dziś 95. urodziny Kochany Pamiętniczku.
Mój ojciec. Tato.
Sama już czasami nie wiem, czy nadal we mnie jest ta złość.
Za moje ciężkie dzieciństwo, bo ciężkie było, jak każdego dziecka pijaka.
A jednocześnie wciąż tkwi mi w pamięci, jak moja - jeszcze nie przyrodnia siostra, w sumie ani jej matka nas, ani mój ojciec jej nie adoptowali, więc formalnie nie jesteśmy siostrami - z zazdrością mówiła do mnie: bo wy macie taką fajną rodzinę, zawsze w niedzielę chodzicie razem. Fakt, chodziliśmy, i do kościoła, i do babci co niedzielę na drugi koniec wsi.
Takie zdjęcia
Czerwiec 1958 - zrobiłam zdjęcie z albumu telefonem, mój skaner nie łapie kart albumu tak, jakbym chciała, a klej jest tak mocny, że nie mogę odkleić... Pokolorowałam w myheritage, ale na płatne się już nie zapisuję, niby wszystko za friko w necie, a płacić trzeba :) Tak, wyglądamy idealnie...A tu mam 6,5 roku, zakończenie mojego przedszkola, moja wyjściowa sukienka - do dziś widzę jej kolor - seledyn, szyta na zamówienie, gotowych rzeczy wtedy nie było na wsi, jedwab, prezent na imieniny (urodzin nikt nie obchodził wtedy) od żony właściciela restauracji, który na moim dziadku, ojcu i jego braciach nieźle się dorobił, a najbardziej na moim ojcu, który po śmierci mamy wynosił już rzeczy z domu, a trochę cennych było (gość się znał), w tym nieodżałowany zegarek - a, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Więc tak, sama nie wiem, ojciec, czy tatuś?
Fakt, zaakceptował moje i brata kalectwo, nie wstydził się nas i razem z mamą walczył o nasze normalne życie. W dobie, gdy nikt nie słyszał o niepełnosprawności, gdy każdy kaleka był debilem, walczył o nas.
Chwalił się mną, ale też miał czym - byłam wzorową uczennicą, no i podobno ładna byłam.
Kiedyś na przystanku, miałam już wtedy 17 lat, czekamy na autobus (mama już wtedy nie żyła), zaczepia go gość (bo obejmował mnie ramieniem) i mówi: co ja widzę, Kaziu, coraz młodsze się wkoło ciebie kręcą... Na to ojciec oburzony: ale to moja córka jest :)
A kręciły się wokół niego laski aż się kurzyło, to wiem z podpisów pod zdjęciami jego flam, które mama złośliwie powklejała do ich albumu.
Z niedopowiedzeń.
Z niedomówień, z dedykacji, z urywanych słówek.
Że bardzo o mamę walczył, ale...
Ona była kimś, nauczycielką. Na wsi to była persona.
Była 7 lat od niego starsza.
Z maturą, w latach 50. to było coś.
A on, cóż...
Z zawodówką, fryzjer.
Po ślubie pchała go w górę, a jakże.
Zaczął pracę w spółdzielczości pracy, a że dobry był, to i doszedł do góry - na kierownika.
I tu zonk - zabrakło matury, a wtedy patrzyli w papiery.
Miał zacząć naukę we wrześniu.
We wrześniu mama zmarła i... nie podjął nauki, bo nie miał go kto w dupę kopać.
I tak pociągnął dwa lata, potem się ożenił, a żona wybiła mu z głowy wszystko, bo...
Musiała wstawać o 4, żeby mu zrobić śniadanie, no bo Miecia robiła.
A ona mu śniadanie zostawiała w lodówce.
I już był zgrzyt, i już nie tak.
I załatwiła mu posadę listonosza na wsi.
Tak się zaczęła równia pochyła, bo pieniędzy miał pełne kieszenie, trzeźwy nigdy nie wracał, skończyło się źle.
Ale o tym dowiedziałam się z listów od koleżanek, nie od niej, nie od niego, nie od mojej "siostry".
Cóż - listonosz na wsi, roznoszący pieniądze rolnikom, za mleko, za coś tam jeszcze, w każdej zagrodzie częstowany setką, a ojciec alkoholikiem był.
Jak mogło się to skończyć?
Po kolejnej scysji z moim bratem, gdy go zdrowo potłukł, założyłam sprawę o przymusowe leczenie (tak, wtedy była taka opcja).
Sprawę wygrałam, ale jego żona zeznawała na komisji, że ona nigdy męża pijanego nie widziała.
Gdyby nie moja daleka kuzynka z K., pracująca w służbie zdrowia, nie wiedziałby, kto mu założył sprawę.
A na dokładkę, wyrzucona z domu (że nie będzie mnie na studiach utrzymywał), załatwiłam sobie moją część renty po mamie do rąk własnych, ogarnęłam na uczelni stypendium socjalne (naukowe już miałam), bo przedtem nie miałam ani akademika, ani socjalu, bo ojciec za dużo zarabiał.
I tak stałam się na wsi wyklętą, która własnego ojca na leczenie dała, a przecież on święty jest i na dokładkę go okradła z pieniędzy. Poszła się lompić do Poznania, bo mało było jej lompienia się na wsi.
I tak się lompiłam aż do ostatniego roku studiów, kiedy to z wielkim hukiem ojciec przyjechał na absolutorium i już się nie lompiłam, tylko byłam hohoho, pani magister.
A potem wyszłam za mąż. I już nie wnikałam za bardzo, co się tam dzieje, bo i tak dosyłałam kasę (koleżanka pisała: po co głupia mu kasę ślesz, znów pije), dbałam o brata i już się nie lompiłam.
Brat też mnie olał, zamiast na egzamin, poszedł na piwo, wylądował w odlewni i do końca życia miał do mnie pretensję, że mi się wszystko udało, a jemu nie, że ja to fajnie miałam.
Ano, bo się lompiłam, a jakże.
Gdy urodził się Pierworodny, dostałam list od ojca, że jest w szpitalu, ale trzeba za niego płacić, bo on nie ma ubezpieczenia (a młody był, za młody na emeryturę).
I tu poratował mnie szwagier, który miał firmę - zatrudnił ojca - nie do pracy, ale miał ubezpieczenie, a szwagier kasę.
Z rodziny teściowej ktoś potrzebował pracownika do szklarni, ściągnęli ojca, gość dał mu pokój przy szklarni, pensję, a ubezpieczał dalej szwagier. Wszystkim się to opłacało, a ja mogłam spokojnie spać.
Pensję miał wyjechaną w Kosmos. Ale stołował się w każdy weekend u mnie, opowiadając w rodzinie, że daje mi 1000 zł na jedzenie. Ja tego tysiąca na oczy nie widziałam, ale wszyscy mówili, jak to ja mam dobrze, że aż tyle ojciec mi daje. Zarabiał wtedy 20 tysięcy :)
Nie mówię: dziadkiem był idealnym. Moja teściowa broniła się przed zajęciem się wnukami jak diabeł przed święconą wodą. Nawet gdy miała się nimi zająć tylko dlatego, że coś dla niem miałam zrobić. W innym przypadku nawet nie myślałam o tym, by dać ich do niej. A on z anielską cierpliwością zajmował się nimi, a gdy wracałam, gderał: no i po co wracasz, jak są sami ze mną, to nie płaczą, o, kupkę zrobił, paróweczkę zjadł, a na twój widok od razu ryczą...
Zawał miał.
Żółtaczkę po nim sam sobie wszczepił, bo... bawił się strzykawką, która piguła po zrobieniu zastrzyku wrzuciła do szuflady szafki przy łóżku (sic!).
Drugiego zawału nie przeżył, choć mawiał, że zawał to kawał, chodził dalej z jakąś flamą (nie miał rozwodu, nie znałam jej), popijał. Okradli go i prawdopodobnie dostał zawału z nerwów, a dotarli do mnie tylko po karcie tramwajowej, na której był adres zakładu pracy - czyli mojego szwagra...
Tak to w telegraficznym skrócie przeleciało, nie mówiąc już o tym, że mama wysyłała mnie do knajpy po niego, na stację zaraz po jego wypłacie, bo byłam, kurwa, córeczką tatusia.
Którą prał po mordzie na zabawie, na którą dał mi pozwolenie, na którą poszłam z chłopakiem, którego znał i akceptował, ale dostałam po mordzie, bo tańczyłam z kolegą chłopaka, a nie z chłopakiem, no i nie chciałam iść do domu, a byłam mu potrzebna, bo się z drugą żoną pokłócił i nie miał mu kto kolacji zrobić i prania...
Która umierała ze wstydu, wlokąc go pijanego przez całą wieś.
Dziś wiem, że to nie był mój wstyd, a jego, ale kto to wytłumaczył nastolatce wówczas?
Że nie jest odpowiedzialna za niego, tylko za siebie.
Że ma prawo być szczęśliwa.
Było, minęło, wiem.
Ale wciąż we mnie tkwi jak drzazga.
Jak w każdym DDA.
A mogło być tak pięknie, bo i głupi nie był, no i ładny też był (to tak jakoś w moich dzieciach i wnukach wypłynęło, bo urody im odmówić nie można - nie mają jej po mnie, ale dobrze, że rozum w większości po mnie mają).
Bo
hmm... nawet dzisiaj miałby branie...
A nie mogę dziś zdjęć dodać, coś się kiełbasi...
doszło z kompa, nie wiem, czy będzie, jak kompa zamknę.
To tato (w środku) w lutym 1948 we Wrocławiu. Był u swoich braci z wizytą (tak się domyślam, pewno jakiś prezent na osiemnastkę). Nawet dziś mogliby iść ulicami Wrocka...Był najmłodszy z nich. Wszyscy się zapili na amen, żona tego z lewej też za kołnierz nie wylewała, a żona tego z prawej była piękna jak hollywoodzka aktorka :)
Wujek Józef (ten z lewej) trochę mi trąci rodziną Addamasów... A Edward? Nie musiałby się wstydzić, stojąc koło Clarka Gable'a, co nie?
Nie mam kontaktu z rodziną żadnego z nich, z tego co wiem, to nawet ich dzieci już nie żyją, nawet nie wiem, czy mieli wnuki, bo zmarli tak młodo...
Mogłabym szukać, ale po co?
Jeden z braci ojca był pułkownikiem i też był okropnym człowiekiem, swoje córki naprawdę gnoił.
Kolejny brat zmarł młodo, mieszkał w Wałbrzychu. Mam jego zdjęcie w trumnie, nie mogę na nie patrzeć, wygląda tam, jakby mój ojciec w trumnie leżał.
O reszcie braci nie mam pojęcia.
Dwie siostry już nie żyją - z tą gałęzią mam zakręcony kontakt, ale w sumie - po tylu latach nieutrzymywania żadnych kontaktów to są już dla mnie całkiem obcy ludzie.
Moje dzieci z "mojej" rodziny mają więc już tylko mnie.
I tak mi się rozpisało tego 13 lutego dzięki pewnemu przystojniakowi, urodzonemu w Czarnym Sadzie 95 lat temu.
Mam po nim zacięte usta i coraz rzadsze włosy, które lubię, bo są fajne, jak są krótkie. Wstaję, myję ten na wpół łysy łeb, zaczesuję tak, jak Ty, Tato i jestem gotowa do wyjścia.
Tak, zawsze mówiłeś do moich absztyfikantów z dumą, że zaoszczędzą majątek na fryzjerze :)
To prawda.
Chociaż czasami wkurza mnie, że wciąż mam taką samą fryzurę, bo nie ma opcji innej, a długich włosów nie lubię...
Wciąż Cię po swojemu i kocham, i nienawidzę.
A już bardzo nienawidzę, gdy śnisz mi się pijany.
Może dziś nie będzie tak.
Nie, nie pojechałam do Ciebie, bo jak - u mnie i u podwózki dzień pracujący.
Śnieg pada.
Świeczuszka się dopala, w Spotify lecą Twoje ulubione piosenki, między innymi Most na rzece Kwai, o którym dopiero niedawno dzięki Spotify dowiedziałam się, że to jest Most na rzece Kwai, bo Ty śpiewałeś:
Halo! Słoneczko świeci nam,
Halo! Dziewczyno pójdziesz w tan
Johnny! Twój druh dozgonny
I wina pełny już czeka cię dzban...
I Que sera, sera... I Kaczuszka i mak...
I te, które tańczyliśmy razem, kiedy jeszcze tak nie piłeś.
Tak mało było dobrych dni.
I dlatego wciąż we mnie jest żal.
Przykro mi.























