mam uczucia, Kochany Pamiętniczku.
Do dziś się nikt nie odezwał, a i Inżynierowi rzucili "dziękuję" tak na odpierdol, bez entuzjazmu. Tak więc zaczyna w mojej głowie kiełkować niecna myśl, że miłość miłością, ale...
Inżynier zawsze jest ze mną w kontakcie, nawet jak był (Sikora świadkiem) tam, gdzie zasięgu nie było, to latał na cmentarz, bo tam zasięg był, żeby SMS wysłać, że jeszcze dycha. To były czasy przedinternetowe, internet w telefonie to było zabójstwo dla portfela.
Będąc w Szwecji na studiach też odzywał się co dzień, spowiadając się ze wszystkich wyskoków, dosyłając fotki i inne takie tam (a, nie pamiętam, czy wtedy Skype było, ale chyba nie), bo z UK kontakt był wtedy tylko telefoniczny.
To są dwa różne egzemplarze i fakt, że Inżynier jest lepiej sytuowany, ale w sumie? Dla mnie liczy się, że dba. Że opierdoli, jak coś nie tak robię. Że jest. Że Łobuzy mnie znają. Synowa nie jest synową z moich marzeń i snów, ale jest dobrą żoną i matką, a i mnie nie krzywdzi. Nie jemy sobie z dzióbków, ale i kamieniami we mnie nie rzuca. Odzywa się, jak długo Łobuzów nie widzę, dosyła fotki. Odbiera paczki. A mogłaby focha strzelić.
Pierworodny, gdy wywiał do UK, rozjebał nam cały system. I co sobotę lecieliśmy z wywieszonym ozorem, bo w sobotę miał tanie minuty i dzwonił, wisząc godzinami na słuchawce. Zabrał lapka, ale jak to u niego - sprzęt szybko padł. Nieważne, że to był pierwszy lapek, z drugiej ręki, gdyby był w domu, pewno do dziś by chodził. Nieważne, nie o to chodzi.
Potem zjawiła się ona, poznana w necie, z parciem na szkło, na wyjazd do UK. Jechała za własne, na własne. A, szkoda pisania, jak doszliśmy do tego, że "praca jest, ale trzeba chcieć pracować", to jej słowa, nie wiedziała do kogo mówi na czacie, nie takie cuda wtedy odchodziły. I w sumie rybka mi to, że prosto z samolotu wskoczyła Pierworodnemu do łóżka - chociaż ja na pierwszej randce z nikim nie chodziłam do łóżka, a z tego co wiem, to i Inżynier prowadził się w miarę przyzwoicie (a nawet bardzo, rzekłabym). Że powitała mnie w T-shircie z napisem "Królowa jest tylko jedna", gdy wreszcie się spotkałyśmy w UK. Że nie miała pojęcia, że jej jęki i klęcie pod nosem, że musi dla mnie gotować słyszał Baran (Pierworodny ją prosił, żeby się wykazała). Że mnie to rybka, czy dla mnie gotowała, czy nie, gotowałam wtedy dla 6 osób i nie robiło mi to absolutnie żadnej różnicy, jak również to, że wigilie zawsze z Baranem robiliśmy dla wszystkich. Że odzywali się do mnie, kurwa, raz na ruski rok, nawet o tym, że się pobierają zawiadomili mnie w ostatniej chwili. Ze nigdy niczego od nich nie oczekiwałam, o nic nie prosiłam, a jak nie dopytałam, to wiedziałam tyle, ile mi doniosła okolica.
Że to ja zawiozłam ją do szpitala w sobotę przed wylotem, dzięki pomocy Barana, gdy roniła, bo lekarz kazał jej czekać do poniedziałku... A na taksówkę nie mieli.
Że nigdy złego słowa nie powiedziałam, choć zawsze wkurwiał mnie i brud i smród wokół [BTW, w wiosce są już od dwóch lat, a ja u nich w mieszkaniu byłam 2 (słownie: dwa)] razy, no bo trzeba by posprzątać, bo może założę białe rękawiczki i zacznę kurze sprawdzać.
I tak; nie oferuję, że zajmę się wnukami, bo pracuję. I to ciężko. Nie młodnieję, starzeję się, sama ze sobą to sobie radzę, jak nie mam ochoty na gotowanie, to chleba zjem i spoko. I nie, nie daję rady nawet z MW, która talent do robienia bajzlu ma kosmiczny. Bo w jedynym pokoju, w którym mogę ją gościć mam pracowy sprzęt i potrzebuję do niego dostępu.
I nie, nie zamówię wczasów nad morzem czy w innej agroturystyce, nie dlatego, że mnie nie stać, ale dlaczego mam się zajmować dziećmi, z których jedno ma stale na uszach słuchawki, na wszystko wyrąbane, a drugie ma wciąż zachcianki: a to hot-doga,a to loda, a to soczek taki a nie inny.
Skoro nikt z nich nawet nie zapyta, czy żyję? Ostatni kontakt był jak Pierworodny miał koronawirusa, a ja co dzień, umierając ze strachu pytałam, jak się czuje.
Synowa, obiecując złote góry i gruszki na wierzbie (będę informowała, dam znać), nie odezwała się ani razu.
Nie pamiętali o mnie w Boże Narodzenie, w Nowy Rok, w Wielkanoc. Chwilę, ja mam młodym składać życzenia?
Serio?
Więc skoro jest sprawiedliwość, a wiem, że jak kopnę w kalendarz i pójdę do Abrahama na piwo, bujając nózią na chmurce, to wszystko z obłędem w oczach ogarniał będzie Inżynier.
Który na pogrzeb ojca przyleciał z całą rodziną, choć to też nadszarpnęło jego budżet. Zapytał tylko, czy ja pójdę, pozostawiając decyzję mi. Bo rodzina Eksa jest jaka jest. Odpowiedziałam, że pójdę, bo to mój mąż i ich ojciec, tylko los był okrutny. Nie pójdzie mama sama.
Pierworodny nie przyleciał. Raz, że nawet na bilet nie miał (ja wygrzebałabym kasę spod ziemi, brata chowałam za pożyczone, a ostatnie 10 zł, jakie miałam w portfelu, "pożyczył" ode mnie, mówiąc, że wreszcie wszystko odda). Dwa, że nie miał dokumentów, bo wszystkie były od dawna przeterminowane. Albo zgubione. Był ze mną raz na cmentarzu. I to dlatego, że ja poprosiłam. Ma tam tak samo daleko jak ja. Kurwa. Dostał po ojcu kasę, więc mógłby tam chociaż wpaść i chociaż podgrzewacz do herbaty zapalić, co nie?
Więc, sorry, Winnetou. Niełatwo mi podjąć decyzję, ale...
Nie wiem, gdzie popełniłam błąd wychowując, bo chowani byli identycznie, sprawiedliwie, rzekłabym nawet, że Pierworodny miał fory, bo wciąż widzę siebie, stojącą z teściową w kuchni, z brzuchem wywalonym w Kosmos i mówiącą: mamo, ja nie wiem, czy drugie da się tak samo mocno kochać jak pierwsze.
My mistake.
Wciąż kocham ich równo, ale pierwsze mnie zawiodło i nie widzę powodów, dla których ma zostać nagrodzone.
Inżynier po 8 godzin wisi na słuchawce, a tak jak ja, nienawidzi dzwonienia. Inżynierowa takoż. Dotąd po recepty dzwonił Pierworodny, teraz już nie chcę. Inżynier: niech mama napisze, co trzeba. Zadzwonię. Mówię nieśmiało: a może I., wiem, że nienawidzi. Odpowiedź: poradzimy sobie.
Jestem samodzielna, nie potrzebuję wiele: żeby ktoś czasem na drabinę wlazł, śrubę czy inne ustrojstwo dokręcił, coś zniósł, wyniósł. Zadzwonił. Napisał <przytul>, <głaszcze>, gdy się ze mnie żółć wylewa (gdzie te piękne ikonki z GG, zwłaszcza ten <sex>, którego mi brakuje, bo rozwiązywał wszystkie problemy)...
Nie potrzebuję pieniędzy.
Nie dzwonię 50 razy dziennie (moja teściowa dzwoniła, miałam telefon dla niedosłyszących, a ona uwielbiała nadawać i mącić w rodzinie) z pierdołami.
Mogę pomóc, w ramach sił i możliwości. Nawet czasem mogę na pizzę zaprosić, bo gotowanie dla bandy, z której każdy coś innego je już mnie przerasta.
Więc sorry, Winnetou... Jeszcze muszę to zorganizować tak, żeby było prawomocne.
Przykro mi.
A tak ogólnie, to popracowałam w tygodniu, ale pogoda była pracowa. Pani K. poprosiła mnie o skorekcenie prywatnej poezji, że zapłaci. Skorekciłam, ale propozycję zapłaty olałam. Napisałam, że chcę tomik z autografem i butelkę dobrego wina :) I tak wyszłam na plus, bo nawet jakbym zaśpiewała 20 zł za 1,5 godziny pracy, książka i wino to więcej :)
A na serio, czasem muszę się odchamić, a wiersze, aczkolwiek to nie Mickiewicz - dotarły do mnie :)
Ząbki wciąż do poprawy, biedna moja pani, jutro kolejna poprawka, a ja na serio mam dość chodzenia do dentysty na razie.
W czasie urlopu pracowałam, a jakże, bo urlop bez pracy, to nie urlop. Nawet dziś (niedziela) pracowałam, a i wczoraj (sobota) teatr się odezwał. No ale, wiadomo, chciwa jestem, kasa leci, Inżynier kpi, kto ma ten ma, temu z nieba leci :) Ano...
A ja po prostu chcę mieć na wszystko wyrąbane, coraz bardziej rozumiem Ciocię, która mówiła: odkładam, bo nie wiem, czy nie będę musiała za opiekę płacić (płaciłam ja, ale oddała z procentem). Ja się o opiekę nie boję, ale chcę być wolna, że jak będę chciała wino kupić, kupię za swoje, nie prosząc i nie wpraszając się na krzywy ryj.
Bo, Kochany Pamiętniczku, polędwiczki z dorsza za prawie 69 za kilo? Jedzcie dorsze, gówno gorsze... Nawet polędwica wieprzowa tyle nie kosztuje, a rolnicy ostatnio dostawali niecałe 5 zł/kg za świnię...
Szparagi spadły do 24 zł za kilo, truskawki do 15.
A ja
... polędwica z dorsza, botwinka, szparagi, całe kilo :) No, dwa dni jadłam, nie, że zeżarłam na jednym posiedzeniu :)
A i pieściły mnie
... nie żałowałam sobie :)
A dziś kopnęłam się w tłustą, coraz tłuściejszą kubańską dupę i kijki w dłoń chwyciwszy i WYPIERDOLIWSZY aparaty słuchowe i wsadziwszy w uszy słuchawki, w rytm na początek Christmas time pomaszerowałam, pierdoląc maseczkę, albowiem żywego ducha na drodze nie było
... na Dębinę (kiedy ja tam ostatnio byłam?), gdzie żółwiki wygrzewały się w słońcu, ze mnie pot leciał, 10 tysięcy kroków nie ogarnęłam, ale wróciłam do domu czerwona jak burak i mokra jak mysz :)
A potem pracka (świnie, już do brzegu), pogawędka z Inżynierem
który dziś włości zwiedzał, ta kropka na środku to zapierdalający z prędkością nadświetlną Alienek :)
I to są te dobre nowiny :)
Bo mimo wszystko życie jest piękne.
A właśnie w Radiu Pogoda leci tekst o różowych skrzyneczkach i muszę przyznać, że ja tego coraz bardziej nie rozumiem.
Tak, miałam w życiu ciężko. Mam gdzieś notki z wyliczeniem, ile zł zostało mi do wypłaty (końca miesiąca). Paliłam papierosy, nie umiałam z tego zrezygnować. Więc albo jadłam, albo paliłam, mój wybór. Okres - wiadomo - miałam raz w miesiącu. Od zawsze zużywałam masakryczne ilości sanitariów, bo taka była moja uroda. W torebce zawsze miałam podpaskę, bo nie miesiączkowałam regularnie. I nigdy, ale to przenigdy nie zabrakło mi sanitariów, chociaż na noc zakładałam podpaski maksi i pół paczki waty, a i tak przeciekało.
Znam życie w biedzie. Moja babcia mówiła, że im po prostu po nogach ciekło. I nie, nie mówię, że mamy wrócić do tych czasów.
Ale serio? Jest na kremy, na mgiełki, na paznokcie, na sranie w banie, a na podpaski nie ma?
Znaczy się, jeszcze nie osiągnęłam dna?
Wciąż widzę babcię, drobiącą suchy chleb, zalewającą go wrzątkiem, dodającą odrobinę soli i wciągającą tę zupkę. Wciągałam razem z nią i była smaczna.
Ale serio? Nie ogarniam dzisiejszej biedy, że jest na wszystko, a na podpaski nie ma.
Tyle dziś namarudziłam, że głowa mała.
Pora umierać?


























