noc do dupy przez tego emilka, Kochany Pamiętniczku.
Bladym świtem zwlokłam więc szlachetne zwłoki z łóżka i pokulałam się do pracy.
Na wstępie zjechałam D. za tego emilka, strzeliła focha, ale mam to w poważaniu.
Potem pochwaliłam się Alienkiem, nie powiem, cmokali. Jeden dowcipny zapytał, czy to moje. Pewno, że moje, a czyje? Myśleli, że to dziewczynka :D
Potem wparowałam do Bossa, mimo że miał naradę, ale kazał mi 15 minut czekać.
No to poczekałam, a potem była jazda bez trzymanki.
Ojapierdolę.
Dał komuś z zewnątrz numer do korekty i wróciły 3 strony erraty. Nie, że to moje błędy, ale gość czepiał się wszystkiego, nawet obora na rusztach mu nie pasowała i kreacje zbóż. Gdybym ja chciała się bawić w takie klocki, nie zamknęłabym gazety do usranej śmierci. Większość błędów to błędy redaktorów, a buk liściasty tylko wie, ile merytorycznych ja wyłapałam. Boss sam powiedział, że to nie moja działka i mam się tym nie przejmować. Nie miałam za bardzo czasu analizować wszystkiego, zrobię to w tygodniu, ale na starcie z trzech moim błędów ani jeden nie jest błędem, co od razu podkreśliłam. Poszło między innymi o sławetne w oparciu na..., które gość poprawiał na: w oparciu o. Opierać się można o płot, ale w oparciu na przepisach, na podstawie przepisów, więc kij mu w oko. Ortografa nie było, a czepiał się jak pijany płotu, dobrze, że nie mnie. No i cieszę się na sprawdzanie, bo już mam parę kiksów gościa na oku, ale miło, że ktoś na moją pracę spojrzał.
To pikuś.
Znów powrót do przeszłości i rozpiska stron. Ta...
Co najlepsze, rozpiska jest i w formie elektronicznej, co sprowadza się do tego, że muszę latać po korytarzu i prosić o zamknięcie pliku, bo nie mogę w nim zapisać. Telefonu nie chcę, bo tyle samo czasu stracę na dodzwanianie się do delikwenta, a poza tym telefon przeszkadza w pracy, dzwoniąc co chwilę.
Nosz, już widzę, jak zapieprzam kurcgalopkiem.
O druga wersja papierowa tegoż, bo tak.
Spoko.
I clou: mój urlop.
Bo mam 26 dni urlopu za ten rok, co jest niesłychane, jak ja śmiem.
Tyle, że to nie ja osobiście sobie to wpisałam, ale kadry przysłały. Bo wg kodeksu tak mam :) Ano mam. 26 po 4 godziny albo 13 po 8 godzin.
O, 13 po 8, super. No też mówię, że super, bo w systemie ośmiogodzinnym teraz pracuję. Kochajmy się! Kurtyna.
A ja, że te piony, że w sumie to bym tydzień wzięła, no ale kto wyczyści tę kuwetę. Ależ nie trzeba, mogę z domu pracować, tylko mam emilkowo wszystkim napisać.
Seriously? Wydał na kontrolera, ale na tydzień mojego urlopu mu szkoda (choć nie dziwię się, bo nikt mu tego w takim tempie nie zamknie). A tak na serio, skoro mam możliwość pracy zdalnej i firma idzie mi na rękę, to spoko. A pisiory chcą nas zrepolonizować, Tragedia grecka :D
W sumie mnie to urządza i skorzystam, jak będzie mus. [Wracając do domu natykam się na majstra, jak włazi do sąsiada. Pytam, kiedy u mnie będą. Nie wiedzą. A kiedy będą wiedzieć. Z dnia na dzień wywieszą kartkę. Ta, a ja z dnia na dzień powiem w pracy, że dupa. Kurwa. Za kogo się te kiblotłuki mają. Kiblotłuki, bo jeżeli nie umieją zrobić jakiegoś sensownego harmonogramu (rozumiem, że może im tam coś nie pójść i się przesunie), to kiblotłuki. Powiedziałam, że w takim razie dzień później najwcześniej udostępnię mieszkanie i wali mnie to. Ja też pracuję i moja praca też jest ważna. I tyle na ten moment, pomyślę o tym po świętach.]
Kręcę się dalej po pracy jak gówno w przeręblu, parę tekstów jest, to jak już jestem, to ogarnę, będę miała później mniej do roboty. Nie ma za to tekstów, które miały na mnie czekać jutro, ani gości od tych tekstów. Co mówię Bossowi, który właśnie znów spęd zrobił, a tego nagle olśniewa genialna myśl, że to nie działa i tadam... Wracamy od przyszłego miesiąca do systemu dwa tygodnie po 4 i jeden po osiem. Mi to rybka, nic to nie zmienia, będę tak samo zawalona pracą, jak jestem, zamiast dwóch tygodni kwitnięcia w domu będę kwitła tydzień, a trzy będę sobie kursowała, z tego w dwa, jak będzie pogoda - mój zysk, motywacja do wyjścia i łażenia, a pół dnia moje.
No ale... co będzie z tym pieprzonym urlopem?
Nic nie rzekłam w tym temacie, mam jeszcze nieodebrany za dwa lata, co wypisałam awansem...
Psiakrew.
Ale nic to. Kaska, o której chłop nie wie okazała się kaską niezarobioną, a roczną premią. Zatem robaczki wyprodukują dla mnie jeszcze trochę kaski, co tygryski lubią najbardziej.
Mycie okien mi się nie klei, ale olać to. Albo umyję, albo nie, mogę, nie muszę. Nie mam melodii, nie będę sobie robiła na złość.
Czytam.
Piszę.
Myślę.
I dlatego życie jest piękne :P
Bo nawet świąt nie muszę robić, po prostu odpocznę między jednym tygodniem pracy a drugim. Będę jeść chleb z pomidorem, kto bogatemu zabroni? :) I jajka, bo lubię :D
czwartek, 6 kwietnia 2017
środa, 5 kwietnia 2017
Naturalnie
spać nie mogłam, Kochany Pamiętniczku, a na dworcu byłam godzinę wcześniej i okrutnie zmarzłam (ha, ja, zmarzłam).
Ale potem było z górki.
W wagonie wprawdzie woniało późnym PRL, jakby nie wymieniono tapicerki i jakby ktoś palił (ten smród wagonów, w których wolno było palić, nie do wywietrzenia), okna zaś były tak nieświeże, że co rusz okularki przecierałam, bo myślałam, że zaszły znów mgłą, ale...
Jechało się super, tłoku nie było. Osiem saren i jelonków naliczyłam na polach, będę miała o czym mówić w pracy. Bażanta i zająca jednego też widziałam, zdjęć nie próbowałam robić, bo pewno by nic nie wyszło.
Perony po drodze i owszem, odnowione, ale same budynki stacyjne jak ruiny, okna pozabijane dechami, a zamiast WC gdzieniegdzie toi-toi stało... W Krotoszynie też :)
Ale dojechałam i nagle... zaświeciło słoneczko i to tak, żem kapotę zaraz zdjęła, bo za gorąco mi było.
Spokojnie Umarlaków ogarnęłam, nie spiesząc się, przeklinając przy tym wielbicieli Cioci, bo i donice wmelili na płytę i znicze, tak że wszystko było czarnymi kręgami upaprane. Nie wiem, czy koleżanka coś palcem kiwnęła, bo żadnych kamyków nie było (a obiecała wysypać, a i 100 zł zainkasowała), profilaktycznie nie pisałam jej, że jadę, a kij w oko :)
Jeżeli połączenie się utrzyma, sama spokojnie sobie pojadę, kiedy tylko mi się zasmrodzi. Cztery godziny to nie dwie.
A i okazuje się, że po 17 jest jeszcze bezpośredni pociąg do domu, to jak się uprę, cały dzień mogę siedzieć. To mi się podoba.
Ogarnąwszy, pogadałam z Umarlakami, jak czekista z czekistą, bo i trochę im miałam do przekazania, a i oni co nieco mi nawtykali.
Mniejsza z większym
Do Cristalu polazłam i choć sala była na stypę zarezerwowana, pani pozwoliła mi się w kącie pożywić, a za smaczny obiad zapłaciłam całe 20 zł :) Żyć nie umierać.
Jako że czasu miałam jeszcze pod dostatkiem, ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam sik nie sik, bo do 18 musiałam wytrzymać, w autobusie nie ma WC. Więc i nie piłam, a słońce grzało, jak latem.
I poszłam szlakiem dzieciństwa, młodości i wspomnień.
Nie dotarłam do parku ani do mojej budy (podstawówki i liceum), choć czasu miałam dość, z tej prostej przyczyny, że miałam na nogach półbuty, a te, choć wygodne - wykończyły mnie z powodu gorąca.
Więc godzinkę posiedziałam w parczku przy dworcu, kontemplując wszystko, nawet muzyki nie słuchałam.
Ja, siedząca na ławce godzinę. Koniec świata, pani Popiołkowa :)
I tak
Tym pociągiem dojeżdżałam 7 lat. Nie ma go już, linia wąskotorowa została zlikwidowana, został tylko pociąg, który też powoli zaczyna się sypać.
Moje marzenie od dzieciństwa. Chcę mieć tę chatę, jak wygram w totka albo obrobię bank, kupię ją na pewno. Ponoć należała do jakiegoś niemieckiego dostojnika. Ma w sobie to coś i pożądam jej okrutnie, tym bardziej że..
(niedaleko niej stoi kolejna z taką wieżyczką, ale nie ma tego czegoś, nie ciągnie mnie do niej, tej nie kupię)
... taka magnolia przed nią rośnie...
... oszaleć można, co nie?
I bzy tu już są na wylocie, u mnie nawet listków jeszcze nie widać.
I taka uliczka, Koźmińska, mieszkali tu moi dziadkowie, a Ciocia lata całe w sklepie tu pracowała. Pomagając jej nauczyłam się wydawać pieniądze (w sensie resztę) i czasem zaskakiwałam (już w dorosłym życiu) praktykantki w sklepach, kiedy jeszcze tej całej elektroniki nie było :) A i słupki biegle umiałam liczyć.
Ta najstarsza w Krotoszynie chaupka przylega bezpośrednio do kamienicy, w której mieszkali dziadkowie. Nie mogłam zrobić zdjęcia, przez tego parkującego geniusza. W chacie mieści się obecnie muzeum im. prof. Ławniczaka, zakochanego w tym mieście, mojego łacinnika, niestety, od lat już nieżyjącego.
Tu gdzie ta witryna sklepowa było mieszkanie dziadków.
Brama wejściowa. Mam zdjęcie sprzed wojny w tej bramie, jak stoi tam mój dziadek ze swoimi dziećmi i czeladnikami. Dziadek był szewcem. I o ile mnie pamięć nie myli, w obecnym muzeum miał swój warsztat, ale nie jestem pewna na 100 procent, a nie mam kogo już zapytać, czy się nie mylę...
I kościółek. Stąd wyruszyła w ostatnią drogę moja Mama...
I takie sobie podwóreczko.
Uliczki do rynku takie wąskie, że dwie osoby się z trudem wymijały, dużo tam wypadków, więc za bardzo zdjęć nie dało się robić, bo walizę ciągnęłam i torbę tachałam. Ale po drodze sklepiki, te same odkąd pamięcią sięgam, tylko w rynku samym nieco się zmieniło, bruk i ogródki piwne, fontanna i takie tam :) Ale wszystko było w proszku i pełno ustawiania, więc odpuściłam.
Tej kawiarni nie było, ponoć nowa i kultowa. Poszłabym na kawę, bo czas miałam, no ale sik :)
I tak powrót do przeszłości, jakbym Ciocię widziała, tyle że pani szczuplejsza...
A i święty Florian na Małym Rynku to jakaś nówka nieśmigana.
I krokusy już pięknie kwitną :D
Marian Langiewicz, urodzony w Krotoszynie, nie było tego pomnika za moich czasów...
... ani takich półeczek...
... ławeczki...
... ale hotel był. I kiedyś w nim nocowaliśmy (pomysł mojego Eksa, bo groszem nie śmierdzieliśmy). A na tym placu zaparkował maluchem na postoju dla taksówek. Bo on zawsze musiał mieć "pod drzwi". Zablokowali go tak, że wydawało się, że kartki papieru już nie wciśnie, a on wyjechał bez draśnięcia.
I droga do dworca, znów sklepiki sprzed lat. I jubiler, u którego Ciocia wszystkie pierścionki robiła, jedyny, do którego miała zaufanie.
Przy tej ulicy pracował mój ojciec lata całe. Ale już tam nic nie ma, nawet stara słodownia padła...
W tym szpitalu urodziłam się ja, mój brat, zmarła moja Mama i Ciocia... Kawał historii...
I komin ze słodowni, jako dziecko widziałam w takich kominach (mam na myśli ten niższy, z tym jakimś filtrem) pomnik jakby warszawskiej Syrenki :) Tak mi zostało do dziś :D
W tym domu mieszkała moja koleżanka, córka lekarza. Bywałam u niej, dziwne to było, nabożne, bo miała pianino i umiała na nim grać. Jak ja jej zazdrościłam. Ale... Jej ojciec, jak i mój był alkoholikiem. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Takie czasy były...
Kiedyś rosły tu przepiękne lipy, tych domów nie było widać. Przyszedł kilkanaście lat temu huragan i powyrywał prawie wszystkie drzewa... I tak zostało goło.
I znów magnolia. Tu przycupnęłam i kontemplowałam :)
A było na czym oko oprzeć.
I ptaszory się prezentowały.
Wróciłam do domu tak odwodniona, że spuchłam niemożebnie.
Poratowałam się piwkiem i poszłam spać.
Z dobrymi chęciami, a tymi jest jak wiadomo, piekło wybrukowane.
Wstałam i spojrzałam w lustro, krzyknęłam rozpaczliwie. Cztery miesiące nie byłam u fryzjera.
Więc zmieniłam z zapałem pościel, w międzyczasie koce przeprałam, licząc, że słońce wyjdzie (nie wyszło, na dokładkę zimno jest) i poleciałam. Teraz wyglądam jak łysy Księżyc w pełni, ale mniejsza z większym, da się z tym żyć.
I obkupiona wróciłam z zamiarem mycia okien.
Ale...
Przepakowywać zaczęłam walizkę, którą zabrałam na cmentarz.
I... Otworzyłam pierwszy list. Bo walizka na co dzień jest zapełniona listami. Od mojego brata. I...
Utonęłam w przeszłości, w listach sprzed ponad 40 lat.
Znów wróciły tamte kłamstwa, oszustwa, cała ja, bohaterka, dźwigająca wszystko na swoich barkach. I dzieląca się kasą, a każde listy to były litanie, wyliczające na co wydał pieniądze, że nie kłamie, że nawet palenie rzucił.
Nic z tego nie było prawdą.
I listy od ojca. Że "Kochana Córeczko", postawiłaś na swoim, zgnoiłaś mnie, dając na leczenie, że co, nie piję, bo nawet na chleb nie mam.
I listy, że byli u mnie, a potem licytowali się, kto mniej ode mnie dostał. Że ja, taka owaka, tylko na bilet dałam...
I zamiast w pizdu rzucić to, ugotowałam obiad i wsiąkłam.
Nie są te listy posegregowane, ale większość jest w kopertach, wszystkie są datowane i...
Ojapierdolę, kiedy ja miałam czas tyle pisać, odpisywać, czytać?
I inne listy: od Wujka, od Cioci, od koleżanek.
Maryla.
Kim do cholery jest Maryla. Mam dziurę w pamięci, czy alzheimera już, przecież ja nie znam żadnej Maryli.
Same kartki od Maryli, z pielgrzymki do Częstochowy. Kim do diabła była Maryla? I list - rozwiązanie zagadki - znalazłam jej adres w ITD. To takie studenckie czasopismo z PRL, zdaje się, że Kwaśniewski tam się kręcił. Szukała studentki, która jej przybliży bibliotekoznawstwo, a ja na to odpisałam. I jak widzę, ciągnęło się to jakiś czas. Może, o ile się przez wszystko przekopię, dojdę, dlaczego się urwało. Bo jeszcze nie przeczytałam nawet 1/100 listów. A to kobyły, na 4 strony drobnym maczkiem, albo i więcej.
I listy od Piotra. Mojej miłości. Mojej wielkiej miłości. Mojej szalonej miłości. Już nawet nie pamiętałam, jak złośliwie do siebie pisaliśmy. Miał kompleksy, był fotografem, po zawodówce, a ja już prawie pani magister. Wtedy to - dla niego, bo dla mnie nie - miało znaczenie. I widzę, że nadawaliśmy na jednej fali. Teraz to widzę. Ile czarnego humoru, który tak kocham było w tym wszystkim. Nie ożenił się nigdy. Już nie żyje. Był młodszy ode mnie. Mam gdzieś jego fotografię, z takimi długimi włosami, piękne miał... Goniłam go za nie, bo... Zawsze lubiłam facetów z krótkimi ;) I ta dedykacja na tej focie: nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy... Wtedy się o to pokłóciliśmy, a dziś widzę, że miał w stu procentach rację. Ale wtedy panicznie bałam się alkoholu i picia. Jeden kieliszek to już u mnie był alkoholizm...
Parę kartek, a tyle wspomnień.
Czuję, że będę kontynuować.
Bo wtedy jestem w innym miejscu i nie denerwuję się.
Bo okazuje się, że piony po świętach. Nie wiem, czy będzie u mnie łazienka, czy kuchnia. W kuchni kują ściany OJAPIERDOLĘ.
Dziś kartka, że szkody będzie naprawiać spółdzielnia.
A ja, kurwa, nie chcę szkód. Miało już nie być żadnego remontu.
I nawet jak coś połatają, to kiedy?
I dobita zostałam przez emilki.
Z pracy, że jest kolejny ekstras.
Odpisałam, że albo będzie w czasie mojej pracy, albo do widzenia ślepa Genia, bo ja mam tu piony i w ogóle.
Dogadałam się.
I zabójczy emilek od D., kiedy wrócę, bo Boss mówi, że ponoć jest praca dla mnie.
I że do końca kwartału miałam rozliczyć godziny.
Jak?
Kwartał skończył się 31 marca. Nigdy nie rozliczałam godzin. Nikt mi nic nie mówił. Mam moje tabelki, rozliczę, ale co to kurwa jest.
Miałam jechać w piątek, ale pojadę jutro, zobaczę, kto mi wkoło pióra robi.
I jakoś w ogóle nie czuję świąt.
Ani ich potrzeby.
Będę wracać do przeszłości.
Jednak takie na piśmie to dobra rzecz, lepsza jak internety. Tylko niektóre listy są już wyblakłe.
I kilka moich do męża.
Ojapierdolę.
Zastanawiam się, zostawić, czy zniszczyć?
Tak ociekają miłością, że aż się mdło robi. I te nasze... :) Ale pocieszam się, że chłopcy wszystko wrzucą na stos i poleją naftą. A ja, w razie alzheimera może przeczytam jeszcze raz i...
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach :)
Ale potem było z górki.
W wagonie wprawdzie woniało późnym PRL, jakby nie wymieniono tapicerki i jakby ktoś palił (ten smród wagonów, w których wolno było palić, nie do wywietrzenia), okna zaś były tak nieświeże, że co rusz okularki przecierałam, bo myślałam, że zaszły znów mgłą, ale...
Jechało się super, tłoku nie było. Osiem saren i jelonków naliczyłam na polach, będę miała o czym mówić w pracy. Bażanta i zająca jednego też widziałam, zdjęć nie próbowałam robić, bo pewno by nic nie wyszło.
Perony po drodze i owszem, odnowione, ale same budynki stacyjne jak ruiny, okna pozabijane dechami, a zamiast WC gdzieniegdzie toi-toi stało... W Krotoszynie też :)
Ale dojechałam i nagle... zaświeciło słoneczko i to tak, żem kapotę zaraz zdjęła, bo za gorąco mi było.
Spokojnie Umarlaków ogarnęłam, nie spiesząc się, przeklinając przy tym wielbicieli Cioci, bo i donice wmelili na płytę i znicze, tak że wszystko było czarnymi kręgami upaprane. Nie wiem, czy koleżanka coś palcem kiwnęła, bo żadnych kamyków nie było (a obiecała wysypać, a i 100 zł zainkasowała), profilaktycznie nie pisałam jej, że jadę, a kij w oko :)
Jeżeli połączenie się utrzyma, sama spokojnie sobie pojadę, kiedy tylko mi się zasmrodzi. Cztery godziny to nie dwie.
A i okazuje się, że po 17 jest jeszcze bezpośredni pociąg do domu, to jak się uprę, cały dzień mogę siedzieć. To mi się podoba.
Ogarnąwszy, pogadałam z Umarlakami, jak czekista z czekistą, bo i trochę im miałam do przekazania, a i oni co nieco mi nawtykali.
Mniejsza z większym
Do Cristalu polazłam i choć sala była na stypę zarezerwowana, pani pozwoliła mi się w kącie pożywić, a za smaczny obiad zapłaciłam całe 20 zł :) Żyć nie umierać.
Jako że czasu miałam jeszcze pod dostatkiem, ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam sik nie sik, bo do 18 musiałam wytrzymać, w autobusie nie ma WC. Więc i nie piłam, a słońce grzało, jak latem.
I poszłam szlakiem dzieciństwa, młodości i wspomnień.
Nie dotarłam do parku ani do mojej budy (podstawówki i liceum), choć czasu miałam dość, z tej prostej przyczyny, że miałam na nogach półbuty, a te, choć wygodne - wykończyły mnie z powodu gorąca.
Więc godzinkę posiedziałam w parczku przy dworcu, kontemplując wszystko, nawet muzyki nie słuchałam.
Ja, siedząca na ławce godzinę. Koniec świata, pani Popiołkowa :)
I tak
Tym pociągiem dojeżdżałam 7 lat. Nie ma go już, linia wąskotorowa została zlikwidowana, został tylko pociąg, który też powoli zaczyna się sypać.
Moje marzenie od dzieciństwa. Chcę mieć tę chatę, jak wygram w totka albo obrobię bank, kupię ją na pewno. Ponoć należała do jakiegoś niemieckiego dostojnika. Ma w sobie to coś i pożądam jej okrutnie, tym bardziej że..
(niedaleko niej stoi kolejna z taką wieżyczką, ale nie ma tego czegoś, nie ciągnie mnie do niej, tej nie kupię)
... taka magnolia przed nią rośnie...
... oszaleć można, co nie?
I bzy tu już są na wylocie, u mnie nawet listków jeszcze nie widać.
I taka uliczka, Koźmińska, mieszkali tu moi dziadkowie, a Ciocia lata całe w sklepie tu pracowała. Pomagając jej nauczyłam się wydawać pieniądze (w sensie resztę) i czasem zaskakiwałam (już w dorosłym życiu) praktykantki w sklepach, kiedy jeszcze tej całej elektroniki nie było :) A i słupki biegle umiałam liczyć.
Ta najstarsza w Krotoszynie chaupka przylega bezpośrednio do kamienicy, w której mieszkali dziadkowie. Nie mogłam zrobić zdjęcia, przez tego parkującego geniusza. W chacie mieści się obecnie muzeum im. prof. Ławniczaka, zakochanego w tym mieście, mojego łacinnika, niestety, od lat już nieżyjącego.
Tu gdzie ta witryna sklepowa było mieszkanie dziadków.
Brama wejściowa. Mam zdjęcie sprzed wojny w tej bramie, jak stoi tam mój dziadek ze swoimi dziećmi i czeladnikami. Dziadek był szewcem. I o ile mnie pamięć nie myli, w obecnym muzeum miał swój warsztat, ale nie jestem pewna na 100 procent, a nie mam kogo już zapytać, czy się nie mylę...
I kościółek. Stąd wyruszyła w ostatnią drogę moja Mama...
I takie sobie podwóreczko.
Uliczki do rynku takie wąskie, że dwie osoby się z trudem wymijały, dużo tam wypadków, więc za bardzo zdjęć nie dało się robić, bo walizę ciągnęłam i torbę tachałam. Ale po drodze sklepiki, te same odkąd pamięcią sięgam, tylko w rynku samym nieco się zmieniło, bruk i ogródki piwne, fontanna i takie tam :) Ale wszystko było w proszku i pełno ustawiania, więc odpuściłam.
Tej kawiarni nie było, ponoć nowa i kultowa. Poszłabym na kawę, bo czas miałam, no ale sik :)
I tak powrót do przeszłości, jakbym Ciocię widziała, tyle że pani szczuplejsza...
A i święty Florian na Małym Rynku to jakaś nówka nieśmigana.
I krokusy już pięknie kwitną :D
Marian Langiewicz, urodzony w Krotoszynie, nie było tego pomnika za moich czasów...
... ani takich półeczek...
... ławeczki...
... ale hotel był. I kiedyś w nim nocowaliśmy (pomysł mojego Eksa, bo groszem nie śmierdzieliśmy). A na tym placu zaparkował maluchem na postoju dla taksówek. Bo on zawsze musiał mieć "pod drzwi". Zablokowali go tak, że wydawało się, że kartki papieru już nie wciśnie, a on wyjechał bez draśnięcia.
I droga do dworca, znów sklepiki sprzed lat. I jubiler, u którego Ciocia wszystkie pierścionki robiła, jedyny, do którego miała zaufanie.
Przy tej ulicy pracował mój ojciec lata całe. Ale już tam nic nie ma, nawet stara słodownia padła...
W tym szpitalu urodziłam się ja, mój brat, zmarła moja Mama i Ciocia... Kawał historii...
I komin ze słodowni, jako dziecko widziałam w takich kominach (mam na myśli ten niższy, z tym jakimś filtrem) pomnik jakby warszawskiej Syrenki :) Tak mi zostało do dziś :D
W tym domu mieszkała moja koleżanka, córka lekarza. Bywałam u niej, dziwne to było, nabożne, bo miała pianino i umiała na nim grać. Jak ja jej zazdrościłam. Ale... Jej ojciec, jak i mój był alkoholikiem. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Takie czasy były...
Kiedyś rosły tu przepiękne lipy, tych domów nie było widać. Przyszedł kilkanaście lat temu huragan i powyrywał prawie wszystkie drzewa... I tak zostało goło.
I znów magnolia. Tu przycupnęłam i kontemplowałam :)
A było na czym oko oprzeć.
I ptaszory się prezentowały.
Wróciłam do domu tak odwodniona, że spuchłam niemożebnie.
Poratowałam się piwkiem i poszłam spać.
Z dobrymi chęciami, a tymi jest jak wiadomo, piekło wybrukowane.
Wstałam i spojrzałam w lustro, krzyknęłam rozpaczliwie. Cztery miesiące nie byłam u fryzjera.
Więc zmieniłam z zapałem pościel, w międzyczasie koce przeprałam, licząc, że słońce wyjdzie (nie wyszło, na dokładkę zimno jest) i poleciałam. Teraz wyglądam jak łysy Księżyc w pełni, ale mniejsza z większym, da się z tym żyć.
I obkupiona wróciłam z zamiarem mycia okien.
Ale...
Przepakowywać zaczęłam walizkę, którą zabrałam na cmentarz.
I... Otworzyłam pierwszy list. Bo walizka na co dzień jest zapełniona listami. Od mojego brata. I...
Utonęłam w przeszłości, w listach sprzed ponad 40 lat.
Znów wróciły tamte kłamstwa, oszustwa, cała ja, bohaterka, dźwigająca wszystko na swoich barkach. I dzieląca się kasą, a każde listy to były litanie, wyliczające na co wydał pieniądze, że nie kłamie, że nawet palenie rzucił.
Nic z tego nie było prawdą.
I listy od ojca. Że "Kochana Córeczko", postawiłaś na swoim, zgnoiłaś mnie, dając na leczenie, że co, nie piję, bo nawet na chleb nie mam.
I listy, że byli u mnie, a potem licytowali się, kto mniej ode mnie dostał. Że ja, taka owaka, tylko na bilet dałam...
I zamiast w pizdu rzucić to, ugotowałam obiad i wsiąkłam.
Nie są te listy posegregowane, ale większość jest w kopertach, wszystkie są datowane i...
Ojapierdolę, kiedy ja miałam czas tyle pisać, odpisywać, czytać?
I inne listy: od Wujka, od Cioci, od koleżanek.
Maryla.
Kim do cholery jest Maryla. Mam dziurę w pamięci, czy alzheimera już, przecież ja nie znam żadnej Maryli.
Same kartki od Maryli, z pielgrzymki do Częstochowy. Kim do diabła była Maryla? I list - rozwiązanie zagadki - znalazłam jej adres w ITD. To takie studenckie czasopismo z PRL, zdaje się, że Kwaśniewski tam się kręcił. Szukała studentki, która jej przybliży bibliotekoznawstwo, a ja na to odpisałam. I jak widzę, ciągnęło się to jakiś czas. Może, o ile się przez wszystko przekopię, dojdę, dlaczego się urwało. Bo jeszcze nie przeczytałam nawet 1/100 listów. A to kobyły, na 4 strony drobnym maczkiem, albo i więcej.
I listy od Piotra. Mojej miłości. Mojej wielkiej miłości. Mojej szalonej miłości. Już nawet nie pamiętałam, jak złośliwie do siebie pisaliśmy. Miał kompleksy, był fotografem, po zawodówce, a ja już prawie pani magister. Wtedy to - dla niego, bo dla mnie nie - miało znaczenie. I widzę, że nadawaliśmy na jednej fali. Teraz to widzę. Ile czarnego humoru, który tak kocham było w tym wszystkim. Nie ożenił się nigdy. Już nie żyje. Był młodszy ode mnie. Mam gdzieś jego fotografię, z takimi długimi włosami, piękne miał... Goniłam go za nie, bo... Zawsze lubiłam facetów z krótkimi ;) I ta dedykacja na tej focie: nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy... Wtedy się o to pokłóciliśmy, a dziś widzę, że miał w stu procentach rację. Ale wtedy panicznie bałam się alkoholu i picia. Jeden kieliszek to już u mnie był alkoholizm...
Parę kartek, a tyle wspomnień.
Czuję, że będę kontynuować.
Bo wtedy jestem w innym miejscu i nie denerwuję się.
Bo okazuje się, że piony po świętach. Nie wiem, czy będzie u mnie łazienka, czy kuchnia. W kuchni kują ściany OJAPIERDOLĘ.
Dziś kartka, że szkody będzie naprawiać spółdzielnia.
A ja, kurwa, nie chcę szkód. Miało już nie być żadnego remontu.
I nawet jak coś połatają, to kiedy?
I dobita zostałam przez emilki.
Z pracy, że jest kolejny ekstras.
Odpisałam, że albo będzie w czasie mojej pracy, albo do widzenia ślepa Genia, bo ja mam tu piony i w ogóle.
Dogadałam się.
I zabójczy emilek od D., kiedy wrócę, bo Boss mówi, że ponoć jest praca dla mnie.
I że do końca kwartału miałam rozliczyć godziny.
Jak?
Kwartał skończył się 31 marca. Nigdy nie rozliczałam godzin. Nikt mi nic nie mówił. Mam moje tabelki, rozliczę, ale co to kurwa jest.
Miałam jechać w piątek, ale pojadę jutro, zobaczę, kto mi wkoło pióra robi.
I jakoś w ogóle nie czuję świąt.
Ani ich potrzeby.
Będę wracać do przeszłości.
Jednak takie na piśmie to dobra rzecz, lepsza jak internety. Tylko niektóre listy są już wyblakłe.
I kilka moich do męża.
Ojapierdolę.
Zastanawiam się, zostawić, czy zniszczyć?
Tak ociekają miłością, że aż się mdło robi. I te nasze... :) Ale pocieszam się, że chłopcy wszystko wrzucą na stos i poleją naftą. A ja, w razie alzheimera może przeczytam jeszcze raz i...
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach :)
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
Żegnam się
z Państwem, Kochany Pamiętniczku.
Przygoda wzywa, zew natury i takie tam :)
Pion dopiero po świętach, będzie się działo. Ale czuję się jak na beczce prochu, nienawidzę takich sytuacji.
101 km przeszłam w marcu, liczonych, z nieliczonymi będzie więcej.
Drgnęło.
A na dworze bajka jest.
Japońskie wiśnie, jak na tej uliczce w Hatfield...
I mirabelki też już oszalały...
... a forsycje kurcgalopkiem do wariatkowa pędzą.
Jutro może zobaczę magnolie.
Może...
O, jeszcze aparat zapakować :D
Będę, jak wrócę :)
Przygoda wzywa, zew natury i takie tam :)
Pion dopiero po świętach, będzie się działo. Ale czuję się jak na beczce prochu, nienawidzę takich sytuacji.
101 km przeszłam w marcu, liczonych, z nieliczonymi będzie więcej.
Drgnęło.
A na dworze bajka jest.
Japońskie wiśnie, jak na tej uliczce w Hatfield...
I mirabelki też już oszalały...
... a forsycje kurcgalopkiem do wariatkowa pędzą.
Jutro może zobaczę magnolie.
Może...
O, jeszcze aparat zapakować :D
Będę, jak wrócę :)
sobota, 1 kwietnia 2017
Dziwaczenia
ciąg dalszy, Kochany Pamiętniczku.
Szukając szczęścia przelazłam prawie 6 km i zrobiło mi się gorąco, bo gorąco było, zatem wróciłam na memłon i już nigdzie nie lazłam, choć plany miałam.
Ale za to kupiłam
Światło kłamie. Idealnie pasuje do sandałków i do zimowych oraz przejściowych maciejek. Chociaż nie jest lekuchna, ale jak tylko wlazłam do sklepu, rzuciła się na mnie z okrzykiem: bierz mnie, jam twoja, czekałam właśnie na ciebie. Więc choć tania nie była (a coś mnie tknęło, kasę wypłaciłam wcześniej, to sklep, gdzie nie można karta płacić), raz się żyje, potem się straszy :) Tania torebka już drugi raz w naprawie, więc teraz pora na coś solidniejszego, a zresztą mam tylko 3 w sumie z tą, co u szewca legła. Nie licząc staroci z dzieciństwa i studiów w szafie, których mi żal wyrzucić :)
Ale co ja się tłumaczę, jak nie mam komu? :)
Szukając szczęścia przelazłam prawie 6 km i zrobiło mi się gorąco, bo gorąco było, zatem wróciłam na memłon i już nigdzie nie lazłam, choć plany miałam.
Ale za to kupiłam
Światło kłamie. Idealnie pasuje do sandałków i do zimowych oraz przejściowych maciejek. Chociaż nie jest lekuchna, ale jak tylko wlazłam do sklepu, rzuciła się na mnie z okrzykiem: bierz mnie, jam twoja, czekałam właśnie na ciebie. Więc choć tania nie była (a coś mnie tknęło, kasę wypłaciłam wcześniej, to sklep, gdzie nie można karta płacić), raz się żyje, potem się straszy :) Tania torebka już drugi raz w naprawie, więc teraz pora na coś solidniejszego, a zresztą mam tylko 3 w sumie z tą, co u szewca legła. Nie licząc staroci z dzieciństwa i studiów w szafie, których mi żal wyrzucić :)
Ale co ja się tłumaczę, jak nie mam komu? :)
piątek, 31 marca 2017
Dziczeję
albo dziwaczeję, ewentualnie starzeję się, Kochany Pamiętniczku.
Omijam ludzi szerokim kołem i absolutnie nie czuję potrzeby rozmawiania o czymkolwiek. Z kimkolwiek. Tak wyszło. Jeszcze niedawno po tygodniu tęskniłam za pogadaniem a teraz się trzeci tydzień zaczyna i nic. Fakt, gadałam z Inżynierem (za nim zawsze tęsknię, ale on ze mną rozmawia, jak czekista z czekistą) i z Baranem, ale... :) Reszta jest milczeniem.
Mam swój świat, dobrze mi w nim i za ciasno, żeby tam kogoś wpuszczać.
Ojapierdolę.
Pojechałam dziś na dworzec, wymaglowałam panią w informacji, ale uprzejma była i jest. Jest pociąg o 9.19 do K. Bez przesiadki do 4 maja, bo potem będzie remont na torach, ale ja potrzebuję podwózkę przed świętami, więc git majonez.
Z kupnem biletu poczekam do poniedziałku, bo nie wiem, co wywiną ci od rur.
Nie przeskoczę tego, klucze zostawię albo sąsiadom, albo robotnikom i trudno, wola boska i skrzypce. Nie mam innego wyjścia.
Co ma być, będzie.
Komputer "naprawiłam". Jebało się wszystko, bo Inżynier zablokował aktualizacje, bo mnie wkurzało zamykanie, jak wychodziłam do pracy, a ściągał się pierdyliard. I tak przez rok zebrał się pierdyliard pierdyliardów aktualizacji i sprawa się rypła :) Sama na to wpadłam, jestem nadęta z dumy jak indor.
Na razie więc katastrofa troszkę odsunięta.
Odpuszczam świąteczne porządki. Jak się uda, umyję okna, jak nie umyję, tragedii nie będzie. W szafach sprzątać nie będę, bo nie mam nastroju, a ogólnie wystarczy przelecenie na mopie (dziś już przeleciałam, bo jutro chcę odlecieć) :)
Do banku poszłam i szczęka mi o podłogę klapnęła. Nie wiem, czy dali premię, czy Boss oszalał i zapłacił mi za niewykonaną pracę (jeszcze) z wyprzedzeniem. Jeżeli tak, to nieźle mu się popieprzyło, ale i tak brakuje stówy. Jak coś, nie pójdę się o nią kłócić. A co tam, stać mnie.
Torebkę sobie muszę kupić. Po raz drugi zerwała mi się ta reklamowana i nie, nie będę reklamować. Znów będę dwa miesiące chodziła. To już wolę dać do szewca, przeszyje. W dupie to mam. Życie. Wiem, tracę, ale moje nerwy (tak jak w przypadku pieniędzy są więcej warte).
Ale koniec spłacania wszystkiego blisko. Nie, że potem będę szalała, ale nie będę się martwiła, że zostają po mnie długi dla dzieci.
Skrzydłokwiaty poprzesadzałam, biedaki miały tak ciasno w doniczce, że nawet ja nie mam jeszcze tak ciasno w łazience :P
Aby do brzegu.
... na ekranie on ją kocha i umiera nawet dla niej...
Jak bardzo blaknie to, co kiedyś było tragedią na skalę światową.
Że za grube uda, że za tłusta cera, że nos krzywy.
Że nie mam nikogo.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
A. I małosolnych sztuk osiem już zrobiłam. Zamroziłam korzeń chrzanu jesienią i małosolne są ojapierdolę.
Dla takich małosolnych warto żyć :)
Omijam ludzi szerokim kołem i absolutnie nie czuję potrzeby rozmawiania o czymkolwiek. Z kimkolwiek. Tak wyszło. Jeszcze niedawno po tygodniu tęskniłam za pogadaniem a teraz się trzeci tydzień zaczyna i nic. Fakt, gadałam z Inżynierem (za nim zawsze tęsknię, ale on ze mną rozmawia, jak czekista z czekistą) i z Baranem, ale... :) Reszta jest milczeniem.
Mam swój świat, dobrze mi w nim i za ciasno, żeby tam kogoś wpuszczać.
Ojapierdolę.
Pojechałam dziś na dworzec, wymaglowałam panią w informacji, ale uprzejma była i jest. Jest pociąg o 9.19 do K. Bez przesiadki do 4 maja, bo potem będzie remont na torach, ale ja potrzebuję podwózkę przed świętami, więc git majonez.
Z kupnem biletu poczekam do poniedziałku, bo nie wiem, co wywiną ci od rur.
Nie przeskoczę tego, klucze zostawię albo sąsiadom, albo robotnikom i trudno, wola boska i skrzypce. Nie mam innego wyjścia.
Co ma być, będzie.
Komputer "naprawiłam". Jebało się wszystko, bo Inżynier zablokował aktualizacje, bo mnie wkurzało zamykanie, jak wychodziłam do pracy, a ściągał się pierdyliard. I tak przez rok zebrał się pierdyliard pierdyliardów aktualizacji i sprawa się rypła :) Sama na to wpadłam, jestem nadęta z dumy jak indor.
Na razie więc katastrofa troszkę odsunięta.
Odpuszczam świąteczne porządki. Jak się uda, umyję okna, jak nie umyję, tragedii nie będzie. W szafach sprzątać nie będę, bo nie mam nastroju, a ogólnie wystarczy przelecenie na mopie (dziś już przeleciałam, bo jutro chcę odlecieć) :)
Do banku poszłam i szczęka mi o podłogę klapnęła. Nie wiem, czy dali premię, czy Boss oszalał i zapłacił mi za niewykonaną pracę (jeszcze) z wyprzedzeniem. Jeżeli tak, to nieźle mu się popieprzyło, ale i tak brakuje stówy. Jak coś, nie pójdę się o nią kłócić. A co tam, stać mnie.
Torebkę sobie muszę kupić. Po raz drugi zerwała mi się ta reklamowana i nie, nie będę reklamować. Znów będę dwa miesiące chodziła. To już wolę dać do szewca, przeszyje. W dupie to mam. Życie. Wiem, tracę, ale moje nerwy (tak jak w przypadku pieniędzy są więcej warte).
Ale koniec spłacania wszystkiego blisko. Nie, że potem będę szalała, ale nie będę się martwiła, że zostają po mnie długi dla dzieci.
Skrzydłokwiaty poprzesadzałam, biedaki miały tak ciasno w doniczce, że nawet ja nie mam jeszcze tak ciasno w łazience :P
Aby do brzegu.
... na ekranie on ją kocha i umiera nawet dla niej...
Jak bardzo blaknie to, co kiedyś było tragedią na skalę światową.
Że za grube uda, że za tłusta cera, że nos krzywy.
Że nie mam nikogo.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
A. I małosolnych sztuk osiem już zrobiłam. Zamroziłam korzeń chrzanu jesienią i małosolne są ojapierdolę.
Dla takich małosolnych warto żyć :)
czwartek, 30 marca 2017
Good news
bad news, Kochany Pamiętniczku.
Najpierw złe.
Nie wiadomo, jak to będzie z tymi pionami. Pan mówi, że wypadnie, jak wrócę do pracy. Na ten najgorszy tydzień. Bo przed świętami nie będą robili, bo ludzie wyjeżdżają na święta. No i chuj, ja nigdzie nie wyjeżdżam, ale...
No nic.
Zobaczymy.
Pomyślę o tym, jak będę znała termin.
W nocy jechali z Alienkiem do szpitala. Bo za mało kupkał i siuśkał (tak, a miałam już nie gadać i kupkach i siuśkach). Okazało się, ze jest odwodniony, ale sytuacja już jest opanowana, położna przychodzi i Alienek był dziś już na spacerze. Zatkało mnie, bo ja mimo lata czekałam dwa tygodnie, no ale wtedy były inne bajki na rozkładzie. Synowa sama napisała, że naczytała się niepotrzebnie w internetach o przystawianiu.
Mądra jednak dziewczyna :)
No i dobrze, że się tak skończyło. Mogli zapytać, no ale nie zapytali, trudno :)
A teraz good news, choć sama w to nie wierzę. Szukałam połączenia do Umarlaków, sprawdzając, czy coś się zmieniło. I wywala mi podróż do K. przez Konin (sic!), 7 godzin i 54 minuty za 53 zyla z groszami. Ojapierdolę.
Ten bus, którym zawsze jeżdżę to na styk, żeby wrócić. 2 godziny na wszystko i stres.
Z głupia frant wrzucam PKP, bo wiadomo, że tam nic nie jeździ i tadam...
Mam pociąg o 9.19. Teoretycznie nawet na Główny nie muszę jechać, bo na dzielni mam przystanek (ale pojadę na Główny).
W K. jestem o 11, zatem nawet jak się tę godzinę spóźni, bo ponoć trafiają się cuda wianki na trasie, to i tak mam czasu z górką. Obrobiłabym Umarlaków, nawet miasto mogę spokojnie zaliczyć i ze dwa kibelki po drodze :)
Więc juterko lecę na dworzec, upewnić się, że to nie fatamorgana, bo przez stronę nie chce mi biletu sprzedać, a ja stara szkoła jestem, chcę mieć wszystko dopięte na tip-top.
Jakby to było prawdą, to cudnie. Pociąg jest tylko od 30 marca do 2 maja, ale to i tak cudnie :)
Nie wiem, dlaczego taki kretyński przedział czasowy, ale jest :)
Znaczy się, zobaczymy jutro.
Ale to byłoby jak wygrana w totka tym razem :)
Najpierw złe.
Nie wiadomo, jak to będzie z tymi pionami. Pan mówi, że wypadnie, jak wrócę do pracy. Na ten najgorszy tydzień. Bo przed świętami nie będą robili, bo ludzie wyjeżdżają na święta. No i chuj, ja nigdzie nie wyjeżdżam, ale...
No nic.
Zobaczymy.
Pomyślę o tym, jak będę znała termin.
W nocy jechali z Alienkiem do szpitala. Bo za mało kupkał i siuśkał (tak, a miałam już nie gadać i kupkach i siuśkach). Okazało się, ze jest odwodniony, ale sytuacja już jest opanowana, położna przychodzi i Alienek był dziś już na spacerze. Zatkało mnie, bo ja mimo lata czekałam dwa tygodnie, no ale wtedy były inne bajki na rozkładzie. Synowa sama napisała, że naczytała się niepotrzebnie w internetach o przystawianiu.
Mądra jednak dziewczyna :)
No i dobrze, że się tak skończyło. Mogli zapytać, no ale nie zapytali, trudno :)
A teraz good news, choć sama w to nie wierzę. Szukałam połączenia do Umarlaków, sprawdzając, czy coś się zmieniło. I wywala mi podróż do K. przez Konin (sic!), 7 godzin i 54 minuty za 53 zyla z groszami. Ojapierdolę.
Ten bus, którym zawsze jeżdżę to na styk, żeby wrócić. 2 godziny na wszystko i stres.
Z głupia frant wrzucam PKP, bo wiadomo, że tam nic nie jeździ i tadam...
Mam pociąg o 9.19. Teoretycznie nawet na Główny nie muszę jechać, bo na dzielni mam przystanek (ale pojadę na Główny).
W K. jestem o 11, zatem nawet jak się tę godzinę spóźni, bo ponoć trafiają się cuda wianki na trasie, to i tak mam czasu z górką. Obrobiłabym Umarlaków, nawet miasto mogę spokojnie zaliczyć i ze dwa kibelki po drodze :)
Więc juterko lecę na dworzec, upewnić się, że to nie fatamorgana, bo przez stronę nie chce mi biletu sprzedać, a ja stara szkoła jestem, chcę mieć wszystko dopięte na tip-top.
Jakby to było prawdą, to cudnie. Pociąg jest tylko od 30 marca do 2 maja, ale to i tak cudnie :)
Nie wiem, dlaczego taki kretyński przedział czasowy, ale jest :)
Znaczy się, zobaczymy jutro.
Ale to byłoby jak wygrana w totka tym razem :)
wtorek, 28 marca 2017
Zaczynam się
dobrze prowadzić, Kochany Pamiętniczku :)
Bo zakupy ładnie rano ogarnęłam i animrumrając, na kijki poleciałam.
A, psiakrew, po drodze parę kobietek mnie zaczepiło: nie jest pani zimno.
Bo to ludzie w zimowych kurtkach zapieprzają, szalikach i czapeczkach. Odpowiadałam: a nie jest pani za gorąco? Tłumaczyła się jedna, że świeżo po przeziębieniu jest. No to sobie kolejne zafunduje, jak się po wełnianą czapą wypoci.
Nie mój biznes. Całą zimę latałam z gołą głową i nic mi nie było, a drobne niedyspozycje rozeszły się po kościach.
No nic :)
A sweterek wychodząc założyłam, ale słońce tak piekło, że na kijki poszłam już bez sweterka.
20 stopni w cieniu to wymarzona temperatura.
A dzień, słoneczny, piękny, zapierający dech, a Dębina moja kochana dopiero przygotowuje się do szaleństwa zielonego.
A teraz jest szaro-zielona :) Proszę :)
Psina jak na liście zwiędłe wbiegła, to zlewała się z nimi idealnie :)
I dzięciołka dorwałam.
Budka też nieźle zakamuflowana jest :)
Na ławeczce posiedziałam jak nie ja. Odleciałam daleko. Potrzebowałam tego.
W sumie prawie 8 km dzisiaj machnęłam, dumna jestem.
A potem się okazało, że w kompie coś mam, więc kombinuję, jak koń pod górkę.
Szpargały zaczęłam przeglądać, likwidować swoje grzeszki, ot, tak na zapas.
Wolę, że pewne rzeczy nie będą się dzieciom przypominały, bo po co?
Swoje ze mną przeszły, niech więc nic nie zakłóca ich spokoju, kiedy mnie już nie będzie.
Kiedyś trzeba się za to wziąć. więc dlaczego nie w ramach przedświątecznych porządków?
Listy stare czytam, uwielbiam to. Wracają dni i chwile, wraca młodość i nadzieja.
I list od Pierworodnego, geniusza rodzinnego, który z UK w tym samym liście wysłał kartę i PIN do niej, a na koncie była niezła kasa. Geniusz, zaiste...
I Alienka na Skype doczekałam, ale ja go kocham, a on śpi.
Jak się oderwie od cycka, zasypia.
Więc jeszcze muszę poczekać.
Za to Inżynier opowiadał i opowiadał, a mi się chciało śmiać, bo tłumaczył mi, jak to zakręcone jest z małym dzieckiem.
Jakbym ja tego nie wiedziała.
A byłam zupełnie sama i z jednym, i z drugim. Z pierwszym bez żadnych cywilizacyjnych zdobyczy i w kolejkach po kartkowe produkty...
Ale było, minęło, każda epoka ma swoje bóle.
Najważniejsze, że jest OK, choć Alienkowi jeszcze słuchu nie zbadali, bo w weekend nie badają, tak się urodził, jak się urodził.
Ale będzie dobrze, musi być.
Najważniejsze, że są szczęśliwi wszyscy.
A ja czekam aż będę mogła Go powąchać,
Bo każde dziecko inaczej pachnie. Moje bezbłędnie poznawałam z zamkniętymi oczyma, choć pranie i kąpiel było w jednych chemikaliach. Nigdy nie udało im się mnie oszukać...
Bo zakupy ładnie rano ogarnęłam i animrumrając, na kijki poleciałam.
A, psiakrew, po drodze parę kobietek mnie zaczepiło: nie jest pani zimno.
Bo to ludzie w zimowych kurtkach zapieprzają, szalikach i czapeczkach. Odpowiadałam: a nie jest pani za gorąco? Tłumaczyła się jedna, że świeżo po przeziębieniu jest. No to sobie kolejne zafunduje, jak się po wełnianą czapą wypoci.
Nie mój biznes. Całą zimę latałam z gołą głową i nic mi nie było, a drobne niedyspozycje rozeszły się po kościach.
No nic :)
A sweterek wychodząc założyłam, ale słońce tak piekło, że na kijki poszłam już bez sweterka.
20 stopni w cieniu to wymarzona temperatura.
A dzień, słoneczny, piękny, zapierający dech, a Dębina moja kochana dopiero przygotowuje się do szaleństwa zielonego.
A teraz jest szaro-zielona :) Proszę :)
Psina jak na liście zwiędłe wbiegła, to zlewała się z nimi idealnie :)
I dzięciołka dorwałam.
Budka też nieźle zakamuflowana jest :)
Na ławeczce posiedziałam jak nie ja. Odleciałam daleko. Potrzebowałam tego.
W sumie prawie 8 km dzisiaj machnęłam, dumna jestem.
A potem się okazało, że w kompie coś mam, więc kombinuję, jak koń pod górkę.
Szpargały zaczęłam przeglądać, likwidować swoje grzeszki, ot, tak na zapas.
Wolę, że pewne rzeczy nie będą się dzieciom przypominały, bo po co?
Swoje ze mną przeszły, niech więc nic nie zakłóca ich spokoju, kiedy mnie już nie będzie.
Kiedyś trzeba się za to wziąć. więc dlaczego nie w ramach przedświątecznych porządków?
Listy stare czytam, uwielbiam to. Wracają dni i chwile, wraca młodość i nadzieja.
I list od Pierworodnego, geniusza rodzinnego, który z UK w tym samym liście wysłał kartę i PIN do niej, a na koncie była niezła kasa. Geniusz, zaiste...
I Alienka na Skype doczekałam, ale ja go kocham, a on śpi.
Jak się oderwie od cycka, zasypia.
Więc jeszcze muszę poczekać.
Za to Inżynier opowiadał i opowiadał, a mi się chciało śmiać, bo tłumaczył mi, jak to zakręcone jest z małym dzieckiem.
Jakbym ja tego nie wiedziała.
A byłam zupełnie sama i z jednym, i z drugim. Z pierwszym bez żadnych cywilizacyjnych zdobyczy i w kolejkach po kartkowe produkty...
Ale było, minęło, każda epoka ma swoje bóle.
Najważniejsze, że jest OK, choć Alienkowi jeszcze słuchu nie zbadali, bo w weekend nie badają, tak się urodził, jak się urodził.
Ale będzie dobrze, musi być.
Najważniejsze, że są szczęśliwi wszyscy.
A ja czekam aż będę mogła Go powąchać,
Bo każde dziecko inaczej pachnie. Moje bezbłędnie poznawałam z zamkniętymi oczyma, choć pranie i kąpiel było w jednych chemikaliach. Nigdy nie udało im się mnie oszukać...
poniedziałek, 27 marca 2017
Tydzień
zaczął się od podniesienia ciśnienia, Kochany Pamiętniczku.
Najpierw przeprosiłam się serdecznie z kijkami, jako że zaniedbałam je haniebnie. Z kurzu czule omiotłam i poszłam...
Do przychodni, gdzie odebrałam receptę.
Na razie spokój, słonko nakurwia ciepłem, ptaszki śpiewają, listki pęcznieją.
Ale wdepłam do spółdzielni, żeby zapytać o te piony.
A za biurkiem siedzi Biurwa Pierdzistołkowa Poniedziałkowo Nadęta.
Ojapierdolę.
Pytam, a ona, że nic nie wie, że to nie jej interes.
Jak, kurwa, nie jej interes, skoro to spółdzielnia wymienia piony, a ja mam udostępnić do tego moje mieszkanie!
Nie obchodzi nas pani praca, mieszkanie ma być udostępnione, ale ona nic nie wie. To kto ma wiedzieć, duch święty? Ojapierdolę. Ona w ogóle nie słuchała, co do niej mówię, tylko, że nic nie wie.
Ta... To ja mam wziąć urlop na cały miesiąc i siedzieć, czekając przyjdą nie przyjdą.
Kurwa.
Granatu nie miałam, więc się wydarłam, że ma słuchać, co do niej mówię, a jak nie rozumie, ma mi na usta patrzeć.
W końcu do niej dotarło, okazało się, że harmonogramu nie ma, bo harmonogram wywieszają goście, którzy wymieniają piony, a spółdzielnia tego nawet nie koordynuje.
Cudownie.
Fantastycznie.
Zajebiście.
I "jak pani dorwie ich, niech pani się z nimi umówi. jaki termin pani pasuje".
Tak, kurwa, będę polować na fachowców. W dupie to mam.
Niech oni mnie znajdą. Hahahahaha...
Poszłam i spotykam ojca kolegi Inżyniera. Taki typ, co to zabić, a każdy sąd uniewinni. Wszystko wie lepiej, wszystko zrobi lepiej i ma jedynie słuszne zdanie. Pyta, co u chłopców, to mówię, że mam kolejnego wnuka. To pojechał po bandzie, mówi do mnie: a na pewno jego? Spojrzałam jak na żmija, i mówię, że nie wnikam w szczegóły, bo nie mój biznes.
A on: bo ja w zeszłym roku widziałem pani synową z brzuchem i myślałem, że to Pierworodnego, bo ona w ciąży była. Fakt, synowa tak wyglądała, ale co komu do domu jak chałupka nie jego? Nakręcił się, jak stary patefon i nawija, co rok temu widział, kogo widział, z kim widział... Ojapierdolę... Jego żona, która nota bene poszła w siną dal z dzieckiem, powiedziała mi kiedyś, że ja sobie nawet nie wyobrażam, jak ludzie interesują się innymi, że jej mąż nawet przez lornetkę obserwuje. Myślałam wtedy, że koloryzuje, ale widzę, że nie... Jak bardzo ubogie trzeba mieć życie, żeby zapełniać je obserwowaniem innych.
Hahahaha, ma o czym myśleć, bo mnie ostatnio różne takie małolaty do domu odwoziły. A kij mu w oko, bo w dupę przyjemność by jeszcze miał :)
Zostawiłam dziada i poleciałam na targ. Stoję grzecznie w kolejce, choć tylko po dwa pomidorki, a tu sruuuu, wsuwa się babus i macając pomidorki, jakby to kury były zaczyna zakupy w momencie, kiedy jest moja kolej. Zazwyczaj odpuszczam, ale dziś nie dałam rady. I do babusa: teraz moja kolej, stałam w kolejce... Ale ja tylko... Ja też tylko. Dwa pomidory poproszę. Zapłaciłam i poszłam, a babusowi kopara zwisła.
Apteka bez problemów.
Wracam do domu i stwierdzam, że nie, nie wracam, Plecaczek mam, nieciężki, zatem w świat z plecaczkiem.
Poleciałam, wlokąc z trudem urosłą po zimie dupę, wielką jak Kuba z sąsiednimi wysepkami.
Na Dębinę polazłam, wyluzowałam, słońce, ruch, moja muzyka i spokój zagościł znów.
I z łabądkiem się pobawiłam, najpierw warknął na mnie:
- Co ty, głupia, łabądka nie widziałaś?
A potem dał się sfocić w czasie toalety :)
Pierdyliard fotek mu trzasnęłam, aż się znudził i odpłynął, a ja lewa, prawa, podpierając się kijkami poleciałam do chałupki.
Obiadek przepyszny zjadłam, muzyki słucham.
I nawet Kierownik Budowy, który podesłał mi kolejny link o oddychaniu mnie nie wkurwił.
Zapytał, jak się czuję z trzecim wnukiem. Odrzekłam, że tak samo, jak z pozostałą dwójką, nie widzę różnicy i nie rozumiem, o co pyta. Pytał, bo nie wie, jak to jest być dziadkiem. Odpisałam, że też nie wiem, jak to jest być dziadkiem, bo nim jeszcze nie jestem :)
Umarlaki mnie wzywają, kwiaty już kupiłam, jak mnie natchnie, to pojadę. Jutro nie, bo jak Alienek pozwoli, zostanie zaprezentowany na żywo na Skype.
Kotki chodzą wkoło niego jak wkoło jeża. Zgłupiały. I Arya ze stresu leje Edka.
No i cyrk :)
A Inżynier mnie rozśmieszył do łez, bo mówi, że Alienek działa w systemie.
Mama jest odpowiedzialna za to, co na wejściu do systemu, a Tata na wyjściu :)
Od razu widać, że dziecko Inżyniera, zaprogramowane z odpowiednim algorytmem :)
Ma dwa tygodnie tacierzyńskiego. Jest spełniony.
I mówi do synka po imieniu. Ja zostanę przy Alienku :)
Najpierw przeprosiłam się serdecznie z kijkami, jako że zaniedbałam je haniebnie. Z kurzu czule omiotłam i poszłam...
Do przychodni, gdzie odebrałam receptę.
Na razie spokój, słonko nakurwia ciepłem, ptaszki śpiewają, listki pęcznieją.
Ale wdepłam do spółdzielni, żeby zapytać o te piony.
A za biurkiem siedzi Biurwa Pierdzistołkowa Poniedziałkowo Nadęta.
Ojapierdolę.
Pytam, a ona, że nic nie wie, że to nie jej interes.
Jak, kurwa, nie jej interes, skoro to spółdzielnia wymienia piony, a ja mam udostępnić do tego moje mieszkanie!
Nie obchodzi nas pani praca, mieszkanie ma być udostępnione, ale ona nic nie wie. To kto ma wiedzieć, duch święty? Ojapierdolę. Ona w ogóle nie słuchała, co do niej mówię, tylko, że nic nie wie.
Ta... To ja mam wziąć urlop na cały miesiąc i siedzieć, czekając przyjdą nie przyjdą.
Kurwa.
Granatu nie miałam, więc się wydarłam, że ma słuchać, co do niej mówię, a jak nie rozumie, ma mi na usta patrzeć.
W końcu do niej dotarło, okazało się, że harmonogramu nie ma, bo harmonogram wywieszają goście, którzy wymieniają piony, a spółdzielnia tego nawet nie koordynuje.
Cudownie.
Fantastycznie.
Zajebiście.
I "jak pani dorwie ich, niech pani się z nimi umówi. jaki termin pani pasuje".
Tak, kurwa, będę polować na fachowców. W dupie to mam.
Niech oni mnie znajdą. Hahahahaha...
Poszłam i spotykam ojca kolegi Inżyniera. Taki typ, co to zabić, a każdy sąd uniewinni. Wszystko wie lepiej, wszystko zrobi lepiej i ma jedynie słuszne zdanie. Pyta, co u chłopców, to mówię, że mam kolejnego wnuka. To pojechał po bandzie, mówi do mnie: a na pewno jego? Spojrzałam jak na żmija, i mówię, że nie wnikam w szczegóły, bo nie mój biznes.
A on: bo ja w zeszłym roku widziałem pani synową z brzuchem i myślałem, że to Pierworodnego, bo ona w ciąży była. Fakt, synowa tak wyglądała, ale co komu do domu jak chałupka nie jego? Nakręcił się, jak stary patefon i nawija, co rok temu widział, kogo widział, z kim widział... Ojapierdolę... Jego żona, która nota bene poszła w siną dal z dzieckiem, powiedziała mi kiedyś, że ja sobie nawet nie wyobrażam, jak ludzie interesują się innymi, że jej mąż nawet przez lornetkę obserwuje. Myślałam wtedy, że koloryzuje, ale widzę, że nie... Jak bardzo ubogie trzeba mieć życie, żeby zapełniać je obserwowaniem innych.
Hahahaha, ma o czym myśleć, bo mnie ostatnio różne takie małolaty do domu odwoziły. A kij mu w oko, bo w dupę przyjemność by jeszcze miał :)
Zostawiłam dziada i poleciałam na targ. Stoję grzecznie w kolejce, choć tylko po dwa pomidorki, a tu sruuuu, wsuwa się babus i macając pomidorki, jakby to kury były zaczyna zakupy w momencie, kiedy jest moja kolej. Zazwyczaj odpuszczam, ale dziś nie dałam rady. I do babusa: teraz moja kolej, stałam w kolejce... Ale ja tylko... Ja też tylko. Dwa pomidory poproszę. Zapłaciłam i poszłam, a babusowi kopara zwisła.
Apteka bez problemów.
Wracam do domu i stwierdzam, że nie, nie wracam, Plecaczek mam, nieciężki, zatem w świat z plecaczkiem.
Poleciałam, wlokąc z trudem urosłą po zimie dupę, wielką jak Kuba z sąsiednimi wysepkami.
Na Dębinę polazłam, wyluzowałam, słońce, ruch, moja muzyka i spokój zagościł znów.
I z łabądkiem się pobawiłam, najpierw warknął na mnie:
- Co ty, głupia, łabądka nie widziałaś?
A potem dał się sfocić w czasie toalety :)
Pierdyliard fotek mu trzasnęłam, aż się znudził i odpłynął, a ja lewa, prawa, podpierając się kijkami poleciałam do chałupki.
Obiadek przepyszny zjadłam, muzyki słucham.
I nawet Kierownik Budowy, który podesłał mi kolejny link o oddychaniu mnie nie wkurwił.
Zapytał, jak się czuję z trzecim wnukiem. Odrzekłam, że tak samo, jak z pozostałą dwójką, nie widzę różnicy i nie rozumiem, o co pyta. Pytał, bo nie wie, jak to jest być dziadkiem. Odpisałam, że też nie wiem, jak to jest być dziadkiem, bo nim jeszcze nie jestem :)
Umarlaki mnie wzywają, kwiaty już kupiłam, jak mnie natchnie, to pojadę. Jutro nie, bo jak Alienek pozwoli, zostanie zaprezentowany na żywo na Skype.
Kotki chodzą wkoło niego jak wkoło jeża. Zgłupiały. I Arya ze stresu leje Edka.
No i cyrk :)
A Inżynier mnie rozśmieszył do łez, bo mówi, że Alienek działa w systemie.
Mama jest odpowiedzialna za to, co na wejściu do systemu, a Tata na wyjściu :)
Od razu widać, że dziecko Inżyniera, zaprogramowane z odpowiednim algorytmem :)
Ma dwa tygodnie tacierzyńskiego. Jest spełniony.
I mówi do synka po imieniu. Ja zostanę przy Alienku :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































