wtorek, 25 października 2016

Coraz bardziej

jesiennie jest, Kochany Pamiętniczku.
I dziś co chwilę padało, więc po chleb ruszyłam kurcgalopkiem, ale za to okoliczności przyrody jakie piękne ;)

 To kordełkowe autko sprzed paru dni zostanie chyba całkowicie zasypane ;)
 A po mokrych chodnikach idąc wyobrażałam sobie, że po niebie wędruję, a spadłe liście to gwiazdy...

 I potem było tyle gwiazd, że przeciskałam się z trudem ;)

I wlazłam do sklepu i tadam...

 Ładną będę miała choinkę w tym roku, bo stare bombki to już obraz nędzy i rozpaczy, trzymam je z sentymentu, bo każda z nich to historia, ale choinkę zrobię sobie zwariowaną. To złote to lampki ledowe, pięknie wyglądają i...


... kupię sobie jeszcze jeden komplet, albo i dwa. Kto bogatemu zabroni? :)

Wciąż czytam posty na FB o wczorajszym strajku, martwię się, żeby nie zaprzepaszczono wszystkiego, bo to nie chodzi li i jedynie o aborcję, to margines. Chodzi o całokształt...
Mam o czym myśleć, ale może to dobrze, bo nie mam czasu na rozczulanie się nad sobą, Kochany Pamiętniczku...


poniedziałek, 24 października 2016

Nadal

prosimy o kciuki dla Okruszka. Nie jest źle, jak na razie, lekarz jest dobrej myśli, będą cały czas pod kontrolą.
A chłopaczek, bo Okruszek to chłopaczek, miałam nosa, pewnikiem po babci będzie kwardy a nie miętki.
Nie ma innej opcji.
Ale o dobre fluidy żebrzę cały czas, nie wstydząc się żebractwa.
Dla dzieci wszystko.
Nawet dzisiejsza manifestacja, bo wyznaję zasadę: nie chcesz aborcji, to jej nie rób.
Ale chcę mieć prawo decydowania o sobie i nie żeby mi taki pojeb jak Korwin-Mikke w życiu miejsce pokazywał.
Wystarczy, że wyruchiwali mnie całe życie na płacy, zawsze dostawałam mniej od facetów, choć jestem od nich lepsza.
Że w rodzinie Eksa robiłam za dyżurną sprzątaczkę, pielęgniarkę, kucharkę, praczkę i co tam się jeszcze nawinęło.
Teraz mówię, KURWA, dość.
Chłopców dobrze wychowałam, szanują swoje kobiety.
Nie mam sobie nic do zarzucenia.
I pierdolę szacunek dla moich siwych włosów, bo jutro mogę być znów ruda :)
Tym razem było mniej ludzi na placu, szkoda. Ale atmosfera była niemniej gorąca. Nawet Jacek Jaśkowiak, znaczy się głównodowodzący wioską pokazał się na chwilę. Dziewuchy mówiły mądrze i rozsądnie. Pod Akademią Medyczną zebrał się tłumek świętojebliwych obrońców Jarkacza i spółki, ale była ich garstka i zwinęli się szybko, tak że gdy wychodziłam po 1,5 godzinie (teraz boli mnie pięta tak, że nie wiem, gdzie ją wsadzić, chodzić mogę, ale stać nie), to proporcja rozdzielających policjantów i manifestantów stamtąd (po plakatach i transparentach nie było już śladu) była jak 20 : 1, znaczy sie przewaga policji i innych służb.
A do mnie na placu podszedł taki dziadyga jakiś, niewyraźny i coś zamemłał. Miałam aparaty, bo chciałam słyszeć przemówienia, ale w tym hałasie nie rozumiałam, co marmoli. Pytam więc grzecznie: słucham, a on na szponach brudnych do mnie różaniec wyciąga. Ojapierdolę. A włosy miał takie, że smalec z nich spływał. Kazałam mu spadać, mówiąc: Bóg zapłać, lubię modlić się sama :) Kobietki koło mnie zarechotały, dziadyga się jeszcze pokręciła, ale szybko się zmyła.
Trudno robić zdjęcia w takim tłoku, takiej mikrej osobie, jak ja, a tu jeszcze parasolka i torebka, i ta pięta co napieprza...
Jak Jaśkowiak wszedł, dorwałam młodzieńca jak tyczkę od fasoli koło mnie i poprosiłam, żeby zrobił dobry użytek ze wzrostu, co mu Bozia dała :)
Zrobił :)

I fajnie śpiewali piosenkę czarownicy z Chwaliszewa, kto chce, niech sobie na YouTube znajdzie...

I tylko tyle, Kochany Pamiętniczku mam



















Dziś nie było blokady miasta, więc rzut beretem miałam autobus i cała i zdrowa wróciłam do chaty. Paczki do pierdla niepotrzebne.
Teraz idę regenerować ciałko, bo jest potrzebne (a myślałam, że już się na nic nie przyda).


Niedziela

pogawędkowa była, Kochany Pamiętniczku.
Ale z Inżynierem nam się nie kleiło, bo to jednak trzeba być obok w takiej sytuacji.
Przytulić i pogłaskać po łebku.
Teraz pozostaje mi tylko mieć nadzieję i czekać na rozwój wydarzeń.
A wieczorem zameldowali się Baran i Postman, no i gadaliśmy jak te jełopy.
Trochę się zmartwili, że nie przyjadę, ale że szat nie darli, włosów z głowy nie wyrywali i strip-tease nie zrobili, wychodzę z założenia, że przeżyją i będą się dobrze bawili beze mnie :P

A dziś rankiem...
Stwierdziłam, że pora zacząć żyć od nowa.
Słonko wysżło.
Przeprosiłam więc kijki i poszłam w świat. Z plecaczkiem.
I aparatem.
I nie wiem dlaczego, przecież od lat to samo, te same miejsca, tylko wszystko trochę większe i czasem coś nowego na horyzoncie.
Ale wciąż boli, jak cholera.
I mam wrażenie wciąż, że mam 18 lat i wszystkie góry świata do zdobycia przede mną, choć rozum mówi: nie pierdol.
I może dlatego tak boli...

 Zanurzyć się w tę krainę...


 ... kolorami się upić i powietrzem...
 Bobry tu działają, że aż furczy. Człowiek się broni, broni też drzew...






Gdzie okiem nie sięgnąć, tam co chwila coś nowego, co szarpie i ćmi, jak bolący ząb...






Szaleństwo, ostatek, łzy...






Że odejdzie, nie wróci, umiera...






Kończy się i przemija...
I nagle, za zakrętem

 .. życie znów...
 ... a jakże, są tam zawsze...
 ... i jak w bajce - łabędź i brzydkie kaczątko. Tylko że życie to niejebajka...







 Takie tam grupowe selfie z lasu ;)
 I selfie pojedyńcze ;)
 And stairway to heaven...



 I autorka tych wypocin :)
A teraz pozmywać po obiadku i tym razem z kolorową parasolką i gwizdkiem, pod bronią - na demonstrację marsz.

To będzie pracowity tydzień zatem :)

Jak mnie do pierdla wsadzą, liczę, że ktoś się zlituje i paczuszkę przyśle :P