wtorek, 31 maja 2022

Wykończą mnie

 Kochany Pamiętniczku, mam to jak w banku.

Pojechałam, dary, a jakże, zawiozłam, dary dostałam (już odkładam na nowy pokoik na te najlepsze na świecie podarunki)...
Rodzice pojechali na włości, a ja zostałam z Łobuzami (aka Kochanymi Aniołkami, w skrócie KA), które leją się namiętnie i całkiem sprawnie...


Jak się nie ustawiają do drapania po pleckach i wtedy nie odpuszczają, nie bacząc na to, że paznokcie mi się tępią.

To był fajny dzień, chociaż łgarze z nich niesamowite, bo na pytanie, kto puścił bąka, a bąk był naprawdę z tych z laboratorium broni biologicznej z niewinną miną oboje odrzekli: kotki, a Kalafiorkówna rechocąc dodała:pewno Edek...

A kotki niewinne siedziały zamknięte w biurze Inżyniera i na pewno woń ich bąków nie doleciałaby do pokoju...

Zapamiętały sobie, że mają obiecane podlewanie i a jakże: konewka musi mieć określony kolor: dla Kalafiorkówny pinkowy, dla Alienka niebieski. Inaczej nie chcą podlewać. Niebieską mam w pracy, ale nie wiem, czy po dwóch latach nie rozpłynęła się w powietrzu, pinkowej zaś nigdzie nie znalazłam. Więc 


są takie koneweczki i jak im nie pasuje, nie będą podlewać, jedna konewka 15 zł kosztuje, nie ma opcji, że będę szukać dalej.

Ale w związku z tym podlewaniem i z powodu, że dostałam do odratowania dąb, wyhodowany na jesieni z żołędzia przez Alienka



z taaakim korzeniem, utopionym w błocie 

tutaj już wygrzewa się na słoneczku i błoto schnie powoli, rozpoczęłam akcję sprzątania balkonu, na którym bajzel był nieziemski


wyniosłam dwa worki plastikowych doniczek, mnóstwo śmieci, cały stary wózek butelek po alkoholu (a, leżały tam już jakiś rok, więc nie jest tak źle z piciem), nie licząc pierza i smrodu po sraluchach, które wciąż gonię. Musiało być coś w powietrzu po nich, bo dławi mnie kaszel teraz, a boję się obrzeżków i innych świnstw. Mam to nieszczęście, że nade mną są wykusze, na których one siadają, a sąsiadka idiotka, której też osrywają wszystko rzuca im chleb garściami... Kurwa...

Półtorej godziny się męczyłam, zanim to ogarnęłam, bolą mnie wszystkie kosteczki, ale było warto :) 




Jak bratki padną, dosadzę to, co na razie jest w plastiku, wydałam już dość kasy w tym roku na badyle. Pozostały jeszcze szafki do uprzątnięcia w środku, ale to się już nie pali. Wiem, chomik ze mnie, ale trzymam tam i kafelki (do załatania dziury w łazience, no chyba że znów zrobię remont i dam inne), kociołek (jak nie ma ciepłej wody, niezastąpiony i do przetworów), no co. Nie można wszystkiego wywalać... W każdym razie można już na balkon wejść i nawet suszarka się spokojnie zmieści, choć ze względu na to fruwające pierze mam opory...

Wczoraj okna myłam w kuchni i... na szybie jest pęknięcie. Małe, tak 1,5 cm i za Chiny Ludowe nie wiem, skąd, nawet po pijaku nie rzucam niczym i nie trzaskam w okno. Może miałam coś ostrego w ściereczce jak myłam? Jak pęknie, to chyba nie wystarczy zmiana szyby, bo to są szyby próżniowe. Wymiana całego okna to lekko licząc 1500 zł. 

Na razie się trzyma, pomyślę o tym jutro, bo zwariuję. Niby nie byłoby rozpiździelu, bo bez kucia, ale...

Szlag.

A dziś poszłam w długą, bo znudziło mi się czekanie na pracę - jak zwykle bez głowy wszystko - to, co ma iść do drukarni, leży, a to, co ma iść za tydzień już wysyłają, chociaż NIE PRACUJĘ w tym tygodniu dla nich, bo Boss każe łamać.

W dupę jeża. Napisałam harmonogram i mam w dupie i tyle.

A na spacerze 


taka piękna łąka kwietna, bo nie koszą (alleluja) ze względu na suszę. Nie rozumiem idei koszenia trawników wszędzie, komu przeszkadza wysoka trawa? Jak chcesz mieć dywan, połóż sobie sztuczną trawę :)

Spotify się już mnie naumiało i puszcza mi jeszcze lepsze piosenki, niż Radio Pogoda - nie ma reklam, gdzie ględzą o suplementach wspierających pracę wątroby, nie ma audiobooków i nie ma wiadomości :)
A na koncie pensja z wyrównaniem, a, po 3 miesiącach, klękajcie narody, ale za warzywka mi jednak obciął podwyżkę. Niech mu się czkawką odbija cały czas. Nawet nie mogę sobie ulżyć, bo nie wiem, kto donosi (w sensie leci z komciem do niego). Ale skoro jest takim chujem niemytym, to nic dziwnego, że za każdym razem w aneksach jest podkreślanie o nierozmawianiu o kasie, bo mu wstyd, że mu dupę obrabiają (i słusznie). A kto może, ten spierdala w podskokach. Ja mam nadzieję, że kiedyś też tak zrobię, o ile mnie wcześniej życie nie wykończy. 

I to jest ten optymistyczny akcent, latam na balkon jak głupia, bo kręci mnie posprzątanie. Jeszcze jeden wór do wyniesienia i jeden stelaż od wózka. 

A słoneczko ładnie świeci, choć pasek zapowiada nadchodzący deszcz...



sobota, 28 maja 2022

Toczy się

 Kochany Pamiętniczku.

Tylko ja jedna, mimo sklerozy, niedotlenienia mózgu i innych dziwnych przypadłości jestem wciąż silna, zwarta, gotowa.

Miałam na piśmie, że nie mam odbierać Papryczka, ale coś mnie tknęło i pytam. No i gdybym nie zapytała, biedne dziecko kiblowałoby w przedszkolu, a może i policję by wzywali...

Kolonoskopia nic nie wykazała, pozostaje stara diagnoza, że to coś z dwunastnicą, choć chuj wi co to.

No nic. 

Dogadawszy, że mam Papryczka wziąć, zachwycona nie byłam, ale wola boska i skrzypce.

A pod blokiem cudnie specjalnie dla mnie znów morze irysów


A i wszystkie dzieci w komplecie pamiętały, że Dzień Matki jest. Pierwszy jak zwykle Baran był, potem o dziwo, odezwał się Pierworodny, Inżynier (brakuje mi strasznie kartek od niego, co roku jakąś fajną przysyłał, ale cóż - mogę mieć dziecko na miejscu i obejść się bez kartki), a i Sikora nie została z tyłu.

Znaczy się, cała hołota pamiętała i nie mam prawa narzekać :)

W piątek rano poleciałam więc na Manhattan i kolejna niespodziewajka - był Pan od Pomidorków. Ceny ubiegłoroczne - 19,90 za kg, ale cóż, pomidory są warte swojej ceny. Zanabyłam zwłoki młodą włoszczyznę (natchnęło mnie), inne takie tam i wróciłam do domu lżejsza o 150 zł.

Nosz, bez alkoholu, żeby nie było.

Rosołek nastawiłam, pranie zrobiłam, w przerwach maszynki korekcąc i poleciałam po Papryczka.

Drzwi od przedszkola otwarte, a okolica nieciekawa (Pierworodny potem tłumaczył, że musieliby kogoś przy drzwiach posadzić w godzinach odbierania, ale sądzę, że dobry wideowizjer i dyżurny by wystarczył). W sumie dobrze, że to nie Ameryka i żaden wariat z bronią (odpukać) nie wlezie. Na korytarzu wpadam na panią, pyta, po kogo, a ja na to, że po Papryczka bez Dżemora. Powieka jej nie drgnęła, a widziała mnie pierwszy raz w życiu, na salę poleciała, drąc się Papryczek bez Dżemora. Wyszła pani z listą i pyta mnie o godność. Ja tam godności nie mam, ale jako że nie jestem AA, przedstawiam się pleno titulo, pani zadowolona i dostaję Papryczka. Delikwent od razu na wstępie, zamiast się z dawno niewidzianą babcią obmacać, oznajmia, że on jeden obiad je w przedszkolu, zaś drugi dostaje zaraz w domu. Nosz, kurwa, dobrze, że mnie ten rosół naszedł, bo dziecko jest rosołowe. 


Taki fajny skwerek jest koło tego przedszkola :) 

Dokulaliśmy się do domu, a że wizyta u babci to raz na ruski rok, za zgodą ojca kupiłam loda, no i oczywiście jakieś farbowane świństwo, bo on innego nie pije. 6 zł. OK, nie narzekam, nie majątek, ale rano na jedno świństwo poszło 3 zł, teraz 6, to już 9, a to co najmniej razy dwa, bo sztuk dwie mają na stanie. Nie. Mój budżet by tego nie wytrzymał na dłuższą metę, nawet z 500+.

U mnie byłaby woda w tych butelkach z filtrem, piekłabym (bo piekłam, jak dzieci były małe), jabłka bym dawała (bo dawałam).

No nic.

Loda wciągnął, z lekka oburzony, że ręce musiał myć i po wejściu do domu i po zjedzeniu loda (średnio mi odpowiada znajdowanie klejkich miejsc, nienawidzę klejkiego). 

Rosołek zjadł idealnie


zna się gość na rzeczy.

Jest przegrzeczny, nieabsorbujący, umie czytać i to płynnie (jest w zerówce), więc to było fajne popołudnie.

Ale Pierworodny zaraz go zwinął i polecieli, bo MW była już w domu, a oni obaj za nią stęsknieni.

Zatem ogarnęłam se chałupkę.

W sobotę poleciałam do apteki (po to specjalnie wyszłam, bo miałam lek zamówiony), jednak po moich lekach na nadciśnienie mam kolejne choróbsko - skutki uboczne, no nic, będę żyła aż do śmierci :)

Wizyta w Rossmannie, kasa samoobsługowa - na półce płyn do naczyń za 4,99 (inna bajka, że jest teraz  w mniejszej butelce), a kasa kasuje mi 5,19. Reklamuję w kasie, pani, o dziwo, po sprawdzeniu poprawia. Ale zaczynam zwracać uwagę na to, co na paragonie (od wieków tego nie robiłam), 40 groszy (kupiłam 2 butelki) nie majątek, ale ponoć tak się zostaje miliarderem.

Pożyjemy, zobaczymy :)

Spokojna sobota, bez sprzątania, na obiad pyry z gziką, bo lulki kupiłam.

I znów kolejny petent...

Czy mam wolną niedzielę.

No, miałam, ale chyba już nie mam :)

Jutro Inżynierowa ma urodziny, posłałam już kasę, ale nie zapraszali, tom olała, nie będę się pchała, może nie urządza, ja nie urządzam.

Ale nie, na włości chcą skoczyć, elektrykę i inne rzeczy ogarnąć, na obiad i na słodkie zapraszają, a Łobuzy (wróć, Kochane Aniołki) dostanę na jakąś godzinę.

Cóż było robić, zgodziłam się, no bo Łobuzy (wróć...) :)

No i do Lidla polazłam, bo jak do jubilatki z pustymi ręcami (prezent sobie sama kupiła, no ale, ja tak nie umiem).

Badyli nie dostanie, bo nimi gardzi, ale butelka chardonnay ją zawsze cieszy :) Jej ojciec jej kupuje przecudne bukiety na Rynku Jeżyckim (mnie nikt takich nie kupuje), a ona cieszy się z wina. No cóż. Jestem tą dobrą, co nie?

Między deszczoburzami przeleciałam


a zaduło tak, gdy dochodziłam do domu, że myślałam, że mnie zmiecie, a wagę mam czołgową, wózeczek z chardonnay mi z ręki wyrywało :)

Taki mamy klimat.

A w Lidlu zanabyłam wieszak do srajtaśmy. Stary, z kompletu Oceanic dokonał żywota już trzy razy, taki badziew jednak, więc nie kupiłam kolejnego, cena dochodzi już do 30 zł. A tu podtrzymywacz srajtaśmy za 9,90. Samoprzylepny. I ja, taka idiotka, kupiłam, nie myśląc, że jaka by ta taśma nie była, to i tak za którymś pociągnięciem odleci.

W domu okazało się, że są też dwie śrubki.

Nieidealnie (o milimetr) do kołków ze starego ustrojstwa. I wszystkie wkrętarki i inne takie wyniósł mi z domu Pierworodny (niby jego były, ale z UK przywiózł swoje)... Nie to było najgorsze, najtrudniejsze było rozgryzienie, jak rozłożyć ten wieszak (a prosty jak budowa cepa, ale nie dla mnie).

I TADAM :)

Prawie że złamałam zwykły śrubokręt mocując się ze wszystkim, ale...


Veni, vidi, vici i srajtaśma wisi jak ustawa przewiduje i raczej nie ma się tu co złamać :) 

Jestem wspaniałą kobietą, co nie?

I nikt mi nie pomagał, o :) 

Dam sobie radę w życiu ;) 

Z nadzieją, że jutro Łobuzy (Kochane Aniołki) mnie nie wykończą (i to włażenie na czwarte - nie trzecie, bo parter to pierwsze - piętro mnie nie zabije).


 

czwartek, 26 maja 2022

W telegraficznym

 skrócie, albo i nie, Kochany Pamiętniczku, zależy jak wyjdzie.

Mała Wiedźma po raz kolejny wylądowała w szpitalu, o czym, o dziwo, zawiadomiona zostałam, bo... primo po pierwsze, odwiedzać można, primo po drugie ponoć trzeba było Papryczka odebrać z przedszkola, a to znów temat na telenowelę, albowiem upoważnienia na odbiór rzeczonego nie mam, Inżynierowa, nauczycielka wychowania przedszkolnego straszy mnie interwencją policji w razie próby odebrania delikwenta, dziecko odbiera MW, która nie ma jeszcze 12 lat, ale ponoć paniom to rybka.

Jak zwykle w tym klanie i kłamstwa, i bajanie. No, nevermind.

Zamówiłam sobie Pierworodnego na cicerone, albowiem na Lutyckiej, gdzie teraz wylądowała MW byłam jakieś 30 lat temu z hakiem, a po lockdownie jestem w mieście jak pijane dziecko we mgle. Pojechaliśmy w niedzielę, nie wiedziałam, co mogę zabrać

 ciasto bananowe upiekłam, przepyszne i żałowałam, że za mało zabrałam, ale nie wolno jej jeść owoców, truskawek nie lubi, więc nie wiedziałam, co będzie :) 

I dwie książki zabrałam, w tym Braci Lwie Serce, przeczytała i mówiła, że ryczała jak bóbr. Jako i ja :) 

Droga fajna była, bo i 


i nowe-stare zakątki wioski, znów poczułam się młoda i na chwilę odżyłam. Rzeczy ciekawych i nieciekawych się dowiedziałam. MW dostaje rispolept, chuj wi po co w nią to tkają, ale tak zadecydował psychiatra. Że na spanie. I chuj, bo to nie jest na spanie, ale co ja mam do gadania nic.A synowa jedzie na wycieczkę do Grecji z koleżankami, w momencie, kiedy MW zostaje z nierozpoznaną chorobą, a ja mam w razie W zająć się wszystkim. Ot tak, pomóc. Mnie nikt o zdanie nie pytał. I nie wiem, skąd weźmie kasę, bo wciąż są do tyłu z forsą.

A mnie, kurwa, jak jechałam do Paryża na swój własny koszt, obsmarowywała dupę po kątach, że na co starej kobiecie wycieczka do Paryża...

W moim wieku to ponoć było szaleństwo, a i nieważne, że nie płakały w domu żadne dzieci.

Pierworodny oczywiście, jak zawsze dupa w troki i jeszcze ją tłumaczył. Jej matka, gdy z nią rozmawiałam, mówiąc, że coś nie tak z jej zachowaniem, bo zostawia męża zawsze i jeździ sama za granicę, choć kasy nie ma, wywracała kota ogonem, że jak pojechała na Teneryfę, to nie byli po ślubie. No i? Mieszkali razem, sypiali razem, a że on dupa i wszystko sponsorował? Do wyjazdu nie był OK, ale do spania tak? Mamusia była przekonana, że oni mają osobne pokoje. Kurwa. Jakby to miało jakieś znaczenie.

Ale morda w kubeł i chuj.

MW leży w nowym CZD w wiosce - wypas, pokoje jednoosobowe z klimą i łazienką (też taką łazienkę chcę, znaczy się prysznic, bo łazienkę mam OK), z TV, Wi-FI i nawet rozkładana amerykanka jest dla rodzica nocującego, żeby na podłodze nie spał. I to na oddziale dla dzieci starszych.


Widok z okna, cót, mjut i ożeszki laskowe.

MW i P. zgrani jak nie wiem co, widzę, że jednak dziecko wychowałam jak należy, że jest dobrym ojcomatką, więc morda w kubeł.

Umówiłam się, że w środę wlecę znów i jak obiecałam, tak uczyniłam. Nic nie miałam zabierać, bo w czwartek miała być kolonoskopia, więc dieta i tylko woda niegazowana. Zatem powlokłam wodę. A MW mówi, że chce do mnie przyjeżdżać, że chce ze mną być i coś się kluje, więc to nie jest tak, że to do końca moja wina.

Gawędziłyśmy sobie miło, mordy nam się nie zamykały, aczkolwiek mnie szlag, bo dziecko ma paznokcie prawie jak tipsy, a na dokładkę we wszystkich kolorach tęczy, bo rysuje i tusz, i kredki, ale co ja mogę, kudły jakby piorun w rabarbar strzelił, wtem... wparowała synowa. Wolne wzięła. Nagle może, jak wcale nie może i zawsze P. bierze? 


No i cały pogrzeb na nic, ale nic. Morda w kubeł. Jest cudnie. Przyniosła cążki z tekstem, że "ona sobie nie da obciąć", uczesać się też nie da. Serio?

Wpada pielęgniarka, cudna, siwa jak gołąbek, a laska jak malowanie, roześmiana, rozgadana, seksowna, a chyba nawet starsza ode mnie i dalej MW w obroty, że niewypite, że roztargana, że ma mieć splecione włosy (w czwartek kolonoskopia). I rzuca tekstem: która z pań jest mamą.

Jprdl... Na pewno nie ja. 

A ja zawieram z MW pakt i jak pani załatwi gumki, to zaplotę jej warkocze. Moje małe, pyrrusowe zwycięstwo, albowiem MW NIGDY nie pozwoliła mi dotknąć włosów, a tym razem mówi: babcia zaplecie :)

Zaplatam, moja potarganica zamienia się w przecudną Pocahontas.

Wpada druga pielęgniarka z pytaniem, która z pań jest mamą...

Nosz, ślepe są czy co?

Ogarniamy pazury, gawędzimy.

Wraca matka, gadka szmatka, powoli myślę o wyjściu, bo i w domu czekają na mnie maszynki, uprzedzone, że będę po południu.

Wpada pielęgniarka numer trzy i pyta...

Matka idzie podpisać zgodę na zabieg, a ja czekam, aż wróci i spadam. (Nieszczęście, ale i szczęście tego interesu jest takie, że nic nie mogę, bo to nie jest moje dziecko. Szczęście, że nic nie muszę. Ale życie pisze swoje scenariusze, jak zawsze i to jest właśnie problem. Chociażby to, jak mi oczy robiły się prostokątne, nie kwadratowe na widok tego, co przywlokła do szpitala dla dziecka na diecie -szybkie kubki i inne świństwa. (Nie pamiętam nawet, czy kiedyś coś takiego kupowałam, znaczy się kisiele i inne takie tam, kiedy nic nie było, ale nie). No cóż. Tarłam marchewkę, wyciskałam soki, sokowirówkę miałam, auć, wróć... Nawet budynie sama robiłam, musiałabym poszukać przepis... Dzieci były nieszczęśliwe, pijąc gazowane napoje ukradkiem u znajomych, w domu zawsze była 5-litrowa butla Staropolanki, specjalnie dla nas sprowadzanej do piątki...

Wracam autobusem, zagapiam się z przesiadką, ale na podwójnym przystanku kierowca jest nieuprzejmy i nie, nie otworzy mi zaraz drzwi.

Normalnie bym się nadęła, ale... jakoś w dupie to mam, olewam, rundkę pod Operą robię i już jest następny autobus.

Wieczór sponsoruje Prawnik z lincolna (serial) i odkrywam, że jest też film, gra mój ulubiony Matthew McConaughey.

Czwartek - sponsoruje film od rana, mam umówiony dywanik na 15.30.

Jestem znacznie wcześniej, bo Głogowska zamknięta, więc jadę 149.

Wkraczam, witana podskokami i fanfarami, ale załoga przetrzebiona, a nastrój jak w rodzinnym grobowcu po mszy.

Czyli moje czytanie między wierszami w emilkach ma rację bytu, co potwierdzają i pogawędki, swobodne, bo Boss dwa piętra niżej.  A, jestem na dywaniku, albowiem ośmieliłam się wspomnieć, że nie dostałam za ekstrasy, powodując ferment w redakcji. Opcja: wracam na stacjonarną pracę, albowiem potrzebuję nadzoru. Nosz, w dupę jeża. 

Wpadam do kadr i okazuje się, że mam zatwierdzoną podwyżkę z etatu i maszynek, ale z warzywek już nie, aczkolwiek prezes nie miał nic przeciw, jak wyrobi się z budżetem naczelna (wyrobiła się), ale zaprotestował mój Boss, z jakiej pary - nie wiadomo. Jeszcze wpadam do warzywek jak po ogień i na dywanik.

Próbował, jak zwykle, kawa, herbata, woda, nawet gorzałę proponował, ale podziękowałam. Rozmowa, że wszyscy mają pretensję, że nie ma korekty, bo jej nie płacą. Podane w takiej formie, że miał najazd na gabinet, a rozmowa była taka, jakby to on był głuchy, nie ja. Ale mnie było wszystko jedno już i wzorując się na amerykańskich rozprawach, nie dawałam się zbić z pantałyku, żądając odpowiedzi na pytanie, nie na dygresję. Bo na moje, że pisałam przez 3 miesiące emilki przypominające o zaległym wynagrodzeniu zaczynał mówić o stronach do korekty :) Że w tym miesiącu będzie mniej. Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc) mówię, że jak zaczynałam pracować, było o wiele mniej stron i stałych dodatków, że wiem, że mam duże moce przerobowe, ale mam dość żebrania i nie, nie wrócę do redakcji, bo nie. Bo w moim przypadku opcja pracy zdalnej zdaje egzamin na medal i nie, nie zależy mi...

Dyskusja zeszła więc na to, w czym robić korektę, w programie graficznym czy w Wordzie (jakby to, kurwa, miało jakieś znaczenie, dla mnie nie ma żadnego), o wyższości nowego jugola (jak mówi kolega) z 2002 roku (więc antyku) nad programami, które były (nowszymi) i inne takie tam sranie w banie.

Nawet nie poruszyłam tematu podwyżki z warzyw, bo żal mi pani K., jest OK i jest bardzo nieszczęśliwa w tym wszystkim. Brakuje jej lat do emerytury, żeby wszystko jebnąć o kant dupy. 

Stanęło na tym, że nie rozmawiam z nikim o insertach i ekstrasach, tylko z Bossem i jego sekretarką.

Niech mu będzie, do niej nie mam nic. Jest profesjonalistką i trzyma mordę na kłódkę.

Zapowiedziałam, że nie ma opcji, że wrócę do redakcji. Wyraził zaniepokojenie, że co będzie, gdy nagle odejdę? Odpowiedziałam, że nagle to tylko śmierć nas może rozłączyć. Zapytał, do kiedy zamierzam pracować. Odrzekłam, że do śmierci, chyba że zaprzyjaźnię się z tym Austriakiem, który chowa mi klucze, albo z innym wyrzutkiem. Ale obiecałam, że postaram się go uprzedzić odpowiednio wcześnie, zanim umrę, żeby sobie znalazł nową korektorkę.

Nie ma to jak sztuka kompromisu, co nie?

Ale żal tych lat ze starej redakcji.

Żal ludzi bardziej ludzkich.

I wciąż dziwię się, że młodzi tam siedzą.

Bo wbrew temu, co pisze GW i inne portale ageFree - w moim wieku znaleźć pracę na stałe na etat to chyba nie jest nawet możliwe. A chcę móc w razie W (odpukać) zachorować i spokojnie się leczyć. I nie, nie starczy na to emerytura, która wg świstka wyciągniętego właśnie ze szpary unijnej i brutto, i netto przekroczyła już pensję brutto (nie mówiąc o netto) z pracy na pół etatu.

Takie tam polskie pojebane drogi życiowe.

W telegraficznym skrócie.

A u Inżyniera już więźba dachowa jest... 



I tym optymistycznym akcentem żegnam Cię, Kochany Pamiętniczku :)

 




czwartek, 19 maja 2022

Pojebane

 wszystko, Kochany Pamiętniczku...

Najpierw spadł zegar, o 6.41, spadł z takim hukiem, że ja się obudziłam. Co należy w annałach zapisać i czarną kredą w kominie, albowiem nie ma takiej opcji, że mnie hałas zbudził.

A ten zbudził i przekonana byłam, że zaczęła się III wojna światowa w Polsce (bo w sumie ta wojna już trwa, tylko ją wszyscy ze świadomości wypieramy), więc wybita ze snu na maksa o tak nieludzkiej porze, wykąpałam się, śniadanie zjadłam (ona na pamięć to umie) i na Manhattan polazłam i to był bardzo fajny dzień, mimo tego, że do domu wlokłam prawie pusty wózeczek, a w kieszeni stówki nie było, ale...

I tak warto żyć, chociaż chuj wi, jak to będzie po dywaniku u Bossa.

U Inżyniera znów apiać szpitalik, a gdy załamał się po pogawędce z matką, znaczy się ze mną, okazało się, że Echinacea nie jest zalecana dla takich małolatów. Albo moja pamięć szwankuje, albo czasy się zmieniły. Ale na serio, moje dzieci  nie chorowały co 5 minut, mimo że chodziły do przedszkola.A ja oficjalnie nie pracowałam, a na czarno, więc nie mogłabym brać zwolnień co chwilę, bo Eks się jednak dziećmi nie zajmował, nie było opcji. Nie mówiąc o dziadostwie, znaczy się o moim Ojcu i Teściowej.

Nie wiem, co zrobić i jak pomóc, tragedia.
Media straszą małpią ospą, w przedszkolu u Kochanych Aniołków epidemia ospy, Aniołki nie są szczepione na ospę, bo na ospę się nie szczepi, ospa jest eradykowana (teoretycznie), Inżynier miał solidną ospę, o mało się nie przekręcił, Pierworodny ospy nie złapał, mimo kąpieli z chorym bratem w jednej wannie i wodzie...

Czas mija, pracuję zazwyczaj po 10 godzin dziennie z emilkiem, że dziękujemy naszej korektorce...

I...

Nagle zamknięta II składka, ukradkiem, chyłkiem i znienacka, zatem raj, żyć i nie umierać, choć rano trudno mi otworzyć zaropiałe oczy.

A luz, hasta manana, Kochane Łobuzy, a nie, wróć, Aniołki jebane oba chore, ale dychają, a ja...

No cóż, zapalenia spojówek się dorobiłam i oczy na siłę rano otwieram.

Więc pogoniwszy bacikiem ekipę, rozpuszczoną pod nieobecność Bossa, ruszam z trudem (kosteczki i stawy też padły) w siną dal, znaczy się do apteki, gdzie z bananem wita mnie dziewczyna, spuszczająca na moją prośbę maseczkę w czasach namordnikowych i na moje oczy poleca żel, za który bulę prawie 40 zyla. No, ale kurwa, moje oczy są bezcenne, z nich żyję.

Wracam do domu, przeszczęśliwa, I just called to say i love you wyje w słuchawkach, zręcznie omijam miejsca osrane pod drzewami, wiadomo, gniazda, zielono wszędzie i wtem...

MSG: MałaWiedźma jest znów w szpitalu. Po gastroskopii, stwierdzona torbiel na jajniku. MW jeszcze nie ma 12 lat, a jest bardziej fizycznie rozwinięta niż ja jako trzydziestolatka po dwóch porodach...

Nie odzywał się chuj (znaczy się, syn mój Pierworodny) od urodzin (post factum wyprawianych) Alienka, a teraz...

No i ten spadnięty zegar (Inżynier: mamie znów dupa uschła przez te gusła, a w międzyczasie Zmorka wylądowała pod nożem chirurga, a mi nic nie usycha, ale wszystko rośnie i puchnie)...

Drążę temat na gorąco i mam swój typ: endometrioza. Schorzenie, którego TEORETYCZNIE nie ma, a praktycznie cierpi na nie mnóstwo kobiet. MW dojrzewa ZA SZYBKO. Na moje propozycje o prywatnym leczeniu (zapłacę, sama sobie żałuję przy tych cenach, mnie już rybka), słyszę, że nie. Całe leczenie MW z moją POJEBANĄ na maksa synową i równie pojebanym synem sprowadza się do stwierdzenia, że to somatyczne i do szpikowania MW psychotropami. W świetle prawa mam gówno do powiedzenia, mogę wszcząć sprawę o opiekę.

Kurwa.

Piszę do babci J. a jakże, ona JUŻ wie. I sama ma endometriozę i mówili młodym, że zapłacą za leczenie prywatne i chuj.

Chuj bombki strzelił, świąt nie będzie, co nie.

Więc: piszę do Małej Wiedźmy na MSG, o dziwo, odpowiada, po latach nieodbierania wiadomości.

Może będę jeszcze mogła z nią porozmawiać jak czekista z czekistą? I wychować na mądrą kobietę wbrew jej pojebanym rodzicom, bo nie da się ukryć, że równo pod kapturkiem nie mają...

Bo... wstyd przyznać, aczkolwiek Alienek jest faworyzowany, wszystkie moje wnuki są mi bliskie. Te, które mnie lubią i te, które mają mnie w pompie...

 We włościach, które opóżnienie mają, bo nie ma drewna na więźbę dachową, drgnęło.  

A na grupie osiedlowej gównoburza, bo ośmieliłam się wrzucić fotkę dozorczyni, ułatwiającej sobie życie pryskaniem płytek chodnikowych środkami chwastobójczymi w samo południe, kiedy to jest zakazane ze względu na oblot pszczół i owadów zapylających.

Dozorczyni (choć o tym i o jej nazwisku dowiedziałam się z folderu inne na MSG, w życiu bym jej po tej fotce nie skojarzyła) zagroziła mi RODO, a i pogróżki inne przed zablokowaniem odebrałam. Do spółdzielni napisałam, cisza...

 

Chyba ten jebany zegar nie na darmo spadł.

Ale o MW będę walczyć jak o samą siebie...





 

piątek, 13 maja 2022

Kolejny

 tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku :)

Spokojnie, na luzie, z podziękowaniami, że wciąż jestem, nie tylko od Bossa, ale od załogi.

Jak zwykle. Może mam nasrane i za bardzo się miotam?

Czasem sama już nie wiem.

Inżynierowa kaszlała jak nierasowy gruźlik, ale wszystkie moje rady poszły się jebać.

Lekarz zalecił nebulizator.

W międzyczasie suchoty dopadły Inżyniera. Co było słychać i czuć na imprezie, ale morda w kubeł, bo co ja tam wiem...

Dziś Inżynierowa kabluje, że jednak konował zapisał jej antybiotyk. I że Inżynier też był u konowała.

Inżynierowa wreszcie dycha. Inżynier dostał zalecenie korzystania z nebulizatora, a ja w dupę, rozmawiając z nim, bo śmiałam się śmiać...

A, nieważne.

SPOTIFY jest ok, byle bym nie kliknęła po pijaku na  wersję premium.

Najbezpieczniejsze jest więc moje mp3. Pierwsze miało chyba 1 MB. W międzyczasie miałam odtwarzacz CD, pomijając walkmana Sony, działającego do dziś, aczkolwiek taśmy suną coraz ciężej, ale radio gra super...  Odtwarzacz był niemarkowy, Baran go polecał, ale na dnie z honorem legł szybko. Odtwarzacz. nie Baran :) Pierworodny miał jakiś markowy, i do dziś mam jego płyty. Też markowe :) Taka gra słów - markowy :)

Niektórzy wiedzą.

Odtwarzacze mp3 moich dzieci wciąż leżą w kątach, niewyrzucone do elektrośmieci.  Moja empetrójka wciąż mi gra.

Na moim najnowszym telefonie nigdy jeszcze nie włączyłam słuchawek, choć SPOTIFY tam mam, bo tak to działa.
Jadąc na mopie, jak co miesiąc, choć wolałabym zapłacić te 20 zł i nie sprzątać korytarza, przeklinając bolące kosteczki...

... poczułam się?

Jak kretynka do momentu, gdy na paluszkach przemknęła dziewczynka spod 13... Mówiąc grzecznie dzień dobry :)

I tak minął piękny dzień.

A jutro będzie jeszcze piękniejsze, trzeba go tylko dożyć :)


czwartek, 12 maja 2022

Ćwieka

mi zabił, Kochany Pamiętniczku.

Bladym świtem emilek był, cytuję:

Jednocześnie pamiętajcie o naszej Drogiej Pani Korektorce! 
Kto ma gotowy materiał niech już śle do II - korekty. Byśmy maksymalnie odciążyli przyszły tydzień. 

No i teraz nie wiem, czy jestem droga, bo musi mi płacić, czy droga, bo niezastąpiona?
Inżynier obstawia drugą wersję, ale wiadomo, dziecko chce matkę pocieszyć.
Włości mają dwutygodniowy poślizg, nie mogą położyć więźby dachowej, bo... brakuje drewna, tartaki nie wyrabiają.
Kurwa.
A eksperymentuję sobie: 


 Na żołądku moim - zmieniaczki, szparagi, kalafior,papryka, czerwona cebula i redyski - zielskiem posypane, smakowym olejem zalane, zapiekam właśnie... 

SPOTIFY sobie założyłam, o.

Wariatka :) 


środa, 11 maja 2022

Elfik

 roczek skończył, Kochany Pamiętniczku, były tańce, hulanki i swawole, ja tam byłam, wino i miód piłam.

Alienek, dopieszczony, stanowczo zażyczył sobie, żeby do niego nie mówić Łobuzie, bo on nie jest żadnym Łobuzem, tylko grzecznym chłopcem.

No i skończyło się rumakowanie, babciu, musisz teraz mówić: kochany Aniołku.

Szlag,

Kalafiorkówna jak zawsze zdystansowana, aczkolwiek grzeczna, na koniec podsunęła łaskawie swój łebek :) 

A dni lecą jak głupie i jeszcze w niedzielę


żółciło się i pokrzywiło w samym sercu miasta, pokrzywy tak dorodne, że aż serce pękało, że nie można tego na sałatkę rwać, ale takie osikaństwo, fuj...

... a już w środę zamiast mleczy...


dywany z dmuchawców. Z tym, że w wielu miejscach w tym roku odpuszczono koszenie i dobrze.

Zaś w lasku koło Manhattanu sporo drzew do usunięcia, same robinie, wszystkie pousychały, jestem ciekawa, kiedy wytną i czy posadzą coś na ich miejsce. Lasek tubylcy zwą największą sralnią dla psów, ale ostatnio zagospodarowano go, a są tam pozostałości fortów. 

Jestem na wojennej ścieżce i albo wrócę z tarczą, albo na tarczy, zobaczymy. Boję się, bo jednak i siły do pracy mam, i przy tej inflacji nie chcę zostać na gołej emeryturze.

Ale... Dość mam niewolnictwa i proszenia po kilka miesięcy o zapłatę za inserty. Tym bardziej, że inserty są na zlecenie firm, które forsą srają, więc dlaczego nie mam dostać za moją ciężką pracę?

Kolejny insert, emilek z prośbą o pochylenie się, więc odpisałam, że nie mam ochoty, bo mam jeszcze dwie zaległe zapłaty. Że jak dogadają z Bossem, to zrobię. I zaraz, kurwa emilek od Bossa (a na 4 o wypłatę nie odpowiedział), że skoro się nie dogadujemy, to może pora wrócić do biura? I że ferment sieję i zespół skłócam, bo o pieniądzach mogę tylko z nim rozmawiać.  Tak, jakby kurwa ta rozmowa z nim cokolwiek dawała, bo gdy byłam na miejscu też były ciągłe przepychanki. A ja mam tego już po prostu dość. Odpisałam, że OK, zrobię ten insert, ale na rozmowę pojadę za dwa tygodnie, po zamknięciu roboty.

Niech mnie w dupę pocałuje, albo i nie. Nie wrócę mu do biura, nie ma takiej opcji. Będę wtedy w plecy dostanę tylko z dwóch gazet, a to grosze, ale...

Nie wiem, ile jeszcze dam radę ciągnąć, tydzień zamykania to gehenna i tak od lat. I pierdolenie o Szopenie i o zespole, wspólnym wysiłkiem, ale za swoją pracę jeszcze nigdy nie usłyszałam dziękuję, a jest za co.

Więc, kurwa, nie.

Inżynier nie wie jeszcze, ale to moja decyzja. Siedzę tam jeszcze, bo chcę mu pomóc w budowie. No niby mam myśleć tylko o sobie, więc myślę, bo kto mi na stare lata po wino poleci?

Ale trzasło coś we mnie z wielkim hukiem.

A dziś czekałam uczciwie całe 4 godziny na pracę i nie było nic. Po 14, gdy nie byłam już w pracy (hahahaha) wysmażyłam emilka, że jak to, nic, a co będzie potem?

Taka to, kurwa, praca zespołowa. Każdy z nich ma kilka tekstów, a ja mam potem do ogarnięcia na gwałt circa 400 stron najmniej. Więc, kurwa, jestem warta każdych pieniędzy, nawet jak sieję ferment.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą i odezwały. Że mam się cieszyć, że jeszcze oddycham bez pracy, a ogólnie wiem, że 99% jest niezadowolonych i wiem też, że na rynku medialnym jest posucha, więc szarpią się i...
Zasadę: szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego, znam.

Ale gdy zaczynałam tam pracę, po Auschwitz, Inżynier na lotnisku pytał mnie: kim pani jest i co zrobiła z moją matką.

Teraz znów działam jak w Auschwitz. Czyżby każda praca z biegiem czasu zamieniała się w obóz koncentracyjny?

A w Mentaliście dziś bardzo mądre zdanie, że tylko ludzie nieszczęśliwi w życiu mszczą się na innych i upierdzielają im życie.

Mowa o kierownictwie i w sedno. W punkt.
Mnie już kilka razy na spytki brał, kto źle pisze, kto błędy robi. Odpowiadałam, że wszyscy, nie ma lepszych i gorszych. Bo co to ma za znaczenie? Skorekcić i tak muszę, a sam powinien wiedzieć, kto jak pracuje, bo czyta wszystko i knoci grzebiąc do końca.

W innych gazetach nie mam takiego problemu, zawsze na koniec dostaję emilka z podziękowaniem za kolejny numer, a od maszynek jak się dowiedział, że nie miałam podwyżki od początku, to spanikował, dając mi 20%, bo się bał, że mu odejdę.

Nie mówiąc już o tym, że z maszynkami to sobie fajne emilki wymieniamy, a to są ludzie w wieku moich dzieci.

Więc, jest coś, kurwa na rzeczy.

No cóż, podobno zmiany nie są złe.

Zobaczymy, czy coś się zmieni. Wiem jedno - do biura nie wrócę.

Kiedyś już jednemu z szefów, na jego, że on też siedzi po godzinach i nic z tego nie ma (kłamał w żywe oczy, teraz na emeryturze pracuje wciąż zdalnie i chwali się posiadłością, nie zazdroszczę, zarobił, to ma), odpowiedziałam (bo starał się wtedy o naczalstwo, był wice), że on żyje, żeby pracować, ja pracuję, żeby żyć. No ale umiał lawirować, ja nie, zawsze walę prosto w oczy, a to nie popłaca.

 


 




sobota, 7 maja 2022

No i tak

 bywa, Kochany Pamiętniczku, że nie każdy przyjaciel z twojego wczoraj potrzebuje dotrzeć tam, gdzie ty będziesz jutro.

Życie :)

Jest piękne.

Wczoraj to historia, jutro to tajemnica, a dzisiaj to dar.

I to temat na kolejną rozprawkę, która nie wiadomo, czy zostanie napisana...

No cóż.

Jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień :) 

 

czwartek, 5 maja 2022

Oczy

 wyplułam w nocy, Kochany Pamiętniczku, ale prawie cały stary pamiętnik przeczytałam. Niektórych miejsc już nawet sama nie potrafię odcyfrować, ale mówi się trudno. I choć to bardzo bolesne, przymierzam się do zniszczenia tego wiekopomnego dzieła, bo...

No właśnie, nic nie wnosi. Czytając to teraz, z perspektywy dorosłej, spełnionej kobiety, widzę nie szaloną dziewczynę, ale zwykłą wariatkę. No dobrze. Nie zaraz tam wariatka. Pozostaje faktem, że zapis jest ponury i rozdzierający duszę, dziś, diagnozując sama siebie z  tamtych lat widzę dziewczynę zagubioną w świecie i... w głębokiej depresji.

Z tym, że wtedy takich diagnoz nie stawiano, a wszelkie objawy depresji to były pańskie fanaberie.

Fakt faktem, że moje życie wtedy, po śmierci Mamy nie było usłane różami, że nie miałam domu z prawdziwego zdarzenia i tak bogiem a prawdą nawet nie miałam z kim o tym wszystkim, co mnie gnębi porozmawiać.

Moje znajome rówieśniczki były wtedy na tym samym etapie, co ja, znalazłam list w pamiętniku i zastanawiałam się dość długo, kto to pisał...

List na 3 strony i wszystko na temat spotkania z jednym gościem...

Ja, w moich notatkach tak strasznie odcinająca się od wszystkich i jednocześnie spragniona czyjejś obecności, przekonana, że nie czeka mnie w życiu już nic, a jeden z moich listów to prawie list pożegnalny ze światem, cholera teraz dojdzie do tego, co mnie od tego kroku odwiodło, albowiem nic dobrego w tamtym czasie się nie zdarzyło tak naprawdę.

Patrząc na siebie dziś - sama nie wiem, jak nauczyłam się kochać życie, bo też było pod górkę i pod wiatr. I tak patrząc wstecz, chyba do dziś nie wiem, czym jest taka prawdziwe, beztroskie życie, bo zawsze ja byłam tą, co wózek pchała i ciągnęła, nawet w małżeństwie to ja nosiłam portki, co nie znaczy, że Eks był złym mężem. Kochał mnie bardziej nawet niż ja jego, trzeźwo na to patrząc, ale to ja byłam od podejmowania decyzji (mądrych, wyważonych), co zawsze spotykało się z fochem z jego strony i zarzutami "władasz niepodzielnie i zawsze musisz mieć rację".

Gdybym zaczęła opisywać te moje "manie racji", pisałabym tę notkę latami.

Nieważne.

Zostały mi jeszcze do przeczytania listy, ale chłodno patrząc na to wszystko, cieszę się, że nie jest to obowiązkowe. 

Miałam i mam piękne życie, i te wszystkie pojebane złote myśli, mające mnie  w sumie pocieszać, a wpędzające w jeszcze większe doły minęły, odkąd spojrzałam w te pierwsze czarne od urodzenia ślepia. Życie nabrało sensu, ma go do dziś.

A 


... nawet nie pamiętam, co to za zasuszona konwalia, po kim to wspomnienie. Mam jeszcze inne suszki i też nie wiem, kogo mają mi przypominać.

Z cyklu złotych myśli: liczy się dziś. Wczoraj nie ma już, a jutra może nie być.

I tak, nadal chciałabym mieć te osiemnaście lat i dzisiejszy rozsądek.

La vita e bella...

Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc, to też cytat z tamtego pamiętnika) dziś


nareszcie, niestety, do fryzjera się nie dostałam (jak kobieta nie ma nic do stracenia, to idzie do fryzjera, mądre słowa mamy mojego dobrego znajomego, jeszcze ze studenckich czasów, bo wbrew pozorom i mądrych ludzi po drodze spotykałam), więc zapisałam się na jutro, bo w niedzielę roczek Elfika i już się ślinię na Alienka "bacia byłaś u fryzjera" :) 

Wiosna szaleje


i to też jest cudne, że darowana znów, że może nie zniknie to wszystko jak w Ostatnim brzegu.

A że w Lidlu, do którego poszłam po pieścichłopy, albowiem na Manhattanie po 2 zł za sztukę najtaniej, w Biedronce były już martwe, no i jakoś te kroki trzeba zbierać, bo będę musiała nad wózeczkiem się zastanowić, znalazłam na półce takie cudo


nie oparłam się, bo kto może oprzeć się Casablance. Okazała się nadzwyczaj dobra jak na wytrawne wino (wolę półwytrawne), więc za oknem burza, leje, a u mnie radio gra i to może być początek całkiem miłej przyjaźni. 

Moja Danusia od dwóch lat ma raka, diagnoza nadeszła na początku pandemii. I nagle nie mogłam do niej wysyłać SMS, odpowiadało mi niedoręczone. Komunikowałyśmy się "przez ludzi", Inżynier kombinował z telefonem, książką kontaktów, cuda wianki. SMS od niej dochodziły, moje "niedoręczone".  Głupia i dziwna sytuacja, a ja taka głupia cipa. Jako że komórkę mam z czasów dinozaurów (znaczy się, numer mam, nie chodzi o aparat), w ogóle nie ogarniam działania wszystkiego, przepisów itede. Jedyne co zmieniłam, to abonament na kartę. Za czasów pierwszych komórek i Pierworodnego, płaciłam za abonament jak za zboże, bo telefon dawali "za darmo"... Płaciłam te pierwsze taryfy, przepłacałam, jak się internety włączyły. Potem już Inżynierowi kupiłam bodajże Samsunga za gotówkę, a i sama zmądrzałam i przeszłam na kartę. Teraz - ponieważ nie dzwonię, nigdy, no chyba że chłopcy coś załatwiają z mojej komórki, korzystam tylko sporadycznie z SMS, bo MSG i inne cuda mam wliczone w internety, a tych mi się nazbierało w sumie ponad 80 GB, co przydaje się, gdy (odpukać) pada domowy net. I tak nie wydaję na telefon więcej niż 100 zł na 1,5 roku, co w porównaniu z abonamentem na 150 zł (na miesiąc) sprzed lat jest bajeczne. No ale z Danusią nie mam kontaktu i mnie szlag. Pytam więc I., co zrobić, a ten, zamiast prosto powiedzieć: niech mama kupi starter, zaczyna, że mi kupi na Allegro, że pomoże, że sranie w banie. I tak odpowiadam na SMS Danki z telefonu Inżyniera, Dance nie wytłumaczę, że mnie zablokowała, bo to kobieta z typu gadających godzinami przez telefon, ale zupełnie nieimternetowa i to się tak kręci. Reklamuję w końcu przypadkiem w Orange, na czasie, przemiły konsultant, że rozwiążą sprawę. W 48 godzin. Mija tydzień (długi weekend majowy), dwa SMS, że przepraszają, pracują nad rozwiązaniem sprawy, proszą o cierpliwość... No cóż, długi weekend, czekam.

Przedwczoraj piszę do I., że chcę nanoSIM. A ten mi dziś, że... kupi mi w Żabce.

WTF? W Żabce? To takie coś mogę w Żabce kupić? (Pamiętam perypetie z moim ajfonikiem, gdy wróciłam z nim do PL i chciałam nanoSIM, to pół miasta musiałam oblecieć, bo tylko jedenm oddział miał takie karty.

Kurwa, jaka ja niedokształcona. Bo mnie to już wszystko rybka, ajfonik na osiem lat spokojnie starczył, drugi zakładam na drugie tyle (dziś w praniu okazało się, że stary już wielu rzeczy nie aktualizuje, ale jako podgląd wideowizjera sprawdza się idealnie)...

W kiosku Ruchu naprzeciw fryzjera kupuję starter za 5 zł. Pani oferuje, że zarejestruje mi numer, jak mam dowód (właśnie o zarejestrowanie się bałam, bo wiem, że nawet na kartę od dawna się rejestruje). Męczy się i dupa, bo... łącza nie działają. No cóż. Do chaupki wracam, I. na sól do śledzia tyra, więc biorę sprawy w swoje ręce. 

I winn :) Nie tylko wymieniłam kartę (a rączki mi chodziły, bo wiadomo, na trzeźwo, no i moje talenta techniczne), SMS zarejestrowałam nowy numer (dumna z siebie jak paw), SMS do Danusi wysłałam, odpowiedziała, więc git majonez.

No i co ja się tak rozpisuję.

Ano... Po południu dostaję SMS od Orange, że SMS nie dochodzi, bo wysyłam je z błędnym prefiksem, więc mam dodać + lub słać bez prefiksu.

Zaglądam do kontaktów, numer wpisany jak najbardziej prawidłowo, sprawdzam każdą cyferkę, z prefiksem, bez prefiksu wysyłam wiadomość i co? I chuj - niedostarczona.

Więc mogą mnie w pompkę. Odżałuję te parę groszy na doładowanie starego ajfonika. Wprawdzie nowy mam na dwie karty, ale I. ostrzegał, że czasem się biesią, więc postoję.

I tak, patrząc na moje problemy sprzed lat, dziś ważne jest, żeby móc być w kontakcie z kimś, kto jest nam bliski i zawsze był dla nas dobry. Bo Danusia była zawsze, choć stale mnie opierdalała, że ja taka gruba jestem, choć ograniczam żarcie, a ona je i je, i chudnie... Że to wstyd być takim grubym.

Cieszę się, że ogarnęłam temat karty nanoSIM.

To moje małe zwycięstwo, ale ważne.

A jutro do fryzjera. Brzmi jak plan, poza tym nie wysilam się, nie po to walczyłam o wolne do 9 maja, by wykazywać nadmierną aktywność ;) 


środa, 4 maja 2022

Matury

 Kochany Pamiętniczku.

I tak się na Fejsie wywnętrzam, a dziewczyna, z którą pracowałam w Auschwitz pyta mnie, czy pamiętam tematy z mojej matury. Ni w ząb nie pamiętam, ale i Inżynierowa, zdająca w 2006 nie pamięta. Napomykam, że poszukam pamiętnika, może tam zapisałam?

I to jest Twój poprzednik, Kochany Pamiętniczku...


Dwa zeszyty 60-kartkowe, w poniemieckiej skórzanej okładce


... zapisane szczelnie hieroglifami, nie wiem, czy dam radę wszystko odcyfrować...

Poszukałam matury i oprócz notatek z rozlicznych ubawów (tak to zwaliśmy wtedy) i moich wzdychań do K., mojej ówczesnej wielkiej miłości (i choć sama się do tego już nie przyznaję, chyba jedynej), ale jak wiadomo, każda miłość jest pierwsza, więc nie znaczy to, że Eks też nie był moją miłością, o maturze kilka suchych zdań, żadnych tematów czy przeżyć, a jedynym moim zmartwieniem był komers.

O studiach zaś i o egzaminach króciutka, reporterska wzmianka: dostałam się na studia.

Serio, byłam aż taka głupia mając te osiemnaście lat?

Więc tak, chciałabym znów mieć serce i ciało tamtej dziewczyny, ale rozum niech zostanie ten, co mam.

Jednak jestem teraz szczęśliwszą kobietą, niż wtedy, a motylki w brzuchu wciąż mam, gdy widzę jaki piękny jest świat i gdy Alienek podsuwa plecki do podrapania i mruczy, by go we włoski całować, a niedotykalska Kalafiorkówna, zazdroszcząc bratu też się podkłada.

Tak, to są inne motyle, ale wcale nie gorsze. 

A przy lampce wina, gdy zamykam oczy, wciąż czuję smak pocałunków, których już nie ma.

C'est la vie...

 

poniedziałek, 2 maja 2022

Kolejka

 w Biedronce, Kochany Pamiętniczku.

Mały ruch, ale czynna jedna kasa, więc kolejka. Młodzi z jednym artykułem w długiej kolejce do samoobsługowej, więc nie staję, mam wino, zablokuję w ten sposób obie kolejki.

Przede mną elegancki pan, w moim wieku, zadbany, co u moich rówieśników nie jest regułą.Wygląda inteligentnie (powiedziała ta, co bawi się w pozycjonowanie po 3. sezonie Mentalisty). Kasjerka kasuje, pan wyciąga kartę, wpisuje PIN i nic... Kasjerka prosi jeszcze raz, pan wpisuje PIN i nic... Ta mądra odzywa się i przepraszając, że się wtrąca, mówi panu, żeby kartę zbliżył najpierw do czytnika, bo ma zbliżeniową.

Zonk na twarzy i kasjerki, i pana.

Pan się tłumaczy, uśmiecham się i jeszcze raz przepraszając mówię, że nic takiego, zdarza się.

No nie, mnie się jeszcze nie zdarzyło, ale coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy to już są te początki. Niby nie, większą sklerozę ode mnie ma Inżynier, nie mówiąc już o Pierworodnym. Jeszcze nie zapisuję wszystkiego na karteczkach, ale mam co miesiąc rozpiskę, co jest do zapłacenia, bo w czasach kredy zdarzyło mi się zapomnieć RAZ zapłacić rachunek za prąd. Spokojniejsza jestem po odhaczeniu każdej pozycji miesięcznej na liście.

Nie pamiętam roku, w którym odchodziły moje Umarlaki.

Nie pamiętam daty odejścia mojego ojca w ogóle, wiem, że marzec, że po jego imieninach, datę imienin pamiętam.

Pamiętam daty urodzenia moich Umarlaków. Z latami.

Pamiętam dobre daty, złe zapominam. Czasami zapominam daty swoich ślubów, ale też nigdy ich specjalnie nie celebrowałam, Eks nie miał z tego powodu scen i kłopotów. Daty pierwszej randki nie pamiętam, ale wiem dokładnie, kiedy zrobiliśmy Pierworodnego, co do dnia. 13 września został poczęty, wg rozpiski, 13 listopada braliśmy ślub. Był lata całe przekonany, że jest wcześniakiem i nie dał sobie tego wyperswadować, widać traumą było dla niego to, że rodzice seksili. I to namiętnie, do ostatka, świadomi konsekwencji ;)  Inżyniera nie wiem, był planowany na zasadzie, że staramy się o drugie dziecko, liczyłam na rok, dwa roboty, a ten model tak ma, że na spodnie spojrzał i w ciąży był, więc nie wiem co do dnia. Nie szkodzi :)

Nie pamiętam dat jako takich, dat historycznych, rozwiązując quizy, jak są daty, daję plamę, a kiedyś miałam je wszystkie obkute na blachę, dziś mam w zasięgu ręki wujka Google'a, więc luzuję.

Nie pamiętam czasem, zwłaszcza gdy zasuwam ze śrubką okrętową numer pięć w dupie, jak się pisze naprawdę, czy na prawdę i sprawdzam rzecz tak oczywistą dla korektorki w słowniku. Czytając wypociny w internetach czasami zaczynam wątpić w swoją wiedzę.

Więc nie, nie jest jeszcze ze mną źle. Choć czuję wkurw maksymalny, gdy muszę wpisać hasło na innym urządzeniu niż moje, bo po prostu hasła nie pamiętam, w moich zabawkach mam wpisane, nie korzystam na co dzień, więc nie pamiętam. Dopóki chodziłam do pracy, pamiętałam hasło do FB i do poczty, bo je wpisywałam, na firmowym kompie nie miałam nic zanotowane. Teraz haseł nie pamiętam, bo zmieniałam je pierdyliard razy i sama się w tym gubię.

Ale dopóki potrafię je zmienić lub odzyskać to chyba nie jest źle?

Takie tam przemyślenie nad tym, jak wszystko jest kruche i ulotne, zwłaszcza ludzka pamięć.

I tak, boję się niepamięci - nie tej, że zostanę zapomniana, ale tej, że stracę możliwość funkcjonowania, nie ogarniając nowych technik.  

A jak los da, to jeszcze wiele przede mną, bo pierwszy komputer lądujący na Księżycu miał mniejszą pamięć niż moja stara empetrójka, którą ZNÓW używam, bo ludzie są w większości odnamordnikowani. Więc znów chodzę w stronę słońca, każda miłość jest pierwsza i zakochani są wśród nas, znajdę cię, niezmienioną tą samą, tylko dla mnie... :) 

I to jest optymistyczny akcent i niech tak zostanie...



niedziela, 1 maja 2022

Pierwszy maja

 Kochany Pamiętniczku, przeżywam zawsze jak mrówka okres.

W tym roku upłynął mi spokojnie, nosa z domu nie wysunęłam, ale...

Wbrew temu, jak wszyscy mówią, że system nas zniewalał, nie odnoszę takiego wrażenia. Dla mnie ten dzień był zawsze fajny i kolorowy. Jako dziecko występowałam na akademiach ku czci, do dziś na pamięć znam całe wiersze i piosenki. Dumna byłam, że ja, niedosłyszące dziecko jestem na równych prawach z innymi i recytuję:

to święto ojca górnika, ojca tokarza i cieśli, kiedyś na stokach barykad, walczył o dzień ten, o pieśni.

Po wielu latach dotarło do mnie, jak bardzo to jest zafałszowane wszystko, ale wtedy maje to były dla mnie jasne, zielone poranki, wyprawa do kiosku po gazety (moja pamięć tak ten dzień przechowuje, nie potwierdzę tego już), wojny z mamą o kolanówki - bo już jest maj. A później pochody, to już szkoła średnia i zabawy taneczne, zawsze w tym dniu. Za smarkacza do 19, tańce z dzieciakami na drewnianym parkiecie przed strzelnicą, gdzie przygrywała orkiestra wsiowa, tańce z ojcem, dla którego byłam wtedy księżniczką i który nauczył mnie walca i tanga. A potem zabawy z miłościami mojej młodości, powroty do domu nad ranem, kradzione pocałunki i uściski...

I tak się jakoś stało, że bez pachniał jak bez, i słowo pachnieć pachniało i łzy były pełne łez.

I tak, żal mi tamtych dni, tamtej atmosfery i tamtych chwil...



Tamtego maja miałam 5 miesięcy... A moja mama, wklejając te zdjęcia, zachwycona nie była, albowiem dla ojca to był fajny dzień na bycie w stanie wskazującym. Przez lata.

Z majów młodości zdjęć nie mam.

A potem życie toczyło się wartko i 


16 lat temu przekroczyłam 1 maja granicę, zaszokowana, na wycieczce do Berlina. W takiej fajnej superekipie, której nie ma już. Wycieczka była zorganizowana z myślą o Baranie (zainteresowany wie) i o Pierworodnym, który do Polski wówczas wjechać nie mógł. Nie stawili się w Berlinie jednak, a ja zaczęłam wtedy przygodę z Credit Agricole, w którym wzięłam pożyczkę na zawrotną wówczas sumę 1000 zł polskich, żeby móc z Inżynierem wyjechać. Wycieczkę poprowadziła znajoma para, jedna połówka mieszkała w DE, druga w PL, a cała historia to na powieść. W moim skromnym mieszkaniu w przeddzień nocowało kilkanaście osób, zupełnie sobie obcych, poznanych na czacie.

Zakończenie przygody z kredytem odnawialnym w CA to temat na kolejną telenowelę. Właśnie teraz, po 16 latach, gdy od dawna już nie korzystałam z tamtej karty, a płaciłam za nią co rok (to była ta karta, o której chłop nie wie, moje fantazje perfumowe, czasem rachunek u dentysty czy jakiś inny wydatek), po podwyżce stóp procentowych, po perypetiach z PIN-em i innych cudach, postanowiłam ją zlikwidować. Jeszcze w momencie namordników, ale trafiłam na miłą panią i za pleksi zdjęła namordnik i OK. Standardowo, zlikwidowane, ale wciąż mnie namawiała na to, na tamto... Konto i karta zlikwidowane, a ja wciąż na emilka dostaję wyciągi i zestawienia, co z tego, że zerowe? Zwlekałam z reklamacją, bo wszędzie zero i zero, aż tu w kwietniu stan konta -1,64. WTF? Najpierw chciałam pisać do banku, ale pożałowałam na znaczki, bo drogie. Więc w wolnej chwili tuptam do filii i okazuje się, że nadpłaciłam kiedyś 1,64 i nie mogą przez to zamknąć konta... Mówię więc, że podam numer mojego konta, ale nie... Dostałam 1,64 na rączkę i poszłam zaszaleć. Okazało się, że dupa blada i nawet na piwko w Biedronce nie starczy.

Ale dzięki temu przeżyłam Berlin i potem niekiedy karta, o której chłop nie wie, ratowała...

To była cudna wycieczka i mam piękne wspomnienia, choć wątpię, żeby udało mi się kiedyś do Berlina wrócić. Jeden dzień to za mało na odkrycie jego uroku, ale zachwyciłam się nim. Wygrałam zaś w azjatyckiej knajpie, gdzie wszyscy zamawiali cuda wianki, mając później obiekcje przed jedzeniem, a ja zamówiłam rybę i zażerałam się nią. Mam wdrukowane - jak nie wiem, co zamówić w knajpie, zamawiam rybę. Jeszcze się na tym nie przejechałam.

A 12 lat temu wylądowałam z Inżynierem w Dublinie, gdzie odwiedziliśmy moje Słonko i jej męża. Ze Słonkiem pracowałam kilka lat w Auschwitz i... Kolejna long story :) Obecnie Słonko jest na samym końcu Irlandii (a wciąż kocham ją jak Irlandię - i Słonko, i samą Zieloną Wyspę), zaproszenie mam otwarte, ale... Nie mam sumienia ciągnąć ich przez całą Irlandię do Dublina, żeby mnie z lotniska odebrali i potem odwozili, więc chyba zaproszenie pozostanie otwarte. Miałam tam jechać parę lat temu z Baranem, ale nie wyszło, pojechał sam z Postmanem, zdrajcy paskudni.


Tu Inżynier w Muzeum Guinnessa, przymierzał się do skoczenia do kadzi, ale były dobrze zabezpieczone...

A kolejne maje już takie zwykłe, jeszcze parę lat temu latałam do botanika po sadzonki, ale ostatnio jakoś mi przeszło, a sadzonki kupuję na Manhattanie lub na Bema.

I tylko od rana wciąż przesuwa mi się w oczach film z tamtych majów, które już nie wrócą i brzmią jak echo w głowie słowa wierszy i piosenek...

To minie, SJ, to minie, znów wrócą normalne dni i ucichnie tęsknota za młodością...

I teraz jest cudnie, chociaż życie ma inny smak.

Na jutro nie mam pomysłu, będzie, co ma być. 

Wciąż przede mną kilka dni tylko dla mnie :) 

Nawet jakbym miała siedzieć na dupie i tyć.

Tyż cudnie, co nie, Kochany Pamiętniczku?

 


sobota, 30 kwietnia 2022

Jak co roku

 w Chałupach, Kochany Pamiętniczku...

Każda wyprawa z I. to jak dar od losu.

Tym razem dodatkowo testowaliśmy naprawę samochodu (a jakże, u autoryzowanego dealera, albowiem nieautoryzowani utykali na błędzie w komputerze, kto ma nową technikę w aucie, ten wie). Z tego powodu raz wróciliśmy na naczepie, nie dojechaliśmy na pogrzeb, ale miało być wszystko OK. No nie było, bo - oddajemy cześć - przed tradycyjnym miejscem zapaliła się kontrolka, co olaliśmy, bo już wszystko było jasne.

Stracha miałam, bo to pierwszy dzień długiego weekendu, ale poza paroma "specami", wyprzedzającymi na podwójnej ciągłej i kilkoma dawcami narządów, którzy spieszyli się do spełnienia misji no i kilkoma kawalkadami barabuł (dla nieznających się na rzeczy - stada motocyklistów, wskakiwałabym na siodełka, ale nie chcieli się zatrzymać), pędzących równie chętnie na stół operacyjny (a na drodze do K. co i rusz w rowie krzyż z kaskiem na wierzchu), ale na całe moje szczęście, dziecko me rozsądnym kierowcą jest i nie szaleje.

Cztery godziny przegadane, papy nam się nie zamykały, tematów nie brakowało. To są te darowane chwile, kiedy nie ma na stanie Łobuzów, aczkolwiek przekochanych, ale czasem dojrzewa w I. myśl o włożeniu ich do okna życia, na co ja ripostuję, że będę tam czyhała, brała je z miejsca i jak już go tęsknota przypili, to ewentualnie zgodzę się na widzenie pod nadzorem...

Takie tam matki z synem rozmowy.

Dzięki nieocenionej E. do sprzątania wiele nie było, chociaż ze wszystkiego zapomniałam wody zabrać, ale starczyły chusteczki nawilżane, jeden ze zniczy rozsypał mi się w rękach, dobrze, że nie poraniłam się szkłem i miałam je czym sprzątnąć, a ustaliliśmy, że te "wieczne" znicze są przereklamowane i przedrożone, generują więcej elektrośmieci niż zwykłe, też nieekologiczne.


I tak Umarlaki dostały zjebkę za niepilnowanie młodych i poszło szybko. W okolicy tyle nowych pomników, że prawie zabłądziłam. Jako że za rok mija 20 lat od śmierci mojego brata (już? kurwa, kiedy?), będziemy dzwonić i ogarniać całą kuwetę.

Ja zakładam, że do parapetówki na włościach dożyję, a potem będę mogła lec spokojnie, na co dziecię me uspokoiło mnie, że odchodząca ekipa od razu dołek wykopie, żeby nie było kłopotu z pozbywaniem się zwłok po imprezie.

Dogadujemy się zatem idealnie.

Bociany po drodze stadami latały, ale na sugestię, że może jakiś Łobuz do kompletu, oberwałam w łeb.

I tak rozkoszując się kwitnącymi po drodze magnoliami (a kwitły, zwłaszcza w J. jak potłuczone), rzepakami, traktorami trenującymi na wypadek W, stadami glap w bruzdach i innymi cudami wiankami, wpadliśmy do Piccolo, bo takie było zamówienie obiadkowe (nie mogłam przeboleć nieodwiedzenia Atutu), gdzie zanabyłam obiad w ramach "bo mogę" i zamiast spaghetti, które śmierdzi mi moczem zawsze, sobie kupiłam lasagne ze szpinakiem i... Piccolo mam też na fyrtlu, więc jak mnie leń ogarnie, to będę tam latać, bo dwa obiady za 17 zł to nieźle... :) Nie dałam rady wciągnąć jednej porcji.

A potem było szaleństwo z Łobuzami, Alienek od drzwi witał mnie z bukietem (znaczy się zaatakował mnie z rysunkiem badyli), a Kalafiorkówna rączo ruszyła do mojej torebki, łypiąc spod oka i pytając: masz tam coś dla mnie?

Na wiadomość, że łapówki są w siatce, którą dostała do rąk własnych mama, kaszląca jak umierający na suchoty Waryński w Szlisselbursgu przerzuciła się na matkę, a ta z terrorystami nie negocjuje, więc wszyscy siedli do obiadu :)

A w siateczce oprócz łapówki dla matki (wysokość ustalił I.) w postaci chardonnaya (chcę, mogę, wiem, jak wkurwiało mnie, gdy teściowa niszczyła moje plany, zabierając męża na swoje widzimisię, moja synowa, mało, że chora, została z chorymi Łobuzami, więc - doceniam), dla Łobuzów (rzodkiewki od Pana od Pomidorków żarła nie tylko Kalafiorkówna, będąca ich fanką, ale i Alienek, na którego żadne zachęty typu zjedz, bo zdrowe nie działają) było i dla I.


Posłałam mu fotkę, myślał, że to jakieś wino jest. A to jest... piwo. I smakowało mu, więc :)

Zanim wyszłam, zostałam jeszcze oprócz mizianka, siedzenia na podłodze w charakterze jeża na podłodze i innych pieszczotek obdarowana fotkami Łobuzów, tym razem solo, nie w duecie, w duecie przedszkolny fotograf ma przesrane, jak go dorwą na stare lata, to biada mu i... świecznikiem, wykonanym własnoręcznie przez Alienka, łatwopalnym, który schował, miał nikomu nie dać, ale kopnął mnie ten zaszczyt i świecznik mam, bo ja lubię światełka i nauczyłam Łobuzów, jak się gasi płomienie w świeczuszkach...


Pod kontrolą, of course, świecznik, na razie niezapalony między dwoma kalendarzami na pracowym office home biurku...

Pierworodny w międzyczasie dosłał zdjęcie P. na fyrtlu na rowerku. Odpisałam, poinformowałam, że wracam z K.
Są w wiosce, więc wystarczyło zapytać, czy wlecę na kawę, ewentualnie na herbatkę, co nie? Nawet szklanka wody byłaby OK :)

Bo mam w planie długi weekend nicnierobienia, jestem zmęczona i na pewno nie będę gotowała dla czterech osób. A i nie mam zapasów soków, wód mineralnych i innych opcji "to lubię, tego nie lubię". Ostatnio, w ramach oszczędzania, przyjęłam strategię Kalafiorkówny, warzywkożercy, że nawet włoszczyznę się zżera, a nie wyrzuca, więc z ciężkim sercem, zamiast gotować pyry, zażeram się włoszczyzną :) Nie, żebym włoszczyzny nie lubiła, ale ile warzyw można zeżreć? Zwłaszcza marchewki...

Ale na spacer mogłabym iść i kawę później wypić. Mogłaby być herbatka. Tylko dlaczego ja mam to organizować?

Też nie sprzątam kątów na wysoki połysk, zakładając, że nikt nie będzie sprawdzał mojej perfekcji w sprzątaniu chałupy. Bo ja mam wyrąbane na sprzątanie innych i nawet jak coś mi nie pasuje,  myślę: wrócisz na swoje śmieci, gdzie będzie jak chcesz i lubisz. I mam na resztę wyjebane.

Inżynierostwo informowało, że chce doleczyć Alienka, siedzącego na antybiotyku. W środę idą (razem, o ile Inżynierowej suchoty przejdą) na randkę ze Smerfem Marudą, który wleciał po latach nieobecności do PL. Łobuzy wpadną wtedy w szpony dziadka i to jest OK, ostatnio jak rodzice poleźli w długą, to ja męczyłam się  z bandą.

Można wszystko ogarnąć? Można.Wystarczy nie kłamać i nie przeginać.

Zapytać i nie kłamać.

I tak minął mi pierwszy dzień długiego weekendu.

Cieszyłam się każdą jego chwilą.

I tym, że do piątki wróciła pani A. też.

Gdy mi ciebie zabraknie...

Mam nadzieję, że dziś już żadne pozamieniane groby nie będą mi się śniły.

 

 

 



piątek, 29 kwietnia 2022

Niespodzianki

 nie było, Kochany Pamiętniczku. Pensja znów goła jak święty turecki. A ja najzwyczajniej w świecie mam dość upominania się przez kilka miesięcy, jakbym żebrała.

Więc nie, sorry Winnetou, T. nie zrobię kolejnej książki.

Pierdolę, są jednak rzeczy ważniejsze niż robienie dobrze wszystkim. Jak moje życie osobiste, gorsze, lepsze, ale moje. Innego nie będzie.

Więc chcę mieć czas, żeby lecieć na Manhattan i wrócić z 


tak, już konwalie dorwałam w tym roku :) Jak pachniało. Młodością. Szczęściem. Marzeniem.

Bez wywieszonego ozora, bo rozregulowałam się na maksa i nie ma opcji zrywania się o 6. A Boss ma dziwny zwyczaj kontrolowania, czy jestem już na posterunku, mimo że nadgodzin mam więcej niż włosów na głowie.

Więc nie, sorry Winnetou.

Ogarnęłam dodatek już po godzinach, ale wyraźnie napisałam i uzgodniłam z nim, że w związku z tym wrócę do pracy dopiero 9 maja.

Sekretarka dziś pisze, że mam urlop na 2 maja wypisać, bo jest rozporządzenie i wszyscy wypisują, kiedyś bym wypisała. Teraz mam wyjebane, nie ma mnie, umarłam.

Loggię mam już w miarę ogarniętą, pozostały do wyniesienia śmieci, sama nie udźwignę. Miała być akcja sprzątamy u mamy, ale I. już dość wykorzystuję, więc na razie odpuszczę. 

Nie musi wszystkiego dźwigać na swoich barkach.

A, warzywka podniosły mi uposażenie o 200 zł netto, zrozumiałam, że dostanę już w tym miesiącu, ale nie. Zobaczymy za miesiąc.

Nie, żeby mnie te stówy w jakiś sposób ratowały, ale powinnam wreszcie mieć zapłacone uczciwie za swoją pracę.

Ciężką.

To też mnie zniechęca do wszystkiego, żeby nie ta nieszczęsna budowa, nie wiem, co bym zrobiła, bo naprawdę mam, kurwa, dość.

I tak mimo




 że nawet te jebane srajdy, żrące na trawniku jak rasowe świnie przy korycie nie budzą już we mnie takich emocji (w międzyczasie jedna wleciała mi, chuj wie jak, za siatkę do loggii i tylko dlatego, że sąsiad łaskawie ją złapał nie zeszłam z tego świata).

Staram się nie nakręcać, a nawet nie mam z kim o tym porozmawiać, że realizuje się scenariusz z Ostatniego brzegu - zmory mojej młodości.

Myślałam, że już nigdy nie będę takich lęków przeżywać, rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze i się bać tak potwornie.

Nie, nie śmierci, cierpienia.

Umierania.

Dlatego cieszę się każdym darowanym dniem i staram się nie nakręcać zapowiedziami, że jebnie 9 maja. Jak jebnie, to po nas, bo pod bokiem są Krzesiny i wspominam słowa majora P., który w czasie przysposobienia wojskowego, gdy wszystkie inne grupy w pocie czoła pisały plan dla Poznania na wypadek ataku nuklearnego, usadowił się wygodnie na katedrze i rzekł:  nie czarujmy się, jak jebnie, nie będzie co zbierać i szkoda waszego młodego życia na takie rzeczy, więc podyktuję... I podyktował, nasz grupa miała idealne wyniki, co nie zmienia faktu, że w razie W, jak jebnie, to trzeba się modlić (do kogo?) o szybką śmierć. 

Z Baranem się wyjaśniło, u niego też dużo zmian. 

 Włości ruszyły, ale do końca daleko, a kasa topnieje w oczach...

Tylko rachunki rosną. Byłam tam, ale to nie na moje nerwy chodzenie po niezabezpieczonych schodach i krawędziach, na starość jeszcze bardziej mi to dokucza, w perspektywa zlecenia i połamania to już mogiła.

I błogosławię moment, gdy podpisałam umowę z Enea, że stała cena na 3 lata. Klęłam po podpisaniu, ale teraz się cieszę, w tym miesiącu zapłaciłam za prąd o 30 zł mniej niż dwa miesiące temu.

Ja, oglądająca każdą złotówkę zanim wydam, to jednak po tych wszystkich latach coś nie tak.

I jednego nie umiem sobie odmówić - badyli.

Mam mieszane uczucia, rezygnując z nich, ale pomna na zasadę: nie pisz credo na parkanie, spuszczę na to zasłonę milczenia.

A jutro jadę do Umarlaków, od paru dni śnią mi się non stop, w kretyńskich konfiguracjach, że grobu mamy (osobnego, a leży z ojcem i bratem moim) znaleźć nie mogę, inne takie fantazje, a I., dziecko me ukochane, przysyła mi dziś rankiem fotkę w T-shircie z napisem We're all gonna die. Die to wiem, ale składnia angielska, więc pytam.

A słodkości moje odpisuje: wszyscy umrzemy.

Tyż prowda...

O drugim moim dziecku nie wypowiadam się, albowiem spotkaliśmy się WSZYSCY na urodzinach Alienka (po terminie, bo jak nie urok to sraczka przedszkolna). Synowa jakby nie było tych dwóch lat milczenia, wszystko ładnie i pięknie, tylko po chuja kłamstwo na każdym zakręcie?

Nie mam za co przepraszać. A już na pewno nie będę przepraszała za to, że jeszcze żyję i ośmielam się mieć swoje zdanie.

Żeby to tylko tak cholernie nie bolało.

Ale takie jest życie - kogoś musi.

Od wielkanocnej imprezy się wykręciłam, rozumiem, że I. musi, ale ja nie. Jest mi dobrze we własnym sosie i będę o to walczyła przy okazji kolejnych świąt.

O ile 9 maja nie jebnie.

Od wojny Warta nie ubezpiecza. 

Więc wszystko i tak pisane palcem na wodzie.

Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale...