duńskie stoczyło się w przepaść, Kochany Pamiętniczku.
Dzisiejszy wyrok TK w sprawie aborcji eugenicznej to już koniec. I tak jak tęsknię za młodością, tak jestem szczęśliwa, że nie będę już skazana za żadną aborcję. I pełna obaw o moje synowe, bo chociaż nie są moimi córkami, to w razie W ich tragedia jest przecież także moją. Jak można zmuszać kobiety do tego, by były chodzącymi trumnami?
Owszem, są bohaterki, które chcą. Cześć im i chwała.
Ja jestem z tego paskudnego odłamu ludzkości, który uważa, że każdy ma prawo do wyboru. I nie, nie chciałabym nosić w łonie dziecka, którego jedynym życiowym celem będzie wieczne cierpienie, rehabilitacja, niekończący się ból. Potrafiłabym przeżyć swój ból po stracie dziecka, ale patrzeć jak ktoś, kogo kocham cierpi, bo odleżyny, bo inne takie tam?
Nie.
Nie i jeszcze raz nie.
Mam jeszcze wnuczki, wprawdzie mocno nieletnie, ale dziesięcioletnia Mała Wiedźma może już zostać matką.
Jest wyrośnięta, rozwinięta jak na swój wiek i...
Nie, nie będę pisała scenariuszy.
Jedno wiem - mój brzuch, moja decyzja. Wierzący - Bóg dał wam wolną wolę.
Moja babcia zmarła z powodu martwej ciąży, osierocając trójkę dzieci
własnych i jedno przyrodnie, bo nie rozpoznano tego w porę.
Moja mama miała pierwszą ciążę martwą. Nikt nie wiedział wtedy, że jest konflikt serelogiczny. Potem byłam ja. Z wadą słuchu, do dziś nie wiadomo, dlaczego. Potem moja siostra, która żyła tylko trzy dni. Nie wiadomo dlaczego. Potem mój brat, przy którym lekarze kazali wybierać ojcu, kogo ratować, matkę czy dziecko. Zaparł się, kazał ratować oboje. Brat też miał wadę słuchu. Jestem ciekawa, jak wyglądałoby to dziś.
Jestem szczęściarą, urodziłam dwójkę dzieci z ciąż zagrożonych, walcząc, podtrzymując, nie miałam żadnych badań, bo wtedy nie było: w sensie badań genetycznych, przesiewowych. A mieliśmy konflikt serelogiczny. Są idealni, pomijając astygmatyzm odziedziczony po mnie (to jedyne, co po mnie wzięli, cudownie).
Jedna z moich synowych miała dwa poronienia. O Alienka się trzęśliśmy, bo jakiś tam guzek był na głowince, w głowince - i nikt Alienka nie wyskrobał. To nie jest tak, że kobiety się namiętnie skrobią, bo lubią.
Rządzącym wieczna hańba. Niech sczezną. Niech ich diabli wezmą.
Tak samo jak w przypadku zwierząt. Jestem za ich niekrzywdzeniem. Ale jeżeli ktoś nie chce tak naprawdę krzywdzić zwierząt - rezygnuje z jedzenia mięsa. Proste. Przyroda jest tak skonstruowana, że trawożerne żrą zielsko i są atakowane przez mięsożerne. Lwa nie nakarmi się trawą, więc albo sam upoluje, albo dostanie mięso.
Jeśli padnie rolnictwo, a padnie, nie ma innej opcji, to i wszystkim obrońcom biednych krówek zajrzy głód w oczy. Chłop jak się uprze, na swoich hektarach posadzi sobie na własne potrzeby i tak, chłop się sam wyżywi. Miasto nie.
Żyjemy w czasach w jakich żyjemy. I zapewniam - a znam to zawodowo - że zwierzętom hodowlanym krzywda się nie dzieje. Na pewno są gospodarstwa zaniedbane, zwierzęta maltretowane, ale rolnik, który żyje z hodowli, spłaca kredyty, ma na utrzymaniu rodzinę - chucha i dmuchana nie. Setny przypadek afrykańskiego pomoru świń (rujnującego hodowlę tych zwierząt) zdarzył się w gospodarstwie, w którym była 1 (słownie: jedna) świnia i zero bioasekuracji. W gospodarstwach towarowych już ani mysz, ani mucha nie ma prawa wejść do chlewni, nie mówiąc o kotkach i pieskach, które pamiętam z dzieciństwa włóczące się po obejściu. Jaskółki nie mają opcji wicia gniazda w chlewniach i oborach. Świnia ma czasem większy metraż wg przepisów niż niejedna rodzina...
Mogłabym bez końca.
Jeśli ktoś się na tym nie zna i hoduje, jak niemiłościwie nam panujący, tylko koty (nie żebym miała coś do jebanych sierściuchów) i odgrywa rolę dobrego wujka, nie mając zielonego pojęcia o całokształcie, to ja wymiękam.
Wszystko się stacza w niebyt, koronawirus szaleje, a rządzący pierdami, którymi się powinni zajmować w spokojnych czasach przysłaniają swoje zbrodnie.
Bo okradanie państwa jest zbrodnią.
Ale wracam do moich baranów, bo zwariuję. W sobotę byłam na wycugu i Kalafiorkówny, bo rodzina chciała się ubrać, znaczy się, Synowa potrzebowała kurtki na zimę, a Alienek bucików. Inżynier odmówił niańczenia dwójki w galerii, więc Kalafiorkówna została skazana na mnie. Na powitanie obmacała mnie z każdej strony i po tyłku też, Skubana, nie zapomniała, że mam ajfoniczka, w którym jest filmik z nią i Alienkiem, przez tydzień nie zapomniała. Na szczęście udało mi się ajfoniczka na półkę wrzucić. Nawet łezki Skubana nie uroniła, jak się wszyscy wynieśli, nawet nie raczyła im rączynką kiwnąć.
Oglądała Psi Patrol. Wprawdzie miałam powiedziane, że może oglądać skolka ugodna, ale... Po trzecim odcinku zaczęła się wiercić, więc pytam, czy wyłączyć. Kiwnęła główką, że tak. Wyłączyłam zatem. W ryk. Wniebogłosy. Więc włączam, ale jako że pilot to mój wróg nr 1, zamiast Psiego Patrolu włączył mi się... Strażak Sam :) A Psi Patrol poszedł w siną dal... Ryk już nie wniebogłosy, ale i do piekła sięgał. Udało mi się zażegnać konflikt herbatniczkiem. Ale odkryła korniszony na blacie w kuchni. Ryk. Dostała korniszona. Lodówka. Dostaje parówkę (miałam pozwolenie na karmienie ile się da). Rajd do pokoju, krzesełeczko do półki i: iPad - mama (tak, był mamy), kolejny - tata (tak, był taty), i mój ajfonik... Ryk... Zażegnane. Ajfonik ukryty sprytnie w rzeczach na półce, bo jednak jakiś kontakt ze światem chcę mieć...
Klocki - krótkie zainteresowanie. Wierszyk nie, książeczka nie, włazi kotek po drabinie nie, gruuu za oknem nie.
Chce korniszona, pnie się po szufladach jak alpinista... i ryk, bo babcia nie dała korniszona. Parówka nie, soczek nie, ciastko nie, chce korniszona...
A ja rozpaczliwie kalkuluję, ile korniszonów dziennie może zjeść niespełna dwulatka, skoro zjadła przy mnie dwa dane przez matkę i jeden przeze mnie? Kiszone to sama bym dała, ale korniszony? Kurwa...Noszę, czytam, śpiewam, tańczę, recytuję, daję dupy i gotuję nie przymierzając jak koło gospodyń wiejskich, ulga... Klucz w zamku i wrócili...
Obiad zamawiany w hinduskiej knajpie, synowa kombinuje jak koń pod górkę, Inżynierowi żyłka pulsuje, dzieci wracają z kuchni z korniszonami w ręku - Alienek pomógł siostrze. Są głodne jak cholera...
Ja wiem od razu - krewetki, bo tego nie jem na co dzień, reszta obojętnie, byle papy nie wyżarło.
Obiad dociera o 18. Hmmm...
Dzieci jedzą jak głupie, nawet Alienek niejadek daje się przekonać do jedzenia. Głód robi swoje.
Dzieci po obiedzie lądują do kąpieli, potem na bajce, Inżynier odwozi mnie do domu (zabrał z domu też, na zasadzie strefa czerwona, nie będzie się matka szlajała MPK, niebiosom dzięki, aczkolwiek ja wtedy się trzęsę, bo ta lewostronna kierownica).
Niedziela lenistwo do entej i poniedziałek.
Zaczyna się najpracowitszy tydzień w miesiącu.
Nowy program nie działa, grafikowi pada komputer, w innych nie ma programu, informatyk ulotnił się jak sen złoty, znów się wszystko posypało, zwalają się na mnie dwie gazetki, bo zmienił się harmonogram, Boss pyta gdzie są teksty po II korekcie, odpisuję, że odesłane do autorów... I tak się to kręci przez cztery dni, od 7 do 21, nie liczę godzin ni lat, co z tego, że kąpiel biorę w międzyczasie, że w którymś momencie nie wiem, czy czasem wylewu nie mam, bo na jedno oko widzę jak przez kalejdoskop...
Dotarłam dziś do brzegu. Zamknęłam dwie jebane gazety.
Zdążyłam dziś kupić piwo, bo wynosząc kwitnące w loggii odpady bio wpadłam na genialny pomysł kupienia piwa. Nie udało mi się to przedtem, bo zawsze ocknęłam się po 19, gdy piątka już była zamknięta, a dalej to już nie doszłabym...
Więc (nie zaczyna się zdania od więc) luz i hasta manana.
I zazdroszczące emilki na poczcie, bo uprzejmie poinformowałam, że do 11 listopada mam wszystko w dupie.
Ale zazdroszczące niezłośliwie.
Inna para kaloszy, że to urlop za ten rok. Nadgodzin już nawet nie wpisuję do Excela, bo wylewu dostałabym.
Firmową pocztę będę włączała, bo książka, ale to bez presji, już napisałam redaktorce. Warzywka też muszą wziąć na wstrzymanie. Po 12 listopada będzie jazda bez trzymanki, ale tylko do 14 grudnia. Bo wtedy fajrant do początku nowego roku.
Tylko trzeba jeszcze dożyć.
Tęsknię za Baranem i za lataniem, ale cóż.
Nie można mieć wszystkiego.
Diagnozowanie Alienka i logopeda odwołany przez pandemię.
Sikory teściowa ma wirusa, a Sikora z całym taborem była tam w sobotę.
Jestem przeziębiona, kaszlę, ale tylko tyle. Węch mam znakomity, właśnie odkryłam na jednej z grup na FB niechemiczny dezodorant... Do starej szklaneczki po świecy (z Pepco) wsypuję sodę, zakraplam parę kropel olejku (paczula, moja ukochana), wstawiam w to podgrzewacz i w całym domu pachnie smrodem aż miło :)
Uwielbiam paczulę, dostałam wieki temu od siostry Eksa z DE. Jak się nią wypachniłam, Eks wywalał mnie z malucha i nie chciał ze mną jechać, a i Inżynier za nią nie przepadał. Skoro czuję zapachy, to wciąż tylko przeziębienie, a nie COVID. A, smaki też czuję, więc jest OK.
A jutro budzę się i NIC NIE MUSZĘ :)
Kobieta z rodziny, która kiedyś mi ogromne świństwo zrobiła, informując mojego ojca, że to ja go podałam na przymusowe leczenie (dziś wiem, że to nie działa, ale wtedy jak tonący chwytałam się brzytwy) napisała mi dziś, że groby pięknie ustrojone i że zapali Umarlakom świeczkę...
I tak ziemskie sprawy z grubsza ogarnięte, rachunek za prąd odkąd pracowy komp nie chodzi non stop spadł o 50 zł (nie do wiary, coś mi właśnie zabłysnęło, do sprawdzenia)...
Życie pędzi coraz prędzej, trzeba żyć, bo drugiej szansy nie będzie :)