skrócie, albo i nie, Kochany Pamiętniczku, zależy jak wyjdzie.
Mała Wiedźma po raz kolejny wylądowała w szpitalu, o czym, o dziwo, zawiadomiona zostałam, bo... primo po pierwsze, odwiedzać można, primo po drugie ponoć trzeba było Papryczka odebrać z przedszkola, a to znów temat na telenowelę, albowiem upoważnienia na odbiór rzeczonego nie mam, Inżynierowa, nauczycielka wychowania przedszkolnego straszy mnie interwencją policji w razie próby odebrania delikwenta, dziecko odbiera MW, która nie ma jeszcze 12 lat, ale ponoć paniom to rybka.
Jak zwykle w tym klanie i kłamstwa, i bajanie. No, nevermind.
Zamówiłam sobie Pierworodnego na cicerone, albowiem na Lutyckiej, gdzie teraz wylądowała MW byłam jakieś 30 lat temu z hakiem, a po lockdownie jestem w mieście jak pijane dziecko we mgle. Pojechaliśmy w niedzielę, nie wiedziałam, co mogę zabrać
ciasto bananowe upiekłam, przepyszne i żałowałam, że za mało zabrałam, ale nie wolno jej jeść owoców, truskawek nie lubi, więc nie wiedziałam, co będzie :)
I dwie książki zabrałam, w tym Braci Lwie Serce, przeczytała i mówiła, że ryczała jak bóbr. Jako i ja :)
Droga fajna była, bo i
i nowe-stare zakątki wioski, znów poczułam się młoda i na chwilę odżyłam. Rzeczy ciekawych i nieciekawych się dowiedziałam. MW dostaje rispolept, chuj wi po co w nią to tkają, ale tak zadecydował psychiatra. Że na spanie. I chuj, bo to nie jest na spanie, ale co ja mam do gadania nic.A synowa jedzie na wycieczkę do Grecji z koleżankami, w momencie, kiedy MW zostaje z nierozpoznaną chorobą, a ja mam w razie W zająć się wszystkim. Ot tak, pomóc. Mnie nikt o zdanie nie pytał. I nie wiem, skąd weźmie kasę, bo wciąż są do tyłu z forsą.
A mnie, kurwa, jak jechałam do Paryża na swój własny koszt, obsmarowywała dupę po kątach, że na co starej kobiecie wycieczka do Paryża...
W moim wieku to ponoć było szaleństwo, a i nieważne, że nie płakały w domu żadne dzieci.
Pierworodny oczywiście, jak zawsze dupa w troki i jeszcze ją tłumaczył. Jej matka, gdy z nią rozmawiałam, mówiąc, że coś nie tak z jej zachowaniem, bo zostawia męża zawsze i jeździ sama za granicę, choć kasy nie ma, wywracała kota ogonem, że jak pojechała na Teneryfę, to nie byli po ślubie. No i? Mieszkali razem, sypiali razem, a że on dupa i wszystko sponsorował? Do wyjazdu nie był OK, ale do spania tak? Mamusia była przekonana, że oni mają osobne pokoje. Kurwa. Jakby to miało jakieś znaczenie.
Ale morda w kubeł i chuj.
MW leży w nowym CZD w wiosce - wypas, pokoje jednoosobowe z klimą i łazienką (też taką łazienkę chcę, znaczy się prysznic, bo łazienkę mam OK), z TV, Wi-FI i nawet rozkładana amerykanka jest dla rodzica nocującego, żeby na podłodze nie spał. I to na oddziale dla dzieci starszych.
Widok z okna, cót, mjut i ożeszki laskowe.
MW i P. zgrani jak nie wiem co, widzę, że jednak dziecko wychowałam jak należy, że jest dobrym ojcomatką, więc morda w kubeł.
Umówiłam się, że w środę wlecę znów i jak obiecałam, tak uczyniłam. Nic nie miałam zabierać, bo w czwartek miała być kolonoskopia, więc dieta i tylko woda niegazowana. Zatem powlokłam wodę. A MW mówi, że chce do mnie przyjeżdżać, że chce ze mną być i coś się kluje, więc to nie jest tak, że to do końca moja wina.
Gawędziłyśmy sobie miło, mordy nam się nie zamykały, aczkolwiek mnie szlag, bo dziecko ma paznokcie prawie jak tipsy, a na dokładkę we wszystkich kolorach tęczy, bo rysuje i tusz, i kredki, ale co ja mogę, kudły jakby piorun w rabarbar strzelił, wtem... wparowała synowa. Wolne wzięła. Nagle może, jak wcale nie może i zawsze P. bierze?
No i cały pogrzeb na nic, ale nic. Morda w kubeł. Jest cudnie. Przyniosła cążki z tekstem, że "ona sobie nie da obciąć", uczesać się też nie da. Serio?
Wpada pielęgniarka, cudna, siwa jak gołąbek, a laska jak malowanie, roześmiana, rozgadana, seksowna, a chyba nawet starsza ode mnie i dalej MW w obroty, że niewypite, że roztargana, że ma mieć splecione włosy (w czwartek kolonoskopia). I rzuca tekstem: która z pań jest mamą.
Jprdl... Na pewno nie ja.
A ja zawieram z MW pakt i jak pani załatwi gumki, to zaplotę jej warkocze. Moje małe, pyrrusowe zwycięstwo, albowiem MW NIGDY nie pozwoliła mi dotknąć włosów, a tym razem mówi: babcia zaplecie :)
Zaplatam, moja potarganica zamienia się w przecudną Pocahontas.
Wpada druga pielęgniarka z pytaniem, która z pań jest mamą...
Nosz, ślepe są czy co?
Ogarniamy pazury, gawędzimy.
Wraca matka, gadka szmatka, powoli myślę o wyjściu, bo i w domu czekają na mnie maszynki, uprzedzone, że będę po południu.
Wpada pielęgniarka numer trzy i pyta...
Matka idzie podpisać zgodę na zabieg, a ja czekam, aż wróci i spadam. (Nieszczęście, ale i szczęście tego interesu jest takie, że nic nie mogę, bo to nie jest moje dziecko. Szczęście, że nic nie muszę. Ale życie pisze swoje scenariusze, jak zawsze i to jest właśnie problem. Chociażby to, jak mi oczy robiły się prostokątne, nie kwadratowe na widok tego, co przywlokła do szpitala dla dziecka na diecie -szybkie kubki i inne świństwa. (Nie pamiętam nawet, czy kiedyś coś takiego kupowałam, znaczy się kisiele i inne takie tam, kiedy nic nie było, ale nie). No cóż. Tarłam marchewkę, wyciskałam soki, sokowirówkę miałam, auć, wróć... Nawet budynie sama robiłam, musiałabym poszukać przepis... Dzieci były nieszczęśliwe, pijąc gazowane napoje ukradkiem u znajomych, w domu zawsze była 5-litrowa butla Staropolanki, specjalnie dla nas sprowadzanej do piątki...
Wracam autobusem, zagapiam się z przesiadką, ale na podwójnym przystanku kierowca jest nieuprzejmy i nie, nie otworzy mi zaraz drzwi.
Normalnie bym się nadęła, ale... jakoś w dupie to mam, olewam, rundkę pod Operą robię i już jest następny autobus.
Wieczór sponsoruje Prawnik z lincolna (serial) i odkrywam, że jest też film, gra mój ulubiony Matthew McConaughey.
Czwartek - sponsoruje film od rana, mam umówiony dywanik na 15.30.
Jestem znacznie wcześniej, bo Głogowska zamknięta, więc jadę 149.
Wkraczam, witana podskokami i fanfarami, ale załoga przetrzebiona, a nastrój jak w rodzinnym grobowcu po mszy.
Czyli moje czytanie między wierszami w emilkach ma rację bytu, co potwierdzają i pogawędki, swobodne, bo Boss dwa piętra niżej. A, jestem na dywaniku, albowiem ośmieliłam się wspomnieć, że nie dostałam za ekstrasy, powodując ferment w redakcji. Opcja: wracam na stacjonarną pracę, albowiem potrzebuję nadzoru. Nosz, w dupę jeża.
Wpadam do kadr i okazuje się, że mam zatwierdzoną podwyżkę z etatu i maszynek, ale z warzywek już nie, aczkolwiek prezes nie miał nic przeciw, jak wyrobi się z budżetem naczelna (wyrobiła się), ale zaprotestował mój Boss, z jakiej pary - nie wiadomo. Jeszcze wpadam do warzywek jak po ogień i na dywanik.
Próbował, jak zwykle, kawa, herbata, woda, nawet gorzałę proponował, ale podziękowałam. Rozmowa, że wszyscy mają pretensję, że nie ma korekty, bo jej nie płacą. Podane w takiej formie, że miał najazd na gabinet, a rozmowa była taka, jakby to on był głuchy, nie ja. Ale mnie było wszystko jedno już i wzorując się na amerykańskich rozprawach, nie dawałam się zbić z pantałyku, żądając odpowiedzi na pytanie, nie na dygresję. Bo na moje, że pisałam przez 3 miesiące emilki przypominające o zaległym wynagrodzeniu zaczynał mówić o stronach do korekty :) Że w tym miesiącu będzie mniej. Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc) mówię, że jak zaczynałam pracować, było o wiele mniej stron i stałych dodatków, że wiem, że mam duże moce przerobowe, ale mam dość żebrania i nie, nie wrócę do redakcji, bo nie. Bo w moim przypadku opcja pracy zdalnej zdaje egzamin na medal i nie, nie zależy mi...
Dyskusja zeszła więc na to, w czym robić korektę, w programie graficznym czy w Wordzie (jakby to, kurwa, miało jakieś znaczenie, dla mnie nie ma żadnego), o wyższości nowego jugola (jak mówi kolega) z 2002 roku (więc antyku) nad programami, które były (nowszymi) i inne takie tam sranie w banie.
Nawet nie poruszyłam tematu podwyżki z warzyw, bo żal mi pani K., jest OK i jest bardzo nieszczęśliwa w tym wszystkim. Brakuje jej lat do emerytury, żeby wszystko jebnąć o kant dupy.
Stanęło na tym, że nie rozmawiam z nikim o insertach i ekstrasach, tylko z Bossem i jego sekretarką.
Niech mu będzie, do niej nie mam nic. Jest profesjonalistką i trzyma mordę na kłódkę.
Zapowiedziałam, że nie ma opcji, że wrócę do redakcji. Wyraził zaniepokojenie, że co będzie, gdy nagle odejdę? Odpowiedziałam, że nagle to tylko śmierć nas może rozłączyć. Zapytał, do kiedy zamierzam pracować. Odrzekłam, że do śmierci, chyba że zaprzyjaźnię się z tym Austriakiem, który chowa mi klucze, albo z innym wyrzutkiem. Ale obiecałam, że postaram się go uprzedzić odpowiednio wcześnie, zanim umrę, żeby sobie znalazł nową korektorkę.
Nie ma to jak sztuka kompromisu, co nie?
Ale żal tych lat ze starej redakcji.
Żal ludzi bardziej ludzkich.
I wciąż dziwię się, że młodzi tam siedzą.
Bo wbrew temu, co pisze GW i inne portale ageFree - w moim wieku znaleźć pracę na stałe na etat to chyba nie jest nawet możliwe. A chcę móc w razie W (odpukać) zachorować i spokojnie się leczyć. I nie, nie starczy na to emerytura, która wg świstka wyciągniętego właśnie ze szpary unijnej i brutto, i netto przekroczyła już pensję brutto (nie mówiąc o netto) z pracy na pół etatu.
Takie tam polskie pojebane drogi życiowe.
W telegraficznym skrócie.
A u Inżyniera już więźba dachowa jest...
I tym optymistycznym akcentem żegnam Cię, Kochany Pamiętniczku :)