczy podejść do Skype'a, żeby bąknąć dzień dobry, to Alienek na dźwięk mojego głosu leci do laptopa i zaczyna grać na wardze "brum, brum".  A potem stuka łapką w otwartą buźkę "aaaa". Za trzecim takim powitaniem Synowa stwierdziła, że on tylko mnie tak wita. Więc oczywiste jest, że rozmawiamy jak czekista z czekistą i kojarzy babcię, chociaż taki rozkojarzony łobuz jest.
Jestem już całkowicie oswojona z babciowaniem i śmiać mi się chce, że tak przeżywałam osiem lat temu, jakby mi się świat skończył, no bo jak to, ja taka młoda, a tu babcia? :) Jaka ja byłam śmieszna.
A na spacerze taka chmurka... Prawda, że wygląda jak mała owieczka? :)

 W windzie świeci zero. Winda stoi na parterze. Na wyświetlaczu "jedynka', jakby winda była na 1. piętrze. Chwilę później jechałam ze śmieciami, gdyby nie to, że zdjęcie nie kłamie, podejrzewałabym siebie o to, co najczęściej mnie dręczy - że zmysły tracę :)
Nie zażywałam ziela, ale myślę, że do tego wesołego się nie umywa. A i hula hop też smaczne. Ale musiałabym się w tym upale wlec do Lidla, a aż tak mnie nie suszy :p Dawno mi już żadne piwo nie smakowało tak, jak te dwa wynalazki z małych browarów. Trudno, lenia mam.
Ciekawi mnie, czy uda mi się dziś zobaczyć to epokowe zaćmienie Księżyca.
Choć przecież wiadomo, że Ziemia jest płaska :P
I proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej i nie pytać, czy żartuję.
To jedno pozostanie moją tajemnicą do końca :D

środa, 25 lipca 2018

Jak zły

szeląg, wróciłam, Kochany Pamiętniczku.
Dziękuję wszystkim za troskę i... aż mi wstyd, że tyle osób się o mnie martwiło.
Nic złego się nie działo, po prostu Stara Jędza and Shadow czasem muszą iść w krainę zapomnienia i niepamięci.
Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Tak więc czerwiec i lipiec minął pracowicie, oczywiście podbijając mi nerwy na granice wytrzymałości.
Wymusiłam wreszcie rozmowę o tę nową gazetkę, ale pan naczelny nosem kręcił na moją stawkę. No cóż, słowo się rzekło, kobyłka u płota, powiedziałam, że w żadne dyskusje się nie wdaję, a jazda pod włos, że wicie, rozumiecie, że firma, że sranie w banie nie działa na mnie. Absolutnie. Ten numer zrobię, bo obiecałam, ale jak nie dostanę tyle, ile chcę, to następnego, niestety, nie będzie.
Zobaczymy zatem po sierpniowej wypłacie. Bo pierwsze artykuły, jakie dostałam, o kant dupy można potłuc. Żywcem tłumaczone z niemieckiego, a z tłumacza taki profesjonalista, jak z koziej dupy motyka. Więc, sorry Batory, nie korekcę, a redaguję, do tego latając jak kot bez pęcherza, bo chodzą kwiatki, których nie widzi nawet autor. No ale on nie widzi różnych zapisów, a i ja po ośmiu latach pracy z tym tematem stoję czasem nad słówkami jak żona Lota :)
Więc jak najbardziej zasługuję na kwotę, którą sobie zawinszowałam, a nawet rzekłabym, że śpiewam za mało. Do tego dyspozycyjność - miałam iść jutro, a dziś SMS, że w piątek. Więc nagle hyc mam zmieniać plany - to też kosztuje. To mój czas, moja wiedza i za to się płaci.
No nic, zobaczymy.
W międzyczasie wleciałam do WBK i po akcji jak w amerykańskim filmie, łaskawie podano mi stan konta Eksa.
Zostało na nim kilkanaście tysięcy. Z chaty wartej ponad milion. Znając sytuację, w której był, choćby się zesrał, nie był w stanie takiej kwoty przez te lata wydać. A chodził bez grosza i wpadał do mnie po kasę na papierosy. Chłopcy przyjadą w sierpniu, wtedy zażyczymy sobie wyciąg z konta. Nie, żeby cokolwiek robić, nie po prostu chcemy wiedzieć, na ile go okradli.
Bo już po otwarciu testamentu teścia była opcja: trzeba zrobić wszystko, żeby Stara Jędza (wówczas jeszcze młoda i piękna, a co) nic nie dostała. Cytat ze szwagra opiekuna.
Zapomniał, że jakkolwiek głucha jestem, doskonale czytam z ust... :)
No i postawili na swoim. Nieważne.
PKO też odwiedziłam z książeczką mieszkaniową. Za pełen wkład sprzed lat kwota z premią gwarancyjną dupy nie urywa, ale to już coś. Co ja przy tym przeszłam papierków i podpisywania, tłumaczenia, że nie chcę likwidować książeczki, ale chcę wiedzieć, jaka kwota, w międzyczasie okazało się, że za wykupienie mieszkania mam premię, ale... muszę to załatwić w ciągu 90 dni, potem przepada... Rzutem na taśmę chłopcy przylecą w przeddzień, scedują książeczkę na mnie, no i znów moje latanie.
Do cesji potrzebne są trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Dokumenty mają być te same, co w akcie notarialnym, a nie będą, bo Pierworodny był na tymczasowym paszporcie, dowodu nie miał, Inżynier zaś był na starym dowodzie, który w międzyczasie stracił ważność, a na dociepkę spisując moje dane znaleźli na moim koncie w PKO (a jakże, po likwidacji książeczek mieszkaniowych chłopców mam konto w PKO) inny dowód niż ten, którym się legitymuję obecnie.
Jprdl...
WObec tego muszę mieć akty urodzenia synów, dobrze, że mojego nie chcieli, bo mój z K.
Jak żyć, jak żyć i jak nie paść w tym upale?
Na dokładkę z wydziału finansowego pisma nie ma już drugi miesiąc, więc ja cała w strachu, że z mieszkaniem nie wszystko OK do końca, bo nie wzięłam potwierdzenia o zgłoszeniu, bo padłam od upału...
I tak przeżywam jak mrówka okres.
W poniedziałek wzięłam się do kupki i sprawdzam godziny otwarcia wydziału finansowego i co ja paczę? Wydział mam pod chaupką, rzut beretem, za płotem. Więc w te pędy tam lecę, aż mi się ręce trzęsły tak, że nie mogłam dowodu wyciągnąć z  portfela. Pierdzistołkowa - o dziwo - milusia - obśmiała się jak norka i rzecze, że oni w finansowym obecnie przerabiają zgłoszenia z kwietnia, więc mam siedzieć na dupie (tłustej, kubańskiej) i nie robić scen. Rację miała biurwa ze spółdzielni, że państwo się zawsze po pieniądze zgłosi, nie ma zmiłuj.
I tak mi dni spokojnie mijały, a biedny Shadow w tym upale latał i latał ze mną, wierny, nie da się ukryć.
No i życie mija, nie ja...


 
Lampion od Zmorki pięknie świeci, wygląda jak Księżyc w pełni.
Robale wszędzie mnie tropią :)
Na balkonie zamieszkał ze mną przepiękny pajączek, Franuś. Niestety, po dwóch dniach zmiotła go burza. A pajęczynka była dziełem sztuki. Smutno mi bez niego.
Barańczuka odkryłam przypadkiem, szukając WBK. WBK się nieźle zamelinował. Piękne są murale w mojej wiosce.
I takie dwie kiecki sobie kupiłam zamiast "tego łacha". Ten łach ma już ponad 20 lat i sypać się zaczął, Nie do wiary, że się w nie lekko mieszczę, ale farbują niemiłosiernie i muszę je w rękach prać :D Ale w te upały ratują mi życie w domu :)
A w loggii dżungla, może dlatego ugrzęzłam na dłużej? Nawet w akwarium komarzyce rosną jak głupie. Za to wszystkie turki i werbeny zeżarły mi przędziorki jebane. Nigdy więcej kwiatów, li i jedynie komarzyce i winobluszcz :)
Pomidorek niepokalanie poczęty. Nie podlewałam woda po parzeniu pomidorów, ale wyrósł. Dopiero kwitnie, czy coś z niego będzie - nie wiem. Ale rośnie...

Na samym końcu nowy winobluszcz. Z tyci, tyci zaschniętej sadzonki z Biedronki. Wywaliłabym stary, ale raz, że weteran, dwa, że nie mam jak go odczepić od siatki, a nie ma kto siatki wymienić. Kwadratura koła. Najwyżej na wiosnę kupię nową, wielką donicę i spadnę do sąsiada. Z przytupem i półobrotem.

A na straganach już dynie. Dynie w lipcu? Ojapierdolę.

Zatem jeszcze raz dziękuję tym, co się martwili i... do napisania.
Będę pisać.
Obiecuję :D

poniedziałek, 25 czerwca 2018

I

Kochany Pamiętniczku
and my Shadow.
Bywa :P
Jesteśmy sobie wierni od zawsze.
Nie wysyłać listów gończych, nie szukać.
Wszystko jest tak ulotne, tak kruche...
Chyba nic z tego nie daje się ocalić.

To był fajny blog, co nie? 

niedziela, 24 czerwca 2018

Działo się

Kochany Pamiętniczku, oj działo.
Jak armata :P

W ciągu godziny oziębiło się tak, że wracałam do domu szczękając zębami z zimna, ledwo żywa, ale szczęśliwa, że to już za mną.
I szczęśliwa, że znów będzie wariatkowo, ale dopiero za jakiś czas.
W piątek rano na Manhattan kurcgalopkiem i do pracy. Bo mecenas miał dyżur, a i warzywka trzeba było dopiąć.
Warzywka wolnym walcem poszły, a mecenas wkurwił mnie na maksa.
W sumie wziął ponad 1000 zł za nic. Takie pisemko, jak wypocił do szwagra, to ja też umiem napisać, nic nie zmieniło w przebiegu. Urząd Skarbowy zawalił. Nie ma nic z sądu (po naradzie z Inżynierem kładziemy na tym laskę, bo w końcu w dupie mamy to rozliczenie z opieki, do szczęścia nie jest nam potrzebne). Ale dzwonił do banku i ponoć musi mieć moje upoważnienie notarialne, bo inaczej mu nic nie powiedzą. No, w PKO mi powiedzieli, że też notarialne mogę mieć, ale od wszystkich, nie ma innej opcji. A tu nagle wystarczy moje? Umówi mnie z notariuszem. Na pytanie, ile będzie mnie ta przyjemność kosztowała odpowiedział wymijająco. Inżynier mówi, olać. Zjadą obaj i pójdziemy do banku. Nawet mi nie napisał, że będzie konieczne notarialne, tylko dwa tygodnie czekał, aż mnie spotka w pracy  To on powinien dbać o mnie, bo za pieniądze ode mnie żył też.
Ale szkoda zdrowia i nerwów, w pizdu.
Potem poleciałam po Zmorkę. Miała być na przystanku Solna/Małe Garbary. Tom na Solną poleciała, przystanek dalej, ale się odnalazłyśmy.
Zaraz ją zawlokłam do The Mexican, wreszcie udało nam się tam dostać :D To było już trzecie podejście :D



I jedzonko MLASK :)
Potem do domu na chwilę, dary rozpakowała, a nawlokła tego, że ojapierdolę :)


W samo sedno, w pracy będę trzymała, bo zawsze mi mówią, że mam rację :P

I potem poleciałyśmy na koncert. Nie zabrałam aparatu, bo mi Zmorka pod nos podetkała regulamin, że nie nada, a szkoda, bo mogłam spokojnie wnieść :D No trudno, fotki są więc jakie są, ale muzyka wciąż mi gra nie tylko w duszy, ale realnie, bo następnego dnia zaszalałam i w Empiku trzy płyty kupiłam, więc niniejszą notkę sponsorują ciacha z Il Divo.
Na policję konną się natknęłyśmy i miałam duszę na ramieniu, bo ja się koni boję, choć w dzieciństwie na nich, a i zaprzęgami jeździłam. Ale boję się :(

Konni jechali pilnować tych, co oglądali koncert zza rzeki, na krzywy ryj. W sumie mieli lepiej niż my, bo sobie na wałach usiedli, a my staliśmy. Telebim też mieli, a słychać było hen daleko :)
Było klimatycznie, zimno, wiatr piździł jak na Skieletczyźnie za cara :)

Tylko Rotę mamrocąc odśpiewałam, bo mam zakaz śpiewania wszędzie :P

Dron latał, a gdzie RODO? Nas chyba parę razy sfocił, a nikt się nie pytał o pozwolenie :P

A potem odpłynęłam w krainę szczęśliwości :)

Aczkolwiek widziałam tylko tyle, co na telebimie, bo jak wzrost dawali, to stałam po rozum, więc jest jak jest ;)
Ale było cudnie.  
Słuchaliśmy piosenki „Hello” z repertuaru Adele,  przeboju Robbiego Williamsa „Angels”, niezapomnianego szlagieru Elvisa Presleya „Love Me Tender” i arii z „Czarodziejskiego fletu” Wolfganga Amadeusza Mozarta. Nie zabrakło „Granady”, „Where Do I Begin” z filmu „Love Story”,„Somewhere” z „West Side Story”.
Ehhh...
Prysnęłyśmy przed samym końcem, bo ja nie lubię tłumów, udało nam się złapać ostatnie 76 i zładowałyśmy w domu, zmęczone, ale szczęśliwe :)

Ja sobie pospałam, a biedna Zmorka zerwała się bladym świtem i ogarniała mą kuwetę, znaczy sie, artystycznie i fachowo naprawiła mi latającą klamke balkonową, grosza za to nie biorąc, a wiadomo, że fachowcy golą klientów jak owce :) Dziekuję, kochana :*
Po śniadaniu poleciałyśmy na Jarmark Świętojański, gdzie zażerałyśmy się oliwkami, jeszcze w życiu nie jadłam takich oliwek, ojapierdolę,  Zmorka uwodziła wszystkie zwierzaki w okolicy, nawet prawdziwe koziołki (nie mam, niestety, pozwolenia na publikowanie wizerunku, RODO działa).

Nocnik za 20 zł. Podobny mieliśmy w domu :) Cenna rzecz, a na śmietniku wylądowała. Żeby nie to, że żelazka ciężkie, a my miałyśmy łazęgę w planach, kupiłabym kolejne :P





I Bamberka, tym razem z wikliny :)


Chcę nowy dom. Bo chcę jeszcze więcej rupieci :) Ta kanka na mleko mnie urzekła :P
 Akcja Katolicka ku Farze zmierzała, żal.pl... Z jakiegoś Sieradza czy skądś jechali nawracać poznaniaków na chrześcijaństwo :)


Na placu Wolności był festiwal food trucków, ale my podążyłyśmy do Ptasiego Radia, gdzie wabiłam Zmorkę wizją piwa fiołkowego. Niestety, nie podają już tego smakołyku, ale mieli piwo z czarnym bzem i też było smaczne :)



A jedzenie jeszcze smaczniejsze. Zmorka wzięła krewetki i jej tak nie smakowały, bo za dużo cytryny dali.
Dałam napiwek, widocznie satysfakcjonujący, bo na moje "czy mogę zabrać cukierki" (jestem maniaczką cukierków dodawanych do rachunku) młodziutki kelner mimo moich protestów doniósł kolejną garść, która oczywiście bezwstydnie ściągnęłam, trochę tylko biednej Zmorce dając :)
Jestem pies na cukierasy, każdy ma jakiegoś bzika.

W domu Zmorka stwierdziła, że jednak wróci dziś do domu, bo w niedzielę nie będzie miała dobrego połączenia, więc kurcgalopkiem w towarzystwie moich jęków, że za późno, że takie tam odtransportowałam ją na dworzec.
I dwie dziurki w nosie, i skończyło się...

Proszę o jeszcze.
 A chłopcy właśnie trzecią płytę kończą, a ja odpływam coraz dalej i dalej od szarości dnia...

środa, 20 czerwca 2018

W burdelu

pracuję, Kochany Pamiętniczku.
Szkoda tylko, że nie jestem burdelmamą, bo wszystko śmigałoby, że ojapierdolę.
A tak świszczy, kręci się i pierdzi.
No nic.
Za mało mam godzin w tym miesiącu, więc chytrze umyśliłam sobie, że wezmę jeden dzień urlopu (dla ścisłości, w dzień, kiedy nie mam nic do roboty, choćbym się zesrała), czyli na piątek. Nie zależy mi, mam urlopu po kokardkę i kucyki. A i Boss zadowolony będzie, że urlop biorę.
Jak pomyślałam, tak uczyniłam.
Piątek będzie szalony, bo muszę na Manhattan wlecieć, bo nic w domu nie ma, a Zmorka nie zdaje sobie sprawy z tego, że żeby coś zdobyć w sobotę na Manhattanie trzeba być bladym świtem, a my będziemy po koncercie.
I do pracy muszę wlecieć, bo adwokat będzie w piątek.
I Zmorkę odebrać, jeszcze nie wiem, o której.
Nie ma opcji gotowania, żywienie zbiorowe, nie mam już powera w dupie.
Tak więc kładę druczek u sekretarki, a ta za moment wpada z obłędem w oczach, że nie, że Boss mi nie podpisze urlopu, bo mogę być potrzebna w piątek.
Tak myślałam, bo Jurgiel się zdymisjonował, a na moje nieszczęście Ardanowski już posadę objął.
Nosz, ale kurwa, co mnie te pisiory?
Sekretarka każe mi oddychać, bo wszyscy znają mój temperament.
Ale wali mnie to, nie mam zamiaru szat drzeć.
Idę do Bossa i spokojnie mówię, że jak nie biorę urlopu, to foch, że nie biorę, a jak chcę wziąć, to jeszcze gorzej. Już nie tłumaczyłam, dlaczego biorę, bo co za dużo to niezdrowo. Mówię, że będę rano w pracy, bo przyjdę do mecenasa, więc godzinę czy dwie mogę poświęcić w ramach urlopu. Ale mam już bilet i?? Bilet mam od dawna.
Nie mogłam przewidzieć rządowych perturbacji, co nie?
Zapytał, dlaczego tylko jeden dzień urlopu. Bo po prostu, kurwa, potem mam w ramach mojego półetatu dwa tygodnie wolne, bo nie ma dla mnie roboty.
Fakt.
Powiedział, że wobec tego musimy zmieścić wszystko w czwartek, wg planu.
Nie rzekłam nic, podziękowałam i poszłam.
Nie tłumaczyłam, że mam bilet na koncert, a nie na samolot, bo co komu do domu jak chaupka nie jego?
Są granice dyspozycyjności. Jeżeli okazuje się, że można to zrobić w czwartek, to co stoi na przeszkodzie, żeby to zrobić?
Wiem, będą jazdy z autoryzacją, ale w sumie, co mnie to?
No nic, zobaczymy.
Klimatyzacja się spsuła, a ja o mało przez to nie wykorkowałam, tak u mnie duszno. Ostatkiem sił emilka wysłałam i... Tadam. Mamy nową obsługę techniczną, przedtem była jakaś animatorka kultury *takie studia kończyła) i mało, że tygodniami nie miała czasu, to jeszcze byłą oburzona, ze musi się konserwacją zajmować. Teraz wleciał młody chłopak i w 10 minut było po problemie.  Tym niemniej nogi mam znów jak dwie kłody, a nie mam pietruszki..
Ogórki i czereśnie nie działają tak, jak pietruszka.
Mogiła.
A wracając z pracy, po godzinach, a jakże, lazłam koło chińskiego sklepiku i...
No musiałam, nie było innej opcji...

 Stary się już rozwala, a te sówki nie mogły takie biedne na ulicy stać, co nie?

A w domu od proga leluje czuć, bo lelują się namiętnie. Mam też aparatowe fotki, ale nie mam siły ich zgrywać.


Na jutro zapowiadają armagedon, a potem ochłodzenie. Co mnie cieszy, bo lepiej słuchać koncertu w 19 stopniach, niż w duchocie, co nie?

Mam nadzieję, że będzie OK :)

Już zapominam Cię, jak się zapomina sny, zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...

wtorek, 19 czerwca 2018

To będę

jasny i gotowy, Kochany Pamiętniczku.
Na wszystko jeszcze raz popatrzę, i pójdę, nie wiem gdzie, na zawsze...



A kiedy przyjdzie także po mnie zegarmistrz światła purpurowy...