przełaziłam trochę mniej niż wczoraj, a to dlatego, Kochany Pamiętniczku, że sporo czasu straciłam na dojazd, choć autobus musiał kiblować na przystankach, żeby z rozkładu nie wypaść. Ale jak to z moim szczęściem, jak wracałam, to był na przystanku przed czasem i... goniłam go. Niedaleko, 50 metrów, ale myślałam, że ducha wyzionę, ale na całe szczęście nie wyzionęłam, a i drzwi się już zamykały, ale się udało, co mnie ucieszyło, bo wiadomo, mimo specjalnego rozkładu autobusy i tak jeżdżą rzadziej niż w dzień powszechny.
A obudziłam się dzięki tej godzinie wypoczęta (teraz już jestem podmęczona) i targując się sama ze sobą jednak za priorytet uznałam wizytę u wujka Mietka. I dobrze uczyniłam, bo już dziś w autobusie był (a to początkowy przystanek) tłok, a jutro dopiero będzie mogiła... A połowa bez maseczek, bo tak.
Więc wleciałam - widać, że oficjeli jeszcze nie było, żadnych wart, nic
zapaliłam wujkowi znicz, pogadałam z Umarlakami jak czekista z czekistą i wróciwszy do domu, tradycyjnie sik,picie i kijki w dłoń.
W akompaniamencie pytań: nie jest pani zimno, zapieprzałam jak Zatopek nie przymierzając aż mnie korciło, żeby nie pytać ludzi: a nie jest wam za gorąco? Poszłam w T-shircie, a i tak było mi gorąco, a ludzie w tych szynkowych kurtkach (pikowane, wyglądają jak szynka wielkanocna), kominach, szalach i czapeczkach, kozaczkach, berecikach i chuj wie czym...
A na termometrze 18 stopni, na słońcu pewno więcej, bo zdrowo napinkalało. A potem alarmują, że zachorowania rosną. Nie wiem, może ja mam wadę fabryczną, ale jeżeli jest mi za ciepło, zdejmuję odzienie, niezależnie od tego jaki miesiąc jest. Jak w grudniu będzie 18, będę chodziła w T-shircie, kto bogatemu zabroni. U Inżyniera dzieci wiecznie siąkające, Alienek znów się rozłożył, ale gdy mówiłam Synowej, że jest ciepło (przyjechałam na dyżur w T-shircie i sandałach), nałożyła Alienkowi dwie bluzy z długim rękawem, kurtkę i czapeczkę, mówiąc, że on tak chce, bo mu zawsze zimno. A dziś, patrząc na maluchy opatulone tak, jak ja dzieci nawet w kilkunastostopniowe mrozy nie owijałam, szczerze im współczułam. U mnie, dopóki dziecko miało karczek ciepły, to było OK.
No nic, nie mój cyrk, nie moje pchły.
Dzisiaj mniej natuptałam, ale też nieźle
i żałowałam, że mi się droga skończyła, a wracać mi się już nie chciało, jeszcze wczoraj czułam, że zdechnę, a dziś już nie.
Byłam w sralni dla psów
na chwilę na ławeczce przycupnęłam, żeby odpisać na wiadomość i
motylek koło mojej ławki przycupnął, ale jak to motylek - latał i trudno go było sfocić :)
A potem
... i trochę dalej odkryłam, zszokowana, bo jak ponad 30lat tu mieszkam, to nie widziałam tego, ale też nigdy tam nie skręcałam
Jak to we własnym Heimacie można się zgubić :)
A na Sikorczej budzie nowe graffiti - jak nie lubię bazgrołów, tam zawsze są fajne malunki, świeże, zdaje się, że malują za pozwoleniem
i takie cudo, cót, mjut i ożeszki laskowe na me korektorskie serce
I poleciałam dalej, lewa, prawa, u Bambrów posiedziałam PÓŁ GODZINY na ławeczce - ja, siedząca bez ruchu pół godziny na ławce, to już chyba STAROŚĆ, KURWA, STAROŚĆ, kosteczki sobie wygrzałam aż miło i siedziałabym tak jeszcze długo, bo
ale kiszki zaczęły grać marsza żałobnego, jako że była druga, czyli w sumie trzecia, a ja zazwyczaj jem obiad o trzynastej.
Więc ciesząc się na resztę kuraka do odgrzania i na popołudnie z muzyką (a nie nosiłam dziś aparatów, mp3 wróciła do łask)
nie znajdując nic ciekawego na Netflixie, zrelaksowałam się maksymalnie dziś i...
Jutro ma padać, mam nadzieję, że nie cały dzień.
Właśnie przebierańcy dzwonili, ale nie mam cukierków, nie kupiłam... Więc nie otwieram :) Szkoda, no trudno :)























































