piątek, 27 maja 2016
wtorek, 24 maja 2016
Było
bajkowo.
Przykro mi, że ciągu dalszego nie będzie.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Być wyśmianą.
Nie, to nie dla mnie.
I wali mnie, co potem będzie.
Nie jest mi przykro, absolutnie, że nikt już nie pozna ciągu dalszego.
Jestem po prostu pomyłką losu.
Bywa :)
Przykro mi, że ciągu dalszego nie będzie.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Być wyśmianą.
Nie, to nie dla mnie.
I wali mnie, co potem będzie.
Nie jest mi przykro, absolutnie, że nikt już nie pozna ciągu dalszego.
Jestem po prostu pomyłką losu.
Bywa :)
środa, 18 maja 2016
Nalazłam
od ręki skrobak dla Dory, jutro wyślę, bo dziś się nie złożyło.
Dzień udany.
Urlop. Czuję się jak pies spuszczony z za krótkiego łańcucha, nie, że ze smyczy.
Czuję urok słowa urlop, że ktoś za mnie robi moją ciężką pracę, bo na tym polega właśnie urlop.
Na dworcu wpadliśmy na Słonko z mężem, była radocha...
Może jedyna...
Moja Przyszła Synowa oswaja się ze mną, nie ma, biedna, innego wyjścia.
A cała reszta?
O kant dupy...
Chociaż po kolejnej wycieczce do kolejnej knajpy na Starym Rynku widziałam happening, że aż mnie serce zabolało...
Może jutro fotki wrzucę.
Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka...
Robić dobrą minę do złej gry i...
Kazałam mu, złe słowo, zasugerowałam, że...
Konwalie,
Ano...
Chyba już bardziej samotnie być nie może. No i oczywiście, nie przebiję co poniektórych kuchni.
Nevermind.
Dzień udany.
Urlop. Czuję się jak pies spuszczony z za krótkiego łańcucha, nie, że ze smyczy.
Czuję urok słowa urlop, że ktoś za mnie robi moją ciężką pracę, bo na tym polega właśnie urlop.
Na dworcu wpadliśmy na Słonko z mężem, była radocha...
Może jedyna...
Moja Przyszła Synowa oswaja się ze mną, nie ma, biedna, innego wyjścia.
A cała reszta?
O kant dupy...
Chociaż po kolejnej wycieczce do kolejnej knajpy na Starym Rynku widziałam happening, że aż mnie serce zabolało...
Może jutro fotki wrzucę.
Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka...
Robić dobrą minę do złej gry i...
Kazałam mu, złe słowo, zasugerowałam, że...
Konwalie,
Ano...
Chyba już bardziej samotnie być nie może. No i oczywiście, nie przebiję co poniektórych kuchni.
Nevermind.
sobota, 14 maja 2016
Smoking
jest już w domu, ale zobaczę go dopiero w dniu ślubu.
Wieczór przegadany jak za dawnych lat, jednak to się nie cofnęło.
Dla Inżynierowej Świadkowej, co znad morza przyjechała, żeby mu wieczór kawalerski zorganizować ugotowałam białe szparagi, bo takich nie jadła.
A w zamian za to dostałam
No, za całokształt, nie w zamian, bo dostałam przed szparagami.
Tak więc wysączę sobie i postaram się nie uruchamiać wyobraźni.
Legowisko im uszykowałam, gar rosołku w pogotowiu, sok pomidorowy i woda mineralna też.
Nakarmiłam Świadkową, przemiła dziewczyna, dawno, dawno temu miałam nadzieję, że zostanie moją synową. No cóż, nie wszystkie marzenia się spełniają, ale Inżynier ma superprzyjaciółkę, a ja superznajomą.
Na moment wpadł Kierownik Budowy i też miał dla mnie niespodziewajkę, tym fajniejszą, że trafioną w dziesiątkę...
Z hasełkiem mojego życia :)
Wpadł, wziął Świadkową, wypadł, Inżyniera usadzili na parę minut.
Domofon, Inżynier spadł...
Pozostaje mi tylko sączyć piwko i wyłączyć wyobraźnię.
I pamiętał, że jest Dzień Matki za niedługo, zapytał, co chcę.
Nie, że mu tam reklama wyskoczyła. Pamiętał.
Nice.
Może jednak jestem trochę ogrodniczką i przesadzam w całokształcie?
Kompania z R., zaanektowana przeze mnie bez odwołania jako bodyguardowie na ślub (a co, jestem kobietą luksusową i lubię przystojnych facetów) doleciała w całości, więc wszystko gra i przytupuje.
Tak, Kochany Pamiętniczku, nie należy pisać scenariuszy, nie należy się martwić o wczoraj, bo nie wróci, trzeba się uczyć na wczorajszych błędach. Nie bać się jutra, nie bać się, że pęknie nić.
Żyć dzisiaj.
Chwilą.
Bo są piękne.
Bo życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Z zapachu bzów, frezji i konwalii... (no dobra, lilaku, żeby co poniektórych serce nie bolało. A ten dany mi lilak wciąż dycha, pachnie i nie więdnie. Może dlatego, że z serca dany? Kupiony na targu zdychał następnego dnia...)
Tak pachnie zwykły dzień.
I niech trwa...
Wieczór przegadany jak za dawnych lat, jednak to się nie cofnęło.
Dla Inżynierowej Świadkowej, co znad morza przyjechała, żeby mu wieczór kawalerski zorganizować ugotowałam białe szparagi, bo takich nie jadła.
A w zamian za to dostałam
No, za całokształt, nie w zamian, bo dostałam przed szparagami.
Tak więc wysączę sobie i postaram się nie uruchamiać wyobraźni.
Legowisko im uszykowałam, gar rosołku w pogotowiu, sok pomidorowy i woda mineralna też.
Nakarmiłam Świadkową, przemiła dziewczyna, dawno, dawno temu miałam nadzieję, że zostanie moją synową. No cóż, nie wszystkie marzenia się spełniają, ale Inżynier ma superprzyjaciółkę, a ja superznajomą.
Na moment wpadł Kierownik Budowy i też miał dla mnie niespodziewajkę, tym fajniejszą, że trafioną w dziesiątkę...
Z hasełkiem mojego życia :)
Wpadł, wziął Świadkową, wypadł, Inżyniera usadzili na parę minut.
Domofon, Inżynier spadł...
Pozostaje mi tylko sączyć piwko i wyłączyć wyobraźnię.
I pamiętał, że jest Dzień Matki za niedługo, zapytał, co chcę.
Nie, że mu tam reklama wyskoczyła. Pamiętał.
Nice.
Może jednak jestem trochę ogrodniczką i przesadzam w całokształcie?
Kompania z R., zaanektowana przeze mnie bez odwołania jako bodyguardowie na ślub (a co, jestem kobietą luksusową i lubię przystojnych facetów) doleciała w całości, więc wszystko gra i przytupuje.
Tak, Kochany Pamiętniczku, nie należy pisać scenariuszy, nie należy się martwić o wczoraj, bo nie wróci, trzeba się uczyć na wczorajszych błędach. Nie bać się jutra, nie bać się, że pęknie nić.
Żyć dzisiaj.
Chwilą.
Bo są piękne.
Bo życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Z zapachu bzów, frezji i konwalii... (no dobra, lilaku, żeby co poniektórych serce nie bolało. A ten dany mi lilak wciąż dycha, pachnie i nie więdnie. Może dlatego, że z serca dany? Kupiony na targu zdychał następnego dnia...)
Tak pachnie zwykły dzień.
I niech trwa...
piątek, 13 maja 2016
45 minut
opóźnienia. Teoretycznie powinno już gdziekolwiek cokolwiek wyświetlać, ale nie wyświetla nigdzie, nawet na Flightlive.
I znów się nerwuję, jak zawsze.
Nie nerwuję się, jak sama lecę, bo co ma wisieć, nie utonie.
Nawet w piętek trzynastego, jako żem w taką datę o trzynastej za mąż wyszła.
Zdarza się.
Zatem pomijając nawał emilków z informacjami, że pani SJ nie będzie (bo nie będzie i już), dziś też wyszła o 14, a i tak wciąż ma godziny na plusie, że nic nie jest zrobione i w poniedziałek będzie się działo (no, SJ, tak się przyznaj, czasami myślisz, co się stanie jak podążysz w ślady Marii Czubaszek, wzdychasz i myślisz sobie, że może jakąś tablicę ku pamięci na korytarzu ci ufundują i zaraz rechocesz, że po co ci będzie ta tablica? Nie ma ludzi niezastąpionych, takie życie. Przychodzą inni, po prostu inni i wszystko kula się dalej, wciąż trwa). Nic się nie dzieje :)
Burze, wbrew SMS z centrum zarządzania kryzysowego (ojapierdolę, jeszcze rok-dwa temu nikt nie myślał o zawiadamianiu SMS, że będzie padać, czy że będzie burz) tak sobie spokojnie wkoło wioseczki krążą. I nic.
A ja...
No, nerwuję się, ale to moje prawo się nerwować.
Kwarantannę oglądnęłam, kolejny odcinek.
I nie jest najgorsze to, że nie wiadomo, czy to bioterroryzm czy nie, że ogrodzono część miasta wprowadzając kwarantannę, że władza jak zwykle w tych momentach kłamie, że nie wiadomo, co jest prawdą, a co nie, że nie wiadomo itede, itepe, ale... Odłączyli Internet. Już w czwartym odcinku. No nie, Kochany Pamiętniczku, można przeżyc i zasieki, i kwarantannę, i ryzyko śmierci i inne takie tam, ale jak to - nie ma Internetu?
Nie ma takiego czegoś, to jest...
Na flightradar mówi, że lot jest unknown.
Chyba pójdę po coś na uspokojenie.
Notkę dokończę, jak wrócę.
O moje słabe serce... :(
Delayed.
Kurwa mać.
Oddychamy głęboko w tytkę.
A jeszcze mnie to czeka, bo leci Banda Czworga, tyle że nie wiem kiedy, no i jutro leci całe R.
Nic, tylko się pochlastać. Głęboko....
Nie, żebym się latania bała, latanie jest spoko, ale jak ja lecę, nie jak lecą inni :P
Tak się zastanawiam, co zrobić z taką kupą pieniędzy?
Może na chippendalsów jakichś? Powinno starczyć :P
A na balkonie...
zakwitły, radując me serce...
A na straganie dziś po raz pierwszy u mnie
polskie, pachnące słońcem, niewydarzone jeszcze, słodko-kwaśnie za obłędną cenę 17 zł polskich. Truskaweczki moje kochane...
I tak, Kochany Pamiętniczku, zaczyna się ogólne szaleństwo.
Wariatkowo.
Do napisania w wolnej chwili :)
I znów się nerwuję, jak zawsze.
Nie nerwuję się, jak sama lecę, bo co ma wisieć, nie utonie.
Nawet w piętek trzynastego, jako żem w taką datę o trzynastej za mąż wyszła.
Zdarza się.
Zatem pomijając nawał emilków z informacjami, że pani SJ nie będzie (bo nie będzie i już), dziś też wyszła o 14, a i tak wciąż ma godziny na plusie, że nic nie jest zrobione i w poniedziałek będzie się działo (no, SJ, tak się przyznaj, czasami myślisz, co się stanie jak podążysz w ślady Marii Czubaszek, wzdychasz i myślisz sobie, że może jakąś tablicę ku pamięci na korytarzu ci ufundują i zaraz rechocesz, że po co ci będzie ta tablica? Nie ma ludzi niezastąpionych, takie życie. Przychodzą inni, po prostu inni i wszystko kula się dalej, wciąż trwa). Nic się nie dzieje :)
Burze, wbrew SMS z centrum zarządzania kryzysowego (ojapierdolę, jeszcze rok-dwa temu nikt nie myślał o zawiadamianiu SMS, że będzie padać, czy że będzie burz) tak sobie spokojnie wkoło wioseczki krążą. I nic.
A ja...
No, nerwuję się, ale to moje prawo się nerwować.
Kwarantannę oglądnęłam, kolejny odcinek.
I nie jest najgorsze to, że nie wiadomo, czy to bioterroryzm czy nie, że ogrodzono część miasta wprowadzając kwarantannę, że władza jak zwykle w tych momentach kłamie, że nie wiadomo, co jest prawdą, a co nie, że nie wiadomo itede, itepe, ale... Odłączyli Internet. Już w czwartym odcinku. No nie, Kochany Pamiętniczku, można przeżyc i zasieki, i kwarantannę, i ryzyko śmierci i inne takie tam, ale jak to - nie ma Internetu?
Nie ma takiego czegoś, to jest...
Na flightradar mówi, że lot jest unknown.
Chyba pójdę po coś na uspokojenie.
Notkę dokończę, jak wrócę.
O moje słabe serce... :(
Delayed.
Kurwa mać.
Oddychamy głęboko w tytkę.
A jeszcze mnie to czeka, bo leci Banda Czworga, tyle że nie wiem kiedy, no i jutro leci całe R.
Nic, tylko się pochlastać. Głęboko....
Nie, żebym się latania bała, latanie jest spoko, ale jak ja lecę, nie jak lecą inni :P
Tak się zastanawiam, co zrobić z taką kupą pieniędzy?
Może na chippendalsów jakichś? Powinno starczyć :P
A na balkonie...
zakwitły, radując me serce...
A na straganie dziś po raz pierwszy u mnie
polskie, pachnące słońcem, niewydarzone jeszcze, słodko-kwaśnie za obłędną cenę 17 zł polskich. Truskaweczki moje kochane...
I tak, Kochany Pamiętniczku, zaczyna się ogólne szaleństwo.
Wariatkowo.
Do napisania w wolnej chwili :)
środa, 11 maja 2016
Larum
grają.
Ojapierdolę.
Stan podwyższonej gotowości bojowej.
Emilka dostali wszyscy, ja też. O treści mniej więcej: Drodzy Koledzy!
Pani Stara Jędza, nasza korektorka, idzie na urlop...
Nie dodali, że kochana, jedyna i niezastąpiona.
Piszą, żeby pisać szybciej, to pani SJ jeszcze przeczyta.
Panna, która ma mnie przez dwa dni zastąpić i która w sumie ma do przeczytania jakieś 30 stron przez dwa dni, a to nie jest wielkie 30 stron, bo fotki są czasem na pół strony, i reklamy i inne takie tam, a do czytania michałki tylko, okopuje się, jak na wojnę trzydziestoletnią.
Ja ostatnie 15 stron dostaję koło 14.30, z hasłem czas start, bo o tej dokładnie godzinie gazetka powinna być już w drukarni :)
I nie rozdzieram szat. Robię spokojnie herbatkę, wyrzucam wszystkich pytających, czy już przeczytałam i za jakąś godzinkę idę kubeczek do zmywarki wrzucić i spadam do domu :D
Ale to ja.
I dobrze im tak.
Jak mają na co dzień, to nie cenią.
Wrócę po ślubie na 3 dni, a potem znów znikam. Na urlop.
I już jest raban.
I raban od Bossa, że jak to, tyle urlopu mam. Ano mam, bo jak mam iść na urlop, skoro co kawałek jestem przydasię?
Bo w sumie to tylko praca mnie kocha, i deszcz, bo on jeden na mnie leci.
Nawet Baran potraktował mnie chłodno i ozięble, z dystansem.
Trudno.
Wracałam z pracy na piechotkę, bom dziś nie dźwigała szparagów, jaj i innych zabawek.
Nie łaziłam dawno, bo oszczędzam kolano, upał jest, no i te tobołki.
A tam
jak co roku:
Ciemnych irysów dostałem pęk,
Nie wiem od kogo.
Serce me drżący ogarnął lęk,
Ciemnych irysów dostałem pęk
I patrzę na nie z dziecinną trwogą:
"Co też te kwiaty mi przynieść mogą?"
- Lęk.
I list dostałem. Słowa: "Bez słów"
Jeno w nim były.
... Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów,
Żal mi przyniosły słowa: "Bez słów"...
Śród wspomnienia słodkiej bezsiły
Znów mi się oczy twoje przyśniły,
Znów...
Again...
Za zakrętem, bo ja jestem proszę pana na zakręcie...
Bez...
Bez czego...
Lilak, of course.
Więc wyciągam ajfoniczka i sruuu foteczki, bo
Dawno zużyte słowa
Ojapierdolę.
Stan podwyższonej gotowości bojowej.
Emilka dostali wszyscy, ja też. O treści mniej więcej: Drodzy Koledzy!
Pani Stara Jędza, nasza korektorka, idzie na urlop...
Nie dodali, że kochana, jedyna i niezastąpiona.
Piszą, żeby pisać szybciej, to pani SJ jeszcze przeczyta.
Panna, która ma mnie przez dwa dni zastąpić i która w sumie ma do przeczytania jakieś 30 stron przez dwa dni, a to nie jest wielkie 30 stron, bo fotki są czasem na pół strony, i reklamy i inne takie tam, a do czytania michałki tylko, okopuje się, jak na wojnę trzydziestoletnią.
Ja ostatnie 15 stron dostaję koło 14.30, z hasłem czas start, bo o tej dokładnie godzinie gazetka powinna być już w drukarni :)
I nie rozdzieram szat. Robię spokojnie herbatkę, wyrzucam wszystkich pytających, czy już przeczytałam i za jakąś godzinkę idę kubeczek do zmywarki wrzucić i spadam do domu :D
Ale to ja.
I dobrze im tak.
Jak mają na co dzień, to nie cenią.
Wrócę po ślubie na 3 dni, a potem znów znikam. Na urlop.
I już jest raban.
I raban od Bossa, że jak to, tyle urlopu mam. Ano mam, bo jak mam iść na urlop, skoro co kawałek jestem przydasię?
Bo w sumie to tylko praca mnie kocha, i deszcz, bo on jeden na mnie leci.
Nawet Baran potraktował mnie chłodno i ozięble, z dystansem.
Trudno.
Wracałam z pracy na piechotkę, bom dziś nie dźwigała szparagów, jaj i innych zabawek.
Nie łaziłam dawno, bo oszczędzam kolano, upał jest, no i te tobołki.
A tam
jak co roku:
Ciemnych irysów dostałem pęk,
Nie wiem od kogo.
Serce me drżący ogarnął lęk,
Ciemnych irysów dostałem pęk
I patrzę na nie z dziecinną trwogą:
"Co też te kwiaty mi przynieść mogą?"
- Lęk.
I list dostałem. Słowa: "Bez słów"
Jeno w nim były.
... Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów,
Żal mi przyniosły słowa: "Bez słów"...
Śród wspomnienia słodkiej bezsiły
Znów mi się oczy twoje przyśniły,
Znów...
Again...
Za zakrętem, bo ja jestem proszę pana na zakręcie...
Bez...
Bez czego...
Lilak, of course.
Więc wyciągam ajfoniczka i sruuu foteczki, bo
Dawno zużyte słowa
wróciły do mnie znów,
i zrozumiałem od nowa
znaczenie prostych słów.
I tak się jakoś stało,
że bez tak pachniał jak bez
i słowo pachnieć pachniało,
i łzy były pełne łez.
Tęsknota słowo zużyte
otwarło mi swoją dal
jak różne są rzeczy ukryte
w króciutkim wyrazie: żal.
Focę ja sobie lilaka, a pani nadchodząca mówi: proszę sobie urwać gałązkę. Ja na to, ależ nie śmiałabym... A ona: jak mówię, że ma pani rwać, to proszę rwać, będzie pani pachniało... Ja znów: nie śmiałabym, a kobietka furtkę otwiera, gałązkę łamie i daje mi, mówiąc: niech pani się nawącha do syta :)
Podziękowałam pięknie i właśnie bez pachnie mi jak bez i wspomnienia wracają, jak szukałyśmy razem szczęścia w bzie. Nieszczepionym, więc znalezienie szczęścia było jak znalezienie czterolistnej koniczyny,
I to se ne vrati.
Żal.
Wchodzę do domu, bateria rozwalona, bo Postmen ikonki słał, jak to on.
Szybki obiad, zdrowiej już się odżywiać nie można:
jogurt, siemię lniane, pestki dyni, zielony jęczmień i natka pietruszki.
Amen.
I szybki numerek na Skype.
A w tle: żal.
Bo nie tak miało być, nie tak miało się zmieniać.
Też się zmieniłam, ale nie aż tak bardzo. Jestem inna, dojrzalsza, ale te zwariowane rzeczy we mnie zostały.
Tak bardzo cieszyłam się, że odnowił się kontakt, ale widzę, że nadajemy zupełnie na innych falach.
We mnie wciąż są te wiersze, te zachwyty, zadumy, rozterki, że rzucę i nie wrócę, że odważni nie żyją wiecznie, ale tchórze nie żyją nigdy.
A tam, mimo że życie ciężej może niż mnie doświadczało, a może właśnie dlatego - nie ma nic.
W sensie, że naczelną rolę w życiu pełni TV. Programy wszystkie, o których nie mam zielonego pojęcia, bo nigdy nie miałam czasu na Big Brothera i inne bajki, Gesslerową kojarzę, ale żebym miała się ekscytować jej wyczynami, sorry Winnetou, liczy się moja kuchnia, a dobre knajpy znajduję sama. I ocena Gesslerowej wisi mi i powiewa kalafiorem, najfajniejsza knajpa jest w K. koło cmentarza :D
Nie potrafię wtłoczyć życia w ramy TV. Nigdy nie potrafiłam. Zawsze wkurwiały mnie momenty, gdy gościłam w domach, gdzie na widok gościa włączano TV. Mimo że bardzo chciałam, nie da się.
Znów jestem sama.
Każdy związek zabiera coś z człowieka, coś, co dla mnie było ważne.
Nawet Inżynier się zmienił, i to bardzo.
I nie, że cokolwiek mam mu do zarzucenia, ale jest nutka obcości.
A może ja mam pecha i dlatego?
Nie rozumiem.
Nie oceniam.
Już nie protestuję, bo nie warto.
Semper fidelis.
Sobie.
I niech tak zostanie.
Z moimi posranymi marzeniami i z moją wieczną tęsknotą.
I z tym, za co gonił mnie Eda...
... dla dekalogów mieć pogardę i nie bać się, że pęknie nić...
The heart is a lonely hunter...
True story...
wtorek, 10 maja 2016
No sex
no drugs, no rock and roll. To co ja, kurde, z tego życia mam? Jak mnie nikt nie kocha, nikt nie lubi i nikt nie szanuje? Jak wszystko się zmienia i to tak, jak nie lubię? Jak nie ma już nic?
Przyznałam się bez bicia, bez wymuszania zeznań za pomocą tortur, że szparagowo mi.
No bo jak to...
Idę do pracy Manhattanem, a tam szparagi.
Wchodzę do pracy, a tam szparagi.
Czyhają na mnie zewsząd, z każdego kąta, zakamarka i załomka...
Są tylko kilka tygodni w roku.
Te prawdziwe, smakujące szparagami, jak Pan Bóg przykazał.
Po których się sika i pachnie w całej łazience szparagami.
A on mi: nie przed ślubem.
Po ślubie to już zaraz będzie po szparagach.
Bo niby uroczystość zepsuję.
Ta.
Jakbym się w trzy dupy nawaliła, to rozumiem. Ale że utykała będę i nie zatańczę?
W sumie.
Nawet tańczenie mnie przestaje kręcić.
Się porobiło.
Ano...
Coraz trudniej stać na krawędzi chodnika.
Przyznałam się bez bicia, bez wymuszania zeznań za pomocą tortur, że szparagowo mi.
No bo jak to...
Idę do pracy Manhattanem, a tam szparagi.
Wchodzę do pracy, a tam szparagi.
Czyhają na mnie zewsząd, z każdego kąta, zakamarka i załomka...
Są tylko kilka tygodni w roku.
Te prawdziwe, smakujące szparagami, jak Pan Bóg przykazał.
Po których się sika i pachnie w całej łazience szparagami.
A on mi: nie przed ślubem.
Po ślubie to już zaraz będzie po szparagach.
Bo niby uroczystość zepsuję.
Ta.
Jakbym się w trzy dupy nawaliła, to rozumiem. Ale że utykała będę i nie zatańczę?
W sumie.
Nawet tańczenie mnie przestaje kręcić.
Się porobiło.
Ano...
Coraz trudniej stać na krawędzi chodnika.
niedziela, 8 maja 2016
Zgodnie
z zapowiedzią - działo się.
Ponieważ wyszłam z domu za wcześnie, więc przetuptałam 5 km, co mi na zdrowie wyszło. Pogoda jak marzenie...
Wypatrywałam wieżyczek :)
Takie graffiti to jest ok.
Szpital ortopedyczny im. dr. Degi.
Kamieniczka.
Kamieniczka w całości.
I kotecek. Korektorka wszędzie błąd znajdzie :D
Budynek szachulcowy, strasznie mi się takie podobają :)
Polibuda.
Kościół przy rynku Wildeckim.
Kamieniczka.
I fontanna, nareszcie czynna, bo ostatnio sucha była wciąż...
Rozśmieszyło mnie, tak jakby fryzjer był u Pawła :)
Można ukwiecić balkon? A można go olać?
Czy jak dosypię tego relaksu do wódki ominie mnie kac?
Nowy sklep ze starociami, cudne rzeczy tam mają, fotele jak marzenie... Muszę wdepnąć.
Tu stanęłam. A pan śmieci na torach zbierał. W niedzielę, szok :)
Wszyscy czekaliśmy cierpliwie.
I stara bimba przejechała, łezka mi się w oku zakręciła :) Można było wsiadać i wysiadać w biegu. Com czyniła, ale byłam młoda i głupia :)
I za niedługo zaczął się on.
Poznań - Wings for Life World Run 2016
Idea wyścigu jest taka, że meta goni uczestników. Samochodem kierował Małysz, niestety na fotkę u mnie się nie załapał, nie zasłużył :)
Nadchodzą...
Bezkarne robienie fotek policji to to, co tygryski lubią najbardziej :P
Pierwsi biegacze :)
A nad nami helikopter krążył.
Na wózkach jechało mnóstwo osób. Stałam na lekkim wzniesieniu, gdzie ciężko było im podjechać, ale w przeciwieństwie do innych wyścigów, tu zawodnicy pomagali tym na wózkach. Bez proszenia, odruchowo, naturalnie...
A blond włosy rozwiewał wiatr :)
I like, Szymon :)
Zachwycił mnie ten fryz ;)
I pieseczek był, a jakże. Patriota :)
Batman.
Dzieci nie są żadną przeszkodą, jak widać.
I naprawdę wszyscy tacy uśmiechnięci.
Poznanianka. Porzundek zaś ale musi być :)
Zakopane też biegło :)
No i oczywiście Gwiazdor. Bo to Poznań, Gwiazdor musi być.
I dziewiczy wianeczek ;)
I statua Wolności :)
Skojarzyło mi się to z gościem z Wikingów :)
No i Ruda, Ruda zawsze musi być, bez Rudej nie ma zabawy :)
I weganizm tez propagowali :P
Do tej starej bimby można by było wskoczyć i kawałek się podwieźć ;)
I Żyrafka też biegła :)
No i oczywiście Kubuś Puchatek. Podziwiam, bo żar lał się z nieba, więc wdzianko na pewno nieźle grzało :)
Farbowana ruda, na dokładkę facet :P
Panu się kierunek pomylił :D
A tu pan nie wytrzymał, strip-tease zrobił. Futerko w maju, w cieniu było 26 stopni :)
Niektórzy powoli pasowali...
Młode męskie piersi. Rozmarzyłam się :D
Pan kibicujący zmartwiony, że to już koniec i nie będzie miał komu piątki przybijać.
Małysza wypatrują...
Wolontariusze polewali wodą biegnących, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł... No cóż...
Bezkarne selfie z policją :)
Małysz za kierownicą :D
A tym autobusem jechali ci, których Małysz wyeliminował już. Na razie było w nim pustawo. I to już koniec jak dla mnie, biegacze biegli do Gniezna. Wpisowe, bagatela, 120 zł, poszło w całości na badania naukowe. Mam nadzieję, że do zobaczenia za rok :)
Ponieważ wyszłam z domu za wcześnie, więc przetuptałam 5 km, co mi na zdrowie wyszło. Pogoda jak marzenie...
Wypatrywałam wieżyczek :)
Takie graffiti to jest ok.
Szpital ortopedyczny im. dr. Degi.
Kamieniczka.
Kamieniczka w całości.
I kotecek. Korektorka wszędzie błąd znajdzie :D
Budynek szachulcowy, strasznie mi się takie podobają :)
Polibuda.
Kościół przy rynku Wildeckim.
Kamieniczka.
I fontanna, nareszcie czynna, bo ostatnio sucha była wciąż...
Rozśmieszyło mnie, tak jakby fryzjer był u Pawła :)
Można ukwiecić balkon? A można go olać?
Czy jak dosypię tego relaksu do wódki ominie mnie kac?
Nowy sklep ze starociami, cudne rzeczy tam mają, fotele jak marzenie... Muszę wdepnąć.
Tu stanęłam. A pan śmieci na torach zbierał. W niedzielę, szok :)
Wszyscy czekaliśmy cierpliwie.
I stara bimba przejechała, łezka mi się w oku zakręciła :) Można było wsiadać i wysiadać w biegu. Com czyniła, ale byłam młoda i głupia :)
I za niedługo zaczął się on.
Poznań - Wings for Life World Run 2016
Idea wyścigu jest taka, że meta goni uczestników. Samochodem kierował Małysz, niestety na fotkę u mnie się nie załapał, nie zasłużył :)
Nadchodzą...
Bezkarne robienie fotek policji to to, co tygryski lubią najbardziej :P
Pierwsi biegacze :)
A nad nami helikopter krążył.
Na wózkach jechało mnóstwo osób. Stałam na lekkim wzniesieniu, gdzie ciężko było im podjechać, ale w przeciwieństwie do innych wyścigów, tu zawodnicy pomagali tym na wózkach. Bez proszenia, odruchowo, naturalnie...
A blond włosy rozwiewał wiatr :)
I like, Szymon :)
Zachwycił mnie ten fryz ;)
I pieseczek był, a jakże. Patriota :)
Batman.
Dzieci nie są żadną przeszkodą, jak widać.
I naprawdę wszyscy tacy uśmiechnięci.
Poznanianka. Porzundek zaś ale musi być :)
Zakopane też biegło :)
No i oczywiście Gwiazdor. Bo to Poznań, Gwiazdor musi być.
I dziewiczy wianeczek ;)
I statua Wolności :)
Skojarzyło mi się to z gościem z Wikingów :)
No i Ruda, Ruda zawsze musi być, bez Rudej nie ma zabawy :)
I weganizm tez propagowali :P
Do tej starej bimby można by było wskoczyć i kawałek się podwieźć ;)
I Żyrafka też biegła :)
No i oczywiście Kubuś Puchatek. Podziwiam, bo żar lał się z nieba, więc wdzianko na pewno nieźle grzało :)
Farbowana ruda, na dokładkę facet :P
Panu się kierunek pomylił :D
A tu pan nie wytrzymał, strip-tease zrobił. Futerko w maju, w cieniu było 26 stopni :)
Niektórzy powoli pasowali...
Młode męskie piersi. Rozmarzyłam się :D
Pan kibicujący zmartwiony, że to już koniec i nie będzie miał komu piątki przybijać.
Małysza wypatrują...
Wolontariusze polewali wodą biegnących, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł... No cóż...
Bezkarne selfie z policją :)
Małysz za kierownicą :D
A tym autobusem jechali ci, których Małysz wyeliminował już. Na razie było w nim pustawo. I to już koniec jak dla mnie, biegacze biegli do Gniezna. Wpisowe, bagatela, 120 zł, poszło w całości na badania naukowe. Mam nadzieję, że do zobaczenia za rok :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































































































