opóźnienia. Teoretycznie powinno już gdziekolwiek cokolwiek wyświetlać, ale nie wyświetla nigdzie, nawet na Flightlive.
I znów się nerwuję, jak zawsze.
Nie nerwuję się, jak sama lecę, bo co ma wisieć, nie utonie.
Nawet w piętek trzynastego, jako żem w taką datę o trzynastej za mąż wyszła.
Zdarza się.
Zatem pomijając nawał emilków z informacjami, że pani SJ nie będzie (bo nie będzie i już), dziś też wyszła o 14, a i tak wciąż ma godziny na plusie, że nic nie jest zrobione i w poniedziałek będzie się działo (no, SJ, tak się przyznaj, czasami myślisz, co się stanie jak podążysz w ślady Marii Czubaszek, wzdychasz i myślisz sobie, że może jakąś tablicę ku pamięci na korytarzu ci ufundują i zaraz rechocesz, że po co ci będzie ta tablica? Nie ma ludzi niezastąpionych, takie życie. Przychodzą inni, po prostu inni i wszystko kula się dalej, wciąż trwa). Nic się nie dzieje :)
Burze, wbrew SMS z centrum zarządzania kryzysowego (ojapierdolę, jeszcze rok-dwa temu nikt nie myślał o zawiadamianiu SMS, że będzie padać, czy że będzie burz) tak sobie spokojnie wkoło wioseczki krążą. I nic.
A ja...
No, nerwuję się, ale to moje prawo się nerwować.
Kwarantannę oglądnęłam, kolejny odcinek.
I nie jest najgorsze to, że nie wiadomo, czy to bioterroryzm czy nie, że ogrodzono część miasta wprowadzając kwarantannę, że władza jak zwykle w tych momentach kłamie, że nie wiadomo, co jest prawdą, a co nie, że nie wiadomo itede, itepe, ale... Odłączyli Internet. Już w czwartym odcinku. No nie, Kochany Pamiętniczku, można przeżyc i zasieki, i kwarantannę, i ryzyko śmierci i inne takie tam, ale jak to - nie ma Internetu?
Nie ma takiego czegoś, to jest...
Na flightradar mówi, że lot jest unknown.
Chyba pójdę po coś na uspokojenie.
Notkę dokończę, jak wrócę.
O moje słabe serce... :(
Delayed.
Kurwa mać.
Oddychamy głęboko w tytkę.
A jeszcze mnie to czeka, bo leci Banda Czworga, tyle że nie wiem kiedy, no i jutro leci całe R.
Nic, tylko się pochlastać. Głęboko....
Nie, żebym się latania bała, latanie jest spoko, ale jak ja lecę, nie jak lecą inni :P
Tak się zastanawiam, co zrobić z taką kupą pieniędzy?
Może na chippendalsów jakichś? Powinno starczyć :P
A na balkonie...
zakwitły, radując me serce...
A na straganie dziś po raz pierwszy u mnie
polskie, pachnące słońcem, niewydarzone jeszcze, słodko-kwaśnie za obłędną cenę 17 zł polskich. Truskaweczki moje kochane...
I tak, Kochany Pamiętniczku, zaczyna się ogólne szaleństwo.
Wariatkowo.
Do napisania w wolnej chwili :)
niech MOC będzie z Tobą ! bawcie się dobrze w tym czasie :-) dbaj o wątrobę :D:D:D
OdpowiedzUsuńDolecą,co mają nie dolecieć! Buziaki, łyknij meliski!
OdpowiedzUsuńdora