bez polityki, Kochany Pamiętniczku...
Poszłam w sobotę po te chlebki do żurku, nalatałam się jak głupia, bo nigdzie nie było, ale znalazłam i za
zapłaciłam 38 zł z groszami. No dobra, to była fantazja i fanaberia, zakładaliśmy, że to będzie nowość dla dzieci, ale odmówiły i jedzenia z chlebka i jedzenia żurku. Kalafiorkówna żywiła się białkami z jajek i ziemniakami, namawiając mnie na kolejne jajko do żurku i kolejną pyrę, gdybym tak jej posłuchała, utuczyłaby mnie jak świnię :) A potem pewno by mnie sprzedała, srogo się targując o cenę. Alienek zaś, niezdecydowany, wyrwał matce chleb z żurkiem, zjadł, a jakże, a ona biedna z talerzyka :) Najbardziej zadowolony z tej imprezy był Inżynier, ale to moje dziecko, wszystkożerne, więc reszta żurku została dla niego na jutro, bo mu smakował. No cóż, przepyszny był.
Pierwsze święto spędziłam wg planu, poleżałam do wypęku, pograłam, potem jedno jajeczko, jedna biała i po śniadaniu. Niestety, żołądek i wątroba już nie takie nówki nieśmigane.
A miałam na obiad i ziemniaki, i warzywa, i żeberka z piekarnika, z żurawiną, gruszkami, papryczką, cót, mjut o ożeszki laskowe, ale... Namoczyłam grzyby i już zaczęłam żurkować na grzybach, gdy przypomniałam sobie, że Synowa grzybów nie ruszy, no i Łobuzy. Zatem wywar z grzybów wylądował w innym garnku i wyszła wege zupa grzybowa. W międzyczasie jednak zsiadło się mleko, dzięki skyrowi, hip-hip hurra, no to zrobiłam ser, serwatki od cholery, więc zamroziłam, ser pycha, będę robiła...
I tak na produkcji kuchennej minęło mi pierwsze święto, w przerwach serialik na HBO, a dni mi się pokręciły, bo sprzątałam w czwartek, więc niedziela była sobotą...
W słoikach był żurek z włoszczyzną, bo ja taki lubię, Synowa woli saute, a co zrobić z włoszczyzną, wyrzucać, sałatka nie wchodzi w grę, bo kto to zje?
Żurek saute czekał na słoiki z włości do przewiezienia :)
I tak minęła niedziela, o dziwo, skruszony Pierworodny od rana pożyczył :)
Z włości recenzje zdjęciowe dostałam. I raporty, że Alienek oszalał od mojego zająca. No cóż, bywa, nie ja wybierałam, sam wybrał, ja tylko sponsorowałam :)
W poniedziałek wleciała po mnie podwózka, zdyscyplinowana, a jakże.
Pół godziny nasze, tylko nasze.
I od proga Alieniątko, o mało mnie nie przewalił, dziękując za zająca.
Mój człowiek :)
Rozdawszy łapówki, a jakże, od proga oznajmiłam, że je mam, żeby Kalafiorkówna nie pytała, co dla niej mam, tak zgaszona uciekła do kąta, ale potem łapówki łaskawie przyjęła, dostałam,
żeby nie zapomnieć zabrać, kupiłam sobie sama, bo nie mogę wciąż na darczyńcach polegać (tak, ogarnęła mi Alledrogo Synowa, ale fundowałam sobie sama, wdzięczna, że ona mi to ogarnia, idzie do paczkomatu - paczkomat, jak pilot do Tv to mój wróg).
A potem strzeliła mi fotkę
jak z Alienkiem się mizialiśmy, siedząc na parapecie, w słoneczku i wyznając sobie, jak bardzo się kochamy. Pięć minut miziałam go po łebku, całowałam i wróciły tamte dni.
Darowane od życia chwile.
A Inżynier zaraz po przyjeździe pojechał bawić się w kopidołka, bo terminy nad nim wiszą. Na początku dzieci poszły w kurtkach i czapeczkach, same chciały, broń bór liściasty, że babcia nalegała, babcia poszła w bluzeczce, bo jej było gorąco.
I tak mile spędziliśmy parę godzin na kopidołkowaniu, podlewaniu, laniu wody (oberwałam z węża ogrodowego od Alienka, za co Alienek oberwał od ojca, na nic zdały się moje tłumaczenia, że to był wypadek przy pracy). Od wieków mnie nikt nie oblał, więc byłam zachwycona.
I zjadały mnie jadowite myszy, pająki i inne takie tam.
I kamień do kiszonek dostałam od Kalafiorkówny, która potem z wypiekami na twarzy tłumaczyła ojcu, dlaczego babcia wzięła kamień i znosiła mi tyle kamoli, że mogłabym nimi okolicę wybrukować.
I pszczoły na kwitnącym dereniu były, stadami, bzyczały, niestety, moje aparaty bzyczenia ne ogarniają, ale drące się ptasiory już tak.
Roiło się od nich dziś, dzieci z początku myślały,że to pająki, ale bały się i tak, bo się głupich kreskówek naoglądały. Nie chciały słuchać tego brzęczenia.
Pomagała, nie dała sobie nic wytłumaczyć :)
Taka mała dziewczynka, a taka wielka łopata. Sama ją wbiła:) Ma charakterek, Skubana.
Na parapecie sobie siedziałam, słoneczko grzało, żyłam bez neta, gapiąc się w dal...
Podlewała...
... też podlewał i znienacka podlał babcię, siedzącą na parapecie. Żebym nie miała aparatów, pozwoliłabym się zlać do gatków, musieliby organizować odzież zastępczą, ale aparaty za drogie na taką zabawę...
To tak w telegraficznym skrócie, Kochany Pamiętniczku :)
Kroków wprawdzie nie nastukałam, ale dobrze zrobił mi kontakt z wsiową cywilizacją.
Dzięki ci, życie, za ten piękny dzień.
A w domu odbiło mi do reszty i zamówiłam sobie (dzięki Synowej) na Amazonie i innych cudach chińskiego Małego Księcia i włoskiego.
Po co? W sumie mogłabym bez tego żyć, ale co by to było za życie, co nie?
A jutro pod górkę, bo z HR załatwiać będę home office, a mam na karku bydło, które ma tyły przez mój urlop.
Dostanę zajebiste 20 zł miesięcznie jako rekompenasatę. Inżynier za swoje dostaje 69.
Żyć, nie umierać, ale jest cudnie, jakby na to nie spojrzeć.
Ważne są małe szczęścia, a mnie się takie trafiło :)
Jak ślepej kurze ziarno.
Bo na do widzenia Kalafiorkówna mnie PRZYTULIŁA, dała łebka, nie licząc Alienka, który obficie obślinił mi poliki i teraz wieczorem nie mogę się myć, bo jak niby zmyć takie słodkości? Toż to lepsze od kremów za grubą kasę :)



























































