w świat, tym razem z plecaczkiem, Kochany Pamiętniczku.
Sayonara :*
Świat woła :)
niedziela, 18 września 2016
sobota, 17 września 2016
Standard
sobotni.
Manhattan.
Niestety, nie dostałam dywanika, na który polowałam, za to cała masa gadżetów na Halloween już jest. Mam parę, ale rączki mnie znów zaświerzbiły, zwyciężył jednak zdrowy rozsądek. Mam mnóstwo słoiczków po tych biedronkowych jogurtach i taki lichtarzyk mogę sama zrobić, a 7 złotych będzie w kieszeni, Jogurty kosztowały bodaj 3 zł za cztery...
Mądra dziewczynka.
No i okna pomyłam, dzień na okna idealny, nie za zimno, nie za gorąco, a wreszcie nie ma tych paskudnych plam. Pod niewciągniętą do końca roletką zagnieździła się mucha tak wielka, że ojapierdolę, mam nadzieję, że udało mi się zlikwidować całe jej potomstwo... Jednak to, że nie mam jak umyć roletek od spodu jest wadą. Nie jestem mądrą Zmorką, nie zdejmę ich.
Wzdech.
No i kuwetka ogarnięta, teraz wypocząć jutro i cztery dni armageddonu przetrwać.
Całe życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku.
Bratki nie cieszą oczu tak, jak te ubiegłoroczne, mikre jakieś i nieudane, jeden padł już. Nie wiem, czy to te upały, ale w zeszłym roku też były (fejsbuk podpowiedział), czy sadzonki takie nędzne. Dąbek mszyce zeżarły, mam nadzieję, że im stoi na żołądku, musiałam wywalić na śmietnik, nie ma się co cackać i tak marniał. W ogóle w tym roku kwiaty mi się nie udają, tak jak zawsze.
Jak nie urok, to sraczka, albo inny przemarsz wojsk radzieckich.
Chociaż patrząc na to, co dzieje się, to sama już nie wiem, co lepsze.
A propos Zmorczej notki, jak ogarniałam mą kuwetę przypomniał mi się znajomy, który zawsze mnie namawiał, byśmy razem zamieszkali. Mówił: ty byś gotowała, a ja bym sprzątał. Bo gość uwielbiał sprzątanie i nie, że leci bez okularów i kurzu nie widać, nie, każda durnostojka do ręki i dokładnie odkurzona... Za to gotować nie lubił. No, miał jedną wadę, a nawet dwie... Chciał ustawiać moje książki wg swojego systemu i za każdym razem, jak był u mnie, zabierał się za to. A moje książki są moje i są w artystycznym nieładzie i tak ma być! No i musiałabym Phila C. na okrągło słuchać, a to już mnie zupełnie przerasta :)
Więc jestem sama i dobrze mi z tym...
Manhattan.
Niestety, nie dostałam dywanika, na który polowałam, za to cała masa gadżetów na Halloween już jest. Mam parę, ale rączki mnie znów zaświerzbiły, zwyciężył jednak zdrowy rozsądek. Mam mnóstwo słoiczków po tych biedronkowych jogurtach i taki lichtarzyk mogę sama zrobić, a 7 złotych będzie w kieszeni, Jogurty kosztowały bodaj 3 zł za cztery...
Mądra dziewczynka.
No i okna pomyłam, dzień na okna idealny, nie za zimno, nie za gorąco, a wreszcie nie ma tych paskudnych plam. Pod niewciągniętą do końca roletką zagnieździła się mucha tak wielka, że ojapierdolę, mam nadzieję, że udało mi się zlikwidować całe jej potomstwo... Jednak to, że nie mam jak umyć roletek od spodu jest wadą. Nie jestem mądrą Zmorką, nie zdejmę ich.
Wzdech.
No i kuwetka ogarnięta, teraz wypocząć jutro i cztery dni armageddonu przetrwać.
Całe życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku.
Bratki nie cieszą oczu tak, jak te ubiegłoroczne, mikre jakieś i nieudane, jeden padł już. Nie wiem, czy to te upały, ale w zeszłym roku też były (fejsbuk podpowiedział), czy sadzonki takie nędzne. Dąbek mszyce zeżarły, mam nadzieję, że im stoi na żołądku, musiałam wywalić na śmietnik, nie ma się co cackać i tak marniał. W ogóle w tym roku kwiaty mi się nie udają, tak jak zawsze.
Jak nie urok, to sraczka, albo inny przemarsz wojsk radzieckich.
Chociaż patrząc na to, co dzieje się, to sama już nie wiem, co lepsze.
A propos Zmorczej notki, jak ogarniałam mą kuwetę przypomniał mi się znajomy, który zawsze mnie namawiał, byśmy razem zamieszkali. Mówił: ty byś gotowała, a ja bym sprzątał. Bo gość uwielbiał sprzątanie i nie, że leci bez okularów i kurzu nie widać, nie, każda durnostojka do ręki i dokładnie odkurzona... Za to gotować nie lubił. No, miał jedną wadę, a nawet dwie... Chciał ustawiać moje książki wg swojego systemu i za każdym razem, jak był u mnie, zabierał się za to. A moje książki są moje i są w artystycznym nieładzie i tak ma być! No i musiałabym Phila C. na okrągło słuchać, a to już mnie zupełnie przerasta :)
Więc jestem sama i dobrze mi z tym...
piątek, 16 września 2016
Piątek
piąteczek, piątunio,o jakże wyczekany i wytęskniony, Kochany Pamiętniczku...
Wyjść z pracy nie mogłam, bo co już do drzwi kroczyłam, to ktoś wyskakiwał, jak diabeł z pudełka, że jeszcze coś ma.
A pół dnia przesiedzieli w kuchni, bo Bossa nie było, za to była niezła wyżerka korbolowa. I ja się korbola obżarłam po pępuszek i to tak, że śniadanie dalej leży, a ja na nic miejsca nie mam.
Pobrałam przepisy, aczkolwiek wątpię, czy coś zrobię.
Wątpię też mamy, jak w tym kawale, który rozumie tylko Inżynier.
A u Inżyniera powódź dziś i pozalewane, i pozamiatane, do pracy zdążył dojechać, czekam na wieści, czy wrócili do domu.
U Pierworodnego nie było tak źle.
Książkę kupiłam, niechcący, ale oj tam, oj tam, tak wyszło.
Przynajmniej nie wydam na alkohol.
Przymierzam się już do jesieni, choć wszystko jeszcze takie rozgrzane, ale za mną już chodzi wizyta u Umarlaków, jednak na Wszystkich Świętych muszę ich ogarnąć.
Choć i Halloween też się liczy...
A to już przecież za niedługo...
A i
Dla mnie będą szczególne. Nowe. Po 12 latach zmienia się wszystko. I tak się zastanawiam, jak w Wigilię pić będę? No chyba że małpkę kupię, zamiast pól litra, bo inaczej wysiądę i się nawet z nimi opłatkiem nie podzielę. To dopiero będzie obciach. Zdrowiem zaś nie zaryzykuję, co to, to nie, przekonałam się, że to działa :D
Za to omija mnie wszystko inne, i dobrze.
Tak ma być.
Mogą być w tym roku nawet śnieżne święta, nie rusza mnie nic. Choć znając życie, w wiosce będzie smród i błocko.
I tak, Kochany Pamiętniczku, ominie mnie w weekend parę zabawek, ale trudno.
Nie można mieć wszystkiego, jak się na to nie zasłużyło.
I znów trzeba do stycznia czekać na Garniturki. Wprawdzie wrócił Poldark, ale i tak się tak nie bawię!!!
I ścięłam się. Zapuszczałam się od wesela Inżyniera, bo tak. Ale wczoraj dojrzałam i poszłam na szafot. Nieźle. Jakby piorun w rabarbar strzelił, ale oj tam, oj tam :P
W rzewień, proszę Kochanego Pamiętniczka, of course ;)
Nie wiem, co będzie z kompikiem, bo działa wszystko na zasadzie: umiesz liczyć, licz na siebie, Twoje szczęście innych jebie. Pierworodny się dziś słowem nie zająknął, choć w niedzielę Inżynier go męczył. Jak nie dojdzie do przyszłego tygodnia, to już mi na nic, bo nie będzie miał go kto połączyć. A taki był entuzjazm, że choć tak mamie pomoże.
A nic to.
Najwyżej pójdę na odwyk.
Póki możesz coś dla kogoś zrobić, to się liczysz. Jak ty coś potrzebujesz, to się nie pali.
Nazbierało mi się znów, do wypęku.
Niczyje słowa nie są warte więcej od pieniędzy, każdy dzień to potwierdza.
Coraz dobitniej.
I nie ma wyjścia, trzeba z tym żyć.
Reportaż robiłam o starości i zdrętwiałam.
Bo tego się boję.
I modlę się (ja się modlę, ojapierdole!), żeby mieć tyle rozsądku i siły oraz odwagi (bo to trzeba mieć), żeby odejść w odpowiednim momencie.
Bo człowiek albo zostaje sam, albo jest niepotrzebnym ciężarem.
Taka prawda i nic nie zmieni mojego zdania.
Wyjść z pracy nie mogłam, bo co już do drzwi kroczyłam, to ktoś wyskakiwał, jak diabeł z pudełka, że jeszcze coś ma.
A pół dnia przesiedzieli w kuchni, bo Bossa nie było, za to była niezła wyżerka korbolowa. I ja się korbola obżarłam po pępuszek i to tak, że śniadanie dalej leży, a ja na nic miejsca nie mam.
Pobrałam przepisy, aczkolwiek wątpię, czy coś zrobię.
Wątpię też mamy, jak w tym kawale, który rozumie tylko Inżynier.
A u Inżyniera powódź dziś i pozalewane, i pozamiatane, do pracy zdążył dojechać, czekam na wieści, czy wrócili do domu.
U Pierworodnego nie było tak źle.
Książkę kupiłam, niechcący, ale oj tam, oj tam, tak wyszło.
Przynajmniej nie wydam na alkohol.
Przymierzam się już do jesieni, choć wszystko jeszcze takie rozgrzane, ale za mną już chodzi wizyta u Umarlaków, jednak na Wszystkich Świętych muszę ich ogarnąć.
Choć i Halloween też się liczy...
A to już przecież za niedługo...
A i
Dla mnie będą szczególne. Nowe. Po 12 latach zmienia się wszystko. I tak się zastanawiam, jak w Wigilię pić będę? No chyba że małpkę kupię, zamiast pól litra, bo inaczej wysiądę i się nawet z nimi opłatkiem nie podzielę. To dopiero będzie obciach. Zdrowiem zaś nie zaryzykuję, co to, to nie, przekonałam się, że to działa :D
Za to omija mnie wszystko inne, i dobrze.
Tak ma być.
Mogą być w tym roku nawet śnieżne święta, nie rusza mnie nic. Choć znając życie, w wiosce będzie smród i błocko.
I tak, Kochany Pamiętniczku, ominie mnie w weekend parę zabawek, ale trudno.
Nie można mieć wszystkiego, jak się na to nie zasłużyło.
I znów trzeba do stycznia czekać na Garniturki. Wprawdzie wrócił Poldark, ale i tak się tak nie bawię!!!
I ścięłam się. Zapuszczałam się od wesela Inżyniera, bo tak. Ale wczoraj dojrzałam i poszłam na szafot. Nieźle. Jakby piorun w rabarbar strzelił, ale oj tam, oj tam :P
W rzewień, proszę Kochanego Pamiętniczka, of course ;)
Nie wiem, co będzie z kompikiem, bo działa wszystko na zasadzie: umiesz liczyć, licz na siebie, Twoje szczęście innych jebie. Pierworodny się dziś słowem nie zająknął, choć w niedzielę Inżynier go męczył. Jak nie dojdzie do przyszłego tygodnia, to już mi na nic, bo nie będzie miał go kto połączyć. A taki był entuzjazm, że choć tak mamie pomoże.
A nic to.
Najwyżej pójdę na odwyk.
Póki możesz coś dla kogoś zrobić, to się liczysz. Jak ty coś potrzebujesz, to się nie pali.
Nazbierało mi się znów, do wypęku.
Niczyje słowa nie są warte więcej od pieniędzy, każdy dzień to potwierdza.
Coraz dobitniej.
I nie ma wyjścia, trzeba z tym żyć.
Reportaż robiłam o starości i zdrętwiałam.
Bo tego się boję.
I modlę się (ja się modlę, ojapierdole!), żeby mieć tyle rozsądku i siły oraz odwagi (bo to trzeba mieć), żeby odejść w odpowiednim momencie.
Bo człowiek albo zostaje sam, albo jest niepotrzebnym ciężarem.
Taka prawda i nic nie zmieni mojego zdania.
środa, 14 września 2016
Środa
już. I dalej Kuba wyspa jak wulkan gorąca.
Ale najgorsze, w sensie dodatków za mną.
I udało mi się znów do domu pieszo potuptać. Oj tam, oj tam, Kochany Pamiętniczku, co z tego, że po powrocie wyglądam jak Phantom of the Opera bez maski?
The phantom of the opera inside my mind... ;)
I tak sobie wszyscy zgrabnie gardełka podgryzają i dołki kopią, a ja mam na to wyjebane. Klimatyzacja chłodzi, kwiatki rosną, praca powoli spływa.
Co ma być, będzie, mam z czego chudnąć, jak coś.
Mogę z paru rzeczy też zrezygnować, a ciśnienie mi samo spadnie jak coś.
Co ma wisieć, nie utonie :)
I tak mnie napadło na rosołek znów, bo na tym ostatnim wyszła mi na dwa dni taka pomidorowa, że klękajcie narody i ojapierdolę.
Poemat, 13. księga Pana Tadeusza.
I jak na złość nigdzie nie ma wołowinki po drodze.
Wpadłam do osiedlowego i tadam. Mamy wołowinkę. Pachnie w całym domu.
I von Trupka była, zatem na kolację dziś
... ale dobra. Nie powinnam, bo bolą mnie nogi, ale raz się żyje, potem się straszy, a odkąd Imbirella ją pokazała, chodziła za mną dniem i nocą. Wytrwale. Bo wieprzową von Trupkę zdobyć i to po południu, to jak w totka wygrać.
Wygrałam.
Mała rzecz, a cieszy.
Czwartek, piątek...
Z jednej strony wiem, że jestem szczęściarą, mam dach nad głową i to piękny, swoje konto i swoje pieniądze. Jeszcze o nic nikogo nie proszę.
Pracę mam.
Zdrowie klapie powoli, ale oj tam, oj tam, trza być kwardym, a nie miętkim.
Więc na co ja się tak buntuję?
Ale najgorsze, w sensie dodatków za mną.
I udało mi się znów do domu pieszo potuptać. Oj tam, oj tam, Kochany Pamiętniczku, co z tego, że po powrocie wyglądam jak Phantom of the Opera bez maski?
The phantom of the opera inside my mind... ;)
I tak sobie wszyscy zgrabnie gardełka podgryzają i dołki kopią, a ja mam na to wyjebane. Klimatyzacja chłodzi, kwiatki rosną, praca powoli spływa.
Co ma być, będzie, mam z czego chudnąć, jak coś.
Mogę z paru rzeczy też zrezygnować, a ciśnienie mi samo spadnie jak coś.
Co ma wisieć, nie utonie :)
I tak mnie napadło na rosołek znów, bo na tym ostatnim wyszła mi na dwa dni taka pomidorowa, że klękajcie narody i ojapierdolę.
Poemat, 13. księga Pana Tadeusza.
I jak na złość nigdzie nie ma wołowinki po drodze.
Wpadłam do osiedlowego i tadam. Mamy wołowinkę. Pachnie w całym domu.
I von Trupka była, zatem na kolację dziś
... ale dobra. Nie powinnam, bo bolą mnie nogi, ale raz się żyje, potem się straszy, a odkąd Imbirella ją pokazała, chodziła za mną dniem i nocą. Wytrwale. Bo wieprzową von Trupkę zdobyć i to po południu, to jak w totka wygrać.
Wygrałam.
Mała rzecz, a cieszy.
Czwartek, piątek...
Z jednej strony wiem, że jestem szczęściarą, mam dach nad głową i to piękny, swoje konto i swoje pieniądze. Jeszcze o nic nikogo nie proszę.
Pracę mam.
Zdrowie klapie powoli, ale oj tam, oj tam, trza być kwardym, a nie miętkim.
Więc na co ja się tak buntuję?
poniedziałek, 12 września 2016
Po dziewiętnastej
jest. Za oknem 28 stopni i ani śladu słońca, w mieszkaniu mam 26.
Wróciłam do domu na piechotę, musiałam odreagować.
Dobrze było, bo dzień szybko minął, ale wpieprza mnie dużo spraw, Kochany Pamiętniczku.
Taka stara, a taka głupia jestem, wciąż nie mogę się nauczyć, że trza być kwardym, a nie miętkim,
Dziewczyny mąż miał wypadek. Pani, zdawałoby się - matka Teresa - emilka wysłała, że wiemy, rozumiemy, że pieniążki zbieramy i takie tam sranie w banie. Pani na górze nad dziewczyną, współczująca, do rany przyłóż.
Mąż dziewczyny wyszedł nagle ze szpitala, w sumie to on śmierci spod kosy uciekł. Na pewno wymaga opieki, do tego małe dziecko.
Dziewczyna więc z dnia na dzień, a właściwie z godziny na godzinę mówi, że do pracy nie przyjdzie...
No i pani wściekła, że jak tak można.
Dziewczyna jak ja - jest jedyna. Mają zastępstwo, ale to nie tak łatwo z dnia na dzień wskoczyć w cudze buty. Zwłaszcza na tych stanowiskach.
Nie wiem, czyją stronę zająć, nie byłam w takiej sytuacji. To znaczy byłam, jak po pogrzebie Pawła umierał Inżynier.
Byłam tu i tam.
Nie zawaliłam pracy i nie zawiodłam - mam nadzieję - Inżyniera.
Cóż, było, minęło, nie chcę już nigdy takich momentów przeżywać, nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Ale niesmak jest. W sumie robota zostanie zrobiona, nieco większym wysiłkiem ludzi w danym momencie bez wielkich problemów.
Ich pracę też mogłabym oceniać negatywnie, nie dlatego, że jestem najmądrzejsza, ale poziom woła o pomstę do nieba.
Amen...
W sumie to jeszcze dwa dni i znów będę na to miała wyjebane na maksa, Kochany Pamiętniczku, excusez le mot...
Dodatek też szaty darł, że jak to, że nie da się, że sranie w banie.
Zrobiłam z palcem w dupie podwójną korektę, brakuje jeszcze paru stron, w międzyczasie parę tekstów bieżących, no i tamto...
Po cholerę szaty drzeć?
Jakbym przyszła wcześniej, a takie miauczenie było, dłubałabym palcem w nosie i wkurzała się, a tak - poszło jak woda po kaczce... I w sumie do piątku mam urlop, przez Bossa łaskawie podpisany. A na liście obecności D. urlop przesunęła na ubiegły tydzień, kiedy to miałam wolne z urzędu. Nie ze mną te numery, Brunner, skreśliłam, wpisałam urlop zgodnie z rozpiską i podpisałam się, że jestem w pracy. Guzik mnie obchodzi jej kombinowanie, bo już 15 dni urlopu tak straciłam. Jakoś mam szczęście do pań gubiących karty urlopowe.
I jeszcze w międzyczasie nowe ptaszki popieściłam, przesadziłam umarłą lawendę, D. zalała ją wodą tak, że po ściśnięciu ziemi w garści woda ciekła strumyczkiem. Śmiałam się, że musiałabym chodzić cały miesiąc do pracy, żeby badylki nie padały. Trudno, będę sadzić nowe.
Jedna z córek D. (a ma bliźniaczki) zaręczyła się. Gratuluję, a D. pyta, jak organizowałam wesela. Tak, jakby nie wiedziała, że miałam na to wyjebane. U Pierworodnego organizowali jej rodzice, bo miało być z przytupem, półobrotem i w podskokach, cały powiat musiał wiedzieć, że ona wychodzi za mąż. Chcieli, zrobili, nie poczuwałam się do dokładania do 150 obcych mi osób, skoro "moich" było ze mną tylko czworo. I w dupie mam pretensje.
Inżynier zaś od razu zastrzegł, że to ich bajka, ich fantazja i sam za to płaci (nawet nie jej rodzina, ale on, bo taka jego wola). I mam się nie wtrącać i nie wpierdalać. Jako uległa matka, taka "matka do nogi" odpuściłam, bo co się będę wmelać? I wyszło fantastycznie i wszyscy zadowoleni.
Mój ślub miał być skromny, najbliższa rodzina, lampka szampana i do domu. Byliśmy biedni, jak myszy kościelne. Wmelił się szwagier, zabrał wszystkich do knajpy, zapłacił za to całą moją ówczesną pensję i wyszczekiwal bez końca... Było go na to stać. Ale słuchając tego szczekania, rzygałam potem...
Wiem, że D. kasę ma, a na taką okazję na pewno ma odłożone dla obu. Mówię: daj M. to, co przeznaczasz na ten cel i niech się sama w to bawi. Niech zrobi po swojemu, to jej dzień i jej marzenia. Nie. Ona nic nie da, ale będzie dyrygować. Wiem, że da, ale co podyryguje, to jej. W pracy już się wszyscy z tego nabijają. Biedna M...
I teraz zrobię coś, czego zazwyczaj nie czynię, bo mi to rybka jak ktoś wygląda, sama mogę się wynajmować do straszenia dzieci. Ale D. zachowuje się ostatnio, jakby jej w dekiel waliło. Ubiera się jak nastolatka, fakt, że figurę ma lepszą ode mnie, ale cycki jej do pępka wiszą, a i cała reszta nie wybija w kosmos. Dziś założyła łańcuch, złoty, a jakże, taki jak noszą dresy, tylko trzy razy tak gruby. No i pyta: ty niegrzeczna dziewczynko (bo ona do mnie tak mówi), jak ci się podoba mój łańcuch? A ja na to: jako lokata kapitału jest OK, ale tak ogólnie to zdejmij go... Zaśmiała się, zdjęła z nóżki pantofelek i pokazuje, że na pantofelku ma złote wstawki i kokardkę. I że to komplet. I że grubą złotą bransoletkę kupiła 30 lat temu, a wciąż pasuje. Co miałam rzec?
Ojapierdolę. Jebłam.
Ugryzłam się w jęzor i nie rzekłam, że łańcuch wygląda tak, jakby miała na nim krowę na pastwisku wiązać. A i byka by utrzymał.
Bo ja, Kochany Pamiętniczku, w głębi duszy jestem jeszcze damą.
Jeszcze.
Przede mną jeszcze cztery dni w tym tygodniu.
Niech moc będzie ze mną...
UPDATE
To już 43 lata, odkąd Ciebie nie ma, Mamo.
Wróciłam do domu na piechotę, musiałam odreagować.
Dobrze było, bo dzień szybko minął, ale wpieprza mnie dużo spraw, Kochany Pamiętniczku.
Taka stara, a taka głupia jestem, wciąż nie mogę się nauczyć, że trza być kwardym, a nie miętkim,
Dziewczyny mąż miał wypadek. Pani, zdawałoby się - matka Teresa - emilka wysłała, że wiemy, rozumiemy, że pieniążki zbieramy i takie tam sranie w banie. Pani na górze nad dziewczyną, współczująca, do rany przyłóż.
Mąż dziewczyny wyszedł nagle ze szpitala, w sumie to on śmierci spod kosy uciekł. Na pewno wymaga opieki, do tego małe dziecko.
Dziewczyna więc z dnia na dzień, a właściwie z godziny na godzinę mówi, że do pracy nie przyjdzie...
No i pani wściekła, że jak tak można.
Dziewczyna jak ja - jest jedyna. Mają zastępstwo, ale to nie tak łatwo z dnia na dzień wskoczyć w cudze buty. Zwłaszcza na tych stanowiskach.
Nie wiem, czyją stronę zająć, nie byłam w takiej sytuacji. To znaczy byłam, jak po pogrzebie Pawła umierał Inżynier.
Byłam tu i tam.
Nie zawaliłam pracy i nie zawiodłam - mam nadzieję - Inżyniera.
Cóż, było, minęło, nie chcę już nigdy takich momentów przeżywać, nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Ale niesmak jest. W sumie robota zostanie zrobiona, nieco większym wysiłkiem ludzi w danym momencie bez wielkich problemów.
Ich pracę też mogłabym oceniać negatywnie, nie dlatego, że jestem najmądrzejsza, ale poziom woła o pomstę do nieba.
Amen...
W sumie to jeszcze dwa dni i znów będę na to miała wyjebane na maksa, Kochany Pamiętniczku, excusez le mot...
Dodatek też szaty darł, że jak to, że nie da się, że sranie w banie.
Zrobiłam z palcem w dupie podwójną korektę, brakuje jeszcze paru stron, w międzyczasie parę tekstów bieżących, no i tamto...
Po cholerę szaty drzeć?
Jakbym przyszła wcześniej, a takie miauczenie było, dłubałabym palcem w nosie i wkurzała się, a tak - poszło jak woda po kaczce... I w sumie do piątku mam urlop, przez Bossa łaskawie podpisany. A na liście obecności D. urlop przesunęła na ubiegły tydzień, kiedy to miałam wolne z urzędu. Nie ze mną te numery, Brunner, skreśliłam, wpisałam urlop zgodnie z rozpiską i podpisałam się, że jestem w pracy. Guzik mnie obchodzi jej kombinowanie, bo już 15 dni urlopu tak straciłam. Jakoś mam szczęście do pań gubiących karty urlopowe.
I jeszcze w międzyczasie nowe ptaszki popieściłam, przesadziłam umarłą lawendę, D. zalała ją wodą tak, że po ściśnięciu ziemi w garści woda ciekła strumyczkiem. Śmiałam się, że musiałabym chodzić cały miesiąc do pracy, żeby badylki nie padały. Trudno, będę sadzić nowe.
Jedna z córek D. (a ma bliźniaczki) zaręczyła się. Gratuluję, a D. pyta, jak organizowałam wesela. Tak, jakby nie wiedziała, że miałam na to wyjebane. U Pierworodnego organizowali jej rodzice, bo miało być z przytupem, półobrotem i w podskokach, cały powiat musiał wiedzieć, że ona wychodzi za mąż. Chcieli, zrobili, nie poczuwałam się do dokładania do 150 obcych mi osób, skoro "moich" było ze mną tylko czworo. I w dupie mam pretensje.
Inżynier zaś od razu zastrzegł, że to ich bajka, ich fantazja i sam za to płaci (nawet nie jej rodzina, ale on, bo taka jego wola). I mam się nie wtrącać i nie wpierdalać. Jako uległa matka, taka "matka do nogi" odpuściłam, bo co się będę wmelać? I wyszło fantastycznie i wszyscy zadowoleni.
Mój ślub miał być skromny, najbliższa rodzina, lampka szampana i do domu. Byliśmy biedni, jak myszy kościelne. Wmelił się szwagier, zabrał wszystkich do knajpy, zapłacił za to całą moją ówczesną pensję i wyszczekiwal bez końca... Było go na to stać. Ale słuchając tego szczekania, rzygałam potem...
Wiem, że D. kasę ma, a na taką okazję na pewno ma odłożone dla obu. Mówię: daj M. to, co przeznaczasz na ten cel i niech się sama w to bawi. Niech zrobi po swojemu, to jej dzień i jej marzenia. Nie. Ona nic nie da, ale będzie dyrygować. Wiem, że da, ale co podyryguje, to jej. W pracy już się wszyscy z tego nabijają. Biedna M...
I teraz zrobię coś, czego zazwyczaj nie czynię, bo mi to rybka jak ktoś wygląda, sama mogę się wynajmować do straszenia dzieci. Ale D. zachowuje się ostatnio, jakby jej w dekiel waliło. Ubiera się jak nastolatka, fakt, że figurę ma lepszą ode mnie, ale cycki jej do pępka wiszą, a i cała reszta nie wybija w kosmos. Dziś założyła łańcuch, złoty, a jakże, taki jak noszą dresy, tylko trzy razy tak gruby. No i pyta: ty niegrzeczna dziewczynko (bo ona do mnie tak mówi), jak ci się podoba mój łańcuch? A ja na to: jako lokata kapitału jest OK, ale tak ogólnie to zdejmij go... Zaśmiała się, zdjęła z nóżki pantofelek i pokazuje, że na pantofelku ma złote wstawki i kokardkę. I że to komplet. I że grubą złotą bransoletkę kupiła 30 lat temu, a wciąż pasuje. Co miałam rzec?
Ojapierdolę. Jebłam.
Ugryzłam się w jęzor i nie rzekłam, że łańcuch wygląda tak, jakby miała na nim krowę na pastwisku wiązać. A i byka by utrzymał.
Bo ja, Kochany Pamiętniczku, w głębi duszy jestem jeszcze damą.
Jeszcze.
Przede mną jeszcze cztery dni w tym tygodniu.
Niech moc będzie ze mną...
UPDATE
To już 43 lata, odkąd Ciebie nie ma, Mamo.
niedziela, 11 września 2016
Sobota
leniwie upłynęła, nalatałam się tylko szukając chrzanu, bo w każdym słoiku jakiś pirosiarczan siedział... Dopiero w maleńkim, osiedlowym sklepiku wyhaczyłam taki, marka od czasów zmian gospodarczych, Dymeckiego, bez tego świństwa. Drogi, ale warto. Bo do tej sztuki mięsa z rosołku sos chrzanowy, zmieniaczki i buraczki i dwa dni hulaj dusza, piekła nie ma.
Rano znów Kierownik Budowy mnie kusił, kochany jest. Ale podesłał fotki i nie żałuję, że nie pojechałam, bo tak jak myślałam, plackiem legli. Ja, mało że nie pamiętam, kiedy miałam kostium kąpielowy na sobie (jeszcze dzieci do szkoły nie chodziły), to jakbym legła, to bym poległa. Dźwigu nie mają, więc bym obciachu narobiła, wstając z kolan.
I dlatego grzecznie odmówiłam, bo i humoru nie mam.
Dziś mija kolejna rocznica śmierci Pawła, jutro Mamy. I o dziwo, nie mam ani kropelki wyrzutów sumienia, że nie pojechałam.
W tym upale na grobie miałabym od razu gotową kwaterę.
Pojechałam zatem do wujka Mietka, świeczuszkę zapaliłan, paciorek zmówiłam, jak nie pomoże, to nie zaszkodzi.
I poszłam w długą, ale cały czas cienistą stroną ulicy, więc nie było najgorzej. Nieliczne słoneczne odcinki kurcgalopkiem przebiegałam.
Bike Challenger Skoda był, myślałam, że zdjątek narobię, ale... nieciekawie było. Strona, gdzie wyszłyby ładne zdjęcia była cała w słońcu, a z cienistej już nie takie widoki. Poza tym maratony są ciekawsze i fotogeniczniejsze.
No ale zaliczyłam, do domu cała i zdrowa wróciłam, a to najważniejsze.
Nawet na ławeczkach poprzycupywałam, żeby nie paść, choć zazwyczaj nie siadam za Chiny Ludowe. A i dłużej ani siedzieć, ani wędrować nie mogłam, bo SJ nie wielbłąd i pić musi, co nie, Kochany Pamiętniczku, zwłaszcza w taki upał, a to się zawsze jednym kończy ;) Wróciwszy do domu zaś, wszystko, łącznie z gaciami do pralki wsadziłam, dobrze, że obiad wystarczyło odgrzać.
Ktoś mi niedawno nakopał, że kiedyś umiałam się jednym badylkiem cieszyć, a teraz wydziwiam.
Więc spróbowałam na nowo, jeśli nie wyszło, to sorry Winnetou, starość, kurwa, starość :)
Samo południe, niedziela, i można na środku alei Niepodległości spać. Koniec świata :)
Hmm... Kwarantannę w okolicy ogłosili, skoro wściekłe?
I dziś ostatni raz w sezonie zabytkowa zerówka jeździła :)
A bez tradycji to nie ma lodów i deserów?
Zachwyciły mnie te szczudła. I ten strój w 30-stopniowym upale. Było widać, że dziewczyny jeszcze nie doszły do siebie po sobotniej nocy. A może to ten upał?
I znów pustka w samo południe, tylko szeryfa brak ;)
Kocham te wiersze na murach. Ten jest taki prawdziwy, do bólu...
Przycupnęłam niedaleko na ławeczce, to ostatni rejs w tym sezonie. Wrzesień, wszystko się kończy.
Obleśnie. Nie rozumiem, czemu faceci mogą wywalać cyce. Ten ma większe jak ja... I wcale nie jest seksi. W sypialni byłby seksi, na ulicy jest oblech.
Forpoczta wyścigu.
Jadą :)
Ale maraton lepszy, ciekawszy i łatwiej coś uchwycić. Wiem, wiem, żaden ze mnie fotograf, ale...
I stary autobus jechał :)
Była szybsza ;)
Takie tam i musiałam lecieć na autobus, bo zew natury narastał :)
A po drodze
Piękne, co nie?
A obok szajs...
A to cudne ;) Tez obok zaraz :)
Inne perspektywa ratusza...
... i zamku Gargamela...
Stare i nowe, miesza się, współgra :)
Wszystko jest ekologiczne. Do dupy ekologiczne. Kupujemy różową sól himalajską, za koszmarną cenę, bo czysta, sprzed 250 mln lat, kiedy nie było zanieczyszczeń. Jak nie było, jak były? To dinozaury tam mogły kupę robić, albo inne stwory. A nasza, kłodawska, też różowa, też sprzed 250 mln lat jest nie do zdobycia w normalnym sklepie, a w internetowym za wysyłkę śpiewają jak za zboże... Ojapierolę... Jaka ja nieekologiczna i sknera :P
I kamieniczki z perspektywy Wodnej. Zaklad pogrzebowy i peruki. Na co umarlakom peruki??
I tak, Kochany Pamiętniczku, jutro wracamy do pracy i nie będzie czasu na pieprzenie kotka za pomocą młotka.
Ale się staram, co nie, ze wszystkich sił. Te motylki i takie tam...
Egon, klawo jak cholera...
Rano znów Kierownik Budowy mnie kusił, kochany jest. Ale podesłał fotki i nie żałuję, że nie pojechałam, bo tak jak myślałam, plackiem legli. Ja, mało że nie pamiętam, kiedy miałam kostium kąpielowy na sobie (jeszcze dzieci do szkoły nie chodziły), to jakbym legła, to bym poległa. Dźwigu nie mają, więc bym obciachu narobiła, wstając z kolan.
I dlatego grzecznie odmówiłam, bo i humoru nie mam.
Dziś mija kolejna rocznica śmierci Pawła, jutro Mamy. I o dziwo, nie mam ani kropelki wyrzutów sumienia, że nie pojechałam.
W tym upale na grobie miałabym od razu gotową kwaterę.
Pojechałam zatem do wujka Mietka, świeczuszkę zapaliłan, paciorek zmówiłam, jak nie pomoże, to nie zaszkodzi.
I poszłam w długą, ale cały czas cienistą stroną ulicy, więc nie było najgorzej. Nieliczne słoneczne odcinki kurcgalopkiem przebiegałam.
Bike Challenger Skoda był, myślałam, że zdjątek narobię, ale... nieciekawie było. Strona, gdzie wyszłyby ładne zdjęcia była cała w słońcu, a z cienistej już nie takie widoki. Poza tym maratony są ciekawsze i fotogeniczniejsze.
No ale zaliczyłam, do domu cała i zdrowa wróciłam, a to najważniejsze.
Nawet na ławeczkach poprzycupywałam, żeby nie paść, choć zazwyczaj nie siadam za Chiny Ludowe. A i dłużej ani siedzieć, ani wędrować nie mogłam, bo SJ nie wielbłąd i pić musi, co nie, Kochany Pamiętniczku, zwłaszcza w taki upał, a to się zawsze jednym kończy ;) Wróciwszy do domu zaś, wszystko, łącznie z gaciami do pralki wsadziłam, dobrze, że obiad wystarczyło odgrzać.
Ktoś mi niedawno nakopał, że kiedyś umiałam się jednym badylkiem cieszyć, a teraz wydziwiam.
Więc spróbowałam na nowo, jeśli nie wyszło, to sorry Winnetou, starość, kurwa, starość :)
Samo południe, niedziela, i można na środku alei Niepodległości spać. Koniec świata :)
Hmm... Kwarantannę w okolicy ogłosili, skoro wściekłe?
I dziś ostatni raz w sezonie zabytkowa zerówka jeździła :)
A bez tradycji to nie ma lodów i deserów?
Zachwyciły mnie te szczudła. I ten strój w 30-stopniowym upale. Było widać, że dziewczyny jeszcze nie doszły do siebie po sobotniej nocy. A może to ten upał?
I znów pustka w samo południe, tylko szeryfa brak ;)
Kocham te wiersze na murach. Ten jest taki prawdziwy, do bólu...
Przycupnęłam niedaleko na ławeczce, to ostatni rejs w tym sezonie. Wrzesień, wszystko się kończy.
Obleśnie. Nie rozumiem, czemu faceci mogą wywalać cyce. Ten ma większe jak ja... I wcale nie jest seksi. W sypialni byłby seksi, na ulicy jest oblech.
Forpoczta wyścigu.
Jadą :)
I stary autobus jechał :)
Była szybsza ;)
Takie tam i musiałam lecieć na autobus, bo zew natury narastał :)
A po drodze
Piękne, co nie?
A obok szajs...
A to cudne ;) Tez obok zaraz :)
Inne perspektywa ratusza...
... i zamku Gargamela...
Stare i nowe, miesza się, współgra :)
Wszystko jest ekologiczne. Do dupy ekologiczne. Kupujemy różową sól himalajską, za koszmarną cenę, bo czysta, sprzed 250 mln lat, kiedy nie było zanieczyszczeń. Jak nie było, jak były? To dinozaury tam mogły kupę robić, albo inne stwory. A nasza, kłodawska, też różowa, też sprzed 250 mln lat jest nie do zdobycia w normalnym sklepie, a w internetowym za wysyłkę śpiewają jak za zboże... Ojapierolę... Jaka ja nieekologiczna i sknera :P
I kamieniczki z perspektywy Wodnej. Zaklad pogrzebowy i peruki. Na co umarlakom peruki??
I tak, Kochany Pamiętniczku, jutro wracamy do pracy i nie będzie czasu na pieprzenie kotka za pomocą młotka.
Ale się staram, co nie, ze wszystkich sił. Te motylki i takie tam...
Egon, klawo jak cholera...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































