poniedziałek, 10 kwietnia 2023

A teraz już

 bez polityki, Kochany Pamiętniczku...

Poszłam w sobotę po te chlebki do żurku, nalatałam się jak głupia, bo nigdzie nie było, ale znalazłam i za 


zapłaciłam 38 zł z groszami. No dobra, to była fantazja i fanaberia, zakładaliśmy, że to będzie nowość dla dzieci, ale odmówiły i jedzenia z chlebka i jedzenia żurku. Kalafiorkówna żywiła się białkami z jajek i ziemniakami, namawiając mnie na kolejne jajko do żurku i kolejną pyrę, gdybym tak jej posłuchała, utuczyłaby mnie jak świnię :) A potem pewno by mnie sprzedała, srogo się targując o cenę. Alienek zaś, niezdecydowany, wyrwał matce chleb z żurkiem, zjadł, a jakże, a ona biedna z talerzyka :) Najbardziej zadowolony z tej imprezy był Inżynier, ale to moje dziecko, wszystkożerne, więc reszta żurku została dla niego na jutro, bo mu smakował. No cóż, przepyszny był. 

Pierwsze święto spędziłam wg planu, poleżałam do wypęku, pograłam, potem jedno jajeczko, jedna biała i po śniadaniu. Niestety, żołądek i wątroba już nie takie nówki nieśmigane. 

A miałam na obiad i ziemniaki, i warzywa, i żeberka z piekarnika, z żurawiną, gruszkami, papryczką, cót, mjut o ożeszki laskowe, ale... Namoczyłam grzyby i już zaczęłam żurkować na grzybach, gdy przypomniałam sobie, że Synowa grzybów nie ruszy, no i Łobuzy. Zatem wywar z grzybów wylądował w innym garnku i wyszła wege zupa grzybowa. W międzyczasie jednak zsiadło się mleko, dzięki skyrowi, hip-hip hurra, no to zrobiłam ser, serwatki od cholery, więc zamroziłam, ser pycha, będę robiła...

I tak na produkcji kuchennej minęło mi pierwsze święto, w przerwach serialik na HBO, a dni mi się pokręciły, bo sprzątałam w czwartek, więc niedziela była sobotą...


W słoikach był żurek z włoszczyzną, bo ja taki lubię, Synowa woli saute, a co zrobić z włoszczyzną, wyrzucać, sałatka nie wchodzi w grę, bo kto to zje? 

Żurek saute czekał na słoiki z włości do przewiezienia :) 

I tak minęła niedziela, o dziwo, skruszony Pierworodny od rana pożyczył :) 

Z włości recenzje zdjęciowe dostałam. I raporty, że Alienek oszalał od mojego zająca. No cóż, bywa, nie ja wybierałam, sam wybrał, ja tylko sponsorowałam :)

W poniedziałek wleciała po mnie podwózka, zdyscyplinowana, a jakże.

Pół godziny nasze, tylko nasze.

I od proga Alieniątko, o mało mnie nie przewalił, dziękując za zająca.

Mój człowiek :) 

Rozdawszy łapówki, a jakże, od proga oznajmiłam, że je mam, żeby Kalafiorkówna nie pytała, co dla niej mam, tak zgaszona uciekła do kąta, ale potem łapówki łaskawie przyjęła, dostałam,


 

żeby nie zapomnieć zabrać, kupiłam sobie sama, bo nie mogę wciąż na darczyńcach polegać (tak, ogarnęła mi Alledrogo Synowa, ale fundowałam sobie sama, wdzięczna, że ona mi to ogarnia, idzie do paczkomatu - paczkomat, jak pilot do Tv to mój wróg).

A potem strzeliła mi fotkę


jak z Alienkiem się mizialiśmy, siedząc na parapecie, w słoneczku i wyznając sobie, jak bardzo się kochamy. Pięć minut miziałam go po łebku, całowałam i wróciły tamte dni.

Darowane od życia chwile.

A Inżynier zaraz po przyjeździe pojechał bawić się w kopidołka, bo terminy nad nim wiszą. Na początku dzieci poszły w kurtkach i czapeczkach, same chciały, broń bór liściasty, że babcia nalegała, babcia poszła w bluzeczce, bo jej było gorąco.

I tak mile spędziliśmy parę godzin na kopidołkowaniu, podlewaniu, laniu wody (oberwałam z węża ogrodowego od Alienka, za co Alienek oberwał od ojca, na nic zdały się moje tłumaczenia, że to był wypadek przy pracy). Od wieków mnie nikt nie oblał, więc byłam zachwycona.

I zjadały mnie jadowite myszy, pająki i inne takie tam.

I kamień do kiszonek dostałam od Kalafiorkówny, która potem z wypiekami na twarzy tłumaczyła ojcu, dlaczego babcia wzięła kamień i znosiła mi tyle kamoli, że mogłabym nimi okolicę wybrukować.

I pszczoły na kwitnącym dereniu były, stadami, bzyczały, niestety, moje aparaty bzyczenia ne ogarniają, ale drące się ptasiory już tak.

Roiło się od nich dziś, dzieci z początku myślały,że to pająki, ale bały się i tak, bo się głupich kreskówek naoglądały. Nie chciały słuchać tego brzęczenia. 


Pomagała, nie dała sobie  nic wytłumaczyć :) 


Ojcu rośnie pomocnik, a nie wróć, chciał go podlać, ojciec protestował, bo już go córka podlała ;) I tak już im nie urośnie ;)

Taka mała dziewczynka, a taka wielka łopata. Sama ją wbiła:) Ma charakterek, Skubana.
Na parapecie sobie siedziałam, słoneczko grzało, żyłam bez neta, gapiąc się w dal...
Podlewała...
... też podlewał i znienacka podlał babcię, siedzącą na parapecie. Żebym nie miała aparatów, pozwoliłabym się zlać do gatków, musieliby organizować odzież zastępczą, ale aparaty za drogie na taką zabawę...

To tak w telegraficznym skrócie, Kochany Pamiętniczku :) 

Kroków wprawdzie nie nastukałam, ale dobrze zrobił mi kontakt z wsiową cywilizacją.

Dzięki ci, życie, za ten piękny dzień.

A w domu odbiło mi do reszty i zamówiłam sobie (dzięki Synowej) na Amazonie i innych cudach chińskiego Małego Księcia i włoskiego.

Po co? W sumie mogłabym bez tego żyć, ale co by to było za życie, co nie?

A jutro pod górkę, bo z HR załatwiać będę home office, a mam na karku bydło, które ma tyły przez mój urlop.

Dostanę zajebiste 20 zł miesięcznie jako rekompenasatę. Inżynier za swoje dostaje 69.

Żyć, nie umierać, ale jest cudnie, jakby na to nie spojrzeć.

Ważne są małe szczęścia, a mnie się takie trafiło :) 

Jak ślepej kurze ziarno.

Bo na do widzenia Kalafiorkówna mnie PRZYTULIŁA, dała łebka, nie licząc Alienka, który obficie obślinił mi poliki i teraz wieczorem nie mogę się myć, bo jak niby zmyć takie słodkości? Toż to lepsze od kremów za grubą kasę :) 




To był

 piękny, kwietniowy poranek, Kochany Pamiętniczku.
Pojechałam na giełdę kwiatową, bo wybierałam się później do K.

Kupiłam też naręcze tulipanów i żonkili, bo chciałam mieć pięknie w chacie (no dobra, tak się tłumaczę).

I tak sobie szłam Dolną Wildą, ciesząc się słońcem i melodią w słuchawkach, gdy zabrzęczała moja nokijka. SMS od Cynobera: kaczka spadła. Myślałam, że kpi, ale przełączyłam szybko na radio (tak, w nokijce było radio) i faktycznie - pod Smoleńskiem spadł samolot, załadowany elitą państwową.

To był szok, niedowierzanie, niewyobrażalny smutek.

Nie tak dawno była katastrofa CASA, w Mirosławcu, gdzie zginął kwiat dowództwa wojskowego.

Nic ich to nie nauczyło, wpakowali się, niektórzy na chama, po znajomości, bo lecą do Katynia z prezydentem.

Bo wiadomo - rządowy samolot to nie spadnie.

 A potem zaczął się szalony taniec na grobach ofiar, który trwa do dziś i który sprowadził na nasz nieszczęsny kraj plagę pisowską, iście biblijną.

 

Cześć pamięci ludzi, którzy zginęli. Także tych, o których nie trąbi się w mediach i których nie pochowano na Wawelu.

 

Takie tam poniedziałkowe poranne rozmyślania w wielkanocny poniedziałek (mam wrażenie, że jest niedziela, dni mi się pokickały z leksza, bo sprzątałam w czwartek),  w oczekiwaniu na Inżyniera, który się uparł...

 

czwartek, 6 kwietnia 2023

Zmęczona

 jestem, Kochany Pamiętniczku, jak szkapa po Wielkiej Pardubickiej, albo jak nie przymierzając koń po westernie, ale...

No złamałam się, bo słońce świeciło. Od rana nakurwiało złem.

O...


 A że dawno go nie było, a mieszkanie mam od wschodu, to bez bryli każdy pyłek było widać. I pajęczyny. 

I moje dobre postanowienia poszły się jebać.

Kuchnię mam źle rozplanowaną, cierpię w niej od remontu, ale to, co teraz było, to był już jeden wielki pierdalnik, znaczy się, talerza nie było gdzie postawić. Wywaliłam stół i żałuję, ale kupiłam takie szafki, że nie mogę stołu wstawić. 

Mam wszystkie skorupy pochowane, a połowę z nich powinnam na śmietnik wyrzucić, bo nie używam. Całą szafkę pokali mam, a od dawna piwa nie piję, więc to sobie stoi a muzom. Kieliszki do wódki, metalowe, jeszcze po Cioci, na cholerę to stoi? No ale jest, bo... sentyment, bo mam nasrane w tym głupim łbie i tyle.

Ale do brzegu :)

Załamawszy dłonie na małdrzyku, zaatakowałam kuchenny pierdalnik i... 

Ile ja stamtąd śmieci wyniosłam, milion słoiczków, które od dawna powinny być w komórce. Czekając na sezon zaprawowy (zacieram chytrze łapki, w zamrażalniku mam jeszcze borówkę, a słoiczki są w sam raz do tego...)
Takie kwiatki mi w kuchni rosły


a jakże, mam specjalny pojemnik na pyry, do którego pyry nie trafiały ostatnio...

Ale po ogarnięciu (mój kręgosłup ogarnięciu mówi stanowcze nie), przeniesieniu ekspresu w kąt (od jakiegoś czasu nie piję kawy, taka faza, nic mi nie dolega, da się bez kawy żyć) 


Jak pięknie schnie kiełbaska, a jak cudnie pachnie :) Mleko w ramach eksperymentu nastawiłam na zsiadłe, wg przepisu, ale marnie mu to idzie i pewno zostanie wylane :) 

I tak powolutku, pomalutku, a że i pościel zmieniłam, poprałam wszystko, słoiki wyniosłam, wywaliłam rupiecie, z których nie korzystam i nie skorzystam, koszyczek zakurzony, nadający się do święconki, zniknął ze śmietnika błyskawicznie, więc dobrze - niech komuś służy, zamiast u mnie dalej obrastać kurzem. Zastanawiam się, czy rabanka zrobić, ale chyba zrobię, aczkolwiek nie poświęcę. Bo lubię, bawi mnie, mam foremkę do tego, robiąc go widzę moją mamę, która co roku rzeźbiła go w maśle. Nie było nas stać na foremkę, którą mieli wszyscy we wsi. Życie. A rabanek mamy był cudny zawsze.
Kurze dokładnie pościerałam, no dobra, dokładnie, bo wycierając durnostojki, ale tylko na półkach, do których wzrok sięga :) 

I tak ogarnęłam ten bajzel i jest mi niezmiernie miło i wesoło, jestem z siebie dumna, choć mój kręgosłup tak zachwycony nie jest tą akcją, znaczy się - za mało ruchu, to i się zamulił.

A kijki stoją w kącie i animrumrają, ale może uda mi się je wyciągnąć :) 

I już tylko umycie podłogi mi zostało, gdy odezwało się dziecko.

I cały pogrzeb na nic. 

Znaczy się, myślałam, że będzie się napierał na śniadanie wielkanocne, ale nie.

Odpuścił.

Ale nie przyjadą do mnie, tylko przyjedzie po mnie. Bo musi ogródek skopać do końca, goni go czas, którego nie ma. I będzie kopidołkiem w poniedziałek, kształcony w uprawie ziemi lepiej niż ja, która w tym siedzę od 13 lat, ale ja czytam i zapominam, bo mózg by mi się zlasował od tej wiedzy, a on ogarnia i przyswaja.

Przyjedzie i zabierze mnie z żurkiem do nich. Żeby Łobuzy nie były poszkodowane brakiem babci w święta, no i żurek. Bo lubi mój żurek...

W sumie urządza mnie to. Spokojnie sobie pogotuję żurek w niedzielę (zupy gotują się same), będzie świeżutki na poniedziałek :) Ponoć Łobuzy żurek jedzą. Nie mam gotować osobno pomidorówki dla Alienka.

No, jest OK :)  Ominie mnie niedziela z resztą towarzystwa, Łobuzy obleję, sama nie dając się, choć trenowały (Alienek po tym treningu siedzi w domu na dupie przeziębiony). Żelki jajkowe na dodatkową łapówkę mam (co dla mnie masz - jak zwykle zapyta Kalafiorkówna)...

I towarzystwo będzie takie, jakie lubię...

Podoba mi się ten scenariusz, tym bardziej że nie obejmuje sprzątania po tornadzie Łobuzów.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.



środa, 5 kwietnia 2023

Nareszcie

 urlop, Kochany Pamiętniczku :) Taki naprawdę urlopowaty.

Pominąwszy to, że jednak maszynki wyrwały mi z niego cały poniedziałek, bo znów, mimo umowy, nie powiedział prawdy - że na targach będzie trzy dni, ale było, minęło, pierdolę :) 

A na poczcie już są emilki, ale włączyłam powiadomienia i nic mnie nie rusza. Urlop, rzecz święta. Wchodziłam na nią do dziś, bo na ten adres przysyłają mi fakturę za neta, a to zawsze płacę od razu.

Dziś przyszła, zapłaciłam, do wtorku nie wejdę, nie ma opcji. Jak coś mają telefon, ale i tam mogę nie mieć zasięgu, co nie?

Jestem ciekawa, jak będzie rozwiązana sprawa pracy zdalnej w świetle nowych przepisów, na razie cisza, a ja się nie wyrywam przed orkiestrę.

Wczoraj pojechałam do sklepu Bieguna - w czasie pandemii i kwarantanny kupiłam tam mięsiwo i było bardzo OK, ale potem już nie zamawiałam, bo  wiadomo - kurier to dla mnie nie jest opcja. Na fejsie uparcie wyskakiwała mi reklama, a i na emilka przychodziły wieści, więc się załamałam teraz. 

Przeżywałam jak mrówka okres, bo od wieków w mieście nie byłam, a na mapach to ja się znam jak ślepy na kolorach. Niby wiedziałam, gdzie jest sklep, ale...

Pojechałam i okazało się, że niepotrzebnie cyrk robiłam, ale co tam. 

Ceny z Kosmosu u tego rzeźnika, tak jak u mnie w okolicy ogonki stoją jak za komuny, a mamy dwa sklepy blisko i markety, of course, to tam pustki.

Nie przyznam się, ile zostawiłam, ale w razie W jak Inżynierostwo zdecyduje się wlecieć w drugie święto, głodni nie wyjdą. Resztę zamroziłam i w sumie mam zaopatrzenie na miesiąc spokojnie, jak nie na dłużej. A jedna kiełbaska wisi sobie w kuchni, bo się suszy i pachnie ładnie.

W sumie mam już wszystko ogarnięte, jeszcze tylko w piątek warzywa i ciasta i mogę spocząć na listku bobkowym.

A, nie, wróć, wywlekać spokojnie z domu mogę tę tłustą dupę, bo nogi mi w nią wrastają i ledwo chodzę.

A dziś, dzięki Baranowi, nastukałam ponad 6 tys. kroków, bo przegapiłam listonosza (aż mnie złość brała, jak potem z wideowizjera oglądałam), bo znów wysłał naparstek :) Ale to dobrze, bo miałam motywację, żeby wyjść po 18. Bo rano rozminęłam się z listowym (a właściwie z listową) o 4 minuty. I już było awizo, ale że na panieńskie nazwisko i na Dorotę, to wiedziałam, że żadne urzędowe i myślę - naparstek. Poleciałam na pocztę, ale siedziała tam taka pierdzistołkowa biurwa bez humoru, że na samą myśl o tym, że będę jutro rano tłumaczyła, że Dorota jednego nazwiska to Barbara dwojga nazwisk, poleciałam dziś. I siedziała ta miła pani i wydała bez problemu, a w środku był


przecudny z Sycylii :) 

Jednak wciąż o mnie dba, Skubany :)

A po drodze był 


pierwszy mniszek, taki skulony i zziębnięty, bo zimno jak w psiarni i brakowało mi rękawiczek.

Na osiedlu ktoś posadził


Jak Inżynier nie weźmie cebulek hiacyntów, to je z głupia frant we wrześniu wsadzę gdzieś na trawniku i albo wyrosną i zakwitną, albo nie. Nie dam rady na balkonie, bo nie mam już korytek, a we wrześniu jeszcze są pełne. 


A to pieścichłopy z soboty, co mi je pani schowała, bo o nie pytałam w piątek  :)


 A to te bratki, które zimę przeżyły, myślałam, że nic z nich nie będzie, ale nie, podnoszą się dzielnie :) Będzie z nich jeszcze pociecha.


Kalafiorkówna zaś ubrała się w maminą sukienkę sprzed lat i sesję na schodach sobie zrobiła. Jeżu kolczasty, ona pozuje jak rasowa modelka, uśmiech, pozy, ja sobie porządnego selfie strzelić nie umiem (inna bajka, żem nieurocza i niefotogeniczna), a te dzieci to jak tresowane są...

Małej Wiedźmie posłałam zdjęcie z miłymi słowami, ale nic, ani be, ani me, ani kukuryku.

Wiem, złośliwa jestem, pewno za mało na zająca dałam. 

Nevermind.

Znów wdaję się w polemiki (piękna nazwa dla pyskówek na FB) i oczywiście dowiaduję się, że jestem nie tylko trollem i piśdzielcem, ale i wredną osobą, niekochającą nikogo i niekochaną.

Dlaczego?

Bo w tle mam zdjęcie jakie mam. 

I nie widzę powodu, by każdemu wyjaśniać, dlaczego jest takie a nie inne.

O, jak komuś nie pasuje coś, włazi na profil obcej osoby i ocenia po okładce.

A może faktycznie coś ze mną nie tak?

I co ja za to mogę, że najfajniejsze zdjęcia z naszych pięknych lat, bandy, której już nie ma, bo tak w życiu jest, że ludzie dorastają i ich drogi się rozchodzą, nie na zawsze, ale już nie wracają pewne okoliczności są właśnie takie niecenzuralne?

Fucka pokazujemy sobie wszyscy. I nie ma w tym żadnej obrazy, jest radość i śmiech. Rodzone dziecko pokazuje mi ten gest, gdy wkurzam go robieniem mu sweet foci. I tyle. A ja dalej te sweet focie robię. Nie ma żadnych awantur ani obraz majestatu, bo sama wiem, że czasami na to zasługuję.

Ale jednocześnie to samo dziecko jest moją podporą i dba o mnie.

Nawet gdy mówi: matka, do nogi.

I nie, nie zamieniłabym tego matka, do nogi na żadne: czy mama pozwoli do mnie.

I mój Przyjaciel, do którego mówię: bo Ty pedał jesteś. A on na to: a z ciebie taka pedalica.

I nie, nie obraża się, bo wie, że gdyby ktoś inny się tak do niego odezwał, dostałby w pysk i wyleciał za nawias kwadratowy.

Bo czasem nic nie jest takie, jak się wydaje.

Moja teściowa oburzona była, że dzieci mówią do Eksa Kudłaty. Ja do niego tak mówiłam, bo był rzeczywiście kudłaty.I taki kudłaty umarł. Pierworodny jest po nim kudłaty.

I w tym Kudłatek było więcej miłości, niż w słowie tata. I mieli piosenkę: jeden miś Kudłatek , drugi miś Kuleczka (to byłam ja, chuda jak nieszczęście, no ale kuleczka i już),  trzeci miś Uszatek, czwarty miś Skwareczka (bo jak byłam w ciąży z Inżynierem Pierworodny, czyli Uszatek chciał mieć siostrę i w moim brzuchu była Skwareczka).
Przestali mówić Kudłatek w tamtym momencie, gdy zaczęło się sypać.


Więc nie tłumaczę się, nie prostuję, bo trzeba mnie znać, żeby mnie oceniać. Nie znasz człowieka, nie oceniaj go. Bo pozory bardzo często mylą, a kanalie są najsłodsze. 

 

Tak więc, Kochany Pamiętniczku, jest cudnie, choć Inżynier, kopiąc swoje włości wciąż jeszcze tego dołka nie wykopał :) 

Trzeba będzie Łobuzy do tego zagonić.





piątek, 31 marca 2023

Na głowie

 wszystko stanęło, Kochany Pamiętniczku.

Stanęłam więc i ja :) 


Tyż piknie, co nie?

Ale do brzegu.

W sobotę Inżynier SJ na włości zawiózł, gdzie utonęła w błocie.


Suchą nogą nie dało się dojść, bo sąsiad z leksza utwardzony podjazd rozjechał sprzętem. Dziś, zniechęcona kolejną próbą doczyszczenia butów, wyciągnęłam inne ze szafki i next time jadę tam z foliówkami na nogach. Oni mają kalosze, ja nie, bo mi na nic. Ostatnie pary wywaliłam, bo tylko miejsce mi zajmowały ;) 

Impreza była całkiem, całkiem, zlądował też Pierworodny z całą ekipą. Dojechali autobusem, za co im cześć i chwała, niestety, nie udało się wykonać zdjęcia całej czwórki, bo Kalafiorkówna mimo łapówek była na nie.

A teraz dzieciom wszystko wolno, więc nawet się nie starałam. Było też piąte, przyszywane wnuczę, ale nie wolno go publikować, więc nie istnieje.

I tak


Jubilata Dostojnego praktycznie nie było, jak widać na obrazku, ale Pikachu (to żólte, co leży na stole, po ichniemu gada) i karty Pokemonów do albumu od babci spowodowały, że co chwilę dolatywał na posmeranie po pleckach i mówił: jak ja ciebie kocham :) 

Moja Mała Wiedźma jest już rasową wiedźmą, ma alergię na kocią sierść, ale łazi za wszystkimi kotami w okolicy... Ten wprawdzie jest popielaty, nie czarny, ale od czegoś trzeba zacząć...


 

A tu dowód, że niedaleko pada jabłko od jabłoni - Papryczek też jest starwarsowy i też zapuszcza kudły (fuj).


Imprezka była udana, nie narzekam, zachód słońca od dawna niewidziany zobaczyłam


Z Inżynierem się nagadałam w czasie podwózki, będziemy lecieć w kwietniu do K., do Umarlaków. Do dogadania jeszcze...

Do domu wróciłam z mamą piątego, tajemnego Wnuka, więc oszczędziłam Inżynierowi 70 km po ciemku :) 

Ponoć to drobnostka w paliwie i mam zamknąć się.

Obgadane było dojechanie do Lusowa, bo tam częściej jeżdżą autobusy i 4 km wzdłuż jeziora do  nich na kijkach, co jest superpomysłem i zalecane, ale... Ja, sama, nad jeziorem, na bezludziu - to mnie naszło później. Zobaczymy :)

A pracowo się działo, bo...

Się przesunęło o 3 dni. Niby tylko trzy dni, ale popracowałam sobie zatem 8 dni po 8 godzin, bo... czekałam na materiały. Tak w sumie może z 10 godzin pracowałam, ale co z tego?
A i maszynki. Okazuje się, że młody rzucił tę brudną robotę i wziął się za węgiel (myślę, że z powodów kasowych, młody, to ma wybór), więc główny sam cały numer ciągnie. I nie zamknął dziś, jak miał, bo są targi. Chce zamknąć w poniedziałek. Zamiast mi to kawa na ławę, to opłotkami. A ja od jutra mam urlop! Co z tego, że jutro sobota? Pojebana jestem, ale opierdoliłam dziada i tak, w poniedziałek będę pracowała. Choć i czwartek, i piątek niepotrzebnie przekiblowałam na necie.

Bo roboty miałam w te dni na 15 minut.

Ale zależy mi, żeby nie padło, bo pensja bez warzywek woła o pomstę do nieba i poryczałam się.

Z HR pokorespondowałam, bo nie zgadzało mi się nic, z Bossem też.

A jakże, wykręcił się jak zawsze, zwalił na HR. Za ekstrasy policzył nadpłacone za warzywka, OK, nie czuję się pokrzywdzona.

Ale za książkę i te 8 dni mam dostać ładną kasę, zdaniem T., który to ogarniał. Boss potwierdził, że dostanę, ale... Nie napisał ile, więc wszystko palcem na wodzie pisane.

Gdyby nie to, że jednak wciąż chcę dołożyć do tego, co mam (Inżynier już powoli oddaje, o to się akurat nie martwię, powoli staje na nogi, bo nie dobija go czynsz za wynajmowane mieszkanie), rzuciłabym to w diabły i poszła z kijkami nad to jezioro, niech mnie ktoś topi... Jak tę Marzannę po terminie ;)

A tak na co dzień to




... jutro mają być też takie, pięć takich za dychę, to... no co... Nie piję, nie palę, nie podrywam...

Dziś na Manhattanie

w ukraińskiej budce, pani ma już budkę, drogo jak cholera, a nie ma cen wystawionych, ale nie będę kablować, pyszne jak diabli... Raz na jakiś czas coś tam kupię, ale na co dzień nie da rady. A miła, sympatyczna i pogadać lubi :) Zaś zmieniła się obsada od moich jaj i taka niesympatyczna prukwa jest, że jak nie będzie moich jaj z podwójnymi żółtkami, to pójdę do konkurencji. Lubię miłą obsługę, bo sama jestem miła.


Winobluszcz żyje, oba żyją, ten stary i ten nowy, zeszłoroczny.

Ciekawa jestem, czy dąb Alienka, posadzony już na włościach się zaaklimatyzuje.

A Inżynier zapraszał na nocleg i na śniadanie wielkanocne.

A ja, padlina, odmówiłam...

Wiem, wiem, jemu też zależy na tym, żebym z nim była. 

Ale... na razie mają tylko jedną łazienkę. Ich czworo i ja.

A ja rano, jak to starucha, lubię mieć niczym nieskrępowany do niej dostęp. Bo mój organizm czasami dziwaczy.

To raz.

Dwa - będzie tam cała rodzina Inżynierowej, sądzę, że dojedzie jej brat, którego organicznie nie trawię.

Są zmotoryzowani, więc dojadą wszyscy.

Więc przepraszam, ale ja z nimi ślubu nie brałam, taka prawda.

Może spotkamy się w święta, jak do mnie dojadą, albo mnie zabiorą w poniedziałek do siebie.

Pierworodny jedzie do O.
Ja nie celebruję tych dni, żadnych tradycyjnych potraw świątecznych, baranka może zrobię, ale nie jem masła, więc pewno nie.

Łobuzy i tajny wnuk mają prezenty (myślałam, że Inżynierowa kupi słodkie i jakiś drobiazg, ale nie, kupiła kolejne "oni marzą", a nevermind. Jakby dzieciom nie pokazywano katalogów, nie marzyłyby o ich zawartości).

A ja? Będę szczęśliwa, jeśli ogarnę coś jak to 


bo pogoda ma być chujowa :)

I mam zagwozdkę: SI. W korekcie jest dobra, ale nie jest idealna. Mam nadzieję, że zdążę albo umrzeć, albo faktycznie przejść na emeryturę, zanim mnie wywali z rynku pracy. 

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku dzisiaj :) 


piątek, 24 marca 2023

Chyba

mnie posrało, Kochany Pamiętniczku :)

W polityczną pyskówkę się wdałam na FB.

Ale powaliło mnie na kolana zacne hasło #babciowe. Kurwa, 1500 zł każdej matce, która chce wrócić do pracy (of course, wbrew temu, co twierdzili obrzucający mnie gównem, wiem, o co chodzi, że chodzi o dzieci 3-letnie, że za mało dzieci się rodzi i że opieka babci nie jest obowiązkowa, ale może to być kasa dla babci). Żeby było śmieszniej, program ten lansuje KO, na którą miałam zamiar głosować. A dlaczego nie od razy 15 tysięcy? Albo 20? I jak ma się 1500 zł do pensji minimalnej? I która babcia będzie miała tak nasrane we łbie (tu nawet moja synowa stwierdziła, żeby dali babciom święty spokój) do zapieprzania 10 godzin (2 godziny na dojazd, 8 godzin pracy matki) za trzylatkiem? Mało która zostaje babcią po czterdziestce zaraz. Ja bym podziękowała z góry, jeden dzień z Łobuzami i muszę się regenerować, a to nawet nie cały dzień i jeszcze zawsze uprzejmie proszą.
Pan senator, na którego notabene głosowałam odpisał mi osobiście, ile to żłobków i przedszkoli PO zbudowało. Nie neguję. Jednak za mało. I te 1500 nie wystarczy czasem na prywatne przedszkole. To takiej matce dopłacić, słusznie. I budować nowe przedszkola i żłobki, dotowane przez państwo. Jakiś mędrzec tłumaczył mi, że im się bilansuje, bo zabiorą kasę z TV i starczy na te 1500. Ta, z jednych moich podatków z jednej kieszeni do drugiej.
I od pisowskich trolli zostałam zwyzywana. Znalazł się jeden mądry, który mnie wziął w obronę, ale cóż to w zalewie tego hejtu.

I dlaczego program partii znów ma być programem narodu? Dlaczego nie mogę skrytykować działań partii, której jestem zwolenniczką, jeżeli uważam, że są złe? Jeszcze nie wygrali, a już nie mam prawa głosu? Jak ten tłum na spędach wuca mam wrzeszczeć, tyle że Do-nald? Bo nieomylny jest? Nawet moja synowa, która mogłaby się jeszcze załapać jako beneficjentka na ten program mówi nie.

Niech mnie w dupę pocałują. 

Tak więc na wybory nie idę, bo jak się mają zmienić świnie przy korycie z tych, co wylazły z TKM pisowskiego na te bardziej ogładzone, to ja podziękuję. 

Powstała nowa partia z AgroUnii, zobaczymy, co oni wymyślą. Bo całą resztę po prostu jebać.

A teraz, Kochany Pamiętniczku, z innej beczki.

Wiosna u mnie jest.





I nawet fiołki, bezlitośnie zniszczone przez kiblotłuków kładących rury jednak żyją... :) 

A Alienek dziś ma 6 urodziny, impreza będzie jutro.

A ja na wojennej ścieżce jestem z Inżynierem, bo jak to ja...

Mówili, że blisko, że OK.

Okazuje się, że dojazd na to zadupie, gdzie psy dupami szczekają zajmie mi 2 godziny, pod warunkiem, że autobus jadący raz na dwie godziny nie wypadnie z kursu.

Ja tam nie mam orientacji w przestrzeni, więc jak mówili, że OK, to OK, parę razy byłam z Inżynierem, podwózka gratis, fajnie, czas na pogadanie.

Będę mamę woził, to oczywiste.

He?

To w sumie dla niego 140 km bez jakichś 400 metrów, tak mówią mapy Google. Ogarnęłam poniewczasie.

Wte i wewte... Znaczy się po mnie, ze mną i apiać.

Więc nie, nie jest OK.

Nie dla mnie. A tłuc się dwie godziny też nie za bardzo mam ochotę. 

No nic, toporek niby zakopany, ale nie do końca.

Nie nakręcam się, na spokojnie, ale nie ma opcji.

Kaloryfery zakręciłam i jest mi gorąco, nie wiem, chora jestem czy cuś?

Ale czekając na robotę z rozpaczy pomyłam wszystkie okna i mieszkanie wypiękniało, więc wkurzona napisałam, że nie płacą mi za siedzenie i czekanie.

Wtedy odpisali, że mają obsuwę i piątek mam wolny, no nie do końca miałam, ale i tak jest cudnie.

Aby do juterka, do imprezy na włościach.

Sześć lat, kiedy to minęło?

A Kalafiorkówna okna myje, znaczy się , moje geny, moja krew, bo jej mama ma na okna wyjebane.

Nic w przyrodzie nie ginie, chociaż tak przetrwam :)


piątek, 17 marca 2023

Przeczytałam

 wszystko, co dotychczas znalazłam, Kochany Pamiętniczku.

Cała niedzielę przeleżałam na łóżku, czytając, wstając tylko na siku i do żarełka.

I tak, jak po tym wszystkim byłam rozbita, to już dawno nie byłam. I myślę, że nic więcej nie będę szukała, nie będę czytała, nie warto.

Zaczęłam się zastanawiać, czy ja aby wtedy depresji nie miałam, bo wciąż przepraszałam za to, że żyję, że się staram, że staram się za mało, że za mało z siebie daję, że kurwa mać. No ale wtedy nie diagnozowano.

Niektóre listy były fajne, bo każdy był młody i głupi i miał nasrane we łbie. Posłałam parę skanów mojej przyrodniej siostrze (po latach się spotkałyśmy, kontakt więcej niż luźny, a byłyśmy przyjaciółkami kilkanaście lat, tak długo, dopóki nasi rodzice - znaczy się jej mama i mój owdowiały ojciec się nie pobrali, co rozwaliło wszystko), ona też tego nie pamiętała, ale nie była pewna, czy pokaże to swojej córce. No cóż, nie dziwię się. Ja chłopakom nie pokażę, bo tak jak ja nie jestem zainteresowana ich życiem miłosnym i nie mam tu na myśli uczuciowego (no, wiecie, rozumiecie), nie sądzę, żeby oni byli ciekawi co przeżywałam wtedy ja. I nie pamiętałam nawet, że oni wzięli w sekrecie nie tylko cywilny, w którym byłam świadkiem, ale i kościelny w Ząbkowicach Śląskich...

Nie była dla nas ani trochę matką i do jej końca wkurzało mnie, że ma moje nazwisko. Bo moi chłopcy mają nazwisko swojego ojca, którego ja nie lubię i nie używam.

Ale listy od mojego ojca, pełne wyrzutów, jak to ja pozbawiłam go środków do życia, odbierając w ZUS moją połowę renty po matce, gdy powiedział, że nie będzie łożył na moje studia. Część brata przepijał co do grosza, nie byłam na tyle mądra, by załatwić opiekę nad nim. Jaka to ze mnie kanalia, że podałam ojca na leczenie przymusowe (tak, wtedy była taka opcja) po tym, jak rozwalił bratu głowę puszką w pijackim szale. Jego żona, wezwana na komisję  powiedziała, że ona nigdy nie widziała męża pijanego. Kurwa.

Że musi spłacić 600 zł, które pożyczył na pogrzeb swojej matki (ani jej nie grzebał, ani nie przyniósł złamanego badylka)... 621 to była moja połowa renty po matce. 

Nie, nie drążę dalej, bo znów wróci i znów będę gryzła poduszkę. Było, minęło, nie wróci, a ja do końca życia będę DDA, winna wszystkiemu złemu tego świata.

Listy od brata, standardowo: nie miał czasu, żeby do mnie pisać, bo się uczył. Potem prośba bym jechała do: wychowawcy, dyrektora, innego chujamuja, bo znów ma same dwóje. I nie ma kasy, choć załatwiłam mu stypendium, miejsce w internacie i miał wypłatę z zakładu, gdzie miał praktyki... Przeciągnęłam, załatwiłam technikum i internat w Poznaniu, ale po pierwszym roku, który przebimbał, zamiast iść na poprawkę, poszedł z kolegami na piwo. I do końca życia miał do mnie pretensje, że on to ma pod górkę, że ja jechałam całe życie na opinii i mi się wszystko udało. Przepił wszystko, co miał i sobie to marne życie odebrał, bo już mu nie pomogłam, biorąc go pod swój dach, bo na propozycję, by poszedł na mityng powiedział, że sama mam tam iść, bo mam problem z alkoholem, on nie ma. No mam, właśnie popijam martini, bo mogę, bo miałam ciężki, bardzo ciężki dzień w pracy, bo wychowałam dzieci, mam oszczędności, dach nad głową i już na wszystko mam wyjebane. Mając do wyboru pomaganie człowiekowi, który nie trzeźwiał od dłuższego czasu, miał długów więcej niż włosów na głowie i nigdy nie brał odpowiedzialności za swoje czyny i słowa, a dzieci - wybrałam dzieci. Dziwna jestem, nieprawdaż?

A i do dziś, leżąc w bezsenne noce czuję się winna. I w dzień także.

Ten, kurwa, model tak ma...

Pracowo wypisałam urlop, bo mam dość. I tak, śmieszą mnie Francuzi na barykadach, bo ja wciąż cieszę się, że pracuję, ale rozumiem ludzi pracujących ciężko fizycznie - trudno po sześćdziesiątce na kolanach kamienie układać, wszystko zależy od człowieka i od zdrowia. Znam wszystkie za i przeciw, ale jestem rzeczowa do bólu i wiem, że na kolejne pokolenia nie ma kto pracować.
I pracuję na pół etatu, to też ma znaczenie, ale... Home office to z jednej strony błogosławieństwo, z drugiej przekleństwo, bo wszyscy chcą, żebym ja się naginała do ich urlopów, wyjazdów, dzieci i innych nieszczęść tego świata, bo ja lubię siedzieć na kompie.

Rozmowa z Bossem o pensji była jaka była, jakoś do niego nie dociera, że pracuję na pół etatu, że moja pensja w tej chwili jest śmieszna, że jestem znakomita i dyspozycyjna (doceniają to ludzie, z którymi pracuję, nie on). Patrząc zaś na oferty ludzi po kursach za grubą kasę (jak moja synowa, chociaż ona jest akurat dobra, nawet bardzo w te klocki, ale: ma małe dzieci, jest powolna, zbyt dokładna i też wielu rzeczy nie ogarnia jeszcze), którzy posiadają wykształcenie i posiadają możliwości, to wymiękam. Laik, czytający to nie ogarnie ironii, nieważne. Jestem perłą, mimo błędów, które puszczam, bo puszczam, korekta jest po to, by było ich mniej.
No więc wypisałam urlop na tydzień przedświąteczny, bo chcę, kurwa, iść na Manhattan, iść w świat bez plecaczka, dawno nie byłam albo po prostu się upić, mogę, jako rasowa alkoholiczka, co nie?
Podpisał, HR pisze, że mam urlop.

A że nadgodzin mam w chuj i trochę, a że robię w wolny tydzień kolejne dzieło dla ludzi, którzy wrzeszczą żadnej innej korektorki, za które może coś dostanę, a może nie (tydzień pracy), więc w dupie mam wszystko i mimo że ma być kolejny ekstras, piszę emilka do robiących ekstras, że albo dadzą teraz, albo będziemy robić w dwa dni (mi dwa dni starczą, im nie, bo muszą autoryzować teksty). No więc leci taki jeden do Bossa, a Boss do mnie, że jak to nie ma korekty?

Odpisałam słodko, że złożyłam (było nie było, z prawie trzytygodniowym wyprzedzeniem) wniosek, Boss zatwierdził, a ja informuję, że... 

I wyliczam, co robię, że mam nadgodzin w pytę (a mam tyle, że prawie cały etat mam, a nie mam nawet najniższej krajowej), że ta wielka kasa, która go boli i zawyża moją pensję, to praca poza godzinami etatowymi, mimo że płacona z pensją...

Cisza w eterze. Emilek do redaktorów, dw do mnie: proszę się sprężyć i poszukamy innej korektorki na czas urlopu SJ... 

Już widzę, jak szuka. I niech mu tak zaśpiewa, że się zesra.

A mógł dać te parę stów więcej, to zrobiłabym to nawet na urlopie. 

Ale, wróć... Pokolenie, już nie wiem, które X czy Z czy inni millenialsi mają wyjebane na taką dyspozycyjność. 

Mam i ja. Palcem w bucie nie kiwnę. Jestem warta swojej ceny. I niech mnie spróbuje wywalić, odwołam się nawet do sądu, bo nie ma za co. A z ageizmem wygram, bo nie mam obowiązku odchodzić na emeryturę, nawet jeżeli jestem stara :D

Już w dupie mam, nie będę wciąż Murzynem tego świata.

Posłałam SMS z pytaniem, czy jeszcze coś na dziś po godzinach. Nie odpisał. W dupie to mam, zamknęłam pocztę i ogarnęłam biedną, zaniedbaną chałupkę.

I nieważne, że jestem stara, gruba i mam wąsa, prawie łysa i nikt mnie nie kocha.

Ja siebie kocham, nie dam się. 

A jutro sobota, więc... nie, nie, nie do Lidla :)

Na Manhattan, po bratki i stokrotki, Pan od Pomidorków stoi od wtorku i wygląda, czy czasem SJ nie idzie.

Jeszcze tylko ten jebany korytarz...

Życie, kochanie, trwa tyle co taniec...

A temu Baranowi się nagle zatęskniło.

Miło :)

sobota, 11 marca 2023

Ufff

 przeżyłam, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek łatwo nie było.

Alienek dopieszczony, jako i ja dopieszczona. Kalafiorkówna ma charakterek jeszcze lepszy jak ja, nie da się nic wydłubać ani jednego genu.

Obiadek karnie zeżarli, wg zamówienia, K. rosołek, A. pomidorową. Dla rodziców też zostało,więc dostali, pomidorową, bo resztę rosołku wlałam do pomidorówki. Inżynierowa zdziwiona, że w mojej pomidorowej łyżka stoi, a u niej cienka zupka. Kalafiorkówna zażyczyła sobie znów zupkę i stwierdziła, że pomidorowa lepsza, więc dlaczemu dałam jej rosołek? No bo chciała. A Inżynierowa pyta, z czego robiłam. No jak z czego? Z mojego letniego przecieru. A ona robi z pomidorów z puszki. No cóż, proponuję wciąż mój przecier, ale nie chcą. Trudno :)

Pomijając inne przygody, zaskoczyła mnie prośba Inżyniera o Tajemnice zwierząt. Nie pamiętałam, żeby się tym fascynował w dzieciństwie, ale skoro twierdzi, że tak. Jak wziął książkę do ręki, to ani jego nie było, ani Łobuzów... Dostali więc te 45 tomów, bo co mają się u mnie na półce kisić? Już w samochodzie Łobuzy wertowały, w domu też - niech im służą. To raduje moje serce, a jeszcze więcej się uraduje, jak zabiorą więcej książek, ale chyba za małą chatę zbudowali... A dziury na półce już nie ma, a jak wezmę się za generalne porządki, to i miejsca znów nie będzie.

Podczas szperania Łobuzów po kątach (jprdl, ile kurzu wszędzie jest, ale oj tam, oj tam), odkryłam znów 


a to i tak nie wszystkie moje listy, a że nic mi nie podchodzi na żadnej z platform, a mam ich od cholery, łącznie z torrentami...

Wróciłam w krainę wspomnień i odkrywam, że mam olbrzymie dziury w pamięci...

Bo znajduję taką kartkę


to jest format dzisiejszej widokówki, ale kim do licha, jest Maryla? Dalsze listy rozwiewają trochę mgłę, jest jeszcze zdjęcie, ale wciąż nie wiem, dlaczego jej nie pamiętam i dlaczego nasza znajomość się urwała? Może rozwiążę jeszcze tę zagadkę, jeszcze sporo czytania przede mną, a może odejdzie to w mrok niepamięci.

I listy od Niego. Nie, nie była to ani moja pierwsza, szalona miłość, taka nieprzebolana do końca, ani nie był to mój mąż. Z nikim już później nie nadawałam na takich samych falach, choć wściekła byłam na Niego za dedykację na zdjęciu, bo zamiast mi napisać, że mnie kocha i żyć beze mnie nie może, napisał "Nic tak życia nie upiększy jak na starość jeden głębszy"... Po latach doceniłam. 

Rozdzieliła nas mineralogia i termodynamika, poszło nam o to, kto ma nosić węgiel do piecyka. Miał kompleksy, on po zawodówce, ja kończąca studia. I owszem, robił błędy w listach, ale... nie miałam jeszcze wtedy duszy korektorki (dalej jej za darmo nie mam, poprawiam tylko za kasę). Był fotografem, nie zrobił mi nigdy ani jednego zdjęcia, bo twierdził, że nie chce mi skraść duszy...

Warczeliśmy na siebie bez ustanku...

Czy żałuję? Czytając listy, tak, bo mielibyśmy ciekawe życie. I nie, bo gdybym z nim była, nie byłoby Łobuzów.

Nie ożenił się nigdy, był młodszy ode mnie. W sumie nie rozumiem, dlaczego ludzie przywiązują taką wagę do wieku, tego nawet na blogu nie będę odkrywała, są rzeczy, które należy zakopać bardzo głęboko i nigdy nie odkopywać, bo po co?

Nie, żeby to było coś złego, nie. Ale to nie ma sensu. 

I dlatego Baran jest moim Przyjacielem, bo wie :) Trzeba mieć kogoś takiego w życiu.

A list, cóż, to już teraz bez znaczenia, ale i tak uśmiechnęłam się. I namęczyłam, starając się przekonwertować papier na format, który przyjmie blog. 





Gdybym znalazła kogoś równie złośliwego, to kto wie, może złamałabym swoje zasady... 

A może i nie...

Do listów od Edy jeszcze nie dotarłam, ale wpadła mi w ręce kartka od niego...


Wiedział już wtedy, że nie będę brała ślubu kościelnego, a jednak mnie nie skreślił...


Są ludzie i parapety.

A najbardziej wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach... :)

Bo to życie to bal jest nad bale...

piątek, 10 marca 2023

Pokiełbasiło się

 Kochany Pamiętniczku :) 

Miałam jutro jechać na włości, ale ponieważ że jakiś film już kończy się w kinach, że tragedia i nie przeżyją tego, wizyta została odwołana, albowiem rodzice bardzo ale to bardzo chcą oglądnąć film. Wieczorem Inżynier nagle o Skype prosi, ja w strachu, że coś się rypło, a to o kino chodziło. Tak więc zamiast jechać na włości będę miała najazd Łobuzów na chatę. Wzdech. Ale co tam. Kalafiorkówna już mnie nie poznaje (dobrze Skubana udaje), Alienek śle buziaczki i mordka mu się na mój widok raduje, więc co mi tam.

Wstałam o szóstej (Santa Madonna), pobieżyłam po zakupy, przedtem pościel zmieniwszy, bo to ten dzień, zrujnowana byle zakupami (finansowo) wróciłam do chaty i mam w lodówce rosołek, czekający na życzenie czy rosołek, czy pomidorowa, bo wiadomo, Łobuzom w dupach się już poprzewracało z tego dobrobytu.

Jako że weekend mam mieć pracujący, ogarnęłam już dziś wszystko i teraz jest czas dla mnie. Czasem warto się zmobilizować, chociaż wino w lodówce się nie chłodzi :)

Pracowi obudzili się po 13, parę emilków zrobiłam, ale jak się bańka rozpruła, po prostu zamknęłam pocztę i mam wyrąbane na hello, hej i hi. Po 13 latach powinni ogarniać cykl mojej pracy. Nie piszę emilków, bo nie czytają.

W dupie mam. Ja się ze swoją robotą wyrabiam, co mam udokumentowane, jestem asertywna (ostatnio do pewnych granic) i co mi kto zrobi?

Jeszcze tylko Starej Jędzy kochanej brakuje w emilkach.

Moje nowe imię to asertywność i tyle.

Pytałam, czy mam być rano, czy po południu, to nie chcieli się zdecydować. A to nie działa tak, że będę i rano, i po południu.

Pierworodny wczoraj wleciał, bo w Aldim zakupy robił, ale nic nowego nie powiedział. Jadą do O., mnie to rybka. 

Ale dobrze, że do mnie wpada. Mała Wiedźma znów chora, znów na SOR, jakieś zapalenie ucha. Co mam rzec? Papryczek też kasłający. I tyle nowin. I wkręcił się w pracę, bo tylko o niej gada, sypie imionami, a ja jak święty na tureckim kazaniu. W sumie nawet nie wiem, gdzie on pracuje - gdzieś koło wioski i dojeżdża, ale czemu raz z Junikowa pociągiem, a raz autobusem z Lubonia - nie ogarniam :)

A we wtorek na Manhattanie będzie Pan od Pomidorków, z bratkami, stokrotkami i niezapominajkami. Znów pobudka o 6, choć nie za bardzo będę miała czas na sadzenie. A i w loggii bajzel nieziemski, nic jeszcze po zimie nie jest ogarnięte.

Ale dziś wypłaciłam kasę z bankomatu, a moje bratki, aczkolwiek kilka z nich przetrwało, jakoś nie kwapią się do życia.

Wczoraj czułam się tak, że zastanawiałam się, czy dzwonić po pogotowie, ciśnienie mi skakało, bolały mnie nawet włosy na głowie, miałam je ściągnięte na czaszce, w nocy spałam może 3 godziny, z kanapy na kanapę wędrowałam. Może to wina zamykania agroszeryfa, choć w miarę spokojnie było, pomijając, że Boss zadawał niedorzeczne pytania - dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dlatego, że system jest do dupy, a ja nie mam na to żadnego wpływu, nie ja wybierałam program operacyjny, zachwalany przez niego pod niebiosa (jugosłowiański, z 2000 r., co już samo mówi za siebie, w komputerach to jak wóz drabiniasty zamiast mercedesa), a poza tym dziennikarze nie mają opanowanych najprostszych technik pracy w edytorach tekstu, które są dla nich podstawowym narzędziem pracy.

Dziś wstałam z duszą na ramieniu, ale dzielnie w ulewie poleciałam na Manhattan i...
Ogarnęłam całą chałupę, fakt, że wstawanie z kolan to wciąż problem, ale poza tym wszystko gra i buczy.

Może dlatego, że nie mierzę ciśnienia i nie myślę, do której będę siedzieć dziś?

Może ja faktycznie psychiczna jestem na maksa?

Ale na razie jest cudnie i tej wersji się trzymajmy :) 

 



wtorek, 7 marca 2023

Taki

 dziwny dziś dzień, Kochany Pamiętniczku, że nawet żaden film mi nie wszedł.
Pracowy do 13, na luzie, więc jedno puzzle, jakaś gierka.

Po 13 wyprawa na pocztę, bo Baranie urodziny blisko, kartka się należy staruchowi jak psu zupa, więc choć wiatr w oczy wiał i deszcz ze śniegiem zacinał, poszłam i wrzuciłam rzeczoną do skrzynki. Dwa tygodnie przed terminem z hakiem, ale cholera wie, kiedy dojdzie.

I tak sobie myślałam, że lada dzień urodziny synowej od Pierworodnego, a ja biję się z myślami, czy w ogóle się odzywać? Bo nie daję jej prezentów od dawna. Dawałam, nie słysząc w zamian nawet zdawkowego dziękuję. Dawałam kasę, bo gdy dawaliśmy jej kosmetyki, no bo co można wymyślić, jak się człowieka nie zna, zażyczyła sobie, żeby nie dawać kosmetyków, bo ma dość. Za każdym razem (a to rzadko), gdy do mnie przychodzą, nie ma jej, bo boli ją głowa. Na żadne moje jubileusze, święta, dni od kilku lat nawet nie napisała SMS ani nic. Więc?

A ja, głupia cipa, martwię się, że Pierworodnemu będzie przykro, że o niej nie pamiętałam.

Co jest, ze mną, kurwa, nie tak?

Z Inżynierową sprawa prosta - zawsze jej się wypsnie, co za nią chodzi, dostaje kasę i jeszcze nigdy nie reklamowała. Może nie jest wylewna jak ja, ale zawsze bąknie słowo. No i odzywa się do mnie prawie codziennie, nawet jak się nie zgadzamy.

Jak ze skarbonkami, bo to ja rzuciłam pomysł, że może skarbonki dla Łobuzów. 

Była cisza, a potem nagle - Łobuzy mają skarbonki. Bo niby musiały sobie same wybrać, no dobra, ale odpadł mi pomysł na łapówkę.

I się zaczęło, bo okazało się, że Kalafiorkówna podjęła wątek, podprowadzając dziadkowi puszkę z drobnymi (u mnie nie wolno im nic podprowadzać, nie, że ja nie daję, rodzice zabraniają, aczkolwiek parę rzeczy udało się wydać). I tak mówię, że jak to, że foch, że ja mam skarbonek od cholery, bo


 kiedyś dostałam od Cyganów, ma w denku licznik, ale nie dam sobie reki uciąć, że tam są jakieś bieżące monety, albowiem skarbonka ta służyła mi w czasach, gdy bieda zaglądała mi w oczy (teraz też mi zagląda, ale to już nie moja wina), wyciągałam z niej drobne na piwo :) 


Zielonego pojęcia nie mam, czy kwota jest aktualna.

A poza tym mam, nie licząc poutykanych w najdziwniejszych miejscach, w słoiczkach, w różnych chujachmujach i woreczkach drobniaków


w takich cudnych pudełeczkach, och, ach


nieaktualnej waluty, z magnesikami, a jakże...


gdzie się podziała druga, nie wiem, ale gdzieś jest...



... pusta kawalerska Inżyniera, czeka na niego wiernie w pudełku...


... z sakiewką, którą pracowicie sam uszył na ZTP...


... no nie da się ukryć, że majątek :)

No dobra, może to i niewiele warte, bo na przykład ta pięciozłotówka na pewno nie jest warta kilka tysięcy, jak piszą portale, ale kilka złotych tak, jak to wszystko pozbierać, to coś z tego będzie.

I tak się przekomarzam z Inżynierową, a tu warunki, że uzgodnili z Inżynierem, że poniżej 50 gr nie wrzucamy?

I tak sobie myślę brzydko...

Pieniądz to pieniądz, fakt, że Łobuzy za małe, nie znają jego wartości.

Bo co? Coraz bardziej mnie nagrzewa całokształt. Bo tak. 

Bo ja, kurwa, też mam depresję, jak patrzę na to wszystko.

A nie, wróć, cieszę się życiem, pełnią życia, zdrowiem i tym, że wszystko mogę, nic nie muszę. Mogłam mieć zmywarkę do naczyń, więc dlaczego jej dotąd nie mam?

A nic, morda w kubeł.

Mnie to urządza, bo zamiast tradycyjnych łapówek, które nie da się ukryć, coraz więcej kosztują, wrzucę dwa złote i będę miała na resztę wyjebane. :) Dzieci będą zadowolone, niech sobie zbierają na co tam chcą, na pokemony i inne badziewie, które im się już uszami wylewa, a ja sobie odetchnę.


Jak na razie nie oddycham za bardzo, bo pełnia Robaczywego Księżyca, a ja z nim mam na pieńku. Nie tylko z Robaczywym, z każdą pełnią.

To się nazywa SKS :)

Przy okazji do Biedry wlazłam i mnie szlag, bo nauczyłam się, że trzeba czytać to, co drobnym druczkiem napisane.

Okulary muszę zmienić.

A nie, wróć, nie mam na okulary teraz.

A, nieważne.

Za to mam zapas 


 

srajtaśmy. Bo wieszczą, a to się sprawdza (w odwiedzonej dziś Biedrze srajtaśmowe i chusteczkowonosowe pustki, tak samo w Lidlu, gdzie polazłam po gruszki), że ceny strzelają do 40 zł za opakowanie zbiorcze (prawda), a listków coraz mniej.
A ja dobrze pamiętam wycieranie dupy gazetą (dziś nie do pomyślenia - raz, że w całej chałupie nie uświadczę ani jednej gazety, dwa, że obecny papier gazetowy nie nadaje się do dupy, trzy, że gdybym nawet poleciała po Gazetę Polską z zamiarem użycia jej do wycierania mojej rzyci, zatkałaby mi kibel). Bidetu nie mam, nie stać mnie na remont łazienki, miejsca w niej nie ma, a nawet, gdybym pokombinowała, zaiste nie mam pojęcia jak to się obsługuje, a woda też droga.
Chusteczki do nosa też coraz droższe, u mnie idą jak woda, bo... Jestem prosięciem, jem przy kompie (zwłaszcza w dniach pracowych) i nakrywam wtedy gryzonia chusteczką, coby się nie uświnił :) A poza tym, choć wciąż mam chusteczki z koronkami, a jakże, sama myśl o praniu ich, prasowaniu, krochmaleniu koronek - odpada :) Wciąż pamiętam pranie chusteczek ojca po śmierci mamy, gdy miał katar. Nikt mi nie powiedział, jak to zrobić, a prałam je w rękach. Moja trauma do końca życia, a ojciec wymagał wypranych i wykrochmalonych, a jakże, pan i władca...

Było, minęło, trauma pozostała.

Papierowe, nieekologiczne chusteczki, tak jak srajtaśma są dla mnie zdobyczą cywilizacji i mojej ciężkiej pracy.

Patrząc na wszystko, co dzieje się obecnie z obalaniem kultu JPII, mam mieszane uczucia.

Nie w sensie, że o rany, co się dzieje.

Mieszane, bo moja teściowa wciąż podsuwała mi pod nos przepowiednie.

Mieszane, bo sama nie wiem - wierzę, że jest życie po życiu, w innym wymiarze, ale nie w tym, jaki przedstawia Kościół. Może jednak lepiej, żeby go nie było, ale wtedy - jaki to wszystko ma sens?

Ale deja vu - jakbym już to przeżywała i nagle nabieram ochoty, by żyć.

Wiem, to skomplikowane :)

I to, że nigdy nie szalałam za JPII, nawet jak był w wiosce, a był dwukrotnie, nigdy nie leciałam na spotkanie z nim, o co miała do mnie pretensje Ciocia. Sama była na obu, nawet mnie nie informując, że przyjeżdża. Pierwszy raz był, gdy Pierworodny miał niecałe 3 lata, nie widziałam sensu w pchaniu się z takim małym dzieckiem w tłum. Nie lubię tłumu, boję się go, a to było szaleństwo wtedy. A potem w 1997 roku siedziałam w redakcji DP na dyżurze i czekałam na relację, żeby ją skorekcić, żeby poszła na czas do druku :)

C'est la vie.

A w dniu śmierci JPII Pierworodny był na pierwszej randce z dziewczyną, której do dziś żałuję...

I tego mojego krzywego spojrzenia na Kościół nie zmieni ani dzieciństwo (szczęśliwe) w kościelnym (jeszcze) przedszkolu, ani kilku wspaniałych księży, którzy przewinęli się przez moje życie.

A dziś z satysfakcją (panią sprzątającą proszę o wybaczenie) wywaliłam na wierzch skrzynek ze szpary unijnej kopertę z mojej (?) nowej parafii, kopertę formatu A4, a której jak co roku w Chałupach była mała koperta z druczkiem do daniny parafialnej. Mogłam zanieść do makulatury, ale diabeł we mnie wstąpił.

No i jak ze mnie tę daninę ściągną?

Komornik przyjdzie?

Wiem, Eda, pogadamy jak czekista z czekistą, możesz mi nawet nakopać, jak wtedy, gdy oburzony byłeś, że mam na plakacie w akademiku: I Boże, jak jest pięknie żyć, oczy szeroko mieć otwarte, dla dekalogów mieć pogardę, a nie bać się, że pęknie nić... Wlokłeś mnie na obiad do knajpy, bo wychudzona byłam (fakt), pozwalałeś mi wypić piwo, jak zjadłam obiad. Byłeś dla mnie jak starszy brat, którego nigdy nie miałam. Nigdy nie dowiedziałeś się, że kochałam się w Tobie na zabój. Nie potępiłeś mnie za brak ślubu kościelnego. I pewno nie potępiłeś też swoich parafian, że zakryli Cię srebrną płytą, wbrew Twojemu testamentowi. Testament wciąż jest w sieci.

Widzisz, nic nie jest proste...

Ty byłeś doktorem Kościoła, ja cóż, doktoratu dorobiłam się dwukrotnego, z prania pieluch.

I to jest piękne, że nasze drogi się kiedyś przecięły.

A po Twoim odejściu znalazłam Twój grób dlatego, że koleżanka w Auschwitz, mieszkająca w sąsiedniej miejscowości koło mojej wioski wspomniała o cudownym księdzu, który mówił o znajomej bibliotekarce, że taka nieuczesana, ale że albo będzie dobra katoliczką, albo dobrym człowiekiem.

No i powiedz, Eda, jak zakwalifikować taką Starą Jędzę?

Dawno u Ciebie nie byłam, obiecuję, że się poprawię, jak tylko pogoda się poprawi. 

Choc Tobie już wszystko jedno, a może nie, może jednak jest ten inny wymiar i inna czasoprzestrzeń?

W której siedlibyśmy szczęśliwi ze spotkania, nad lampką wina i byłaby pełnia szczęścia?

Z ta nadzieją (wiem, jest matką głupich) pozostanę...

I nie odpuszczę tych dekalogów, bo dla nich warto jednak żyć.

Żyć, nie zeświniwszy się.





czwartek, 2 marca 2023

Jak koń

 po westernie, Kochany Pamiętniczku, zmęczona wróciłam do domu z tej wyprawy do memłona pracowego.

Impreza była na stojąco, ciasta przepyszne, ale te speeches, rozwlekłe i wychwalające pod niebiosa odchodzącą redaktorkę, która raczej popularna nie była, mała salka, choć największa konferencyjna, tłum obcych twarzy - jakieś sto osób, z czego znam może 20? I hałas, wzmocniony przez aparaty, stanie dwie godziny, nawet szampana nie tknęłam, a wyszłam jak pijana :| I te badziewne prezenty, fakt, kwiaty takie, że zabiłabym, żeby je mieć, ale te wazony, szkło, ramki z fotkami... Fakt, że to za kasę ludzi, bo się zrzucali, firma tam nic nie dołożyła jako firma. Ale na słodycze i resztę odchodząca redaktorka wydała co najmniej kilkaset złotych...

A największą uciechę wzbudził tort od firmy, bo Boss znalazł tam błąd. Jego zdaniem. Bo i owszem, błąd był, ale nie tam, gdzie on go widział. Napis był: Dziękujemy Kasiu. To nie był błąd, bo: Dziękujemy (Tobie) Kasiu - jest OK, z tym, że po dziękujemy powinien być przecinek :) A bez przecinka powinno być Dziękujemy Kasi. 

Ojaciepierdolę...

W cukierni nie mają korekty :) 

Redakcję oblazłam, ale mało było luda.

Na dywaniku byłam i okazało się, że pensję wypłacono mi... omyłkowo, co zauważyli dopiero teraz. W dupie to mam, że księgowość nie ogarnia. W rozmowie z Bossem powiedziałam, że jak zostanie jak jest, to będzie OK, będę mu ekstrasy robić bez upominania się o premię, bo była podwyżka o 10%. No ale okazało się, że moje 10% to o wiele mniej, niż tamto za warzywka, że ekstrasów mamy mało, że moje nadgodziny to pikuś, że sranie w banie, jakby kilka stów miało zbawić całą firmę, że... no mogę wrócić do swojego pokoju, bo on broni go własną piersią jak lew i dwa niedźwiedzie.

Na to ja, że nie ma opcji. Że wrócę po moim trupie, że jeszcze będzie takiej perły jak ja żałował...

Ale potem na imprezie się żalił, że mnie ściągnąć nie może. A koledzy na boku mówili mi, że im pasuje, że pracuję z domu, bo... mogą coś na cito wysyłać i zawsze jest skorekcone.

No cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Zobaczę, jaka będzie następna pensja, ale nie ustąpię z home office.

A na moje, że od 1 kwietnia Kodeks pracy obejmuje pracę zdalną i że mogę się ubiegać o refundację np. internetu prawie się zapowietrzył. O głupie 45 zł, które firma by i tak wrzuciła w koszty. Tak, jakbym chciała wszystkich i wszystko zrujnować.

Tęsknię za starą siedzibą na R., było ciasno, źle, ale jakoś bardziej po ludzku.

A na koniec zeszliśmy na politykę i na moje, że pomidory drogie stanowczo powiedział, że zimą je się ziemniaki, nie pomidory, bo to nienaturalne.

Kurwa.

Jednak facet z andropauzą to skaranie boskie...

A z milszych wieści.

Inżynier się wczoraj spitolił, bo musi mieć dowód, że płaci podatki w pipidówce, do której się wyniósł, bo mu dzieci do przedszkola nie przyjmą.

Pochwalił się, a ja pozazdrościłam i... Przy śniadaniu też się spitoliłam :) I YEEEHHHH :)

Muszą mi oddać 1325 zł :)

Poszło bezboleśnie, mimo moich obaw o hasła i takie tam...

Ale...



To jest mój PIT za 2021 i jak widać, moja mizerna emerytura była jednak wyższa, choć z podatkiem odciągniętym od tej po waloryzacji i po doliczeniu kolejnego roku pracy, co też daje wyższą emeryturę, no i bez podatku...

I tak nas robią w ciula :)
A po powrocie do chałupki, w szparze unijnej awizo.

Na Dorotę, więc na pewno nic urzędowego...

Na pocztę szłam z duszą na ramieniu, bo jak się służbista trafi, to nie wyda poleconego, tym bardziej że na jedno nazwisko, a ja mam dwa :)

Ale udało się i...

W liście było 


... fuj, jak mi zaśmierdziało ćmikami...


... i kolejny naparstek do kolekcji, Baran tam balował :) Zbankrutuje kiedyś przez moje hobby, biedak.

A na półeczce z moimi pracami wylądowała kolejna pozycja


Coraz ciaśniej tam... Czasopism nie gromadzę, bo musiałabym nowe mieszkanie kupić na archiwum tego, co w życiu przeczytałam i skorekciłam :)

I tym miłym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku, donosząc, że Inżynier fotkę przysłał, że już nie wspiera Rydzyka, łażąc do Żabki, że teraz jest #teamDino... 

Dino to firma mojego krajana, którego nie znam, który jest nie do znalezienia w internetach, ale w K. krążą różne opowieści... :)