środa, 5 kwietnia 2017

Naturalnie

spać nie mogłam, Kochany Pamiętniczku, a na dworcu byłam godzinę wcześniej i okrutnie zmarzłam (ha, ja, zmarzłam).
Ale potem było z górki.
W wagonie wprawdzie woniało późnym PRL, jakby nie wymieniono tapicerki i jakby ktoś palił (ten smród wagonów, w których wolno było palić, nie do wywietrzenia), okna zaś były tak nieświeże, że co rusz okularki przecierałam, bo myślałam, że zaszły znów mgłą, ale...
Jechało się super, tłoku nie było. Osiem saren i jelonków naliczyłam na polach, będę miała o czym mówić w pracy. Bażanta i zająca jednego też widziałam, zdjęć nie próbowałam robić, bo pewno by nic nie wyszło.
Perony po drodze i owszem, odnowione, ale same budynki stacyjne jak ruiny, okna pozabijane dechami, a zamiast WC gdzieniegdzie toi-toi stało... W Krotoszynie też :)
Ale dojechałam i nagle... zaświeciło słoneczko i to tak, żem kapotę zaraz zdjęła, bo za gorąco mi było.
Spokojnie Umarlaków ogarnęłam, nie spiesząc się, przeklinając przy tym wielbicieli Cioci, bo i donice wmelili na płytę i znicze, tak że wszystko było czarnymi kręgami upaprane. Nie wiem, czy koleżanka coś palcem kiwnęła, bo żadnych kamyków nie było (a obiecała wysypać, a i 100 zł zainkasowała), profilaktycznie nie pisałam jej, że jadę, a kij w oko :)
Jeżeli połączenie się utrzyma, sama spokojnie sobie pojadę, kiedy tylko mi się zasmrodzi. Cztery godziny to nie dwie.
A i okazuje się, że po 17 jest jeszcze bezpośredni pociąg do domu, to jak się uprę, cały dzień mogę siedzieć. To mi się podoba.
Ogarnąwszy, pogadałam z Umarlakami, jak czekista z czekistą, bo i trochę im miałam do przekazania, a i oni co nieco mi nawtykali.
Mniejsza z większym
Do Cristalu polazłam i choć sala była na stypę zarezerwowana, pani pozwoliła mi się w kącie pożywić, a za smaczny obiad zapłaciłam całe 20 zł :) Żyć nie umierać.
Jako że czasu miałam jeszcze pod dostatkiem, ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam sik nie sik, bo do 18 musiałam wytrzymać, w autobusie nie ma WC. Więc i nie piłam, a słońce grzało, jak latem.
I poszłam szlakiem dzieciństwa, młodości i wspomnień.
Nie dotarłam do parku ani do mojej budy (podstawówki i liceum), choć czasu miałam dość, z tej prostej przyczyny, że miałam na nogach półbuty, a te, choć wygodne - wykończyły mnie z powodu gorąca.
Więc godzinkę posiedziałam w parczku przy dworcu, kontemplując wszystko, nawet muzyki nie słuchałam.
Ja, siedząca na ławce godzinę. Koniec świata, pani Popiołkowa :)

I tak

 Tym pociągiem dojeżdżałam 7 lat. Nie ma go już, linia wąskotorowa została zlikwidowana, został tylko pociąg, który też powoli zaczyna się sypać.
 Moje marzenie od dzieciństwa. Chcę mieć tę chatę, jak wygram w totka albo obrobię bank, kupię ją na pewno. Ponoć należała do jakiegoś niemieckiego dostojnika. Ma w sobie to coś i pożądam jej okrutnie, tym bardziej że..
 (niedaleko niej stoi kolejna z taką wieżyczką, ale nie ma tego czegoś, nie ciągnie mnie do niej, tej nie kupię)
 ... taka magnolia przed nią rośnie...
 ... oszaleć można, co nie?
 I bzy tu już są na wylocie, u mnie nawet listków jeszcze nie widać.
 I taka uliczka, Koźmińska, mieszkali tu moi dziadkowie, a Ciocia lata całe w sklepie tu pracowała. Pomagając jej nauczyłam się wydawać pieniądze (w sensie resztę) i czasem zaskakiwałam (już w dorosłym życiu) praktykantki w sklepach, kiedy jeszcze tej całej elektroniki nie było :) A i słupki biegle umiałam liczyć.
 Ta najstarsza w Krotoszynie chaupka przylega bezpośrednio do kamienicy, w której mieszkali dziadkowie. Nie mogłam zrobić zdjęcia, przez tego parkującego geniusza.  W chacie mieści się obecnie muzeum im. prof. Ławniczaka, zakochanego w tym mieście, mojego łacinnika, niestety, od lat już nieżyjącego.
 Tu gdzie ta witryna sklepowa było mieszkanie dziadków.
 Brama wejściowa. Mam zdjęcie sprzed wojny w tej bramie, jak stoi tam mój dziadek ze swoimi dziećmi i czeladnikami. Dziadek był szewcem. I o ile mnie pamięć nie myli, w obecnym muzeum miał swój warsztat, ale nie jestem pewna na 100 procent, a nie mam kogo już zapytać, czy się nie mylę...
 I kościółek. Stąd wyruszyła w ostatnią drogę moja Mama...

I takie sobie podwóreczko.

Uliczki do rynku takie wąskie, że dwie osoby się z trudem wymijały, dużo tam wypadków, więc za bardzo zdjęć nie dało się robić, bo walizę ciągnęłam i torbę tachałam. Ale po drodze sklepiki, te same odkąd pamięcią sięgam, tylko w rynku samym nieco się zmieniło, bruk i ogródki piwne, fontanna i takie tam :) Ale wszystko było w proszku i pełno ustawiania, więc odpuściłam.
 Tej kawiarni nie było, ponoć nowa i kultowa. Poszłabym na kawę, bo czas miałam, no ale sik :)
 I tak powrót do przeszłości, jakbym Ciocię widziała, tyle że pani szczuplejsza...
 A i święty Florian na Małym Rynku to jakaś nówka nieśmigana.
 I krokusy już pięknie kwitną :D
 Marian Langiewicz, urodzony w Krotoszynie, nie było tego pomnika za moich czasów...
 ... ani takich półeczek...
 ... ławeczki...
 ... ale hotel był. I kiedyś w nim nocowaliśmy (pomysł mojego Eksa, bo groszem nie śmierdzieliśmy).  A na tym placu zaparkował maluchem na postoju dla taksówek. Bo on zawsze musiał mieć "pod drzwi". Zablokowali go tak, że wydawało się, że kartki papieru już nie wciśnie, a on wyjechał bez draśnięcia.
 I droga do dworca, znów sklepiki sprzed lat. I jubiler, u którego Ciocia wszystkie pierścionki robiła, jedyny, do którego miała zaufanie.

 Przy tej ulicy pracował mój ojciec lata całe. Ale już tam nic nie ma, nawet stara słodownia padła...
 W tym szpitalu urodziłam się ja, mój brat, zmarła moja Mama i Ciocia... Kawał historii...
 I komin ze słodowni, jako dziecko widziałam w takich kominach (mam na myśli ten niższy, z tym jakimś filtrem) pomnik jakby warszawskiej Syrenki :) Tak mi zostało do dziś :D
 W tym domu mieszkała moja koleżanka, córka lekarza. Bywałam u niej, dziwne to było, nabożne, bo miała pianino i umiała na nim grać. Jak ja jej zazdrościłam. Ale... Jej ojciec, jak i mój był alkoholikiem. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Takie czasy były...

 Kiedyś rosły tu przepiękne lipy, tych domów nie było widać. Przyszedł kilkanaście lat temu huragan i powyrywał prawie wszystkie drzewa... I tak zostało goło.
 I znów magnolia. Tu przycupnęłam i kontemplowałam :)
 A było na czym oko oprzeć.
I ptaszory się prezentowały.
Wróciłam do domu tak odwodniona, że spuchłam niemożebnie.
Poratowałam się piwkiem i poszłam spać.
Z dobrymi chęciami, a tymi jest jak wiadomo, piekło wybrukowane.
Wstałam i spojrzałam w lustro, krzyknęłam rozpaczliwie. Cztery miesiące nie byłam u fryzjera.
Więc zmieniłam z zapałem pościel, w międzyczasie koce przeprałam, licząc, że słońce wyjdzie (nie wyszło, na dokładkę zimno jest) i poleciałam. Teraz wyglądam jak łysy Księżyc w pełni, ale mniejsza z większym, da się z tym żyć.
I obkupiona wróciłam z zamiarem mycia okien.
Ale...
Przepakowywać zaczęłam walizkę, którą zabrałam na cmentarz.
I... Otworzyłam pierwszy list. Bo walizka na co dzień jest zapełniona listami. Od mojego brata. I...
Utonęłam w przeszłości, w listach sprzed ponad 40 lat.
Znów wróciły tamte kłamstwa, oszustwa, cała ja, bohaterka, dźwigająca wszystko na swoich barkach. I dzieląca się kasą, a każde listy to były litanie, wyliczające na co wydał pieniądze, że nie kłamie, że nawet palenie rzucił.
Nic z tego nie było prawdą.
I listy od ojca. Że "Kochana Córeczko", postawiłaś na swoim, zgnoiłaś mnie, dając na leczenie, że co, nie piję, bo nawet na chleb nie mam.
I listy, że byli u mnie, a potem licytowali się, kto mniej ode mnie dostał. Że ja, taka owaka, tylko na bilet dałam...
I zamiast w pizdu rzucić to, ugotowałam obiad i wsiąkłam.
Nie są te listy posegregowane, ale większość jest w kopertach, wszystkie są datowane i...
Ojapierdolę, kiedy ja miałam czas tyle pisać, odpisywać, czytać?
I inne listy: od Wujka, od Cioci, od koleżanek.
Maryla.
Kim do cholery jest Maryla. Mam dziurę w pamięci, czy alzheimera już, przecież ja nie znam żadnej Maryli.
Same kartki od Maryli, z pielgrzymki do Częstochowy. Kim do diabła była Maryla? I list - rozwiązanie zagadki - znalazłam jej adres w ITD. To takie studenckie czasopismo z PRL, zdaje się, że Kwaśniewski tam się kręcił. Szukała studentki, która jej przybliży bibliotekoznawstwo, a ja na to odpisałam. I jak widzę, ciągnęło się to jakiś czas. Może, o ile się przez wszystko przekopię, dojdę, dlaczego się urwało. Bo jeszcze nie przeczytałam nawet 1/100 listów. A to kobyły, na 4 strony drobnym maczkiem, albo i więcej.
I listy od Piotra. Mojej miłości. Mojej wielkiej miłości. Mojej szalonej miłości. Już nawet nie pamiętałam, jak złośliwie do siebie pisaliśmy. Miał kompleksy, był fotografem, po zawodówce, a ja już prawie pani magister. Wtedy to - dla niego, bo dla mnie nie - miało znaczenie. I widzę, że nadawaliśmy na jednej fali. Teraz to widzę. Ile czarnego humoru, który tak kocham było w tym wszystkim. Nie ożenił się nigdy. Już nie żyje. Był młodszy ode mnie. Mam gdzieś jego fotografię, z takimi długimi włosami, piękne miał... Goniłam go za nie, bo... Zawsze lubiłam facetów z krótkimi ;) I ta dedykacja na tej focie: nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy... Wtedy się o to pokłóciliśmy, a dziś widzę, że miał w stu procentach rację. Ale wtedy panicznie bałam się alkoholu i picia. Jeden kieliszek to już u mnie był alkoholizm...
Parę kartek, a tyle wspomnień.
Czuję, że będę kontynuować.
Bo wtedy jestem w innym miejscu i nie denerwuję się.
Bo okazuje się, że  piony po świętach. Nie wiem, czy będzie u mnie łazienka, czy kuchnia. W kuchni kują ściany OJAPIERDOLĘ.
Dziś kartka, że szkody będzie naprawiać spółdzielnia.
A ja, kurwa, nie chcę szkód. Miało już nie być żadnego remontu.
I nawet jak coś połatają, to kiedy?
I dobita zostałam przez emilki.
Z pracy, że jest kolejny ekstras.
Odpisałam, że albo będzie w czasie mojej pracy, albo do widzenia ślepa Genia, bo ja mam tu piony i w ogóle.
Dogadałam się.
I zabójczy emilek od D., kiedy wrócę, bo Boss mówi, że ponoć jest praca dla mnie.
I że do końca kwartału miałam rozliczyć godziny.
Jak?
Kwartał skończył się 31 marca. Nigdy nie rozliczałam godzin. Nikt mi nic nie mówił. Mam moje tabelki, rozliczę, ale co to kurwa jest.
Miałam jechać w piątek, ale pojadę jutro, zobaczę, kto mi wkoło pióra robi.
I jakoś w ogóle nie czuję świąt.
Ani ich potrzeby.
Będę wracać do przeszłości.
Jednak takie na piśmie to dobra rzecz, lepsza jak internety. Tylko niektóre listy są już wyblakłe.
I kilka moich do męża.
Ojapierdolę.
Zastanawiam się, zostawić, czy zniszczyć?
Tak ociekają miłością, że aż się mdło robi. I te nasze... :) Ale pocieszam się, że chłopcy wszystko wrzucą na stos i poleją naftą. A ja, w razie alzheimera może przeczytam jeszcze raz i...

Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach :)



11 komentarzy:

  1. Juz mialam zakrzyknac, ze przca ja Maryla, ale jak ona na pielgrzymki do Czestochowy posuwala to na pewno nie ja:))
    Pieknie tam i tyle wspomnien...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Tak, kraj lat dziecinnych i młodości to zawsze jest piękne i zawsze tak samo boli. Ale to dobry ból.

      Usuń
  2. Witam.Czytam z przyjemnościa od niedawna,nie komentowałam nigdy.I ja się urodziłamw tym szpitalu w K.i mój brat.W nim zmarła moja ukochana Babcia.Mieszkałam i wychowałam się w Z.
    Pozdrawiam i dziękuję za spacer po Krotoszynie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało i dziękuję za komentarz. Zawsze miło przeczytać i poznać reakcję :) Zapraszam w me niskie progi :)

      Usuń
  3. Miałam niedawno ten sam problem ale ja z kartkami swiatecznymi i z wakacji, zal wyrzucic. Wyrzucasz?
    O Maryle to juz chyba kiedys pytalas ale wtedy nie bylo rozwiklania zagadki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba nie była ta Maryla, muszę poszukać. Chyba zacznę czytać sama bloga od początku, jak wiele rzeczy umyka z pamięci. Kartki to problem, wyrzucić szkoda, a ile można zgromadzić kartek ze sztampowymi, często drukowanymi gotowcami? Zostawiam te ładne, oryginalne, a resztę z bólem serca likwiduję, choć wiem, że za 100 lat i one będą cymesem. Ale to trzeba trafić na amatora.

      Usuń
    2. Imie nie wiem czy to ale pisalas ze dostawalas kartki z wakacji i na swieta i nie wiedzialas co to za jedna, wtedy chyba bezimienna byla.
      Chyba tez zastosuje taka zasade ladne i okazyjnie wazne reszta do kosza.

      Usuń
  4. Wielka wyprawa i tak duzo wspomnien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, teraz łatwiej, bo jest dobre połączenie. I obiecuję sobie wrócić do szkoły, koniecznie i bezapelacyjnie. Fajnie by było iść z kimś na taką włóczęgę, albo chociaż bez walizy. Może się uda :D

      Usuń
  5. Wspomnienia tak, listy nie!
    Tzn moje listy :)
    Walize z listami przetrzebilam z okazji przeprowadzki, wszystkie moje i do mnie. pooooszly z dymem! Zostawilam historyczne - moich dziadkow i rodzicow i przekazalam corce. O mnie, jakby cos chciala wiedziec, to niech spyta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teoretycznie moje dzieci wiedzą, bo rozmawialiśmy. A praktycznie w życiu przychodzi moment, że nie ma już kogo zapytać. I tu wskakują zapiski. Nie ma w nich nic złego, zresztą nic nie zmienią w moim życiu już, więc niech zostaną. A listy do męża? Nie wstydzę się tej miłości, a i dzieciom, może wnukom - może jakoś kiedyś pomogą coś poukładać. Zostaną. Ale to decyzja każdego z nas :)

      Usuń