ze mną, Kochany Pamiętniczku.
Mój czas nie jest moim czasem.
Dziś obudziłam się święcie przekonana, że jest poniedziałek.
Tradycyjnie: kibelek, rączki, kropelki, oczka, minuta z zamkniętymi i jako że dla mnie poniedziałek niepracujący, więc bez pośpiechu sobie ajpadzika wyciągam i w poniedziałek to muszę nazbierać w pasjansach punkty premium, więc układam 16 pasjansów na początek. Wchodzę w to premium i zonk, mówi mi, że jeszcze prawie 18 godzin, zanim będę mogłą to ułożyć. To mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło, ale myślę... W poprzedni poniedziałek miałam od rana zapieprz jak Zatopek, pewno układałam dopiero wieczorem i godziny się przesunęły. Ale dalej mi coś nie pasuje.
No nic, ułożyłam codzienne 5 wyzwań, a muszę się pochwalić, że od 5 lat ułożyłam wszystkie codzienne pasjanse - inne eventy czasem robię, ale rzadko, bo to zajmuje za dużo czasu. I tak sobie po blogach polatałam, prasówkę i fejsbukówkę zaliczyłam i do gimnastyki się zabrałam.
Wszystko po kolei, jak należy. No to pora do kuchni, po codzienne pigułki.
Idę, pudełeczko z drugsami wyciągam i coś mi znów nie pasuje... Otwiera się niedziela... Myślę sobie: pewno wczoraj nie zażyłam tableteczek. Ale dalej mi coś nie pasuje, więc lecę do kalendarza. Ten pokazuje niedzielę, ale że zazwyczaj okienko przeciągam, wyciągając krople z lodówki (prawie całą półkę mam w lodówce kropli, tak o mnie mój okulista dba), więc zakładam, że dziś nie przeciągnęłam. Ale dalej mi nie pasuje, więc wlokę się do kompa i...
Olaboga, faktycznie, niedziela jest.
Ale że aż tak mnie pogięło?
To tylko zwykła demencja czy już ten Niemiec, co klucze i inne rzeczy po kątach chowa?
Na razie nie mam innych kłopotów z pamięcią, oprócz tego, że czasem ucieka mi jakieś słowo, nazwa lekarstwa na przykład, rośliny, łapię się też na tym, że nie pamiętam nazwisk ludzi, z którymi kiedyś pracowałam. Trwa to czasami parę dni, czasami parę godzin, nagle, chociaż o tym nie myślę, zagubione słowo wyskakuje znienacka. I daty. Dat nigdy nie pamiętam, jak nie mam zapisane, to mogiła. Ale do dat nie miałam nigdy głowy, co było świetną okazją do żartów ze strony dzieci.
Pamiętam za to doskonale piosenki z przedszkola, wiersze, wierszyki, wiersze (różne) mogłabym mówić przez całą dobę, nie powtarzając ani jednego.
Panią Twardowską do dziś wyrecytuję, wybudzona ze snu, w całości.
Nie pamiętam tytułów filmów. Książek tak, filmów nie.
Teraz, na stare lata, dzięki internetom i słuchawkom odkrywam, że melodie, kołaczące mi po głowie jako ulubione moich bliskich - to stare przeboje - ale to już inna bajka.
Książek - a czytałam mnóstwo, gdy zaczynałam pracę w korekcie śmiałam się, że mało, że robię to, co lubię, to jeszcze mi za to płacą - nie pamiętam już tak dokładnie. Mało jest takich, które utkwiły mi naprawdę z detalami w pamięci - i miałabym dziś kłopot, by napisać wypracowanie na temat którejś z nich, choć zarys pamiętam, ale poszczególne postacie - ich charakterystyka, opisy, to już byłby problem bez uprzedniego przekartkowania książki.
Czasami przy pracy nagle otwiera mi się klapka w mózgu, wiem, że to już było i obecna wersja mi do niczego nie pasuje (a mam szeroki przekrój tematów - uprawa, technika, hodowla bydła i świń, zarządzanie,w tym wszystkie jebane unijne przepisy, prawo) - męczę autora i przeważnie mam rację. Ale gdy ktoś zapyta mnie o tekst, który robiłam przed dwoma godzinami, to rzadko go kojarzę, za dużo tego, żebym obciążała sobie tym pamięć - chodzi mi o to, że dany autor wysyła mi danego dnia 3 teksty, a potem pyta, czy to już robiłam. Jeżeli on nie pamięta, co mi wysłał, a wystarczy, że założy sobie teczuszkę "Teksty po korekcie", to dlaczego ja, skacząca od działu do działu i z tematu na temat w tempie amerykańskim mam to pamiętać?
Nie miałam czasu na zapiski jak dzieci były małe - nie było kompików, a pisania ręcznego nie cierpiałam w zasadzie nigdy, więc wiele rzeczy mi umknęło. I tego naprawdę żal, dziś co dzień FB przypomina mi, co zdarzyło się tego dnia przed 15 laty, bo chyba od tylu lat mam tam konto.
Mam też stare poczty, jak mam chwilę, czyszczę (ilość elektronicznego śmiecia po mnie będzie powalająca), odkrywając przy tym rzeczy, które dawno wyleciały mi z pamięci - ludzie, których nie pamiętam nawet i muszę się dobrze zastanowić, o kim mowa, bo kiedyś pisałam mnóstwo emilków, zapisywałam też rozmowy na GG (nieodżałowane GG, jakże brakuje mi tej ukochanej ikonki, której nic nie jest w stanie zastąpić, przecudnej urody <sex> - dwie sekszące kuleczki - ikonka-wytrych, pasowała do wszystkiego).
I ten dreszczyk rozkoszy, gdy przynosiło się do domu GIF zapisany na dyskietce (mam jeszcze komputerek z wejściem na dyskietki, pewno Inżynier dałby radę to uruchomić, ale kiedy on na to znalazłby czas?).
Te poczty trochę zastępują mi pamiętnik i bloga, którego wtedy jeszcze nie pisałam, zwłaszcza z okresu, gdy moi chłopcy (no, bez Pierworodnego, bo ten niepiszący jest, analfabeta) siedzieli w UK, a internet mieli jeszcze z wiaderka. Od sąsiada, znaczy się, i emilki słali.
Tak, żyjemy w fascynujących czasach. Pominąwszy sterty papierowych listów, które mam i których lektura parę lat temu wpędziła mnie w głęboką depresję, a których wciąż nie mam odwagi zlikwidować, a czytać już na pewno nie będę, bo nie chcę powtórki z rozrywki, a została mi jeszcze masa do przekopania się, bo są tam takie, które chcę odnaleźć jednak, chociaż wciąż myślę: qui bono?
Czy martwię się tym, że ktoś je odczyta. Nie, absolutnie. Nie sądzę, żeby ktoś miał siłę, cierpliwość i ochotę na odczytywanie takich pożółkłych stron. Zapisanych często bazgrołami. A nawet gdyby znalazł się taki szaleniec, to mi będzie to już dokładnie obojętne. A lektura tego znudzi człowieka, nieznającego ani ludzi, ani okoliczności z tych epistoł :)
A że zaczynają się znów koszmarne upały (dziś w popłochu zasłaniałam znów rolety, prawi cały dzień siedząc w półmroku, czego nienawidzę, bo czym innym jest przyjazny półmrok jesienno-zimowy, a czym innym duszący półmrok letni), więc znudzona szukaniem czegoś, na czym da się oko zawiesić - a mam Netflixa, Disneya i HBO, nie licząc niezastąpionego Pirata, ale do niego nie zawsze są napisy, może znów wezmę się za szpargały?
I oczami duszy widzę siebie, siedzącą znów przy starym biurku, ze słuchawką na jedno ucho, bo tylko taką miałam, z jednym z pierwszych magnetofonów (tych małych, Sony, dużego nigdy nie miałam, Sony, który znudził się szwagierce w DE), chłopcy uśpieni, a ja pracowicie robię elektrody do EKG.
Tak, lata całe robiłam elektrody do EKG, na czarno, dlatego moja emerytura taka mikra jest, ale szczęśliwa, że mogę dorobić do renty chociaż tak, żeby było na coś więcej niż na sól do śledzia i na benzynę do malucha, którym Eks co dzień zasuwał na Wygwizdowo do teściowej na kawę. Wygwizdowo leży prawie tak daleko jak włości, a nie było wtedy obwodnicy. Eksowi "się należało coś od życia", a mnie się należała praca :) I tak mi zostało do dziś :P
Elektory produkował szwagier w warsztacie na Wygwizdowie (do dziś ma ten warsztat, choć już do osiemdziesiątki powoli dojeżdża, szwagier, nie warsztat), nie wiem, czy jeszcze robi elektrody czy coś innego, bo różne rzeczy potem robił. Elektrody produkował dla Religi, dlatego znałam profesora osobiście.
Tak, nie zawsze byłam korektorką i bibliotekarką. Umiem też malować na tkaninach, ale to nie wypaliło, bo dostałam wzory do malowania (przedwojenne, trochę ich jeszcze mam w komórce) w momencie, gdy świat przyspieszył i nikt już nie bawił się w wyszywanki... I sztuczne kwiaty też robiłam (na czarno, a jakże), interes był zarejestrowany na Eksa, ale kto pracował? Ja. Bo Eks pierwszego dnia pracy wsadził łapę pod 10-tonową prasę do wyciskania płatków... Jako że państwowa służba zdrowia olała zmiażdżony palec, a prywatnie nie chciał iść, bo "to kosztuje i nie będzie miał na benzynę", siłą zawlokłam go wieczorem z krwawiącym palcem do zaprzyjaźnionego chirurga, z gabinetem w garażu, który elegancko przeszczepił mu kawałek dupy na ten palec (kość było widać). No i potem dzieci miały radochę, chwaląc się, że ich tata umie się ugryźć w dupę :)
Sztuczne kwiaty zabiła konkurencja z Chin - zdobywając materiał spod lady, robiąc wszystko sama, jednocześnie ogarniając dom, zakupy (w czasach jeszcze kolejkowych) nie byłam konkurencyjna dla chińskich sztucznych kwiatów - zresztą i dziś nie byłabym z naszym ZUS konkurencją.
Tak więc po drodze jeszcze mi się trafiła kariera sprzątaczki, odpowiedziałam - już w czasach początków Solidarności na ogłoszenie z jakiegoś pierwszego coś a la spa. Bo u ciotki Eksa, kobiety po Syberii, żony przedwojennego urzędnika poznańskiego magistratu, która ową Syberię z dwójką nieletnich dzieci przetrwała dzięki prostym Sybirakom, bo do końca życia przypalała nawet wodę na herbatę, gromadziła suchy chleb i niewiele ogarniała, też robiłam za sprzątaczkę, bo jej dzieci nie miały czasu, a jak potrzebowałam kasy. Więc poszłam do tego spa, ubrałam się ładnie, gość uprzejmy, o wykształcenie zapytał. Podkreślałam, że jako rencistka, młoda, ale już nieplanująca ciąży jestem idealnym nabytkiem dla spa. A pan na to: wykształcenie jakie ma? I ja głupia, zamiast powiedzieć podstawowe, bo przecież podstawówkę ukończyłam, zaszczebiotałam: wyższe.
No i dupa, dowiedziałam się, że nici z kariery na mopie, bo za mądra jestem i mu jeszcze związki zawodowe założę i załogę zbuntuję.
A rodzina wciąż zlecała mi jakieś cuda wianki, a to nocne pakowanie towaru na Ukrainę, bo pracownicy nie chcieli po nocach robić, a to inne cuda, bo: "SJ nie ma co robić, nie pracuje, pewno się nudzi".
Próbowałam dostać się do pracy w bibliotece Polskiego Związku Głuchych, jako że wykształcenie kierunkowe mam, ale dowiedziałam się, że się nie nadaję, bo... nie znam języka migowego, chociaż mam gdzieś tam jeszcze legitymację PZG. Na moje, że nauczę się, bo skoro opanowałam rosyjski, francuski i łacinę, to i migowy ogarnę. Nie, nie miałam kwalifikacji.
Posadę dostała kuzynka prezesa PZG z wykształceniem podstawowym. Też nie znała migowego, ale znała prezesa.
A potem, wciąż słuchając, że SJ nic nie robi, wkurzona, znalazłam w Dzienniku Poznańskim ogłoszenie, że szukają korektorki.
Jako że na studiach miałam ruch wydawniczy, znalazłam zeszyt z notatkami (do dziś go gdzieś mam) i poszłam na interview. Kierowniczka była w szoku, że znam znaki korektorskie (ludzie do dziś ich nie ogarniają), że widzę błędy, ale... mój słuch. Bała się. No i nie znałam absolutnie kompika, a oni w 1992 już pracowali na maczkach.
Nie miałam aparatów wtedy.
Ale... Była tam Ela K., niesłysząca na jedno ucho, notabene świadek Jehowy (o jeżu kolczasty, jak ona potem usiłowała mnie nawrócić, ojacierpiędolę), która w ramach solidarności głuchych wynegocjowała, że dostanę dwutygodniowy okres próbny i jak się sprawdzę, dostanę etat.
Trafił mi się też chłopak o 20 lat młodszy ode mnie, informatyk (do dziś mamy kontakt wirtualny, a dla moich dzieci jest on legendą, wystarczy Wojtek i już nic nie muszę tłumaczyć), który cierpliwie wprowadził mnie w tajniki kompa. To było prościutkie, bo dzięki temu, że klawiaturę znałam perfekt, bo i trening w biurze u ojca, i przepisywanie na maszynie prac magisterskich, opanowanie obsługi kompa było proste jak budowa cepa. Tylko wystarczyło zapamiętać, że alt X to ź :) Problemem przez parę dni była obsługa myszki, mam zaburzenia błędnika i blatu mi nie starczało na jej dociągnięcie.
Spędziłam tam bez mała 10 lat, a że akurat rzucałam palenie, nie było to łatwe.
I tak się zaczęłam moja droga korektorska.
Dla dzieci byłam alfą i omegą, bo "mama zna się na kompie i na kompie pracuje). Przypominam, był rok 1992 :)
I tak, przez nagłe zamknięcie interesu właściciela Elektromisu, gdzie zarabiałam naprawdę dobrą kasę, poprzez 10 lat w Auschwitz i już niedługo 15 lat w obecnej fabryce - jakoś ciągnę ten wózeczek :)
Tak mi się na śledzenie drogi zawodowej zebrało.
A na początku po studiach było archiwum w Energopolu-7. Potem kilka lat w BG AR (i w nieodżałowanej Filii nr 1), skąd przeszłam na rentę po 10 latach pracy.
W dupę dają mi lata pracy na czarno, ale...
Nie, nie żałuję.
Moje dzieci nie znają klucza na szyi.
A i Pierworodny zbuntował się, że jak to, Inżynier ma 8 lat i swój klucz, a on musiał czekać do 12. roku życia?
Więc tak, analizując i dociekając...
Mam się martwić, że mi się dni mylą?
Czy odpuścić?
Powinnam wykonać tekst zegara (ma się wiedzę z Auschwitz i wujka G.), ale...
Boję się.
Bo nie pocieszają mnie słowa P., z którym o tym już rozmawiałam, i który mówi: mama i skleroza? Nie, za dobrze mama wszystko pamięta i nie ma kłopotów w pracy.
Inżynier też się ze mnie śmieje.
A mnie się nie uśmiecha lecieć do jakiegoś lekarza.
Nie ma opcji.
Gdy wracałam do domu, w dobrych czasach, gdy czekały na mnie jeszcze dwie stęsknione duszyczki i od drzwi mówiłam, że nie wiem, jak się nazywam, taka jestem zmęczona, duszyczki stawały na baczność i recytowały karnie pleno titulo: dwojga imion i dwojga nazwisk...
:)










































