piątek, 21 marca 2025

U mnie

 już po kwietniu, Kochany Pamiętniczku :)

Jak zawsze wyprzedzam kalendarz o miesiąc.

Żyćko :P 

Ale dobra jestem, znakomita, cała ekipa zapomniała, że w kwietniu mamy Wielkanoc.

Pod nowym sztandarem jest cudnie, nie przesiaduję już po nocach, ale...

Nowa Naczelna lekko nie ma w tym parszywym męskim świecie, a wiem, że i w prywatnym lekko nie ma...
Może i ja powinnam była kiedyś bardziej dążyć do prestiżowych stanowisk?

Patrząc jednak na cenę, jaką się za to płaci, myślę, że dobrze zrobiłam.

Inżynier miał taką możliwość, ale to mądry człowiek jest, podsumował sobie za i przeciw, kasę i stwierdził, że nie opłaca się skórka za wyprawkę.

Moje krew.

No a ja dziś, ogarnąwszy kuchnię na błysk (kłaniają się makarony przeterminowane o dwa lata,  chińskie zupki, nie mam zielonego pojęcia kiedy się tam skitrały, przeterminowane o lat cztery, żarłabym, ale nawet ta chemia mogłaby nie przetrwać, nie chcę okupować łazienki, choć wolna jest), doczekałam wreszcie pracki. Żeby nie było: Boss już niebossujący dosłał materiał o 7.40, co ja, wstająca o 7.30 od razu mu ogarnęłam...
A potem: zmieniłam pościel, włączyłam pralkę, wykąpałam się, śniadanie zjadłam, obiad przyszykowałam z grubsza. Pranie powiesiłam, puzzle ułożyłam, ogarnęłam bio z padniętymi kwiatami ciętymi, pranie z suszarki zdjęłam, kolejny odcinek The Pitt oglądnęłam, kuchnię ogarnęłam łącznie z tymi nieszczęsnymi zupkami i makaronem, pójdą w osobnej foliówce na śmietnik, może się znajdzie ryzykant, który to zje... Obiad zjadłam - pyreczki, buraczki z wczoraj i jajka sadzone, smaczny był :) 

W loggii 


widok radujący me serce, wiosna :) 

Tak, wiem, wiocha, suszyć pranie na powietrzu. Ale jestem ze wsi, co widać, co słychać, co czuć i nie kręci mnie tłumaczenie Inżyniera, że im w domu wszystko schnie błyskawicznie, bo mają 20% wilgotności. Mnie też schnie błyskawicznie, mam 35% wilgotności i 24 stopnie mimo zakręconych kaloryferów. On na noc włącza kaloryfery, bo minus 7, no ale dom bez piwnic...
Ale składając wyschniętą pościel do szuflady, wdychałam zapach wiatru. Nic nie pachnie tak słodko, jak pranie suszone na powietrzu :P Nawet jak to jest miejskie powietrze.
Na włościach brakuje mi właśnie tego powietrza.

Mają rekuperację, więc te szklane przestworza otwierane są z rzadka i zaraz zamykane, bo... robactwo wlezie. Powietrze niby jest świeże, ale...

Kocham moje noce, gdy już jest cieplej, spędzane przy szeroko otwartym balkonie.

Duszę się u nich, licząc noce do powrotu do domu.

I nawet to, że dziś, ścieląc łóżko, zauważyłam upasionego Dyzia na ścianie i nie udało mi się go złapać, już wiem, co mnie w nocy gryzie - czekam na chwilę, gdy znów będę szeroko otwierała balkon.

I tak Wielkanoc poszła w kolejnym numerku - tak sobie myślę, jak to będzie, jak będzie nowa korektorka, o ile będzie. Czy ogarnie co jest, czego nie ma. 

Ale w sumie - sądzę, że będą mnie mile wspominali albo wcale.

Choć przecinki są moją piętą achillesową :)

I tak, choć kończyłam ogarnianie kuwety już po 17, bo w międzyczasie jeszcze (są już wszystkie odcinki 7. sezonu, dzieje się) męczyłam z przerwami na prackę 


 

 zakochana jestem w tym serialu i chcę dożyć 8. sezonu, ale to już jest poza moim zasięgiem :) 

Bardzo boleję nad tym, że nie przeczytam sagi. Nie dam rady z moim czytaniowstrętem korektorki.

Może moje wnuki kiedyś do niego dotrą i zakochają się tak, jak ja?


 Bo Alienek tak Kalafiorkównę edukował w czytaniu, że się sam nauczył czytać błyskawicznie i teraz w szkole się nudzi (tego bali się rodzice), aczkolwiek jego pisanie pozostawia wiele do życzenia...

Ale może dożyję emerytury i spokojnie przeczytam całą sagę?

Mającym Netflixa i lubiącym SF polecam z całego serca.

Sama na stare lata podkochuję się w...

A co, kto staruszce zabroni?

Łażę po chałupce, podziwiając spokój i porządek (no dobra, w kąty nie zaglądamy zbyt głęboko), rozkoszując się głosem Bobby'ego Solo, uspokaja mnie.

Jutro w planach Manhattan spacerkiem, bo chleb się kończy...

Potem się zobaczy, kuszą lody w Cytrynowej. 

A w niedzielę wyprawa na włości, bo Alienek świętuje 8 lat.

Jak ten czas zapierdala.

Ma być też druga połowa MOICH dzieci z ekipą, więc łamię się...

C'est la vie, zobaczymy.

Dziś zaś 



 do copiątkowej kolekcji dopijam i czas na udanie się w objęcia Morfeusza :)

Dobranoc, Kochany Pamiętniczku :) 

Ta wersja piwa smakuje mi wyjątkowo :) Szkoda, że ze skąpstwa kupiłam tylko jedną butelkę :) 

No cóż, bywa :) 

czwartek, 20 marca 2025

Odpowiadałam

na komcie pod poprzednim postem, Kochany Pamiętniczku i uświadomiłam sobie, że albo jestem wielką szczęściarą, albo wielką kretynką.

Tak, ostatni raz byłam u ginekologa 20 lat (a może i więcej) temu.

I tak, wiem, że to niedobrze.

Ale...

Zawsze miałam uraz do tej specjalizacji, dla mnie spacerkiem wiosennym było zawsze pójście do dentysty, a wspinaniem się na Mont Everest zimą bez zabezpieczeń pójście do ginekologa.

Nie powiem - miałam dobrego, uratował mi obie moje ciąże (były zagrożone), no i antykoncepcję świetnie dobrał - płaciłam za nią jak za zboże, ale mam tyle dzieci, ile chciałam.

Gdy kiedyś zabrakło mi kasy i poszłam na ówczesną służbę zdrowia do założenia kolejnej wkładki, konował, bo nie doktor w ośrodku powiedział mi, że wkładki nie założy, bo nie ma wysterylizowanych narzędzi (wkładkę już miałam, kupioną "po znajomości"). Myślałam, że niedosłyszę i poszłam po męża, który siedział na korytarzu, ale okazało się, że słyszę znakomicie… Wyszliśmy zaszokowani, dopiero po jakimś czasie dotarło do nas, że… gościowi chodziło o kasę.

Po latach, już w internetach dowiedziałam się, że typ nadal pracuje w tym ośrodku i ma jak najgorsze opinie w całym mieście.

Teraz, o ile jeszcze pracuje, to już jest takim grzybem, że nie poszłabym do niego nawet, gdyby mi za to dopłacali.

Wtedy z bólem dupy jednak zapłaciliśmy za prywatnego i…

No cóż.

Po drodze okazało się, że mam nadżerkę, byłam już wtedy bez Eksa.

Mój teść, lekarz ogólny ponoć cudownie leczył nadżerki jakimś swoim wynalazkiem, no ale byłam już czarną owcą w rodzinie i nawet mi do głowy nie przyszło prosić tam o pomoc.

Koleżanka z pracy dała mi namiary na panią doktor, prywatnie, a jakże.

Przemiła, pierwszy raz byłam w rękach kobiety ginekologa.

W czasie zabiegu kawały sobie opowiadałyśmy.

Czekał na mnie Inżynier. Z trudem dowlókł mnie do domu, to były takie marne święta bożonarodzeniowe, ale chłopcy stanęli na wysokości zadania i było cudnie…

Mimo tego, że moje zwłoki leżały sobie na łóżeczku 😊

Ponieważ z mojego życia zniknęli mężczyźni, nie myślałam o antykoncepcji.

No a za rok poleciałam sobie do UK, ten mój pierwszy wyjazd w ogóle, od lat, bez dzieci, na święta Bożego Narodzenia, chłopcy dosłownie wykopali mnie a chałupy, śmiejąc się, że wreszcie chata wolna. A ja leciałam przerażona, mimo finansowego zabezpieczenia, które miałam, myśląc z rozpaczą, ile wydam funtów na podpaski… 😊

Nie zbankrutowałam.

A po powrocie stamtąd – pstryk i znikł.

Nie miałam więcej okresu.

Żadnych tam symptomów, krwawień co dwa tygodnie i innych cudów wianków.

Był okres i już go nie było.

Może dlatego, że zaraz po moim powrocie z UK wyjechał tam na długie lata wygnania z powodu swojej głupoty Pierworodny?

W każdym razie nie wiem, co znaczy ciężkie przechodzenie klimakterium.

Ja nawet wtedy żadnych uderzeń gorąca nie miałam, nic, null, zero.

Do ginekologa więc się nie spieszyłam, bo po co?

Odpukać – nie miewam zapaleń, żadnych sensacji, nawet gdy D. zachorowała i wyzywała mnie, że nie chodzę, nie podziałało to na mnie.

I tak się jakoś kula.

Nigdy nie zażywałam żadnych hormonów, dość się naczytałam o skutkach hormonalnej terapii zastępczej, pracując w Auschwitz -sami lekarze bez krępacji (oczywiście w swoich fachowych czasopismach) pisali na podstawie badań klinicznych, nie tylko polskich, ale i światowych, że to wcale nie jest takie cudne i że jest wiele przeciwwskazań.

Mnie tam nie zależało na cerze (nie narzekam), zmarszczkach (dobrze na nie zapracowałam), jedyne nad czym boleję, to że za chwilę będę całkiem łysa, ale w końcu na perukę jak coś mam odłożone 😊

Cycki.

Zawsze miałam mikre i sfelerowane, taka nasza rodzinna uroda. Mama miała jedną pierś niedrożną, ja ma obie. Ciocia zawsze mnie pocieszała, że jak przytyję, to i cycki urosną. Zarzekałam się, że nie przytyję, ale się roztyłam. Cycki urosły, ale i tak trzynastolatki mają większe niż ja po urodzeniu dwójki dzieci. No cóż, brzuch mam, dupę mam, cycków nadal nie. A ojciec zawsze mnie pocieszał: bez cycków, dupy i brzucha to nie dziewucha. No to ja do końca życia nie będę dziewuchą. Tak wyszło 😊

Nigdy nie miałam mammografii, bo za małe miałam, żeby wsadzać pod ten przycisk, nie dałoby się. No i podobno cholernie boli.

Nigdy żaden konował nie zainteresował się badaniem nich, poza tym jednym, kiedy wylądowałam umierająca na zapalenie cycków po urodzeniu Inżyniera, którego karmić próbowałam, choć nie mogłam – zapytał – kto panią w takim stanie wypuścił ze szpitala? Kto? Tam się nikt moimi cycami nie zajął.

Dzięki kradzionym zastrzykom udało się zatrzymać laktację (ten szwagier nie chciał nic pomóc, mówił, że Inżynier ma prawo do pokarmu, nie biorąc zupełnie pod uwagę, że lepiej, by żyła jego matka, nawet karmiąca go butelką. Tego nikt nie ogarnia, nawet moje synowe mówią, że jak się chce, to można karmić). A przyszywana ciotka, kobietka jak przecinek, do śmierci wypominała mi wszystkie obelgi, jakimi obrzucałam ją co wieczór, gdy pracowicie wyciskała mleko z moich cycków.

Moja kuzynka miała raka sutka.

Czyli jakieś tam rodzinne geny mogę mieć.

No ale dożyłam do siedemdziesiątki, macając cycki z rzadka, raz na pół roku, a teraz nawet rzadziej i jest git majonez.

Odpukać…

Jestem szczęściarą i niech tego szczęście nie słyszy 😊

A pracowo, pomijając wczorajszy dzień, kiedy kazałam im odkładać na wieniec, co obśmiali, że jeszcze nie czas, jakoś spokojnie mija.

Jeszcze tylko jutro, a potem już tylko maszynki, ale to luz i hasta manana…

No i załamałam się (wyrzekała się żaba błota, a sama w nie wlazła) i znów będę na wycugu, prawie cztery dni, ale oj tam, oj tam…

Sny mam ostatnio koszmarne, zakręcone, kolorowe, niebywałe, nie z tej Ziemi…

Ale śpię i to się liczy, chociaż rano dupska zwlec nie mogę.

Czy to jeszcze kiepski kwadrans, czy już te wyśmienite momenty?

Staram się nie myśleć o komunikatach, żeby kasę w domu trzymać, żarcie i wodę gromadzić, powerbanki ładować.

Dla mnie jutro jest zamykaniem gazetki i dniem gospodarczym.

Sobota wyprawą na Manhattan, bo tęsknię.

Niedziela jazdą na włości, bo świętujemy osiem lat Alienka…

 

A pod blokiem już nieśmiało kwitną fiołki.

Kolejny raz.
Dziękuję, życie…

 

PS Kości mam zdrowe. Wczoraj po raz drugi zleciałam z fotela od kompa, chcąc coś z dolnej szuflady biurka wyciągnąć, zacinają się w nim nóżki. Jest źle wyważony jednak. Usiadłam niefortunnie i wyjechałam w Kosmos, leżałam parę minut, zanim znalazłam w sobie tyle siły, by wstać. Rąbnęłam rękoma w blat biurka, o kant, bolało jak cholera, trudno mi to nawet opisać. Ale nie mam nawet jednego siniaka i już dziś nic mnie nie boli, poza moimi wciąż bolącymi stawami. Czyli kości mam zdrowe, bo po takim salcie powinnam mieć (odpukać) co najmniej ręce połamane :) 

 

 

sobota, 15 marca 2025

Źle

 nie było, Kochany Pamiętniczku.

Rękawów sobie nie wyrwałam, ani na mordę nie padłam. Będzie się działo w przyszłym tygodniu, bo tym razem zamykamy w piątek, nie w poniedziałek. No nic.

Wczoraj już nie zdobyłam się na wyjście z domu, zwyczajny niechciej, ale za to chałupkę ogarnęłam. Jak gram, wyświetlają mi się reklamy i jedna często - o hodowli roślin. Ale apka jest płatna, więc odpada. Wyczaiłam jednak, że jak wkropię trochę soku z  cytryny do grudnia, to zakwitnie. O dziwo, u mnie zadziałało, napisałam to AMP, bo narzeka na swoje grudnie. Mój jeden sam z własnej i nieprzymuszonej woli ma pąki, ale te lenie dostały cytrynę - i - 

Zimno było, ale dziś już nie było zmiłuj, bo chleb mi się kończył. I wystarczył jeden dzień przerwy z niewychodzeniem, a już ledwo girami powłóczyłam do wysokości Aldika, potem się dupsko rozruszało i wracałam już do domu tanecznym krokiem, jak nowo narodzona. Jednak nie mogę zaniedbywać wychodzenia choć na pół godziny z chaty, bo starość nie radość.

A pod domem mam wrak, ktoś już go zgłaszał do SM, przyjechali, obfotografowali (jakieś dwa tygodnie temu) i nic, cisza. Mieszka w nim ktoś (tak, tak amerykanizujemy się jak widać coraz bardziej), a dzisiaj widzę, że ktoś szybę z tyłu mu wybił (nie dziwię, się, bo wrak blokuje miejsce od dawna, a miejsc parkingowych na osiedlu brak), ale gość sobie zapewnił maksimum prywatności, osłaniając wszystkie okna taką matą... Jestem ciekawa, kiedy wkurw osiedlowy wygra, bo to i bezpieczny nie jest taki dziki lokator. Większość bezdomnych jest jednak bezdomnym na własne życzenie. Nie wiem, co mnie w życiu czeka, ale poszłabym do schroniska - a że nie można tam pić? No problem. Mogę nie pić, nie mam z tym problemu.


 Zakupy spokojne, ale po drodze widziałam, jak SM męczyła Pana od Pomidorków... Wracając zapytałam, co się stanęło, mówił, że ich zdaniem źle parkuje (a parkuje dobrze), dobrze, że mu chuje mandatu nie wlepiły. Nie zajmują się sprawami, którymi powinni się zajmować, a czepiają się bez daj racji ludzi.

Słoneczko grzać zaczęło (Inżynier przeszczęśliwy, pierze i zmywarkę na full włącza), jakiś ptasior zupełnie się mnie nie bał (nie znam się na ptasiorach)



 Po drodze do Lidla już widać budowę



 ciekawe, co tam wymodzą. A budowa europejska - fotowoltaika zamiast prądu, no, no...

A te jebane smrody z pislandowa wciąż mącą i mącą, pchają nas w objęcia rusków i łuczywami znów będziemy świecić.

Mentzen Aspergerem się pochwalił. Nie mam nic do ludzi w spektrum, są takimi samymi ludźmi jak my, ale... Uważam, że na takie stanowiska powinny kandydować i na nich być ludzie zrównoważeni, niemający problemów z własną psychiką. Bo to jest odpowiedzialność za cały naród, za całokształt życia wszystkich. Co innego niepełnosprawność fizyczna - tę zawsze można złagodzić. I tak, wiem, że aspergerowcy często są jednostkami wybitnymi umysłowo. Ale ich psychika nie ogarnia normalnych ludzkich reakcji. Koniec, kropka. 

W Lidlu znów dorwałam fajne piwo, kolekcjonuję takie egzemplarze (znaczy się kupuję i wypijam), bo bawią mnie etykiety.



 

Korytarz ogarnęłam, aczkolwiek z niechęcią.

Kapuśniako-ogórkową ugotowałam, bo kapusta wołała o ratunek, a i dwa kiszone zaschły, ale dobre były. Zupka wyszła pyszna i na dwa dni. Zatem jutro wolne, bo wszystko ogarnięte. 

Do rosołku dorzuciłam  kości wędzone, bo takie kupuję. I skrobiąc je rozmyślałam o dzieciństwie. Zdobycie mięsa na wsi było nie lada wyczynem. Mieliśmy swoje kury i gołębie (do dziś mam dreszcze na myśl o rosole z gołębia, ale wtedy jedliśmy go prawie co niedzielę i nie było to dla mnie niczym dziwnym - może ta rzeka gówna na balkonie wtedy to zemsta wszystkich zjedzonych przeze mnie srajd?). Kolega ojca od kieliszka pracował w zakładach mięsnych w K. i oprócz mięsa, które wynosili tam na lewo (bo wynosili), miał też karki pracownicze na mięso. Odstępował je ojcu (na pewno nie za darmo, ale jako dziecko nie wnikałam w to), ojciec przywoził wtedy do domu sporo żeberek. I do dziś widzę, jak pracowicie z tych żeberek rodzice oskrobują mięso (z surowych), potem mielą je w maszynce (nie dotrwała do moich czasów, a solidna była, brat wywalił, likwidując mieszkanie, a szkoda), no i mieliśmy fantastyczne mielone.

A ja dziś na mielone wybieram sobie w sklepie co fajniejsze kawałki, w zależności od tego, co mi fantazja podpowie: szynki, karkówki, łopatki, czasem wołowinę, proszę o zmielenie (gotowego mielonego nie kupuję, bo nie wiem, co zmielono) i wiem, co mam... Luksus. Ale kto bogatemu zabroni?

I pomyślałam o tym, pakowanym w biały papier z czerwonymi napisami (do dziś widzę te kostki) 25 dekagramów mielonego garmażeryjnego, też nie wiadomo, co tam było mielone...

Ale nawet najpiękniejszy kawałek wołowiny, zmielony dwa razy na moją prośbę i nierozrobiony na tatara nie smakuje już tak, jak ten tatar u Minty, a nawet w dworcowym bufecie, którym ojciec przekupywał mnie, gdy z polecenia mamy wyciągałam go z knajpy, jako jego ukochana córeczka... 

Kości wędzone, a ile wspomnień we mnie obudziły :) 

A zwłoki to kiedyś obgryzałam, a teraz jakieś inne są, nie smakują mi, a wyrzucone do śmieci już po paru godzinach zaczynają nieładnie pachnieć. Bo mięsa nie można do bio wyrzucać (bio często wynoszę), tylko do zmieszanych, a te się u mnie długo zbierają i tak chcąc nie chcąc zwłoki muszę błyskawicznie wynosić...

Dobrze, że nie muszę ich w dywan zawijać :D 

środa, 12 marca 2025

Urlop

 urlop i po urlopie, Kochany Pamiętniczku.

Niedzielę przeleżałam, co od razu oprotestował mój kręgosłup, nawalający mi coraz częściej ostatnio, gdy nie łażę... 

W poniedziałek zaś diabeł we mnie wstąpił i postanowiłam się wreszcie zarejestrować online do lekarza. Na sierpień - wyskakiwał tylko 8 sierpnia, więc pasowało. Ale kółeczko się kręciło i kręciło, na emilka przyszła wiadomość, że owszem, mam rejestrację i inne takie tam, ale... musi to potwierdzić przychodnia osobnym emilkiem. Emilka jak nie było, tak nie było.

Nakręcona i zła, wyciągnęłam papiery i... wypełniłam wniosek do ZUS o przyznanie renty rodzinnej. A że jestem osobą uczciwą, to nie zaznaczyłam, że mieszkamy razem, tylko że mamy wspólne gospodarstwo domowe. Bo taka prawda, rzadko bo rzadko, ale wlatywał, o dzieci pytał, jeść dostawał, a że po trochu wynosił swoje rzeczy, cóż, nie zabraniałam, bo jego. 

No a potem zaczęła się batalia o umówienie wizyty w ZUS-ie na tym całym e-ZUS. Bo zablokowało mnie po trzykrotnym wpisaniu jak najbardziej poprawnego hasła i loginu, bo trzy razy sprawdzałam każdą cyferkę i literkę. No, chuj. Nie ze mną takie numery, Brunner. Wlazłam na e-ZUS przez bank, ale to już popołudniem i okazało się, że nie mogę się umówić, bo... internetowo mogę się umówić tylko na dany dzień.

Kurwa.

Wzięłam się przedtem za siebie, a że słoneczko ładnie nakurwiało, poleciałam do fotografa. Zrobił mi zdjęcie na list gończy - ten model tak ma. Wydanie dowodu i paszportu jest bezpłatne. Teoretycznie. Zdjęcia kosztowały mnie 50 zł, więc nie tak bezpłatnie.

Wracając od fotografa, wstąpiłam do UW, bo mam to szczęście, że dowód mogę wyrobić dosłownie naprzeciwko mojej chałupy. Pani poinformowała mnie, że nic nie potrzebuję oprócz fotki i starego dowodu, ale mam się  umówić online, bo tak. No to wleciałam do domu, sik, wypakowanie zakupów i umawiam się. Z tego wszystkiego zakręciłam się jak słoik po ogórkach i... umówiłam się na 2 kwietnia, na godzinę 12.40, przekonana, że umawiam się na dziś. Nie wiem sama, jak mogło mnie aż tak ze szczętem popierdolić... Złażę do UW, wklepuję dwa razy telefon na tym ustrojstwie do wydawania biletów i mówi mi, że ma mnie w dupie. Reklamuję w okienku, pokazuję SMS, a pani patrzy na mnie jak na idiotkę (którą jestem) i mówi, że mam wizytę 2 kwietnia... Zarumieniłam się jak dziewica w noc poślubną, przeprosiłam, wróciłam z podkulonym ogonem do domu, zastanawiając się, czy to JUŻ alzheimer, czy TYLKO demencja, czy po prostu zły dzień?

I zabrałam się siłą rozpędu za podatki. Chcę wleźć do programu, żąda PESEL, kwotę przychodu za 2023 rok. I za 2024. PIT za 2023 rok znalazłam błyskawicznie, ale PIT za 2024 zniknął. Nie było go ani w kompie, ani w papierach (tak, drukuję papierowe zawsze też). I już chciałam się z balkonu rzucać, gdy uświadomiłam sobie, że przecież obliczam PIT za 2024 dopiero. Czy to JUŻ alzheimer, czy TYLKO demencja, czy po prostu zły dzień? Biorę PIT z pracy i z ZUS, sumuję, dodaję przychód za 2024 rok i co? I gówno, nie wpuszcza mnie, mówi, że błąd. Jeszcze raz i apiać to samo.

Lamence Inżynierowi, ten każe mi iść przez bank.

Włażę.

Wyskakuje komunikat 


 

Więc marudzę dalej, że skoczę z balkonu, a on każe jeszcze raz, że im też tak odpowiadało, że trzeba do skutku. Zakładałam, że to roboczy dzień, już od dawna atakowali ci, którzy mają odliczenia, a tu zonk.

Wreszcie weszłam, kilka kliknięć, gotowe, o dziwo, 1,5% wpisane jak w zeszłym roku dla wnuczki przyjaciółki AMP, więc nie poprawiam nic, nie odliczam nawet datków na cele charytatywne, bo niewiele tego, a nie mam jeszcze potwierdzeń, a kto z fiskusem wojuje, ten od fiskusa ginie.

Wynik: 2 złote niedopłaty.

Jakie, kurwa dwa złote, jak było 4 z ZUS i ściągnęli mi to z bieżącej emerytury.

Ale cóż, z fiskusem nie wygrasz, a i kiedyś oddali mi zaległą złotówkę po dwóch latach, jak oddawali więcej, ale odsetek od tej złotówki już nie.

Mikrokonto podają, na które muszę wpłacić, bo można albo tak, albo dylać do US, a ja akurat mam daleko iw  głupim miejscu, więc walczę z mikrokontem  dedykowanym (ojapierdolę) i wpłacam te jebane 2 zł. Najpierw pisze, że bierze za to 12 groszy prowizji, a potem jakimś cudem rezygnuje z tego.

Kurwa, do następnego pitolenia mam spokój. 

Na pracowym emilku znalazłam dwie roboty, ale olałam je ciepłym strumieniem moczu - mam urlop i chuj.

 

Umawiam się jeszcze do biura paszportowego i dobrze robię, bo to jedyny wolny termin, następne są pod koniec maja. Będę wprawdzie w pracy, ale teraz już pierdolę, termin mam na 8.55, jak wrócę koło 10 to i tak będę jeszcze na robotę czekała, w dupie mam, inni stale swoje prywatne sprawy załatwiają, a ja jak skała. 


 

We wtorek rankiem bladym wlazłam do ZUS, znów przez bank i o dziwo - zarejestrowałam się. 

Męczę Inżyniera o telefon do szpitala, bo nie mam odpowiedzi, ale pisze, że zadzwoni po 12, że mam im dać szansę odpisania na emilka.

W ZUS nie czekam długo, ale okazuje się, że zarejestrowałam się nie tam, gdzie trzeba, bo tak, a jak chciałam się zarejestrować w kilka miejsc (bo mam kilka spraw), to mnie olało. Ale przemiła panienka odblokowuje mi konto (znaczy się, muszę sama zmienić hasło, mam to na emilku, ale nie mam siły), przekierowuje mnie do innego okienka, gdzie też nie muszę długo czekać. I tam równie miła pani (zgrzeszyłabym, mówiąc, że zostałam źle obsłużona, wprost przeciwnie, tylko czerwonego dywanu brakowało) tłumaczy mi jak krowie na rowie. Bo nie znam PESEL Eksa, podaje, każe od razu wypełnić podanie o rentę wdowią, jako załącznik do renty rodzinnej. Bo żeby dostać wdowią, trzeba mieć najpierw rodzinną, o którą się nie starałam, bo Eks miał tak niską, że nie opłacało mi się na jego przechodzić. I okazuje się, że dobrze, że nie zapisałam, że mieszkamy razem, bo jednak go przemeldowali.  Tłumaczę pani, jak było, okazuje się, że muszę napisać oświadczenie, dlaczego. To i piszę, nic nie ukrywając. Bo też nie mam nic do ukrycia. Pani patrzy na mnie wielkimi oczami i mówi, że ona tu nie takie historie słyszała, ale moja ją szokuje. Nie jest w stanie odpowiedzieć mi, czy dostanę tę kasę, czy nie, bo nie ona decyduje, ale podsuwa wszystkie możliwe plusy, żeby było OK. I mówi, że z rodziną to najlepiej na fotografii... Mnie zastanawia jedno - meldunek nie jest obligatoryjny z miejscem zamieszkania, ale wiadomo, jak ktoś chce psa uderzyć, kij zawsze się znajdzie. Więc ok, mnie te kilka groszy wdowich nie zbawi, chociaż mogłoby mi wyrównać chociażby mój czynsz, który rośnie w tempie ekspresowym.
Po wyjściu z Zakładu Utylizacji Społeczeństwa czuję niebywałą ulgę, jakby mi kamień z serca spadł. 

Co ma być, będzie.

Jestem wolna i zrobiłam, co mogłam :) 

Wracam do chaty, Inżynier akurat się odzywa i pyta, czy mam odpowiedź ze szpitala.

Lecę kurcgalopkiem na pocztę i jest odpowiedź - odmowna.

Nie musi dzwonić.

A ja próbuję się zarejestrować jeszcze raz i o dziwo, rejestruje mnie, ale już na wrzesień. To w sumie pół miesiąca później, niż powinnam, a sama czuję, że oczęta mi siadają, ale nic to, ważne, że zarejestrowało i nie muszę dziecka męczyć.

Tak więc we wtorek idę spać bez kamienia na sercu. Zrobiłam, co w mej mocy i jest OK. Jak załatwię dowód i paszport w kwietniu, też OK, bo mam ważne dokumenty bodajże do lipca, a na nowe czeka się miesiąc, więc super.

A jakbym musiała znów na wycug w kwietniu, to trudno - Inżynierowa planowała wziąć wolne, mówiłam (załamałam się, no co), że jednak mimo Kundla wezmę dyżur, ale nie dali znać, że skorzystają, to ten ósmy kwietnia koliduje z moim paszportem, więc nie odwołam, bo później nie ma terminów. Sorry, Winnetou, business is business...

No i dziś, ostatni dzień wolności na długo. Poszłam na Manhattan, chlebka chcąc na zapas kupić, ale nie było.



 Krokusów coraz więcej.

Włoszczyznę i zwłoki kupiłam, rosołku nagotowałam, będą zupki nawinie, na te dni pracowe.

I proza życia: praca, dzień gospodarczy, znów korytarz.

Jakoś nie brakuje mi pracki, na poczcie są 3 emilki i nic mnie nie kusi, a od poniedziałku od razu wskoczę w najgorszy tydzień - i OK. Dzięki temu miesiąc mi szybko zleci. 

A na razie oprócz róży od Inżyniera, wręczonych przez Alienka z pompą, wciąż trzymają się pieścichłopy


 Spotify dopieszcza moje biedne uszy, kupiona w Action świeczuszka pachnie...

I nie denerwuje mnie nawet ten bladeusz na niebie, bo coraz więcej jest chmur i ma padać. Nareszcie. Bo wody brak.

Biedny tylko Inżynier, ale przez tydzień nie zapłacił Enei 100 zł, więc jest do przodu...

Niezmiernie jestem dumna z tego, że przeżyłam to wszystko, że w zasadzie najgorsze rzeczy mam ogarnięte.

Niezależnie od decyzji ZUS nie muszę mieć nic do czynienia w tym roku z tą instytucją.

Badania okresowe dopiero w lipcu 2026 r.

Tak daleko nawet nie wybiegam myślą w przyszłość.

A jeszcze dziś rano miła pogawędka z jedyną w sumie sąsiadką, z którą mam kontakt - z mamą koleżanki Pierworodnego z podstawówki. Kochał się w niej wtedy i szkoda, że nieśmiały był na tyle, że nie zagadał. Ona już po rozwodzie... Źle trafiła, a i on nie najlepiej, ale cóż.

Czasu nie cofnę i muszę żyć bez wsparcia damskiego, bo żadna z pań w mojej rodzinie nie jest moją fanką :) A tamta dziewczyna do dziś ze mną zawsze miłe słowo zamieni, gdy się spotkamy. Może i nie byłoby tak, gdybyśmy...

Nie ma co gdybać :) 

No cóż, tak wyszło :)  

Najważniejsze, że ogarnęłam trochę ten pierdalnik :)
Alleluja i do przodu, a jutro do roboty marsz...

 

 

sobota, 8 marca 2025

Tak sobie

 Kochany Pamiętniczku, po godzinach...

Załatwił co miał załatwić w związku z anulowaniem lotu z Monachium.

Brykę umył, odmeldował się.

Luz i hasta manana...

A ja sobie czytam ponetowo to i owo.

Pytam o plecak ewakuacyjny, odpowiada, że na razie nie ma rabanu.

No bo chcę zgromadzić wszystko, żeby nie było larum, ale dokumenty w jednym miejscu.

Bo wiać nie będę.

Stwierdza, że będę. 

Bo większe auto kupi.

Olaboga, kiedy moje dziecko tak ze szczętem pojebało?

A na serio, nie chcę się z nim kłócić, ale patrząc na dzisiejszy korek koło bywszego ruskiego konsulatu, pamiętając filmy z  kampanii wrześniowej - tak sobie myślę: ważne, żeby im się udało w razie W...

I nie, nie chcę dziecka wysyłać na rzeź. To nie jest materiał na żołnierza. Pomijając chwile, kiedy umierał na serce (to już prawie 22 lata temu, olaboga), z czego cudem wyszedł, jego kondycja dziś jest prawie taka jak moja, siedemdziesięciolatki.

Takie pokolenie.

I znów nie będę spokojnie spała...

Niby jestem szczęśliwa, że ktoś o mnie myśli, niby i ja myślę przyszłościowo, ale za jakiego chuja to wszystko musi być tak pojebane? Co przeciętnemu obywatelowi danego kraju daje to, że jego kraj atakuje inny?

I tak, wiem, co to jest polityka...

Pojebane to jest i tyle.

Że takie pojebane obuwie tekstylne może zniszczyć nasz świat.

Jakże piękny, budzący się do życia po zimie...

A tak już byłam w euforii, że jest cudnie...

Nosz, kurwa...

Trzeci

 dzień urlopu też fajny był, Kochany Pamiętniczku.
Jako że na włości dojazd jest jaki jest, a Jak dojadę mówiło mi, że na przesiadkę mam 3 minuty, tom dramat odstawiła i pojechałam wcześniej, niż się umówiłam, żeby mi autobus nie uciekł. I słusznie uczyniłam, koło byłego konsulatu ruskiego był korek, że ojaceirpiędolę, nawet tramwaj nie mógł przejechać przez skrzyżowanie, ale się udało...

Wysiadam na pętli, a tam... 3 minuty do autobusu (wcześniejszego, na który nie chciałam się spieszyć z przesiadaniem). A że z bimby skok do niego, to jeszcze 2 minuty czekałam na odjazd. Piszę do Inżyniera, a ten, że dopiero weszli do Auchan. No moja wina, nie jedzie się godzinę wcześniej, ale lepiej jechać, niż kwitnąć na przystanku z menelami. Miałam klucze do ich domu, więc nie widziałam problemu. Pojechałam dwa przystanki dalej i zrobiłam sobie spacer w wiosennym słońcu po włościach. Wlazłam przez dziurę w płocie i spoczęłam na trampolinie, kątemplując (kontemplując ;) piękne okoliczności przyrody i to jak słoneczko po panelach napierdala. Błogo było, w słuchawkach O sole, 'o sole mio, sta 'nfronte a te, sta 'nfronte a te! W domu siedziałabym na fotelu i kombinowała, jak nie wyłazić z chałupy...

Nie właziłam do chaty, bo po co? U nich nie można drzwi otworzyć, bo rekuperacja, więc siedzi się w tym "czystym" powietrzu. A ja wolę to brudne i o sole mio :) 

Przyjechali, byłam przekonana, że pojechali we dwa samochody, ale okazało się, że Inżynierowa dwie godziny tkwiła w korku, który ja mijałam. Miasto było zakorkowane, bo były targi książki. A pytała mnie, czy pójdę na te targi, ale odmówiłam, bo nie chcę kupować więcej książek, których i tak nie będę czytać. Nie trafiają do mnie ci nowi pisarze, a swoje ukochane mam w komplecie, więc nie widzę sensu wydawania kasy - dzieci też czytają jakieś dziwaczne historie - cóż, życie.

Alienek zaatakował mnie bukietem z róż. Bukiet kupił Inżynier, ale Alienek się popłakał, że nie może mi go wręczyć :) 

I teraz cieszy me oczy. Rzadko dostaję kwiaty od miłych memu sercu mężczyzn.  Inżynierowa nie dostała, bo nie lubi, dostała wino. Ja tam wolę badylki, cieszą me serce, każde.


 A jeszcze mój amarylis, inny od tych, które miałam dotąd, rozbuchał się dziś jak głupi


 

 Pełnia szczęścia :) 

Wycałowana przez Alienka, a i Inżynier był dziś w niespotykanie miziastym nastroju, cieszyłam się rozmową z synem, Łobuzy były zachwycone ołówkami, które przywiozłam (później okazało się, że mama im też ołówki kupiła, ale... leżały wraz z gumkami w stercie rzeczy uzbieranych w ciągu tygodnia na ladzie w kuchni, razem z kartkami, które przywiozłam przed tygodniem - nie mój cyrk, nie moje pchły). 

Inżynierowa kręciła nosem, jak mówiłam, że mam full ołówków, bo ona jest koneserką i kredki to nie kredki, ale...

Ojapierdolę :) 


 Ja te kupiłam, bo podobały mi się te kolorowe, a ten tygrys to ołówki w metalowym pudełku, a mam hopla na pudełka. Ołówki okazały się idealne (tak, wiem, że są różne twardości, ale te były idealne i długo gryzmolili). A kolorami się podzielili, żeby każdy miał swoje nieruszalne :)
Następnie Kalafiorkówna opowiadała mi o dniu kosmetycznym w przedszkolu, że mieli kremy, malowali oczy i paznokcie, a mnie szczęka opadała. I zapytała, czy może mi paznokcie pomalować... Do wyboru miałam pink i turkus. Zgodziłam się, bo lakier zmywa się wodą (guzik prawda, namęczyłam się w domu, zanim go zmyłam). Jako że jestem kobieta nieelegancka z zaniedbanymi rękoma, moje paznokcie maźnięte, bo niepomalowane jak należy wyglądały groteskowo. Ale czego się nie robi dla wnusi :) 

Inżynier zaś zawlókł mnie do garażu i nie, nie chciał mnie jeszcze zlikwidować, ale musiałam wysłuchać wykładu o działaniu fotowoltaiki. No cóż, słuchałam, uściskałam, komuś się musi pochwalić : ) A szczęśliwy jak świnia w błocie, bo piekł pizzę bez wyrzutów sumienia i liczenia ile zapłaci za prąd :) 

Jest mistrzem pizzy, osobiście nie zhańbiłam się nią nigdy - co najwyżej mrożonym gotowcem z marketu. Z ciastem drożdżowym mi nie po drodze, choć Ciocia, która okupację w piekarni w Niemczech przepracowała, tłumaczyła mi jak krowie na rowie, że to najłatwiejsze ciasto jest. Może i tak, ale mnie przerasta. Poza tym jestem frakcja pyra, nie pizza :) 

Kundel był nieco mniej upierdliwy, wyrósł, jak się otworzy drzwi od kojca, sam wyłazi, a tydzień temu wisiał na brzuszku :) Broi jak dawniej, ale mniej gryzie, za to liże bez krępacji.

I tak dziecię me pizzę tworzyło (trochę pomogłam, pokroiłam składniki),  dzieci rysowały, pogawędka była miła, a stwory


 
Pełny chillout. Arya była do góry, chodzi własnymi drogami. Edzio się starzeje, chodzi zupełnie jak ja.

Po pizzy


 każdy dostał z wybranymi składnikami, ta jest moja, na bogato, zażyczyłam sobie wszystkiego bez grymaszenia, a do kompletu dostałam czarną fortunę. Zjadłam połowę, miałam zabrać do domu, ale jak się zwijałam, zrobiło się zamieszanie i zapomniałam :) 

Potem przyszła pora na wietrzenie Kundla. O dziwo, Alienek, który dotąd jeszcze nie wyszedł z Kundlem nigdy, bo nie lubi chodzenia, dał się babci namówić i poszedł z nami, po czym rozbrykany nie chciał wracać do domu, zażyczył sobie jeszcze jedną rundkę, jego ojciec był w głębokim szoku, po drodze zaaresztował babcię, która bije się w piersi, bo jest tak sztywna, że rąk do góry podnieść nie może, zachwycony prowadził ją na kijku i bawiliśmy się tak znakomicie, że zażyczył sobie rundkę trzecią. Niestety, pies padł, trzeba go było nieść, a i mnie pęcherz po piwku gonił, więc trzeciej rundki nie było :) 

Potem wróciła pani matka, która też dostała pizzę, no i dziecko odwiozło mnie do domu...

I tak się skończył mój Dzień Kobiet, jeden z najmilszych, jaki dane mi było przeżyć.

Starsze dziecko zaś słowem się nie odezwało, choć w trakcie mojej wizyty na włościach dzwonił do brata i wiedział, że tam jestem...

Ale jakoś mnie to nie ruszyło :)  

Może jutro wybiorę się na kijki - brzmi jak dobry plan :) 

Zapętliłam sobie O sole mio, bo pasuje do mojego nastroju :)


Mam nadzieję, że i Wam dzień upłynął pięknie :)

piątek, 7 marca 2025

Drugi

 dzień urlopu za mną, Kochany Pamiętniczku.

Może nie był idealnie tak, jak zaplanowany, ale w sumie nie ma się do czego przyczepić :) 

Dzień tabletkowy był, nienawidzę. Mam dwa pudełka tygodniowe, rozkładam więc piguły na dwa tygodnie. Nienawidzę wyskubywania dragów z blistrów, a jeszcze jeden muszę tabletki dzielić na pół.

Ogarnęłam, w piżamce.

Zmiana pościeli, średnio lubię, ale mus to mus - zmieniamy :) Dzisiaj będzie się fajnie spało, bo do szuflady z pościelą wrzuciłam to świąteczne mydło i pachnie przesłodko. Mam taki zwyczaj, że do szaf i szuflad wrzucam mydło. Od dawna do mycia rąk używam mydła w płynie, bo nie świni mi tak umywalki osadem. Tackę na zwykłe mydło też mam i takie tam leży. A w szafach mam jeszcze mydła z komuny, nie pachną, ale leżą i nikomu nie przeszkadzają. Żebym miała jeszcze moją poczciwą pralkę wirnikową, starłabym je na tarce i prała, ale do automatu nie wrzucę. Więc leżą - będą mieli co wyrzucać :) Hahahaha... A jak jeszcze paliłam ćmiki, to znajomy dziwił się, że nigdy nie wonieję nimi. No cóż - w szafach leżało mydło, a ja co dzień zmieniałam odzież :P 

Ot i cała tajemnica :)

A, i WRESZCIE udało mi się zrobić śmierdziela jak od Mamy i Cioci.

Od 20 lat, odkąd Ciocia  odeszła, nie jadłam tak dobrego śmierdziela.

Ona zawsze na mój przyjazd go smażyła...

Kupne śmierdziele to jakaś nędzna imitacja mojego rodzinnego.

A mnie twaróg od dawna nie gliwieje jak ustawa przewiduje - albo zaschnie na grudy, albo pleśnieje - i cały pogrzeb na nic.

Tym razem zgliwiał i...


  miałam ucztę bogów, usmażyłam przed kąpielą, żeby ostygł, bo znając swoje łakomstwo, poparzyłabym się :) 

Tak więc dzień leciał spokojnie, ale czekałam do 11, bo o 11 otwierają pocztę, a musiałam w końcu wysłać tę kartkę do Barana, bo tak, bo taką mamy tradycję, bo kartka się liczy, a czas nagli...

Inżynier sugerował  kupno znaczka online, ale primo po pierwsze: znaczek online był o 3,50 droższy od stacjonarnego. Nie zauważyłam napisu, że znaczki mają taką samą cenę w realu i na stronie. Primo po drugie, nie mam kolorowej drukarki, Inżynier mnie objechał, że wydziwiam, to ma być funkcjonalne, a nie ładne... A ja całe życie prosiłam o ładny znaczek na poczcie. Jeden z moich niedoszłych miał brata z zespołem Downa, nie umiał on czytać. I mówił do mnie ze śmiechem, że brat zawsze wie, że jest list do niego, poznaje po papeterii i po znaczku i bezczelnie żąda słodyczy za oddanie listu... Mało tego, wiedział, że list jest ode mnie (brat) i raportował ojcu, że P. znów ma romans... :) 

Tak, mam takie zboczenie.

No i primo po trzecie, kleju nie mam, zapomniana gdzieś w czeluściach rupieciarni guma arabska już pewno wyschła, a inne kleje? Nie wiem, czy jakieś mam. Bez kleju drukowanie znaczka nie ma sensu.

- To niech mama kupi klej...

No kupię, ale teraz musiałabym z klejem wrócić do domu i przykleić znaczek, potem znów iść na pocztę.

No nic, może się uda.

I ruszyłam lewa, prawa, w stronę słońca, a słońce pięknie świeciło i że już prawie południe było, to pomna wczoraj szłam w bluzeczce i 


 Tak, wiem, że wróci jeszcze chłód, ale jaki jest sens w 17 stopniach topić się w półbutach.

I szła sąsiadka, taka która każdą pierdołę widzi i zawsze chodzi w kapelutku, a do mnie: o, pani z gołą głową. Albo w windzie klepie mnie po brzuszku i mówi - przytyło się nam. Faktycznie, skoczyć z moich 50 kilo do obecnej wagi to się nam sporo przytyło, ale cóż... No i dziś - o, w sandałkach, a jutro w szpitalu...

Prorokini jakaś czy cuś?

Na poczcie 2 minuty po otwarciu kolejka jak świński ogonek, pani na końcu mówi, że pierwsi w  niej stoją od... 9.

Oddałam doniczki Panu od Pomidorków, posprzątane nieświecące polary wrzuciłam do kontenerka na elektrośmieci i do Maciejki polazłam. Wózeczek mój albowiem ma rozchwierutane kółka. Pytałam Inżyniera, ale rozłożył ręce, wiem, że można to naprawić, można kupić kółka, sama tego nie ogarnę, jestem technicznym debilem. Pierworodnego nie chcę prosić, w dupie mam. Postanowiłam, że kupię sobie na Dzień Kobiet konewkę (bo stara padła, zalała mi wczoraj podłogę w kuchni, dobrze, że kafelki tam są) no i wózeczek. Konewek akurat w Maciejce nie było, a wózeczki - co z tego, że niedrogie, ale kółka też niewydarzone i jak po raz kolejny właduję w nie 20 litrów ziemi, to też padną...

Do budki poszłam, klej kupiłam, a co... Tak na zapas :) 

Mamy jeszcze gospodarczy, ocalał, znalazł nowych właścicieli. Przesmradzałam przy wózkach, ale kupiłam najdroższy, ma dwa lata gwarancji (pani kazała skserować rachunek, bo blaknie, zeskanowałam, wystarczy). No i ma kieszonkę na przodzie, na której mi zależy, bo tam i portfel, i klucze (obowiązkowo musi wisieć smycz, z torebki też, inaczej mam fobię, że zgubiłam klucze :) i okularki, i chusteczki - starość nie radość, człowiek fobie różne ma :) 

Konewkę też dostałam :) Co z tego, że droższa niż w Maciejce, ale w końcu pracując zaczynam na siebie wydawać, miło mi z tego powodu. 

I oto przed państwem mój nowy wózeczek :) 


 Piękny i solidny :) 

I jeszcze do Pana od Pomidorków wleciałam, zaszokowany był, bo kupiłam jeszcze bratki... I potem po południu doszła kolejna skrzynka w loggii, och i ach :) 


 To ta na początku. Jest cudnie...

A tu mam cebulki z boligłówek dla koleżanki, ale może i sama na jesieni parę posadzę? W domu są jeszcze kwitnące boligłówki...


 Na poczcie kolejka była taka sama, a gdy do poczty dochodziłam, opuszczała ją właśnie pani, która o 11 stała na końcu kolejki. Stwierdziłam, że zaryzykuję. Okazało się, że jest bajzel większy jak ustawa przewiduje, bo ludzie przychodzili z awizami i stali bez sensu, by przy okienku dowiedzieć się, że awizo jest do placówki o jakiś kilometr dalej - dlaczego i kto to popierdolił - tego nie wiedział nawet personel placówki. A i staruchy starsze ode mnie, a może i nie, ale stare, bezradnie krążyły od okienka do stołu, bo się papiórki nie zgadzały. Błogosławiłam bankowość internetową - nawet jak spieprzyłam przekaz (a spieprzyłam), mogłam go poprawić, wycofać, no i za darmo to mam.

Jestem szczęściarą :) 

Dotarłam do okienka, proszę priorytet do UK. 

A tak to wygląda na poczcie

Awaria systemu... Dobrze, że terminal działał, bo musiałabym gotówką płacić, a nie miałam tyle...

I niespodziewajka - znaczek kosztował 10 zł.

Nie drążyłam, bo pani znaczek i naklejkę nakleiła i wrzuciła do kosza, więc w dupie to miałam, dlaczego płacę 3,50 mniej niż na stronie, miałam jeden bratek za friko i 50 groszy w kieszeni.

Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka :)
 

Do Biedronki poszłam i skusiłam się na promocję - 3 wina z rabatem, najtańsze za 1 zł. 

Przy kasie okazało się, że jak kupuję 3 wina, to najtańsze mam za 1 zł, ale te dwa droższe za pełną kwotę.

Poprosiłam o kierownika, ale owszem, mogłam zwrócić te wina, ale dostałabym voucher, a nie kasę...

W sumie rozmawialiśmy jak gęś z prosięciem, ale w domu, po przeanalizowaniu paragonu spostrzegłam, że  nie tylko na winach mnie nacięli, co z tego, że na parę złotych? OK, wina odżałowałam, dobre kupiłam, będę miała, jak mnie chandra dopadnie, nie zbiednieję.

Zupkę sobie ugotowałam, a jakże, na wczorajszym rosołku i na winie - z kalarepką i rzodkiewką, odkryłam zabielanie mleczkiem kokosowym, wyszła pycha.  

A resztę dnia spędziłam na zasadzie "wszystko mogę, nic nie muszę". Aczkolwiek ogarnęłam gospodarczo chałupkę, żeby mieć luz jutro (zupkę na jutro mam gotową).

I nic mnie nie wzrusza, że jutro:

Ku chwale ojczyzny obchodzimy Dzień Kobiet, 

cały Rok Mężczyzny.

 

Jutro coś wymyślę, a jak będzie pogoda, to i połażę. Jeszcze nie wiem gdzie, ale dziś zrobiłam 5258 kroków, nie licząc łażenia po chałupie, bo nie wiem, gdzie mam krokomierz, a telefonu ze sobą nie noszę, zegarek zaś gdzieś w kącie leży, bo denerwuje mnie ciągłe zdejmowanie go do mycia rąk (ponoć wodoodporny, ale nie ze mną takie numery, Brunner, nie pozmywam naczyń w zegarku) i nie lubię nic na przegubie, a kiedyś nosiłam z upodobaniem i bransoletki, i zegarki.

No cóż.

SKS :)  


I wtem, nagle i znienacka, na pizzę zostałam zaproszona juterko.

Auć...