niedziela, 22 czerwca 2025

Coś jest nie tak

ze mną, Kochany Pamiętniczku.

Mój czas nie jest moim czasem.

Dziś obudziłam się święcie przekonana, że jest poniedziałek.

Tradycyjnie: kibelek, rączki, kropelki, oczka, minuta z zamkniętymi i jako że dla mnie poniedziałek niepracujący, więc bez pośpiechu sobie ajpadzika wyciągam i w poniedziałek to muszę nazbierać w pasjansach punkty premium, więc układam 16 pasjansów na początek. Wchodzę w to premium i zonk, mówi mi, że jeszcze prawie 18 godzin, zanim będę mogłą to ułożyć. To mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło, ale myślę... W poprzedni poniedziałek miałam od rana zapieprz jak Zatopek, pewno układałam dopiero wieczorem i godziny się przesunęły. Ale dalej mi coś nie pasuje.

No nic, ułożyłam codzienne 5 wyzwań, a muszę się pochwalić, że od 5 lat ułożyłam wszystkie codzienne pasjanse - inne eventy czasem robię, ale rzadko, bo to zajmuje za dużo czasu. I tak sobie po blogach polatałam, prasówkę i fejsbukówkę zaliczyłam i do gimnastyki się zabrałam. 
Wszystko po kolei, jak należy. No to pora do kuchni, po codzienne pigułki.

Idę, pudełeczko z drugsami wyciągam i coś mi znów nie pasuje... Otwiera się niedziela... Myślę sobie: pewno wczoraj nie zażyłam tableteczek. Ale dalej mi coś nie pasuje, więc lecę do kalendarza. Ten pokazuje niedzielę, ale że zazwyczaj okienko przeciągam, wyciągając krople z lodówki (prawie całą półkę mam w lodówce kropli, tak o mnie mój okulista dba), więc zakładam, że dziś nie przeciągnęłam. Ale dalej mi nie pasuje, więc wlokę się do kompa i...

Olaboga, faktycznie, niedziela jest.

Ale że aż tak mnie pogięło?

To tylko zwykła demencja czy już ten Niemiec, co klucze i inne rzeczy po kątach chowa? 

Na razie nie mam innych kłopotów z pamięcią, oprócz tego, że czasem ucieka mi jakieś słowo, nazwa lekarstwa na przykład, rośliny, łapię się też na tym, że nie pamiętam nazwisk ludzi, z którymi kiedyś pracowałam. Trwa to czasami parę dni, czasami parę godzin, nagle, chociaż o tym nie myślę, zagubione słowo wyskakuje znienacka. I daty. Dat nigdy nie pamiętam, jak nie mam zapisane, to mogiła. Ale do dat nie miałam nigdy głowy, co było świetną okazją do żartów ze strony dzieci.

Pamiętam za to doskonale piosenki z przedszkola, wiersze, wierszyki, wiersze (różne) mogłabym mówić przez całą dobę, nie powtarzając ani jednego.

Panią Twardowską do dziś wyrecytuję, wybudzona ze snu, w całości.

Nie pamiętam tytułów filmów. Książek tak, filmów nie.

Teraz, na stare lata, dzięki internetom i słuchawkom odkrywam, że melodie, kołaczące mi po głowie jako ulubione moich bliskich - to stare przeboje - ale to już inna bajka.

Książek - a czytałam mnóstwo, gdy zaczynałam pracę w korekcie śmiałam się, że mało, że robię to, co lubię, to jeszcze mi za to płacą - nie pamiętam już tak dokładnie. Mało jest takich, które utkwiły mi naprawdę z detalami w pamięci - i miałabym dziś kłopot, by napisać wypracowanie na temat którejś z nich, choć zarys pamiętam, ale poszczególne postacie - ich charakterystyka, opisy, to już byłby problem bez uprzedniego przekartkowania książki. 

Czasami przy pracy nagle otwiera mi się klapka w mózgu, wiem, że to już było i obecna wersja mi do niczego nie pasuje (a mam szeroki przekrój tematów - uprawa, technika, hodowla bydła i świń, zarządzanie,w  tym wszystkie jebane unijne przepisy, prawo) - męczę autora i przeważnie mam rację. Ale gdy ktoś zapyta mnie o tekst, który robiłam przed dwoma godzinami, to rzadko go kojarzę, za dużo tego, żebym obciążała sobie tym pamięć - chodzi mi o to, że dany autor wysyła mi danego dnia 3 teksty, a potem pyta, czy to już robiłam. Jeżeli on nie pamięta, co mi wysłał, a wystarczy, że założy sobie teczuszkę "Teksty po korekcie", to dlaczego ja, skacząca od działu do działu i z tematu na temat w tempie amerykańskim mam to pamiętać?
Nie miałam czasu na zapiski jak dzieci były małe - nie było kompików, a pisania ręcznego nie cierpiałam w zasadzie nigdy, więc wiele rzeczy mi umknęło. I tego naprawdę żal, dziś co dzień FB przypomina mi, co zdarzyło się tego dnia przed 15 laty, bo chyba od tylu lat mam tam konto.

Mam też stare poczty, jak mam chwilę, czyszczę (ilość elektronicznego śmiecia po mnie będzie powalająca), odkrywając przy tym rzeczy, które dawno wyleciały mi z pamięci - ludzie, których nie pamiętam nawet i muszę się dobrze zastanowić, o kim mowa, bo kiedyś pisałam mnóstwo emilków, zapisywałam też rozmowy na GG (nieodżałowane GG, jakże brakuje mi tej ukochanej ikonki, której nic  nie jest w  stanie  zastąpić, przecudnej urody <sex> - dwie sekszące kuleczki - ikonka-wytrych, pasowała do wszystkiego). 




I ten dreszczyk rozkoszy, gdy przynosiło się do domu GIF zapisany na dyskietce (mam jeszcze komputerek z wejściem na dyskietki, pewno Inżynier dałby radę to uruchomić, ale kiedy on na to znalazłby czas?).

Te poczty trochę zastępują mi pamiętnik i bloga, którego wtedy jeszcze nie pisałam, zwłaszcza z okresu, gdy moi chłopcy (no, bez Pierworodnego, bo ten niepiszący jest, analfabeta) siedzieli w  UK, a internet mieli jeszcze z wiaderka. Od sąsiada, znaczy się, i emilki słali.

Tak, żyjemy w fascynujących czasach. Pominąwszy sterty papierowych listów, które mam i których lektura parę lat temu wpędziła mnie w głęboką depresję, a których wciąż nie mam odwagi zlikwidować, a czytać już na pewno nie będę, bo nie chcę powtórki z rozrywki, a została mi jeszcze masa do przekopania się, bo są tam takie, które chcę odnaleźć jednak, chociaż wciąż myślę: qui bono?

Czy martwię się tym, że ktoś je odczyta. Nie, absolutnie. Nie sądzę, żeby ktoś miał siłę, cierpliwość i ochotę na odczytywanie takich pożółkłych stron. Zapisanych często bazgrołami.  A nawet gdyby znalazł się taki szaleniec, to mi będzie to już dokładnie obojętne. A lektura tego znudzi człowieka, nieznającego ani ludzi, ani okoliczności z tych epistoł :) 

A że zaczynają się znów koszmarne upały (dziś w popłochu zasłaniałam znów rolety, prawi cały dzień siedząc w półmroku, czego nienawidzę, bo czym innym jest przyjazny półmrok jesienno-zimowy, a czym innym duszący półmrok letni), więc znudzona szukaniem czegoś, na czym da się oko zawiesić - a mam Netflixa, Disneya i HBO, nie licząc niezastąpionego Pirata, ale do niego nie zawsze są napisy, może znów wezmę się za szpargały?

I oczami duszy widzę siebie, siedzącą znów przy starym biurku,  ze słuchawką na jedno ucho, bo tylko taką miałam, z jednym z pierwszych magnetofonów (tych małych, Sony, dużego nigdy nie miałam, Sony, który znudził się szwagierce w DE), chłopcy uśpieni, a ja pracowicie robię elektrody do EKG.

Tak, lata całe robiłam elektrody do EKG, na czarno, dlatego moja emerytura taka mikra jest, ale szczęśliwa, że mogę dorobić do renty chociaż tak, żeby było na coś więcej niż na sól do śledzia i na benzynę do malucha, którym Eks co dzień zasuwał na Wygwizdowo do teściowej na kawę. Wygwizdowo leży prawie tak daleko jak włości, a nie było wtedy obwodnicy. Eksowi "się należało coś od życia", a mnie się należała praca :) I tak mi zostało do dziś :P 

Elektory produkował szwagier w warsztacie na Wygwizdowie (do dziś ma ten warsztat, choć już do osiemdziesiątki powoli dojeżdża, szwagier, nie warsztat), nie wiem, czy jeszcze  robi elektrody czy coś innego, bo różne rzeczy potem robił. Elektrody produkował dla Religi, dlatego znałam profesora osobiście. 
Tak, nie zawsze byłam korektorką i bibliotekarką. Umiem też malować na tkaninach, ale to nie wypaliło, bo dostałam wzory do malowania (przedwojenne, trochę ich jeszcze mam w komórce) w momencie, gdy świat przyspieszył i nikt już nie bawił się w wyszywanki... I sztuczne kwiaty też robiłam (na czarno, a jakże), interes był zarejestrowany na Eksa, ale kto pracował? Ja. Bo Eks pierwszego dnia pracy wsadził łapę pod 10-tonową prasę do wyciskania płatków... Jako że państwowa służba zdrowia olała zmiażdżony palec, a prywatnie nie chciał iść, bo "to kosztuje i nie będzie miał na benzynę", siłą zawlokłam go wieczorem z krwawiącym palcem do zaprzyjaźnionego chirurga, z gabinetem w garażu, który elegancko przeszczepił mu kawałek dupy na ten palec (kość było widać). No i potem dzieci miały radochę, chwaląc się, że ich tata umie się ugryźć w dupę :) 

Sztuczne kwiaty zabiła konkurencja z Chin - zdobywając materiał spod lady, robiąc wszystko sama, jednocześnie ogarniając dom, zakupy (w czasach jeszcze kolejkowych) nie byłam konkurencyjna dla chińskich sztucznych kwiatów - zresztą i dziś nie byłabym z naszym ZUS konkurencją.
Tak więc po drodze jeszcze mi się trafiła kariera sprzątaczki, odpowiedziałam - już w czasach początków Solidarności na ogłoszenie z jakiegoś pierwszego coś a la spa. Bo u ciotki Eksa, kobiety po Syberii, żony przedwojennego urzędnika poznańskiego magistratu, która ową Syberię z dwójką nieletnich dzieci przetrwała dzięki prostym Sybirakom, bo do końca życia przypalała nawet wodę na herbatę, gromadziła suchy chleb i niewiele ogarniała, też robiłam za sprzątaczkę, bo jej dzieci nie miały czasu, a jak potrzebowałam kasy. Więc poszłam do tego spa, ubrałam się ładnie, gość uprzejmy, o wykształcenie zapytał. Podkreślałam, że jako rencistka, młoda, ale już nieplanująca ciąży jestem idealnym nabytkiem dla spa. A pan na to: wykształcenie jakie ma? I ja głupia, zamiast powiedzieć podstawowe, bo przecież podstawówkę ukończyłam, zaszczebiotałam: wyższe. 

No i dupa, dowiedziałam się, że nici z kariery na mopie, bo za mądra jestem i mu jeszcze związki zawodowe założę i załogę zbuntuję.

A rodzina wciąż zlecała mi jakieś cuda wianki, a to nocne pakowanie towaru na Ukrainę, bo pracownicy nie chcieli po nocach robić, a to inne  cuda, bo: "SJ nie ma co robić, nie pracuje, pewno się nudzi".

Próbowałam dostać się do pracy w bibliotece Polskiego Związku Głuchych, jako że wykształcenie kierunkowe mam, ale dowiedziałam się, że się nie nadaję, bo... nie znam języka migowego, chociaż mam gdzieś tam jeszcze legitymację PZG. Na moje, że nauczę się,  bo skoro opanowałam rosyjski, francuski i łacinę, to i migowy ogarnę. Nie, nie miałam kwalifikacji.

Posadę dostała kuzynka prezesa PZG z wykształceniem podstawowym. Też nie znała migowego, ale znała prezesa.

A potem, wciąż słuchając, że SJ nic nie robi, wkurzona, znalazłam w Dzienniku Poznańskim ogłoszenie, że szukają korektorki.

Jako że na studiach miałam ruch wydawniczy, znalazłam zeszyt z notatkami (do dziś go gdzieś mam) i poszłam na interview. Kierowniczka była w szoku, że znam znaki korektorskie (ludzie do dziś ich nie ogarniają), że widzę błędy, ale... mój słuch. Bała się. No i nie znałam absolutnie kompika, a oni w 1992 już pracowali na maczkach.

Nie miałam aparatów wtedy.

Ale... Była tam Ela K., niesłysząca na jedno ucho, notabene świadek Jehowy (o jeżu kolczasty, jak ona potem usiłowała mnie nawrócić, ojacierpiędolę), która w ramach solidarności głuchych wynegocjowała, że dostanę dwutygodniowy okres próbny i jak się sprawdzę, dostanę etat.

Trafił mi się też chłopak o 20 lat młodszy ode mnie, informatyk (do dziś mamy kontakt wirtualny, a dla moich dzieci jest on legendą, wystarczy Wojtek i już nic nie muszę tłumaczyć), który cierpliwie wprowadził mnie w tajniki kompa. To było prościutkie, bo dzięki temu, że klawiaturę znałam perfekt, bo i trening w biurze u ojca, i przepisywanie na maszynie prac magisterskich, opanowanie obsługi kompa było proste jak budowa cepa. Tylko wystarczyło zapamiętać, że alt X to ź :) Problemem przez parę dni była obsługa myszki, mam zaburzenia błędnika i blatu mi nie starczało na jej dociągnięcie.

Spędziłam tam bez mała 10 lat, a że akurat rzucałam palenie, nie było to łatwe.

I tak się zaczęłam moja droga korektorska.

Dla dzieci byłam alfą i omegą, bo "mama zna się na kompie i na kompie pracuje). Przypominam, był rok 1992 :)

I tak, przez nagłe zamknięcie interesu właściciela Elektromisu, gdzie zarabiałam naprawdę dobrą kasę, poprzez 10 lat w Auschwitz i już niedługo 15 lat w obecnej fabryce - jakoś ciągnę ten wózeczek :) 

Tak mi się na śledzenie drogi zawodowej zebrało.

A na początku po studiach było archiwum w Energopolu-7. Potem kilka lat w BG AR (i w nieodżałowanej Filii nr 1), skąd przeszłam na rentę po 10 latach pracy.
W dupę dają mi lata pracy na czarno, ale...

Nie, nie żałuję.
Moje dzieci nie znają klucza na szyi.

A i Pierworodny zbuntował się, że jak to, Inżynier ma 8 lat i swój klucz, a on musiał czekać do 12. roku życia?

Więc tak, analizując i dociekając...

Mam się martwić, że mi się dni mylą?

Czy odpuścić?

Powinnam wykonać tekst zegara (ma się wiedzę z Auschwitz i wujka G.), ale... 

Boję się.

Bo nie pocieszają mnie słowa P., z którym o tym już rozmawiałam, i który mówi: mama i skleroza? Nie, za dobrze mama wszystko pamięta i nie ma kłopotów w pracy.

Inżynier też się ze mnie śmieje.

A mnie się nie uśmiecha lecieć do jakiegoś lekarza. 

Nie ma opcji.

Gdy wracałam do domu, w dobrych czasach, gdy czekały na mnie jeszcze dwie stęsknione duszyczki i od drzwi mówiłam, że nie wiem, jak się nazywam, taka jestem zmęczona, duszyczki stawały na baczność i recytowały karnie pleno titulo: dwojga imion i dwojga nazwisk...

:)  

 

 


   

piątek, 20 czerwca 2025

Przez

 to Boże Ciało, Kochany Pamiętniczku, wszystkie dni mi się pokręciły.

I chcę pięknie podziękować wszystkim, którzy ucieszyli się z mojego powrotu.

Zrobiło mi się szalenie miło, nie ukrywam. 

Po wiekopomnym zamknięciu w środę, w święto wstałam jak nieżywa (a kogucik jak nieżywy wpadł w pokrzywy, ani drgnie) i zrobiłam sobie Dzień Dziecka. 

Znaczy się, łba nie umyłam, kąpieli nie wzięłam, gimnastyki nie uskuteczniłam (a uskuteczniam ją co rano), na obiad zjadłam pyry z gziką. Jedynie badylki na balkonie podlałam, bo gorąc był.

Lawenda, zapach zabija :) 

Goździki, szaleją... Pinkowe na dociepkę...
I begonia, ta dopiero odstawia cuda wianki :) Jeszcze trochę i skrzynka się złamie, skrzynka, na której stoi ma dokładnie 39 lat :) Nic już w niej nie sadzę osobno, bo przecieka, ale zabytku przecież nie wyrzucę.
I szałwie, przywieziona jako dar od gminy, którą kazały zabrać Łobuzy - były same liście, a ta nagle wzięła i zakwitła jak głupia.

Tak samo jak storczyk, który dostałam od Inżyniera (a u mnie storczyki szybko konają w mękach) w zeszłym roku, a ten nagle wziął i drugi raz kwitnie

 


 A oprócz tego dopieszczam się



 

A to piwoniami...


 

... a to słonecznikami (tak, już są, teraz wszystko jakieś takie pomieszanie z poplątaniem).

Obudziłam się, nie wiedząc jaki mamy dzień, czułam się jakoś dziwnie - sobotnio-poniedziałkowo, zanim uświadomiłam sobie, że jest piątek i tak, wszyscy mają wolne, ale nie mam wolnego ja...

Bo podjęłam się tego jebanego atlasu, ale patrząc, jak szybko zlatuje mi kasa z konta, choć olaboga nie szaleję (no, może trochę, ale przecież do grobu kasy nie zabiorę, a wybieram się tam powoli), stwierdziłam, że cóż, pecunia non olet i z nieba nie leci.

Więc oczka kaprawe zakropiłam, przez minutę, czekając aż krople wlecą, gimnastykę uskuteczniałam (a co, jestem wielozadaniowa), potem pasjanse, kolejna gra, wyskok z wyrka, zmiana pościeli, pościel do prania, śniadanko i...

sruu na Manhattan, bo w lodówce jednak dużo brakowało.

I surprise, hip-hip hurrrrrra...

Są pomidorki, nareszcie :) Cena hmmm. Za zwykłe (tradycyjne) 9,90, te fikuśne po 19,90 - czyli zeszłoroczne, ale... cóż... 

Ale po to pracuję, żeby żyć na szerokiej stopie (niech tego nie czyta urząd skarbowy, bo będzie mnie ścigał), więc



 I kalafiorki kolorowe są, a że sezon na nie krótki, więc nie żałowałam sobie. Na "normalnych" straganach kalafiory po 3 zł, a ja sobie zafundowałam takie po 10 zł za główkę.

Ściga mnie urząd skarbowy. 

Na Manhattanie za całokształt zostawiłam dokładnie 120 zł. No, dokupiłam jeszcze komarzyce, bo mogę... 


 To nie wszystkie zakupy z Manhattanu, bo i szparagi (nie załapały się na fotkę, bo w lodówce wylądowały), i ziemniaki, i rzodkiewki, i truskawki, i czereśnie, że drobnicy już nie liczę, bo wstyd :)

No i obiad był wypasiony - zeżarłam pól kilo bobu.

Z koperkiem i masełkiem.

I głodna nie jestem, a sprzątałam potem jak gupia...

Na kolację nie mam miejsca, więc opłaciło się.

A jako że był reportaż o Bystrym (taki rzeźnik ze Swarzędza), a u Sobkowiaka pracują teraz wybitnie niemiłe babska, a i jak się okazuje - jakość leci na łeb i na szyję, polazłam do Galerii, bo tam Bystry jest. 

I kolejka jak za komuny, stałam w niej  prawie godzinę, ale... opłaciło się.

Tak, reportaż nie kłamał, jedzenie warte grzechu (będą rolady z wołowiny, świeżutka, czerwoniutka, raz na jakiś czas można zjeść czerwone mięsko, zrobię jutro), a i pani bez szemrania i mówienia, że się nie da, wędzonkę krotoszyńską pokroiła w drobne plastry :) U Sobkowiaka  "się nie da". Więc przeproszę się z Galerią, wybiorę dni, kiedy nie ma kolejki (bo takie są w środku tygodnia)... I mają tort z twarogu, taki, że ojacierpiędolę...

I do Biedronki wlazłam, choć ją bojkotuję, ale w okolicy nigdzie nie ma Kłębuszka, a właśnie mi się skończył.

A prać trzeba, co nie? :) 

Mnie tam Kłębuszek wystarcza, nie szukam Persilów i innych niemieckich wynalazków :) 

No dobra, zrelacjonowałam dzień.

A potem ogarniałam kuwetę i...

Emilek przyszedł. Umówiona byłam na 14, przyszedł o 13.35.

Że po naradzie w środę po południu jednak zamkną atlas 27 czerwca w piątek (mieli zamknąć dziś, chcieli przesunąć na 30 lipca - odmówiłam korekcenia, bo ja, MAM urlop od 28 lipca).

No, zmobilizowali się,że ojapierdolę.

Ale...

Innej korektorce pewno musieliby zapłacić więcej i nie byłaby elastyczna z terminami, tak jak ja.

I tak - nie byłaby taka idealna jak ja.

I nie, nie przemawia przeze mnie pycha.

Tylko stwierdzam fakt :) 

Bo nie sądzę, żeby "normalna" korektorka wiedziała, że "podsieciowa część pędu" to jest podliścieniowa część. To jest robota redaktora, nie korekty. Korekta nie musi ogarniać tematu, bo temat jest specjalistyczny.  


Tak samo nie musi wiedzieć, że "opróżnienie wegetacyjne" to nie żadne opróżnienie, ale opóźnienie.  Korekcie się literki zgadzają, za resztę nie odpowiada.

A szczytem szczytów były osypujące się strączki na ziemniakach oraz ziarniaki na kolbie ziemniaków.

Konia z rzędem temu, kto wyjaśni skąd się to wzięło?

Więc tak, jestem idealna.

I dlatego dostaję emilki: kochana SJ...

Bo nie puszczam: Unia Europejska jest kontynentem :) 

I tak, ciężko pracuję na sól do śledzia.

Ale też z drugiej strony nie umiem mówić: nie.

Pojechałabym, jak ta moja bajka, za góry, doliny, i nic mi nie żal, choć powinno być żal...

Ale patrząc na narodową gorączkę długoweekendową, dobrze mi w domu.

Chociaż dziś sponsorem jest 

 


 

 to i tak kocham te chwile :) 

Tak pod wieczór polał się miód na moje serce, bo okazało się, że kupili Łobuzom te zegarki (nie ogarniam tego, sama sobie coś takiego kupiłam, miało mi ułatwić życie, ale mnie tylko wkurwiało, okazując, że mam  ciśnienie niezmiennie 112 na 80, a moje leciało w Kosmos i nie, nie był to tani gadżet, łączył się z ajfonem, ale i tak wylądował w szufladzie, da się bez tego żyć znakomicie), dołożyłam  się trochę do nich i hurrra... będę miała kompanię na WhatsApp.  Z Kalafiorkówną pewno będzie niełatwo, ale będę mogła Alienka uczyć niecenzuralnych zwrotów, co jest moim marzeniem. I po polsku, i po angielsku, bo i w tym języku znam brzydkie słowa. Na piśmie... :P

No cóż, nie jestem idealną babcią, tak wyszło :)

Jutro jadą odebrać zegarki, bo nie było takich, jak chcieli i do Orange się jakoś podłączyć.

To już nie do ogarnięcia przez mój gupi móżdżek.

I tak sobotę będzie sponsorowała inna piosenka - może Galapagos, bo właśnie mi się przypomniała...

Obcy los zniszczy moją przyszłość, więcej już na ten brzeg nie przychodź, przyjaźń Twoją chciałabym czasem wśród nocy wspominać...

Parę rzeczy zapomniałam kupić, więc jutro też mam motywację do wyjścia z chałupy. Bo tak ogólnie na łażenie jest dla mnie za gorąco - niedawno było za zimno, teraz jest za gorąco, żyćko :) 

 I dla Zmorki, bo nagle mi się przypomniało: I. padła klima jakoś dawno, może ze 2 lata temu. Nie naprawiał, bo trzeba było demontować całą deskę rozdzielczą. No, jeżdżenie w czasie upałów było niehalo, wiem, bo jechałam, nawet we wrześniu mamy teraz upały. I nagle naprawia, bo... Kundel. Kundel jechał na Szachty i potem rzygał, bo było mu za gorąco. A jedzie z nimi nad morze. Co byś o tym pomyślała? Rozumiem miłość do zwierząt (może nie do końca), ale są jakieś granice, co nie? Mając taką miłość w sercu, bierze się biedy ze schronisk,  a nie kupuje za grubą kasę rasowych (tak, ich wszystkie są kupowane, nie adoptowane). Na pewno jest wielu czytaczy wielkich sierściolubów (chociażby AMP), ale jak dla mnie to przegięcie. Mają wiele wydatków, na które nie mają kasy, ważniejszych do życia, ale... Kundel musi wypocząć nad morzem. A koty mają mieć wolierę, ale pewno jej nie dożyją, bo w szkatule pustki.

Na cóż, moje osobiste zdanie jest takie, że wszystko ma swą miarę, i skalę, i stopnie.

Że najpierw ogarnia się to, co do życia jest niezbędne. A potem zachcianki i fanaberie.

Po prostu mam inną skalę wartości.

I nie, nie wybieram się nad morze. Tu kiwam łapką do Eli Kos :) Nie wyszło, nie w tym roku, nie dam rady :) Ale moi znów będą w Twoim Heimacie :) 

I wolałabym wreszcie mieć łazienkę na piętrze wykończoną, niż psa za kilka tysięcy, generującego kolejne wydatki i to niewąskie.

Fakt, nie moja kasa, nie mój cyrk i nie moje pchły.   

 I staram się nie myśleć o upadku mojego kraju, gdy Ążej zaprasza sutenera na posiedzenie RBN.

Kurwa, od razu pomyślałam, że jak to, bez certyfikatu do treści niejawnych ktoś o takiej reputacji wchodzi na posiedzenie nie dla zwykłych śmiertelników? 

Topnieje moje zaufanie do Tuska.

Rośnie do Giertycha, którego kiedyś, gdy był w LPR miałam za debila - no cóż, dorósł. I mądrze prawi.

I coraz mniej podoba mi się to towarzystwo wzajemnej adoracji, na które głosowałam.

Że nie tupnęło nogą i...

Też pasie się u żłoba.

I tak, jestem za Izraelem.

Chociaż tamta bliskowschodnia nawalanka w ogólnym rozrachunku może się skończyć scenariuszem katastroficznym, z Ostatniego brzegu.

I oby nie był to scenariusz z Paradise, chociaż w sumie zakończenie sezonu daje nadzieję...

Marzę, by moje wnuki zaznały życia w spokoju.

Tak jak i ja przeżyłam większość swojego, mimo gróźb zimnowojennych i innych...

Nie zaznając grozy bomb lecących na mój dom. 


Dość się na dziś napisałam, ale staram się na bieżąco, by nic nie umykało mej słabnącej pamięci...

 

 

 

 

 

 

 

środa, 18 czerwca 2025

Zaczynam się

 łamać, Kochany Pamiętniczku, czy nie wrócić czasem.

Ale łamię się powoli, choć wiele się dzieje...

Mała Wiedźma wylądowała w szpitalu - ma torbiel kieszonki Rathego.

Oczywiście, jak trwoga to do Boga, odezwali się do mnie, byłam w szpitalu, niby ogarnęłam wszystko z Pierworodnym, w kurcgalopku jechałam w sobotę po ciężkim tygodniu pracowym, mając w perspektywie nocowankę Łobuzów u mnie. 

Pojechałam wcześniejszym autobusem, na przystanku już  czekał P. Nieuczesany tak, że ojapierdolę, więc wyskoczywszy i zaatakowawszy go, wręczyłam mu grzebień, od razu wyglądał, lepiej.

Był z torbą, z taką z jaką mieli zwyczaj mnie puszczać, przyjeżdżając z UK - zawsze się śmiałam, że puszczą mnie z torbami.

Na pytanie o plecaczek, okazało się, że plecaczek w krótkich abcugach wykitował. W Dzień Dziecka, kiedy zwołałam całą familię na festyn osiedlowy - nie dojechała tylko Inżynierowa.

Nieco to spustoszyło moją kasę, bo wzięłam wszystkich na pizzę do Da Grasso, a potem na lody.

Chciałam skonsolidować rodzinę, ale wyszło to średnio na jeża, bo u Pierworodnego wciąż sprzątają.

Mniejsza z większym, Mała Wiedźma przyszła z fajnym makijażem, ale olaboga, makijaż u piętnastolatki (jeszcze niespełna)? Mnie ojciec ganiał za makijaż jako już pełnoletnią dziewczynę, jojcząc - kto to widział, żeby kwiatek malować, wyglądasz jak puchacz w klatce, a moja - największa - miłości przed zabawą wsadziła mnie pod pompę i ceremonialnie zmyła mi makijaż zimną wodą, co było nie lata wyczynem, albowiem wtedy były inne utensylia, choć nie wodoodporne. Wbił mi do głowy, że jestem najpiękniejsza saute i tak mi na stare lata zostało. Nawet kremu używam sporadycznie, raz na ruski rok, gdy już teraz moja stara skóra mówi mi grzecznie, że pęknie...

Mniejsza z większym, nie jojczyłam.

A MW jako kilkulatka wpadała już do mnie z pomalowanymi paznokciami, co było nieporozumieniem, bo trzymała je w kształcie pistoletu i krzyczała pink, pink, co ja zrozumiałam jako ping, ping i objechałam P., że uczy dziecko strzelać.

Ale to była szkoła babci J. zadowolonej, że robi z niej kobietę elegancką, nie takie byle co, jak ja.

MW została po weekendzie wypisana ze szpitala, neurolog nic nie stwierdził, dał skierowanie  do... laryngologa.

I odtąd cisza w eterze znów.

No bo ja jestem do gaszenia pożarów.

Ale szczerze - boleję nad P.

Bo ma na serio pod górkę i pod wiatr, tylko...

Zabrałam go do Pestki i po wielkiej włóczędze po sklepach (nigdy więcej, ja wchodzę i kupuję, nie latam, nie porównuję, nie grymaszę, nie kombinuję) kupiłam mu plecach jako dodatek do 45. (sic!) urodzin, bo przedtem kupiłam mu bilety (dla niego i osoby towarzyszącej) na grudniowy koncert Dżemu, Big Cyca i innych miłości jego młodości. Plus dostał kasę na jakąś wypasioną książkę, więc się nazbierało...

Czy zasłużył? Nie wiem. Ale na moje serce zasługiwać nie musi.

Aczkolwiek boleję nad bezustannym okłamywaniem mnie na wszystkie możliwe tematy.

Cóż. Było wyskrobać, a nie rodzić, teraz już jest za późno na wszystko.

Kończąc to narzekanie, zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle jestem komuś na coś potrzebna?

I tu odezwałby się I. z gorącym protestem.
Ale...

Takie czasy.

My w maluchu mieściliśmy się w zasadzie w piątkę. Znaczy się, my plus teściowa lub mój ojciec, mój brat. Wiadomo, maluch nie z gumy, ale tę trójkę dorosłych i dwoje małoludów pomieścił. Fotelik był jeden, taki dziś nie do zaakceptowania.

A ja? No cóż, nie mówię, jestem wożona jak coś.

Ale...

Wiem, że nigdy nie pojadę z nimi na jakiś wspólny wypad, bo...

Za gruba jestem.

Fakt, nie zmieszczę się między dwa foteliki dla Łobuzów. 

Oczywiście, rozumiem konieczność ochrony dzieci.

Ale...

Nie pojadę nawet jak dzieci wyrosną z fotelików, bo...

Tam jest miejsce dla psa.

Fakt, nie ważę i nie będę ważyła 10 kg jak Kundel. Nigdy :)

Ale psa nie można nigdy zostawić, więc jak coś - nie mieszczę się.

W planach jest za kilka lat kupienie SUV.

No cóż - mogę nie mieć tych kilku lat.

Mogę za te kilka lat nie mieć już ani siły, ani ochoty ma takie wyjazdy.

Zaciskam zęby, ale w głębi duszy czuję żal, że moje dziecko jest z kimś, kto bardziej ceni zwierzęta niż ludzi i że przeciągnęła go na tę stronę.

Życie, co, nie?

Tak się we mnie zbiera...

Alieniątko dostało taką ocenę opisową, bo teraz nie ma świadectw, że popłakałam się ze wzruszenia. Wszyscy na niego narzekają, a on jest - jeszcze - idealny.


 

 

 


 Narada wojenna się odbyła i okazało się, że I. zachomikował jakiś cykl komiksów, który bardzo podobał się Alienkowi, a za który zapłaciłam za ciąg dalszy i nowe wydanie jak za zboże, mam to opatrzyć dedykacją i osobiście mu wręczyć. Że jak babcia kopyta wyciągnie, to coś zostanie po niej :)

Kalafiorkówna właśnie przedszkole skończyła i nie jest AŻ tak zainteresowana edukacją, jak moje Alieniątko. Tak, moje, niezgrabne, wycofane, z wadą wymowy i innymi takimi tam.

Cóż, zarzekałam się, że nie mam faworyta, ale mam. On zawsze bez okazywania humorków leci do mnie z otwartymi ramionami, ostatni skonfiskował mi skorekcony przeze mnie atlas chwastów, czytał go jak najciekawszą lekturę... Atlas chwastów dla rolników praktyków, czytał nawet stopkę i pękł z dumy, że korekta to jego babcia :)

Umie mi podbić bębenek jak nikt, a atlas zdrowia świń, 800-stronicowy przejrzał, docenił moją pracę, ale nie chciał, bo... były tam zdjęcia martwych świnek. Słusznie uczynił.

A na rodzinnej imprezie, gdzie były akcesoria policjanta, kiedy wykończył już wszystkich, zakuwając ich w kajdanki, gdy ofiarowałam się z dobrego serca, że może mnie zakuć, żachnął się, twierdząc, że nie, że babci nigdy, bo ona jest kochana, po czym zakuł w kajdanki własnego ojca...

Więc tak to tak, nie ma opcji...

I tak rodzinnie-nierodzinnie mijał mi czas, dołożyłam do rowerów i Inżynierowej, i Inżyniera, awansem, w ramach urodzin, bo latem mam rodzinną kumulację...

Pracując wciąż z zaparciem.

Ale... jako że mam nadpłatę ponad 2 tys. na czynszu, nie płacę go przez 3 miesiące i jeszcze coś zostanie, więc nie odbiło mi się to za bardzo na portfelu.

W międzyczasie obleciałam ZUS i upewniłam się, że mając przyznaną rentę rodzinną (zawieszoną, jak było do przewidzenia - Eksa jest minimalna) mam złożone podanie o wdowią - dupy nie urwie, ale na prąd chociaż będzie. Jednocześnie ogarnęłam tę kasę, co leży w ZUS po śmierci mojego brata, ale ponieważ zmarł 20 lat temu, a nie miałam przeprowadzonego postępowania spadkowego - dupa blada. No i I. przypomniał mi, że niewarta skórka za wyprawkę, bo są dłużnicy, a dość przeszłam ze SKOK. Odpuściłam.   

I tak dzień za dniem coś leciało...

A w tle praca.

Najpierw okazało się, że maszynki nie są maszynkami, ale dodatkiem, no i naczelny jak zawsze poszedł mi na rękę. Będzie - może nie oszałamiający, ale zawsze dodatek do pensji.

A potem zgłosiła się matka firma, że atlas.

Się podjęłam.

A cuda wianki w tym atlasie, bo liście narkotyczne zamiast nekrotyczne, inne takie tam, że olaboga. Bo autor mimo sugestii i zaleceń nie wyłącza słownika.

No niby dogadane, miało się kończyć pojutrze, znaczy się, po Bożym Ciele, więc nastawiłam się na pracę w święto, ale z głupia zapytałam o pracę w weekend i słyszę, znaczy się czytam, że... przenieśli się na 30 lipca.

I tu stanęłam dęba.

Bo ja od 28 lipca mam wypisany i podpisany URLOP na dwa tygodnie.

Przez 15 lat miałam TYLKO dwa miesiące całe urlopu, raz na sześćdziesiątkę mi Boss podpisał, bo powiedziałam, że na sześćdziesiątkę dzieci zafundowały mi wyjazd na biegun. A drugi raz dostałam urlop na ponad miesiąc, jak miała się urodzić Kalafiorkówna - mój najfajniejszy urlop, bo dzięki niemu miałam  Alienka na miesiąc i tak się zaprzyjaźniliśmy jak czekista z czekistą.

A po fuzji (wiekopomnej, temat na nową wielką notkę) mam fundusz socjalny i muszę wybrać ciągiem 2 tygodnie urlopu, żeby dostać parę setek za wczasy pod gruszą. To piechotą nie chodzi. I nie, nie kręci mnie kasa, bo do grobu jej nie zabiorę, co najwyżej co niektórzy będą musieli ograniczyć swoje wydatki. Więc pokorekcę im do 27 lipca i ani dnia więcej, Chcę mieć URLOP :) Kurwa, urlop bez myślenia o pracy. I tak wiem, że dziennikarze mają gorzej. Ale odchodzą, mają opcję. Odchodzi M., odchodzi do M. i... mówi, że ściągnie mnie do tamtej gazety. Mnie, siedemdziesięciolatkę :) Bo mnie potrzebuje i M. też. Nie podniecam się, bo nie wiem, jak tam jest, ale chętnie poszłabym za mniejsze pieniądze bez tego stresu i bez nacisków korpo.

Co ma być, będzie. Nie podniecam się. 

A jestem już, kurwa, tak zmęczona przesuwaniem ciągłym zamykania, terminów i nadgodzinami nie do odebrania, biciem piany na temat jaka to z nas superfirma, bałaganem, bajzlem i innymi okolicznościami, że powiedziałam NIE, nie korekcę na urlopie (nigdy więcej). Będzie problem, bo na maszynki zostają mi w czasie po urlopie tylko cztery dni, ale kurwa, tak się umawiałam na początku, godząc się na dodatkową pracę w nich.

Bo ja jestem proszę pana na zakręcie...

No i nic, cisza od atlasu, a dziś nieśmiały emilek, czy mogę, że policzy strony i dostanę za to kasę.

Jako że od 8 siedziałam w pełnej zbroi, nawet z cyckoświchem na wątłych cyckach, czekając na inspekcję, czy mi się gaz nie ulatnia (jak co roku, ale wiem, że potrzebne to), a ostanie strony ruszyły do pierwszej po 13.30 (mogłam na Manhattan polecieć, ale cóż, ja zawsze na posterunku, silna, zwarta, gotowa), zostałam więc z resztkami w lodówce (w Lidlu oprócz piwa adekwatnego do sytuacji nie upolowałam nic, z tego, co potrzebowałabym), znudzona już Gilmore girl's - dociągnęłam do końca, sequelu już nie mam siły oglądać... - powiedziałam YES.

I tak sobie popracowałam do 19.45, po czym poszłam do Lidla, skąd przywlokłam dwa prorocze piwka...


  

 Jestem Zen. Jak ten kwiat, kurwa, lotosu.
Kołodziejczak dziś podał się do dymisji, nie zliczę już, który to z kolei minister podaje się do dymisji w dni zamykania się mojej ukochanej gazetki :) Paru ich było - albo mają namiar na nasz harmonogram, albo mają pecha :)

No i odmówiłam w międzyczasie I. dojechania na grilla z rodziną N. Mnie trochę zabolało, jego bardziej, sądząc po wiadomościach, które dostałam.

Ale nie można mieć wszystkiego, trochę późno zaczynam tego uczyć moje dziecko.

Tylko dlaczego mnie to boli? (Nie wiem, czy jego też, ale mnie tak.) 

Balkon mam ukwiecony do bólu.

I to mnie kręci.

a do tego wszystkiego nieciekawa sytuacja polityczna - i ta po wyborach prezydenckich w PL, i ta międzynarodowa na Bliskim Wschodzie. 

W tle Ostatni brzeg.

A ja, korekcąca zdania bez sensu czasem.

Otwieram bloga na krótko.

Bo tak.

Bo może.

A jeżeli nie?

No to trudno :)  

 

 

 

czwartek, 1 maja 2025

Jedna

 rzecz z wishlisty odhaczona, Kochany Pamiętniczku :) 

Dotarłam wreszcie na Szachty, a to dzięki temu, że nie udało im się wyjechać do ZOO do Berlina, jak planowali.

I bardzo dobrze, patrząc na statystyki wypadków w tych dniach. Pojadą innym razem, co się odwlecze, to nie uciecze.

Pogoda była idealna, nawet stojąc w słońcu nie czułam się źle.

Inżynier opracował mi logistykę tak, że wyszło idealnie. Wprawdzie miałam spod domu jechać na pętlę autobusem lubońskim, ale... Między drugą pętlą są dwa przejazdy kolejowe i nawet zapas 20 minut mógł nie wystarczyć na ich pokonanie, więc wzięłam kijki w dłoń i pomaszerowałam trasą, której nie lubię, bo idzie pod wiaduktem, a tam się wchodzi pod górkę - moja zmora. Zziajana niesamowicie dotarłam na pętlę i dysząc na ławeczce w oczekiwaniu na mój autobus (ten pierwszy minął mnie po drodze), z satysfakcją patrzyłam, jak na zamkniętym szlabanie gromadzi się tłum. Szlaban był zamknięty dłuuuugo, więc zdążyłabym na mój autobus tylko lecąc przez tory, a ponieważ nikt nie przełaził, znaczyło to, że jakaś służba tam czuwa i mandaty wlepia :) 

Do ulicy Buczka dojechałam (razem z I. mieliśmy to  samo skojarzenie, dlaczego to Karola Buczka, a nie Karola B.), przeszłam na drugą stronę i o dziwo - leciał do mnie już Alienek, ściskający mnie namiętnie od razu, a mi w słuchawkach akurat grało: I just called to say i love you... I tak mu szeptałam do uszka, no i o dziwo nie protestował, że nie ten akcent :) Zamieniłam słuchawki na aparaty i ruszyliśmy. Od Kalafiorkówny też dostałam całuska, dziecko me wyściskało mnie jak zawsze, a Kundel dokładnie mnie obwąchał, obskoczył i trzeba go było siłą odciągać od pieszczotek. Tylko Synowa jak zawsze zdystansowana, ale szanuję to, że nie chce przytulanek, no ale mogłaby się chociaż uśmiechnąć czy hej rzucić. Mniejsza z większym. Po drodze zwróciła mi też uwagę, że mam nie mówić Kundel, bo to jest niemiłe, bo to rasowy pies jest. Odrzekłam, że na dzieci też mówię Łobuzy. Na co ona, że Kalafiorkówna nie lubi tego określenia, a ta za panią matką powiedziała, że nie. No zazwyczaj nie protestuje i ma to w pompie. A Alienek przylazł i powiedział, że jest moim Łobuzem.

Ja na własne dzieci mówiłam Bachory, oba  Bachory, w skrócie OBaB i jakoś żaden z nich nie czuł się pokrzywdzony...

No cóż, są ludzie bez poczucia humoru i dystansu do rzeczywistości.
A mnie szalenie wkurwia, jak ktoś do mnie mówi albo pisze: pani Basiu kochana...

Nieważne.

Dobrze, że byłam w towarzystwie, bo chyba bym tam zabłądziła sama, chociaż I. się śmiał, że przecież moja droga asfaltowa :) No niby tak, ale wąska i było tam kilka odnóg, no i śmigali nie tylko piesi, ale i rowerzyści, hulajnogi, szli ludzie z kundlami. Znając moją orientację w terenie, gdzie na Dębinie, którą znam od wieków czasem gdzieś zabłądzę, ale Dębina mała, a Szachty ogromne - lepiej, że nie szłam tam sama.

Nie wiem, czy kiedyś się jeszcze odważę tam wrócić, ale byłam, widziałam i podobało mi się bardzo. Na wieżę nie wlazłam, jedynie I. się na to zdecydował, ale głupek, żadnego zdjęcia nie zrobił. Odpuściłam włażenie, raz, że mój lęk wysokości, dwa, 120 stopni to jednak masakra dal moich stawów i serca, a nie chciałam wylądować na OIOM :)

Cudne okoliczności przyrody były, pachniało majem, powietrze było świeżutkie, cót, mjut i ożeszki :) 

I żaby rechotały jak szalone, pierwszy raz w życiu słyszałam rechot żab, ale roju pszczół już nie - tego moje aparaty nie wychwyciły. Za to kukułkę słyszałam - nie wiedziałam oczywiście, że to kukułka, ale od czego mam dziecko do objaśniania?

Fotek też dużo nie mam, bo niełatwo jest robić fotki z kijkami w dłoni, a jednocześnie nie wiem, czy dałabym radę tak spokojnie łazić bez kijków. 

Takie widoczki mam też na Dębinie :)
I pierdyliard fotek chciało się robić, bo tu piaseczek...
... a tu łączka (zdechła mysz też widziałam, ale I. od razu wyciągnął dzieci, bo to dla nich byłaby trauma)...
... i pajączka uchwyciłam, ale gdy tylko zauważył, że go focę, zaraz hycnął do góry i cały pogrzeb na nic...
... i rechotania żab słuchaliśmy w skupieniu...
... i kolejna glinianka..
... i znów...
... i łabądki dwa...
... jeden właśnie ze schowanym kuperkiem...
... i tłumaczyłam Alienkowi (K. latała z Kundlem po krzakach, niezainteresowana), że będą brzydkie kaczątka (zna bajkę)...
... a na pięknie kwitnącym drzewie wypatrzyłam jakiś kokon z robalami...
... na środku kolejnej glinianki jakieś dziwne domki...
... a tu w oddali widać wieżowce z moich pracowych okolic :)
Lody kupiłam, i jedliśmy je patrząc na taki bohomaz...



... a w drodze powrotnej taka cudna chatka stała - brałabym.
 


 Pożegnaliśmy się, miałam przystanek zaraz koło ich parkingu. Chcieliśmy iść na obiad, ale w okolicy nie było nic, gdzie można by było zjeść, a ja się do ich samochodu nie mieszczę :) Za gruba jestem :P
Nic straconego - w domu miałam botwinkę od wczoraj, wyszła przepyszna.

Na autobus czekałam 10 minut, do pętli jechałam niecałe 10 minut (w sumie te Szachty są ode mnie rzut beretem, najważniejsze, że wiem już, jak się tam dostać), coś mnie natchnęło i poszłam na drugą pętlę, stamtąd autobus pod sam dom był za 5 minut - 4 minuty jazdy, więc nie dobiłam się, dycham, aczkolwiek to był ostatni dzwonek na dotarcie w domowe pielesze, bo... sik. 

Tak, w taki upał największym problemem jest picie i sikanie, bo toalet jak na lekarstwo, a nawet ja będzie toi-toi, to w życiu w nim nie byłam i mam nadzieję, że nie będę.

A jutro lecę na grilla na włości, bo Inżynierowa idzie do kina :)

Kupię więc Kalafiorkównie obiecane kwiatki, sobie wino (bo mam ochotę), a i Alienkowi obiecałam pokazać sztuczkę z mniszkiem.

Cóż, czasem dobre dni się kumulują.

Na jutro zapowiadane są opady i burze, ale może nie będzie tak źle.

Wycieczka za miasto - zobaczę, jak tam na polach rośnie, chwile z bliskimi - no i I. żarełko, a I. mistrzem grilla jest.

Inny ten pierwszy maj od majów z moich młodych lat.

Ale też z sentymentem wspominam chwile spędzone na pochodach pierwszomajowych - niby były obowiązkowe, ale jak ktoś nie chciał, to nic się nie działo.

I ten pochód w maturalnej klasie, kiedy wszystkie szłyśmy w długich, czarnych albo granatowych spódnicach (przeważnie z aksamitu) i białych bluzkach (przeważnie z żabotami - taka moda), aż żal dupę ściska, że nie mam żadnej foty... Byłyśmy rewelacyjne.

I każdy 1 maja to była zabawa ludowa - a dziś tak chodzi za mną fraza: zgasły suknie i wachlarz z piór strusich, mrok opada jak chmura szarańczy, wszystko kończy się prędzej niż musi - gra muzyka, lecz nie ma z kim tańczyć.

Ot, taki żal za młodością.

Teraz jest dobrze, ale i tak czegoś żal.

A na stronie z K. znalazłam takie zdjęcie z pochodu pierwszomajowego 


 Pani w drugim rzędzie, druga jest tak szalenie podobna do mojej Cioci, ona też takie cuda na głowie nosiła, spała w tym, czesała się co tydzień. Ale nie jestem na 100% pewna. Mam  gdzieś jej prawo jazdy, jest tam też w takiej koafiurze :) Jeżu, jakie biedne były te kobiety wtedy... Sprawdziłam. I. posłałam prawko zeskanowane, mówi, że to Ciocia. Ot, potęga internetów - znaleźć bliskich po latach.

A, Alienek był porządnie uczesany, chwalił się, że się czesze... A I. dorzuca kamyczek, że mu przypomina o czesaniu. Ale dziecko nie to samo z wyczesaną czuprynką... A pazury ma dalej nieobcięte... Brrrr....

Zatem do napisania, Kochany Pamiętniczku, ostatnio dużo się dzieje...


wtorek, 29 kwietnia 2025

Kilka

 lat temu przeczytałam (zapisać czarną kredą w kominie) Kochany Pamiętniczku "Blackout" Marca Elsberga.

Cały, od deski do deski, jednym tchem.

A potem na HBO była ekranizacja tej książki, którą też wciągnęłam...
No a wczoraj blackout w Hiszpanii, Portugalii i częściowo we Francji - idealnie wg scenariusza z tej książki.

Z tym, że do dziś nie wiadomo, co było jego przyczyną. 

W książce okazało się, że blackout zapoczątkowało zhakowanie inteligentnych liczników prądu we Włoszech.

Takie liczniki zakładają ostatnio i u nas.

Nie, żebym krakała.

Ale eksperci (chociaż ja mam ograniczone zaufanie do ekspertów - nigdy nie wiem, czy to rzeczywiście eksperci eksperci, czy jacyś eksperci celebryci z bożej łaski) mówią, że i u nas to może być.

Z tym się akurat zgodzę, bo wiadomo, że nasza energetyka leży i kwiczy. Niedoinwestowana od lat, a i ceny mamy powalające na kolana, choć niewiele z tego idzie na modernizację.

(I tak sobie z nutką melancholii wspominam moją pracę w nieistniejącym już czasopiśmie WE - z branży elektroenergetyki, z  nieodżałowanym naczelnym AN, który już nie żyje, a który był dla mnie bardzo fajnym naczelnym, zawsze mówił, że jak ja mówię, że tak ma być napisane, to tak ma być. I nigdy się do niczego nie przyczepił, żadnej literówki mi nie wymawiał. Inna bajka, że żadna z "redachtórek" nie chciała się tego tykać, bo to niemedyczne, a one były wielkimi specjalistkami od medycyny. Ten blackout mi o nim przypomniał. Lata temu to było, czasopismo padło po śmierci prezesowej z Auschwitz, sponsorki i dobrodziejki AN. A ja z problemami OZE byłam od lat za pan brat właśnie dzięki WE - jak to się czasem dziwnie plecie).

 A że w chwili, gdy rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę, Inżynier kopnął matkę i co nieco ogarnęliśmy (żarcie niestety częściowo wylądowało na śmietniku, bo zapomniałam, że mam skitrane zapasy), więc mam na stanie: powerbank (właśnie dziś go doładowałam, a to jest porządny bardzo powerbank), radio tranzystorowe, na dokładkę na korbkę i solarne, tak że w razie W nie muszę lecieć do chińskiego marketu (w Hiszpanii i Portugalii wykupili wszystkie radia), baterie (jutro uzupełnię zapas), latarkę, lampę naftową z zapasem nafty, kuchenkę z zapasami nabojów (chociaż mam kuchnię gazową), świeczek ci u mnie dostatek, no i prowiantu też mam dość - znaczy się, nie jestem nawet w stanie zużyć w takim tempie tego, co mam w zamrażalniku i w lodówce, jako jednostka społeczna jednoosobowa, chyba że dowlecze się do mnie Pierworodny, to zmogą moje zapasy w okamgnieniu.

Czyli ja, gnębiona za sianie paniki blackoutowej jestem tak mimochodem na nią przygotowana, bez kłopotu. Internetów nie będzie, telefonów też nie, ale dam radę przetrwać. Mam spory stosik nieprzeczytanych książek :) No i pracować nie będę musiała, bo i redakcja nie pociągnie bez prądu. Chociaż mój powerbank uciągnął kiedyś pół dnia pracy bez prądu - w redakcji mieli, ja nie. Internet miałam mobilny (mam go od cholery), no ale blackout to blackout - umarł w butach - nie ma nic.

A, zapas srajtaśmy uzupełniłam dziś, blackout nie powinien tak długo trwać.

No i jest ciepło, więc nawet w zimnej wodzie można się spokojnie myć. 

Tyle o tym, co może jebnąć. Nie musi, ale może, a strzyżonego nikt już nie strzyże :) 

Ale o mało nie zeszłam na zawał z powodu ZUS.

Wczoraj, z leksza się leniąc, stwierdziłam, że coś za długo trwa przyznawanie mi renty rodzinnej. Pomęczyłam wujka i okazało się, że mają na to 30 dni. Sprawdziłam na blogu i 30 dni minęło 12 kwietnia. 

Udało mi się wejść na PUZUS i skrobnęłam emilka z uprzejmym zapytaniem, czy dają mi tę rentę, czy mam się wypchać sianem i pakułami...

Dziś w południe przypomniałam sobie, że pytałam i...

Ni chujenki nie mogłam wejść na portal.

Na tym samym legitnym loginie i na tym samym legitnym haśle, które zapisałam również na papiurku, i które sprawdzałam pierdyliard razy. ZUS nie wpuszczał, wysyłam mi na emilka tysiąc kodów dostępu i wszystkie nic nie dawały. 
Już chciałam samobójstwo popełnić, bluzgałam jak rasowa wnuczka szewca (a co, ma się tę moc), ale stwierdziłam, że nie dam się... i poszłam do Lidla.

Na parterze zahaczyłam o szparę unijną, a w niej, o dziwo - leżał list z ZUS...

Przyznano mi rentę rodzinną, ale ją zawieszono, bo moja emerytura jest wyższa.

Tak jak się spodziewałam, nie występowałam z tego powodu o nią, bo nic mi to wtedy nie dawało.

Ale żeby dostać wdowią, musiałam mieć przyznaną rodzinną.

Eks ma najniższą urzędową.  Zwaloryzowaną już na bieżąco - kurde, nawet nieboszczykom dobrze uleżałym waloryzują :) 

A ja na swoje podwyżki dalej haruję.

Zakładam więc, że dostanę tę wdowią, nie będą to kokosy, bo jakieś góra 200 zł netto (a może i mniej, bo ściągną z tego podatki jeszcze w chuj), ale na waciki będzie.

Zaś 25% od nowego roku (zapisane w kajeciku - dożyć do stycznia 2026) to już powinno być ok. 400 zł na rękę, a po to się warto schylić.

I jeszcze się przejadę po zamknięciu kolejnej gazetki do ZUS, żeby się upewnić, że tam wszystko gra i buczy, chyba że uda mi się na ten jebany panel wejść.

Czyli moja uczciwość w papierkach została jednak nagrodzona. :) 

No cóż, podziękowałam Eksowi za to, że mnie chociaż takim wdowim groszem wspomoże... Po swojemu mnie kochał, a że wyszło jak wyszło, wola boska i skrzypce.

Jednocześnie przeprowadziłam symulację tego, że jesteśmy razem (finansową, of course). I wynikało z niej, że to nieprawda, że para ma lepiej. Dodając moje dochody i jego, dzieląc na dwa - byłabym w plecy o kwotę, którą mogę odłożyć co miesiąc. 

I tak, wiem, w bogactwie i w biedzie, ale...

W życiu nic nie jest proste.

I jednocześnie myślałam o rozmowie z teściem Inżyniera, który odwożąc mnie z Dnia Dziadostwa, długo i zawile przekonywał mnie, że składanie podania o rentę wdowią nie ma najmniejszego sensu w mojej sytuacji. Że przeprowadzał taką analizę dla znajomego, mającego emeryturę podobną do mojej i że to się temu znajomemu nie opłacało, więc i ja nie mam się fatygować. Pół godziny mi tak tłumaczył, dodając, że jemu też się nie opłaca (zastanawiam się, jakie kokosy ma, że mu się nie opłaca, ale w sumie lotto mi to). Napisałam mu dziś, że dostałam tę rentę, ale i tak dalej twierdzi, że się to nie opłaca. No cóż, 200 zł na waciki (rachunek za prąd na dwa miesiące, 10 butelek wina na miesiąc - mnie się to opłaca) ;)

Jak dobrze mieć czasem swój własny rozum i zmobilizować się do tego, że warto o coś zapytać - w pysk nikt nie da, a można zyskać.

Dla gołodupca takiego jak ja, jak przestanie pracować i 200 zł piechotą nie chodzi :)

 Ufff, ale się napisałam.

Bez fotek, bo nic się nie działo fotkowego :)

Jutro jeszcze wypad na Manhattan (dzień bez Manhattanu dniem straconym), no a potem niech się święci 1 Maja.

Ta wyprawa jeszcze nie jest sprecyzowana, ale oglądałam fotki w necie i na pewno nie będę właziła na wieżę widokową, będzie na niej sajgon, a ma 120 stopni.

To nie na moje siły i nie na moje serce, odpuszczę. Młodzi jak będą chcieli - wlezą, choć widzę ich czarno, taka prawda.

A ja zawsze mogę i kundla, i Łobuzów popilnować.

Ale nie piszę na zapas scenariusza - co ma być, będzie.

Zapisano w kajeciku: kupić małą wodę mineralną (bo 1,5 l Staropolanki nie będę wlokła, nie będzie gdzie tego wysikać, a i swoje waży) oraz baterie na zapas :)

Brzmi jak plan, Kochany Pamiętniczku. Jak dobry plan. A nawet jak nie wypali, to jeszcze mam kilka dni wolności.
A dziś już był emilek: Pani Basiu proszę rzucić swoim cudownym okiem na zaproszenie.

Rzuciłam.

Kurwa.

A mam wolne do niedzieli.

Wiem, są ludzie redakcji, pracujący nawet w długi weekend.

I dlatego nigdy nie chciałam być redaktorką :) 

Do następnego napisania, Kochany Pamiętniczku.

Małosolne ukisiły się znów koncertowo, ale sól, sól... :) 

No dobra, koniec jojczenia :) 

 


 

 

niedziela, 27 kwietnia 2025

Kolejna

nocowanka za mną, Kochany Pamiętniczku :)  

Nielekko było, ale przeżyłam. 

Jeszcze w piątek wlazłam do zielarni i jako żem szwendała się po necie, zanabyłam, płacąc drożej niż za zboże, bo te u nas tanie jak barszcz ostatnio - podagrycznik i przytulię w tabletkach. Podagrycznik wiadomo - sezon szparagowy, to chodzę dosłownie jak na szpilkach. A do tego szpikuję się i diosminą, nacieram maściami wszelakimi, to też swoje kosztuje, pokrzywę piję litrami, do tego skrzypowit i...

Niby kopytka odpuściły, ale kostki nie. No i nawet pijąc te 2 litry dziennie, ile można ziółek zmieścić w tym wszystkim?

A przytulia wyskoczyła mi gdzieś znienacka i o dziwo, pasuje mi do wszystkiego jak ulał, a do tego nie ma interakcji z innymi  rzeczami. Więc weszłam do zielarni z duszą na ramieniu, była pani, która sprawdziła w kompiku, że przytulia jest i to w pigułkach (w necie jest tego od cholery, ale ja nie lubię w necie kupować, bo muszę prosić i czekać aż dostanę). Ale albo nowa, albo z doskoku, bo rzeczonej przytulii szukała dobre 10 minut na półkach. Znalazła, z głupia frant zapytałam o podagrycznik w pigułkach i... wyszłam lżejsza o 100 zł bez 28 groszy :) Ale... (wiem, wiem, nie zaczyna się zdania od ale) już po trzech dniach (w tym dwóch szparagowych) igiełek prawie nie ma, a i z moich obrzmiałych kostek z lekka czasem widać kosteczki, których nie widziałam od dawna. Pigułek zaś jest w jednym słoiczku 100, w drugim 90, więc lekko licząc to wydatek na 3 miesiące, przytulii po tych 3 miesiącach trzeba zrobić trochę przerwy, więc opłaciła się skórka za wyprawkę. A i opuchnięte dotąd przeguby łapek jakby zmalały, więc może jest dla mnie jeszcze nadzieja?

W sobotę rano (a śpię przy szeroko otwartym balkonie) obudziłam się zmarznięta, z lodowatymi rękoma i z trudem ułożyłam dzienne pasjanse, ręce mi drętwiały, ale żeby mi było zimno, to coś nowego. 

Wstałam, stąpnęłam bosą nogą na podłogę i noga mi odpadła z zimna. Tak sobie przy szeroko otwartym balkonie spałam, a... był przymrozek. Kordełkę mam ciepłą, a tylko rączki na kordełce, więc wyszło jak wyszło.

Poleciałam po pieczywo, bo wiadomo, co Łobuz to inne żądanie, dokupiłam pasztetowej, bo bez tego nie ma życia, ogarnęłam wszystko, ale... zapomniałam kupić masła. Ja nie smaruję masłem, na stole stał rabanek, ale że ma już tydzień, to za świeży nie był i bałabym się to dać Łobuzom :) Więc na drzwiach przykleiłam sobie kartkę z napisem MASŁO :)

A po drodze było całe pole fiołków, których nie miało prawa już być, ale były


 I jedyna flaga, na dokładkę maryjna, nie papieska 


na całym osiedlu świadczyła o głębokiej żałobie narodowej.

Na moim osobistym osiedlu wisiała jedna państwowa, więc pytanie, czy wywieszona awansem na 1 maja, czy też żałobna?

Jak widać, żałobę naród przeżywał z przytupem i półobrotem.
Amen.

Przyjechali, od razu mieszkanie skurczyło się jakoś, zrobił się zamęt i rejwach, ale pomidorowa z ryżem była na posterunku. Tylko rano, trąc rzodkiewkę do serka zdarłam sobie palec (nie lubię siekanej rzodkiewki, lubię tartą), co przeszkadzało mi, bo co kawałek odpadał mi plaster, bo co rusz łapa pod wodą.

Inżynier zwinął się stosunkowo szybko, a przy okazji o mało nie spadł z fotela, wreszcie zrozumiał, co jest nie tak z tym nabytkiem i że na trzeźwo się z niego też zlatuje :)

A ja zostałam z Łobuzami, więc aczkolwiek za ciepło nie było (znaczy się w słońcu pot się z człowieków lał, ale w cieniu można było zmarznąć od lodowatego powietrza), wywlokłam ich na najlepsze na świecie lody do Cytrynowej.

Po drodze na korytarzu na suficie zauważyliśmy 


 ale nie ruszała się. Teraz przed chwilą sprawdzałam i jej nie ma. I. mówi, że są takie zabawki, to mi też wyglądało na zabawkę.

Radochę mieli, bo Alienek zabrał kartkę z napisem MASŁO i machał mi nią cały czas przed oczami, żebym nie zapomniała masła kupić, zaśmiewając się, że mam sklerozę :) I potłukli się o to, kto ma kartkę nieść.

Wleźliśmy zaraz do Aldika, gdzie szedł tyłem, niosąc mi kartkę na wysokości oczu, rechocąc, no i był ubaw.

Przede mną przy kasie  stało małżeństwo z zakupami na wojnę, ale widząc mnie z kostką masła i użerającą się z Łobuzami, sami zaproponowali, że mnie przepuszczą :) 

Uff, są jeszcze dobrzy ludzie, ja też tak przy kasie robię.

No i poleźliśmy na te lody 


 a towarzystwo co minutkę jęczało: daleko jeszcze? No daleko, ale lody warte grzechu. Oburzona Kalafiorkówna, zmęczona życiem jojczyła, że mogliśmy lody w Aldiku kupić :) 

Dowlekliśmy się wreszcie i smak lodów (dostali w wafelku, a nie w kubku, jak groziłam) zrekompensował im tę wędrówkę.

A że rzut beretem był Rossmann, to poszliśmy, bo kończy mi się dezodorant. Alienek rzucił się na pastę do zębów, bo właśnie mu się kończyła (pisałam do Synowej, a ona że faktycznie, zabrał resztkę, ona by wydusiła, on już nie, zakupy planowali na niedzielę, mnie to rybka, kupiłam). Kalafiorkówna próbowała mnie naciągnąć na jakieś torebki z jednorożcem, brokatowe i pinkowe do wyrzygania, ale nie było ceny, więc odpuściłam - ma tych pierdół więcej niż ustawa przewiduje. 

No a że z Alienkiem mam na pieńku o to nieczesanie bocianiego gniazda na głowie (a włoski ma jak Eks - gęste, same się proszą o targanie, ale mimo tego, że codziennie głowę myje, są nieapetyczne), poszłam szukać grzebienia. Niejako na przekór Synowej po ostatniej scysji.

No i odkryli szczotki z lusterkami, made in China, zamykają się i jest takie małe puzderko...

Kupiłam dwie, bo i Kalafiorkówna nie mogła być poszkodowana, a kosztowały niewiele.

Alienek od razu zaczął się czesać...


 A przed sklepem na słońcu odkryli puszczanie zajączków z lusterka :)

Alienek pierwsze co zrobił po kąpieli, to się uczesał, dziś rano po przebudzeniu uczesał się znów (Inżynier twierdzi, że  mu przejdzie, ale mam nadzieję, że nie, bo nakomplemenciłam mu jaki z niego teraz fajny gość) i... wycałowałam i wygłaskałam, wyszarpałam bez skrupułów, bo co czesane to czesane. 

Z Kalafiorkówną się namęczyłam co niemiara, bo rozczesanie takich długich kudłów (a podcinają je regularnie), włoski ma jak jedwab (jak te moje wyrzucone warkocze) to jednak wyczyn. Ale też rano czesała je sobie sama, a w domu zawsze czeka na matkę.

Tylko znów mieli nieobcięte pazury, ale nie dali sobie ich obciąć...

Dokładając do tego niechlujne zachowanie przy stole - dużo jeszcze pracy przede mną.

Bo my jedliśmy zawsze - w kuchni, bo tam miałam stół - wszyscy, stół był nakryty zawsze, nie było zmiłuj. A oni sami sobie robią, co chcą, szkoda gadać. Inżynier szykuje A. śniadanie do szkoły, zawsze, bo mama nie wstanie. Wstawała, jak ja byłam, no ale humor miała wisielczy. Kanapki w wykonaniu I., jak się dowiedziałam, wołają o pomstę do nieba. Skoro tak, zastanawiam się, dlaczego sama ich nie zrobi? Ja robiłam, mimo tego, że pracowałam, a Eks nie pracował.

Nie wnikam.

Ale...

Na kolację zjedli tyle, że bałam się, że na rano nie zostanie nic w lodówce :) 

Ale miałam jajka i boczek, więc jak coś - dałabym radę.

Smakowało im, mimo że nie było NIC słodkiego do chleba, zeżarli pół kilo małosolnych (ocalały trzy na rano) i zamówili kolejną porcję, jak do nich pojadę. Synowa odpisała, że oprócz I. wszyscy lubią ogórki i ona nie nadąża z kupowaniem... Gotowców. Nie zhańbiła się kiszeniem. No logicznie rzecz biorąc - kilo ogórków chyba 10 zł w tej chwili, chrzan, koperek i czosnek 5 zł - za 15 zł, nie licząc czasu, przypraw i wody mam kilo małosolnych. Kilo kupnych małosolnych kosztuje w tej chwili 34 zł. Dla mnie kalkulacja jest prosta. 

Ale morda w kubeł :) 

W każdym razie kanapka w wykonaniu Alienka


 była ekstra. Pasztet borowikowy z ketchupem, ostrym, bo ja taki lubię :) Zakąszana małosolnym i rzodkiewką, więc w sumie zdrowa, bo żaden cukier :) Ketchup zabrał do domu, bo oni takiego dobrego nie mają. I pasztet też :) A masła żadne z nich nie chciało jeść.

Kąpią się już sami, już nie razem, bo tak zarządziłam, to już nie ten wiek, że do jednej wanny...

Ułożyli swoje akcesoria  w łazience, a mi serce zamarło na widok szczoteczki K. Musiałabym swoją cały rok używać, a i tak nie byłaby tak zmasakrowana. Poszperałam w zapasach i mam, pinkową, a jakże, ultra soft. Wzięła łaskawie. Opierdalam I. rano, a on, że dopiero zauważyli, jak pakowali utensylia na wyjazd. WTF? Korzystają z tej samej łazienki i nikt z nich nie widział, że szczoteczka nie nadaje się nawet do mycia fug? A ciągają dzieci z grubą kasę do ortodontów.

Nic, gacie opadają, nie będę bardziej papieska od papieża.

Uśpiłam i padłam, kręgosłup bolał tak, że nie mogłam się z boku na bok przekręcić, a i spanie z Alienkiem to wyższa szkoła jazdy...

Przeżyłam, nawet nie myślałam, o której wróci dziecko me, ze zalkoholizowanego spotkania inżynierów :) 

Pobudka była o 6.02. Spaliśmy z głowami po przeciwnych stronach łóżka, bo z Alienkiem inaczej się nie da...  O 6.02 zlądował na mnie nieśmiało, pod pachę... Wylazł i zaczął mnie ślinić, no co można zrobić, jak nie miziać i przytulać?

Dostał mahjonga, żeby siedział cicho, a ja poleciałam się ogarnąć do łazienki.

Ogarnęłam się, wstała w międzyczasie Kalafiorkówna, dostała drugiego ajpada, z puzzle, żebym mogła ogarnąć śniadanie.

Bo u mnie to dla nich cała operacja logistyczna - przenieść wszystko z kuchni do pokoju. I nie, nie poszłam po linii najmniejszego oporu - ma być porządne śniadanie, jak w porządnej rodzinie zawsze było.  


Breakfast at Tiffany's niech się schowa przy breakfast at Grandma's. Nie ma obrusów, bo na te kilka posiłków nie opłaca mi się wyciągać ceraty i potem ją chować (my jadaliśmy na kolorowych ceratach), a obrusy przy tak nieogarniętych dzieciach są bez sensu, na dokładkę Alienek tak mlaszcze, że powinien jak u Borejków - dostać w paszczę. Zwrócę uwagę, zje dwa kęsy cicho, za chwilę znów mlaszcze.

Posłałam fotkę Synowej, odpisuje, że w domu nie mają tak dobrze...

A stół mają duży, kuchnię przestronną. Chociażby w sobotę i niedzielę tak siąść razem...

Nevermind... 

Starałam się ich utrzymać w ryzach, bo drzwi nie mam, a czort wie, kiedy wrócił ten najstarszy Łobuz...

Chyba wyrobili normę neta na tydzień :)

Jeść nie chciał, bo mało, że poszli na steki, to jeszcze przed północą byli na kebabie.

Ale było widać, że pobalowali.

Ogarnął się, w międzyczasie toczyłam wojnę z K., bo ona włazi w kapciach na meble. I uważa, że może, bo w domu włazi. Pomijam fakt, że u nich w domu po wszystkich meblach łażą sierście, a kanapę rozwalili skacząc po niej (nie kupują nowej na razie, bo Kundel ją jeszcze doprawi na amen), u mnie w domu nie było opcji w kapciach na kanapę. To nie amerykański film, gdzie w butach kładą się na łóżku. A że panna K. lubi wymuszać i stawiać na swoim, oburzona stanowczym zakazem zaczęła mi wywlekać, że jestem niemiła, bo nie lubię Kundla...

Oj, była to merytoryczna dyskusja, ze smrodkiem dydaktycznym. I mimo jej uporu wygrałam ja, właziła na kanapę, a jakże, bez kapci i bez skakania :) Mimo że jestem niemiła.

Ale okazało się później, że jednak jestem miła, bo... Pójdę z nią kupić kwiatki, których mama jej nie chce kupić, a ona chce je hodować, bo lubi też kwiatki... No cóż, narażę się Synowej, ale co mi szkodzi kupić dwie doniczki ogrodowych kwiatków? Zmarnieją? Trudno... Przy całemu uwielbieniu sierściuchów nie ogarniam nienawiści do badyli. Że jestem gorsza, bo nie jestem fanką sprzątania po sierści? Jak trzeba, nakarmię,  sprzątnę. A że nie jestem fanką? Toleruję. 

A na fotki dowodowe, że dzieci żyją jeszcze, dostaję zwrotne fotki, jakie słodkie są sierście.

Nie ogarniam, ale dziwna jestem, cóż, ten model tak ma...

Poszliśmy jeszcze na tyrolkę, gdzie serce krwawiło mi na widok stresu syna, próbującego uspokoić walczące ze sobą jego potomstwo. Mieli wyjątkowo ciężki poranek, a ja dobiłam dziecko, mówiąc, że nie pamiętam takich walk plemiennych. Próbował dyskutować, że też się kłócił z bratem. Nie zaprzeczam, ale nie aż tak. Na ich skarżenie na siebie odpowiadałam, że nie słyszałam, kto zaczął, wobec tego, żeby było sprawiedliwie - biją się na własny rachunek.

Działało.

Byli zawsze bardzo za sobą, co zdziwiło Barana, gdy ich poznał. Mówił, że nie widział jeszcze takiego zgodnego rodzeństwa.

Fakt, Inżynier wzdycha czasem: no cóż, to jest mój brat... 

Jest jak jest, ale gdy patrzę na stosunki rodzeństwa w rodzinach obu mych Synowych - moi chłopcy są idealni, choć tak różni jak ogień i woda. Ale kompatybilni są, aczkolwiek sugerowano mi, że jeden może być synem listonosza, tak różne mają charaktery. Odpowiadałam ze stoickim spokojem - ogrodnika :) 

Odprowadziłam ich do auta, gdzie Kalafiorkówna, jej książęca wysokość upomniała się o buziaczka i rzekła: kocham cię, babciu...

A Alienek jak się dossał do moich polików, to z trudem go odczepiłam, zapewniając dwadzieścia razy, że na pewno nie umyję buzi do środy, żeby te całuski nie zniknęły, no i wycałowałam wyczesaną czuprynę...

A potem, po niezliczonych kiwankach, serduszkach i całuskach, zanim Inżynier wyjechał z parkingu, poszłam do chaty...

Smutna, ale jednocześnie zadowolona :) 

Ogarnęłam przejście tornada...

Reszta dnia upłynęła mi spokojnie.

Jutro na Manhattan po ogóraski, same się nie ukiszą.

W środę na wycug.

Niańczyć  Kundla.

Będzie się działo, jak myślę.

Na co mi przyszło na stare lata: na sprzątanie gówien, przed czym broniłam się całe życie :) 

Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród :P 

 


 I znów bez pachnie jak bez... 

I łzy są pełne łez...

A grudzień szaleje od nowa, apiać :) 



 I dlatego dziś śpię przy zamkniętym balkonie... :) 


UPDATE :)

No i znów cały pogrzeb na nic :) 

Nie jadą do ZOO do Berlina (po napisaniu notki wyskoczyła mi wiadomość), bo 1 maja też w Berlinie jest świętem.

I umówiliśmy się na Szachty.

O Szachtach marzyłam od lat, ale bałam się tam iść sama, a to rzut beretem.

 

Więc jednak: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :) 

 

 


sobota, 26 kwietnia 2025

W szoku

 jestem, Kochany Pamiętniczku :) 

W wielkim szoku.

Budzę się rano, bladym świtem, a na Ajpadziku wyskakuje od razu wiadomość, że Kalafiorkówna nie chce na konie, chce do babci.

Się zastanawiam, czy jej coś nie zaszkodziło?

Bo o koniach to może cały dzień nawijać...

Ale...

Może wanna? Bo jak poprzednio u nich byłam, reklamowała, że jak to, babcia jest, a wanny nie ma? Bo oni mają tylko prysznic, a dzieci uwielbiają wannę. I gąbkę, i kąpiel w pianie...

 

Coś jednak w genach ma. Bo jak dzieci były małe, Eks wylądował w szpitalu i poszliśmy się pomodlić o jego zdrowie. Wychodzimy z kościoła, Inżynier rozgląda się wokół i mówi: a gdzie są pierniki? Tłumaczę mu, że to czwartek, więc nie ma stoisk z piernikami (stały zawsze w niedzielę. A dziecię patrzy na mnie i rzecze: jak nie ma pierników, to nie ma Pana Boga :)

 

Ta filozofia z wanną skojarzyła mi się z tamtą.

 

No i wyszło, że Inżynier miał wtedy rację.

A ja lecę kupić ryż i inne specjały. Ryż, bo pomidorowa ma być z ryżem, a ja ryżu nie mam, bom zjadła dawno, dawno temu i nie kupuję, bo nie jestem fanką ryżu.

 

No ale jak Kalafiorkówna chce ryż, to ryż dostanie.

Tak się wariuje na stare lata...

piątek, 25 kwietnia 2025

Ogólnonarodowa

 histeria, Kochany Pamiętniczku, z powodu śmierci papieża. Podsycona przez Ążeja, który ogłosił sobotę dniem żałoby narodowej.

Qui bono?

Jeśli kogoś ta śmierć obeszła, to nikt mu nie zabrania być w żałobie. 

Ale cała reszta? To histeria.

Tak samo jak histerią były wizyty JPII i jego śmierć.

Ciocia miała do mnie pretensje, że nie byłam ani razu na spotkaniu z JPII, a był  w mojej wiosce dwukrotnie. Ona sama przyjechała, ale nawet tego nie wiedziałam, że jest w Koziołkowie, nie dała znaku życia. Była głęboko religijna, może dlatego, że jej brat, kleryk, zginął w Mauthausen?

Nie mam pojęcia.

Ja sama pamięć o wujku pielęgnuję, aczkolwiek wiem o nim tylko tyle, ile mi opowiedziano, a mówiono mało, no i z mojego przelotnego kontaktu z zakonem marianów (bo do niego należał), gdy znalazłam w papierach po Cioci jego listy z obozu koncentracyjnego.

Sama, mimo licznych powiązań z Kościołem, jednak skończyłam jako apostatka. Choć poza ostatnią, ta nową, wymuszoną niejako parafią z głupim klechą, który podczas kolędy potraktował mnie jak niedorozwoja, ponieważ nie kręciło mnie tłumaczenie, że budują kolejny kościół dla mojego dobra, mimo że stara parafia leży dokładnie w takiej samej odległości od mojego bloku jak nowa.

Omijam wszystko, co jest dla mojego dobra, bo zazwyczaj chodzi o zabranie mojego dobra doczesnego.

Ale tak ogólnie moje "życie" w Kościele  nie było złe.

Lata przedszkolne, w przedszkolu prowadzonym przez zakonnice (które jakieś 2 lata temu dopiero zamknęły swoją placówkę w R., z powodów, a jakże - braku powołań i finansowych).



 Do przedszkola chodziły wszystkie dzieci ze wsi. W tym i dzieci milicjantów, prywatnej inicjatywy, tak wówczas tępionej, chłopskie, dzieci spółdzielców z pegeerów.

Nie było żadnej segregacji.

Nie mam pojęcia, ile wtedy kosztowało przedszkole, czy w ogóle coś płacono za nie.  I już nie mam kogo o to zapytać. 

Siostry były też w wiosce pielęgniarkami - wciąż mam w oczach siebie, siedzącą na korytarzu, czekającą na zastrzyk. We wsi nie było lekarza - był felczer, zastrzyki robiła zakonnica.

Zakonnice opiekowały się też szpitalką - która stoi do dziś, naprzeciwko kościoła. Mieszkały tam kobiety stare, samotne, bez rodziny. W tym i Agata bez nosa, której panicznie się bałam. Dopiero jako dorosła skojarzyłam, że była to wsiowa dziewczyna dla wszystkich (delikatnie mówiąc), która nos straciła w wyniku choroby wenerycznej.

Więc tak - to było moje dzieciństwo i sypanie kwiatków, które dla nas, dziewczynek, było przeżyciem. Sama okrutnie przeżywałam, gdy któregoś roku (a bieda u mnie w domu aż piszczała) nie miałam długiej sukienki, tylko krótką i nie mogłam sypać na środku rzędów.

Potem śmierć mamy, która mną, szesnastoletnią  wstrząsnęła tak, że proboszcz wyrzucił mnie bez rozgrzeszenia, bo odważyłam się zapytać, dlaczego Bóg jest tak niesprawiedliwy, że zabrał mamę, a nie ojca?

I jak z nieba spadł wtedy do parafii mój Eda, który nie tylko ogarnął tę tragedię, ale i postawił mnie do pionu. Który dla dzieci i młodzieży był na tym zadupiu błogosławieństwem. Którego list, pełen goryczy i zniechęcenia do dziś mam. Bo w listopadowy wieczór kazano mu się znienacka spakować i przeniesiono go na inną placówkę. Bo ktoś zgłosił do kurii, że ksiądz nie ma szacunku, bo krótkich gatkach po boisku z chłopakami lata...

Był dla mnie jak brat, jak starszy brat, a kochałam się w nim beznadziejnie, o czym wiedział. Mieliśmy kontakt długo, wpadał do mnie w czasie studiów, brał do knajpy i stawiał obiad, bo wiedział, że głoduję.

I kłócił się ze mną do upadłego o słowa z plakatu nad moim łóżkiem w akademiku: "i Boże, jak jest pięknie żyć, oczy szeroko mieć otwarte, dla dekalogów mieć pogardę, a nie bać się, że pęknie nić...".

Zawiadomiony o ślubie z Eksem tylko cywilnym, przysłał serdeczne życzenia, nie komentując.

Zaś rodzony wujek Eksa, notabene ksiądz, zranił go na pogrzebie babci Eksa (a swojej siostry), nie witając się z nim, bo... nie mieliśmy ślubu kościelnego. Eks wujka uwielbiał, ale miał fazę na niebranie kościelnego (braliśmy go 6 lat później, sama nie wiem po co). Ciotka Eksa, nawiasem mówiąc mama najsłynniejszego wówczas polskiego tenisisty zapytała tegoż wujka, dlaczego z Eksem się nie wita, skoro odwiedza Wojtka, który też nie ma ślubu kościelnego...

Mojego Edę zaś odnalazłam po latach (bo nasze kontakty się urwały, moje małżeństwo totalnie wyrwało mnie z obiegu), kiedy zgadałam się z koleżanką z Auschwitz   o jakiejś dupereli i ona mówi: ale nasz ksiądz często wspominał o bibliotekarce, którą znał, mówił o niej, że albo będzie dobrą katoliczką, albo dobrą ateistką... I tak się okazało, że Eda wylądował w Kiekrzu, gdzie do dziś czasami odwiedzam jego grób. Był tylko 8 lat starszy ode mnie, zmarł okrutną śmiercią - na raka żołądka. Prosił o skromny grób, przywalili go srebrną płytą.

Wbrew temu, co mówi Wiki, nie jest skromna :) Można też o nim znaleźć wiele innych informacji. Drążyłam, bo to dla mnie ważny człowiek.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Nawrot

I w mojej przedostatniej parafii proboszczem był wikary, który w R. był zaprzyjaźniony z moją mamą :) Od razu wiedziałam, że to on, patrząc na jego charakterystyczny podpis na tablicy ogłoszeń, gdy sprowadziłam się na Dębiec.

I tak, też był moim dobrym duchem.

Ochrzcił moich synów, nieślubnych w świetle prawa kanonicznego. Nie wnikał w szczegóły.

Wspominają go do dziś dobrze, byli u niego ministrantami. Potrafił sprzedać samochód, by dofinansować ministranckie kolonie. 

Mój ojciec wypowiadał się o nim z lekkim lekceważeniem. Na podstawie plotek. Jest kanonikiem. Z tego co wiem, nadal żyje. 

I pomógł mi spokojnie pochować mojego brata, nie wnikając w szczegóły, a musiał wiedzieć, że popełnił samobójstwo.

Więc jak widać, w moim kościelnym jeszcze żywocie raczej nie spotkałam złych ludzi.

Ale... 

Wiele się złożyło na to, że i ja, i Inżynier (choć drążyłam, dlaczego - ale w sumie rozumiem, a był naprawdę religijny, to long story na inną notkę, może napiszę, może nie) odeszliśmy oficjalnie.

Bo tak.

Bo to nie chodzi o tych kilku(nastu) dobrych ludzi w naszym życiu.

Tu chodzi o całokształt, o obłudę i zakłamanie instytucji.

I dlatego - nie płakałam po żadnym papieżu.

A Pierworodny na swoją pierwszą randkę z dziewczyną, która mi się szalenie podobała, szedł właśnie w dniu śmierci JP II, kiedy wszystko było ogarnięte histerią - Santo Subito :)

I jeszcze te fanatyczne teksty teściowej, o proroctwach, o przepowiedni Malachiasza...

No cóż, co ma być, będzie.

Jeśli wierzyć Biblii, będzie koniec świata, zostanę osądzona za swoje grzechy.

I nie zmartwychwstanę, nie usiądę ze sprawiedliwymi po prawicy Jego.

No cóż. Mój wybór. 

Nie żałuję.

Okazuje się, że  jutro zląduje tylko Alienek z ojcem.

Ojciec idzie na lumpkę (no dobra, na spotkanie z kolegami, nie umiem, jak moja teściowa odcinać go od świata). Kalafiorkówna idzie w niedzielę na konie, więc... Ojciec jej musiałby w niedzielę rano bladym świtem wracać na włości, żeby ona zdążyła na konie. Oczywiście, ojciec mógłby przyjechać sam, ale Alienek... chce do babci, nie jest fanem jazdy konnej. Jest fanem babcinych zabawek ;) 

Zaprotestowałam przeciw wracaniu syna po balandze bladym świtem. 

Politechnikę kończył i mimo że na stare lata przystopował z alkoholem, zawsze to spotkanie inżynierów. O, przepraszam, magistrów inżynierów.

Więc niech się wyśpi, odalkoholizuje u spokojnie śniadanie podane przez matkę zje.

Wciąż jest moim dzieckiem.

Ja przestałam być dzieckiem dokładnie 20 lat temu, gdy zmarła Ciocia.

Już nikt dla mnie specjalnie nie robił makaronu i śmierdziela.

Więc dopóki mogę, dopóki siłę mam, chcę, by moje dzieci były jeszcze dziećmi. 

A Alienek to inna bajka, nie mam faworytów, wnuki są równe, idealne.

Ale Alienek, szurający nogami tak, że do grobu mnie wpędza, wciąż pracujący w pocie czoła z logopedą - czasami potrzebuję tłumacza, podczas gdy jego ojca rozumiem nawet wtedy, gdy nie wydaje dźwięku  - wciąż ma takie specjalne miejsce w kąciku mego serca.

Bo tylko on przychodzi - jak jego ojciec kiedyś - zawsze, bez proszenia, na mizianie. Lubi drapanie po pleckach (ja, nienawidząca tego, drapię z rozkoszą). Jest popierdolony bez mała tak jak ja.

Marudzi przy jedzeniu. Nie wolno mi go rozpieszczać, bo zaburzam stabilizację, której potrzebuje.

No ale...

Jest najbardziej w moim życiu - ten miesiąc w UK, kiedy był tylko mój.

Cóż, tak wyszło.

Starałam się przy każdym z tej bandy, ale... No, nie wyszło.

Więc  (nie zaczyna się zdania od więc) co ja za to mogę?

Że mam cały słoik kremu pistacjowego i polezę rankiem po bułki mleczne?

Zaś co do Kundla - odmówiłabym z rozkoszą... 

Ale... To moja jedyna opcja, że nie legnę na fotelu wieczorem 30 kwietnia i nie poleżę na nim do 4 maja.

Więc trudno, coś za coś :)

Ale będę mu nadawała tak, że może zwariować.

Ale coś mi się wydaje, że on lubi, jak ja go wyzywam, bo wysuwa wtedy ten różowy jęzorek i patrzy mi w oczy tak, jakbym była jego ostatnią miłością w życiu.

Ale wiem, co sobie gad myśli: pierdol, pierdol, ja posłucham, a i tak gówno po mnie sprzątać będziesz...

Taki cwaniak...

I nie, nie będę drapała po brzuszku, a nóżki może lizać,  bo nóżkom  się wygło znienacka i (odpukać) nie puchną. Znaczy się kostki wciąż są nietenteges. Ale same stópki są OK, a nawet klapki zlatują, bo są za luźne.

Alem się dziś nanotowała, Kochany Pamiętniczku.

A jeszcze czeka mnie juterko przesadzanie begonii.

Ponieważ nędzne stokrotki z Aldiego zwariowały na maksa i są cudne, zanabyłam dziś nędzne begonie (za supercenę) z Lidla :)

Bo na stokrotkach z kwiaciarni, za 10 zyla PL grasują już mszyce :|

A w loggii coraz mniej miejsca,  bo właśnie zlądował tam badyl domowy, albowiem potykaliby się o niego jutrzejsi sublokatorzy.

Cdn. :)