czwartek, 13 lutego 2025

Miałby

 dziś 95. urodziny Kochany Pamiętniczku.

Mój ojciec. Tato.


 Sama już czasami nie wiem, czy nadal we mnie jest ta złość.

Za moje ciężkie dzieciństwo, bo ciężkie było, jak każdego dziecka pijaka.

A jednocześnie wciąż tkwi mi w pamięci, jak moja - jeszcze nie przyrodnia siostra, w sumie ani jej matka nas, ani mój ojciec jej nie adoptowali, więc formalnie nie jesteśmy siostrami - z zazdrością mówiła do mnie: bo wy macie taką fajną rodzinę, zawsze w niedzielę chodzicie razem. Fakt, chodziliśmy, i do kościoła, i do babci co niedzielę na drugi koniec wsi.  

Takie zdjęcia

Czerwiec 1958 - zrobiłam zdjęcie z albumu telefonem, mój skaner nie łapie kart albumu tak, jakbym chciała, a klej jest tak mocny, że nie mogę odkleić... Pokolorowałam w myheritage, ale na płatne się już nie zapisuję, niby wszystko za friko w necie, a płacić trzeba :) Tak, wyglądamy idealnie...


I w niedzielę u babci, przed chałupką, w której mieszkała, za nami wózek z moim bratem. Idealnie, co nie?

 A tu mam 6,5 roku, zakończenie mojego przedszkola, moja wyjściowa sukienka - do dziś widzę jej kolor - seledyn, szyta na zamówienie, gotowych rzeczy wtedy nie było na wsi, jedwab, prezent na imieniny (urodzin nikt nie obchodził wtedy) od żony właściciela restauracji, który na moim dziadku, ojcu i jego braciach nieźle się dorobił, a najbardziej na moim ojcu, który po śmierci mamy wynosił już rzeczy z domu, a trochę cennych było (gość się znał), w tym nieodżałowany zegarek - a, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Więc tak, sama nie wiem, ojciec, czy tatuś?

Fakt, zaakceptował moje i brata kalectwo, nie wstydził się nas i razem z mamą walczył o nasze normalne życie. W dobie, gdy nikt nie słyszał o niepełnosprawności, gdy każdy kaleka był debilem, walczył o nas.

Chwalił się mną, ale też miał czym - byłam wzorową uczennicą, no i podobno ładna byłam.

Kiedyś na przystanku, miałam już wtedy 17 lat, czekamy na autobus (mama już wtedy nie żyła), zaczepia go gość (bo obejmował mnie ramieniem) i mówi: co ja widzę, Kaziu, coraz młodsze się wkoło ciebie kręcą... Na to ojciec oburzony: ale to moja córka jest :)

A kręciły się wokół niego laski aż się kurzyło, to wiem z podpisów pod zdjęciami jego flam, które mama złośliwie powklejała do ich albumu. 

Z niedopowiedzeń.

Z niedomówień, z dedykacji, z urywanych słówek.

Że bardzo o mamę walczył, ale...

Ona była kimś, nauczycielką. Na wsi to była persona.

Była 7 lat od niego starsza.

Z maturą, w latach 50. to było coś.

A on, cóż... 

Z zawodówką, fryzjer.

Po ślubie pchała go w górę, a jakże.

Zaczął pracę w spółdzielczości pracy, a że dobry był, to i  doszedł do góry - na kierownika.

I tu zonk - zabrakło matury, a wtedy patrzyli w papiery.

Miał zacząć naukę we wrześniu.

We wrześniu mama zmarła i... nie podjął nauki, bo nie miał go kto w dupę kopać.

I tak pociągnął dwa lata, potem się ożenił, a żona wybiła mu z głowy wszystko, bo...

Musiała wstawać o 4, żeby mu zrobić śniadanie, no bo Miecia robiła.

A ona mu śniadanie zostawiała w lodówce.

I już był zgrzyt, i już nie tak.

I załatwiła mu posadę listonosza na wsi.

Tak się zaczęła równia pochyła, bo pieniędzy miał pełne kieszenie, trzeźwy nigdy nie wracał, skończyło się źle.

Ale o tym dowiedziałam się z listów od koleżanek, nie od niej, nie od niego, nie od mojej "siostry".

Cóż - listonosz na wsi, roznoszący pieniądze rolnikom, za mleko, za coś tam jeszcze, w każdej zagrodzie częstowany setką, a ojciec alkoholikiem był.

Jak mogło się to skończyć?

Po kolejnej scysji z moim bratem, gdy go zdrowo potłukł, założyłam sprawę o przymusowe leczenie (tak, wtedy była taka opcja).
Sprawę wygrałam, ale jego żona zeznawała na komisji, że ona nigdy męża pijanego nie widziała.

Gdyby nie moja daleka kuzynka z K., pracująca w służbie zdrowia, nie wiedziałby, kto mu założył sprawę.

A na dokładkę, wyrzucona z domu (że nie będzie mnie na studiach utrzymywał), załatwiłam sobie moją część renty po mamie do rąk własnych, ogarnęłam na uczelni stypendium socjalne (naukowe już miałam), bo przedtem nie miałam ani akademika, ani socjalu, bo ojciec za dużo zarabiał.

I tak stałam się na wsi wyklętą, która własnego ojca na leczenie dała, a przecież on święty jest i na dokładkę go okradła z pieniędzy. Poszła się lompić do Poznania, bo mało było jej lompienia się na wsi.

I tak się lompiłam aż do ostatniego roku studiów, kiedy to z wielkim hukiem ojciec przyjechał na absolutorium i już się nie lompiłam, tylko byłam hohoho, pani magister.

A potem wyszłam za mąż. I już nie wnikałam za bardzo, co się tam dzieje, bo i tak dosyłałam kasę (koleżanka pisała: po co głupia mu kasę ślesz, znów pije), dbałam o brata i już się nie lompiłam.

Brat też mnie olał, zamiast na egzamin, poszedł na piwo, wylądował w odlewni i do końca życia miał do mnie pretensję, że mi się wszystko udało, a jemu nie, że ja to fajnie miałam.

Ano, bo się lompiłam, a jakże.

Gdy urodził się Pierworodny, dostałam list od ojca, że jest w szpitalu, ale trzeba za niego płacić, bo on nie ma ubezpieczenia (a młody był, za młody na emeryturę).

I tu poratował mnie szwagier, który miał firmę - zatrudnił ojca - nie do pracy, ale miał ubezpieczenie, a szwagier kasę.

Z rodziny teściowej ktoś potrzebował pracownika do  szklarni, ściągnęli ojca, gość dał mu pokój przy szklarni, pensję, a ubezpieczał dalej szwagier. Wszystkim się to opłacało, a ja mogłam spokojnie spać.

Pensję miał wyjechaną w Kosmos. Ale stołował się w każdy weekend u mnie, opowiadając w rodzinie, że daje  mi 1000 zł na jedzenie. Ja tego tysiąca na oczy nie widziałam, ale wszyscy mówili, jak to ja mam dobrze, że aż tyle ojciec mi daje. Zarabiał wtedy 20 tysięcy :) 

Nie mówię: dziadkiem był idealnym. Moja teściowa broniła się przed zajęciem się wnukami jak diabeł przed święconą wodą. Nawet gdy miała się nimi zająć tylko dlatego, że coś dla niem miałam zrobić. W innym przypadku nawet nie myślałam o tym, by dać ich do niej. A on z anielską cierpliwością zajmował się nimi, a gdy wracałam, gderał: no i po co wracasz, jak są sami ze mną, to nie płaczą, o, kupkę zrobił, paróweczkę zjadł, a na twój widok od razu ryczą...

Zawał miał.

Żółtaczkę po nim sam sobie wszczepił, bo... bawił się strzykawką, która piguła po zrobieniu zastrzyku wrzuciła do szuflady szafki przy łóżku (sic!).

Drugiego zawału nie przeżył, choć mawiał, że zawał to kawał, chodził dalej z jakąś flamą (nie miał rozwodu, nie znałam jej), popijał. Okradli go i prawdopodobnie dostał zawału z nerwów, a dotarli do mnie tylko po karcie tramwajowej, na której był adres zakładu pracy - czyli mojego szwagra...

Tak to w telegraficznym skrócie przeleciało, nie mówiąc już o tym, że mama wysyłała mnie do knajpy po niego, na stację zaraz po jego wypłacie, bo byłam, kurwa, córeczką tatusia.

Którą prał po mordzie na zabawie, na którą dał mi pozwolenie, na którą poszłam z chłopakiem, którego znał i akceptował, ale dostałam po mordzie, bo tańczyłam z kolegą chłopaka, a nie z  chłopakiem, no i nie chciałam iść do domu, a byłam mu potrzebna, bo się z drugą żoną pokłócił i nie miał mu kto kolacji zrobić i prania...

Która umierała ze wstydu, wlokąc go pijanego przez całą wieś.

Dziś wiem, że to nie był mój wstyd, a jego, ale kto to wytłumaczył nastolatce wówczas?

Że nie jest odpowiedzialna za niego, tylko za siebie.

Że ma prawo być szczęśliwa.

Było, minęło, wiem.

Ale wciąż we mnie tkwi jak drzazga.

Jak w każdym DDA.

A mogło być tak pięknie, bo i głupi nie był, no i ładny też był (to tak jakoś w moich dzieciach i wnukach wypłynęło, bo urody im odmówić nie można - nie mają jej po mnie, ale dobrze, że rozum w większości po mnie mają). 

Bo


 hmm... nawet dzisiaj miałby branie...

A nie mogę dziś zdjęć dodać, coś się kiełbasi...

 

doszło z kompa, nie wiem, czy będzie, jak kompa zamknę.

To tato (w środku) w lutym 1948 we Wrocławiu. Był u swoich braci z wizytą (tak się domyślam, pewno jakiś prezent na osiemnastkę). Nawet dziś mogliby iść ulicami Wrocka...Był najmłodszy z nich. Wszyscy się zapili na amen, żona tego z lewej też za kołnierz nie wylewała, a żona tego z prawej była piękna jak hollywoodzka aktorka :) 

Wujek Józef (ten z lewej) trochę mi trąci rodziną Addamasów... A Edward? Nie musiałby się wstydzić, stojąc koło Clarka Gable'a, co nie?

Nie mam kontaktu z rodziną żadnego z nich, z tego co wiem, to nawet ich dzieci już nie żyją, nawet nie wiem, czy mieli wnuki, bo zmarli tak młodo...

Mogłabym szukać, ale po co?

Jeden z braci ojca był pułkownikiem i też był okropnym człowiekiem, swoje córki naprawdę gnoił.

Kolejny brat zmarł młodo, mieszkał w Wałbrzychu. Mam jego zdjęcie w trumnie, nie mogę na nie patrzeć, wygląda tam, jakby mój ojciec w trumnie leżał.

O reszcie braci nie mam pojęcia.

Dwie siostry już nie żyją - z tą gałęzią mam zakręcony kontakt, ale w sumie - po tylu latach nieutrzymywania żadnych kontaktów to są już dla mnie całkiem obcy ludzie.

Moje dzieci z "mojej" rodziny mają więc już tylko mnie.

I tak mi się rozpisało tego 13 lutego dzięki pewnemu przystojniakowi, urodzonemu w Czarnym Sadzie 95 lat temu.

Mam po nim zacięte usta i coraz rzadsze włosy, które lubię, bo są fajne, jak są krótkie. Wstaję, myję ten na wpół łysy łeb, zaczesuję tak, jak Ty, Tato i jestem gotowa do wyjścia.

Tak, zawsze mówiłeś do moich absztyfikantów z dumą, że zaoszczędzą majątek na fryzjerze :) 

To prawda.

Chociaż czasami wkurza mnie, że wciąż mam taką samą fryzurę, bo nie ma opcji innej, a długich włosów nie lubię...

Wciąż Cię po swojemu i kocham, i nienawidzę.

A już bardzo nienawidzę, gdy śnisz mi się pijany.

Może dziś nie będzie tak. 

Nie, nie pojechałam do Ciebie, bo jak - u mnie i u podwózki dzień pracujący.

Śnieg pada.

Świeczuszka się dopala, w Spotify lecą Twoje ulubione piosenki, między innymi Most na rzece Kwai, o którym dopiero niedawno dzięki Spotify dowiedziałam się, że to jest Most na rzece Kwai, bo Ty śpiewałeś:

Halo! Słoneczko świeci nam,
Halo! Dziewczyno pójdziesz w tan
Johnny! Twój druh dozgonny
I wina pełny już czeka cię dzban...

I Que sera, sera... I Kaczuszka i mak...

I te, które tańczyliśmy razem, kiedy jeszcze tak nie piłeś.

Tak mało było dobrych dni.

I dlatego wciąż we mnie jest żal.

Przykro mi. 

 

 

niedziela, 9 lutego 2025

Niedziela

 łatwa i przyjemna  nie była, Kochany Pamiętniczku.
Pojechali pod (do) Warszawy po tego kundla (nie mów kundel, bo to niemiłe), no i tak moje nerwowanie zbiegło się z nerwowaniem Pantery, której córka ma jeszcze gorzej, bo jedzie sama 600 km w jedną stronę z dwojgiem maleńtasów.

Mnie ochrzan już spotkał od Inżyniera, że droga prosta jak w pysk dał, że autostrada i inne sranie w banie. 
Jak dla mnie, bo dla mnie najbezpieczniejsze jest latanie samolotem. Jak spadniesz to na amen i raczej nie ma wielu opcji.

A tu, nieważne, czy autostrada, czy droga do K. (nawiasem mówiąc, coraz wygodniejsza i lepsza), mam uraz do jazdy samochodem. Od zawsze. Eks kiepskim kierowcą był, w zasadzie nie powinien jeździć. Odziedziczył to po nim Pierworodny (choć są tacy, co mówią, że dobrze prowadzi), któremu dwa razy zapłaciłam z prawo jazdy w PL (pół mojej pensji), egzaminu nie zdał, w UK zdawał już za własną kasę, ale też nie zdał - a samochód miał - a, long story, szkoda palców na pisanie, kiedyś już o tym pisałam. 

Ma uprawnienia na wózek widłowy, może i nie jest złym kierowcą, ale... Jego zdolność do dekoncentracji jest porażająca, więc co ranek dziękuję niebiosom, że nie ma prawa jazdy i popyla zbiorkomem. Jego żona, nadęta, a jakże, sama nigdy nie myślała o robieniu prawa, więc w sumie w dupie to mam. Pytał, czy mu pożyczę na kurs, ale nie, włączyła mi się asertywność. Niech sobie odłoży, co mnie do tego?

Ja nie zrobiłam prawa, bo mnie Eks wywiózł za miasto, pod samą Mosinę, wsadził za kierownicę i kazał jechać, a jak ruszyłam, wrzeszczał: jak, k..., jedziesz? Wysiadłam, wzięłam dziecko i na piechotę wróciłam do domu. Tak. Twarda jestem, dziecko niosłam na rękach :) Teściowa nie miała czasu, by zaopiekować się wnukiem, kiedy chciałam zrobić prawko, no i jojczeli, że ze względu na mój słuch musiałabym mieć żółte półkole przy tablicy rejestracyjnej. Jakby to był jakiś grzech. Nie policzę stłuczek, które miał Eks, kasy, jaką utopiliśmy w maluchu i najszczęśliwszym dniem był dla mnie ten, gdy go sprzedaliśmy. A miał go, "bo coś mu się od życia należy". Mnie się nie należało, ale kto by się tam tym przejmował, co nie?

Pierworodnego też wsadził za kierownicę, jak chłopię miało niespełna 10 lat i kazał mu jechać. U matki, za warsztatem, nad rowem. Zostawił włączony wsteczny i kazał dziecku jechać, nic mu nie tłumacząc, bo cała jego rodzina miała "samochód we krwi" :) No i P. pojechał, wylądował w rowie - maluch na dachu. Akurat obiad gotowałam, gdy Inżynier (in spe wówczas) wleciał do kuchni, wrzeszcząc, że maluch jest na dachu w rowie. Ponieważ znany był z kawałów i rozrabiania, nikt tego nie wziął na serio, ale ponieważ nie zmieniał zeznań, teściowa poleciała na miejsce wypadku... Malucha wyciągnięto traktorem od sąsiada, trochę lakier miał obtarty, ale nikomu nic się nie stało. Kto był winny, zdaniem rodziny? Oczywiście Pierworodny, bo nie umiał prowadzić :) 

Inżynierowi zapłaciłam raz za prawo jazdy - też coś koło połowy pensji. Nie poszedł na egzamin, bo miał ważniejsze rzeczy na głowie (nie wnikam). Uznałam temat (i portfel za zamknięty)... Wyjechał do UK. Sam zapłacił za prawo jazdy, złotówki nie dołożyłam, no i za swoją kasę już znalazł czas na egzamin, zdał za pierwszym podejściem.

A dla mnie ideałem kierowcy był przez długi czas Baran, nawet dzieci się buntowały, że z nim to jeżdżę i nie jojczę, że jakby oni tak jeździli jak on, to zamordowałabym ich :) 

Inżynier zdetronizował Barana, bo to moje dziecko :) Bałam się, że będzie jeździł jak wariat, wspominając gry, w które grali, ale o dziwo, nie. Jest bardzo rozsądnym kierowcą, chociaż klnie siarczyście. Nie szarżuje.

A traum mi zafundował, że ojapierdolę.

Jak wiadomo (patrz wyżej) prawko robił w UK i tamże jeździł.

Gdy przenosili się do PL, na samym początku pandemii, Inżynierowa  z Łobuzami była już w PL u ojca. On miał sprzedać samochód i przylecieć samolotem. Coś się pokićkało, nie dostał się na samolot, załapał się na ostatni prom i... przejechał pół Europy w ruchu prawostronnym, w angielskim samochodzie... Dobrze, że kasę miał, zanocował bodaj w Belgii, nie pamiętam już. Ale gdy dotarł do Świecka, akurat zamknięto przejście i skierowano go do Kołbaskowa. Meldował się, a jakże, a ja wraz z Inżynierową, śledzącą go na apce (nie chciałam apki, bo nie spałabym wcale) przeżywałyśmy jak mrówki okres. Dojechał do mnie na kwarantannę...

I tak popyla tym angielskim dziwadłem do dziś.

Nie chce go wymieniać, ogarnia i swój, i żony (już z kierownicą z dobrej strony).

Raporty zdawali dziś, fotki dostałam, Łobuzy się od razu zakumplowały z  kundlem...  

Kundel zaś z gatunku tych, które mordę sobie na ścianie rozbiły :) 


Na moje nieśmiałe, że mnie do samochodu nie biorą, bezczelnie mi dziecko odpisało, że jak będę dwa kilo ważyła, to zabiorą :) 

W domu Edek z Fabryki Kredek próbował się zaprzyjaźnić z Kundlem, zaś Księżniczka popatrzyła na niego z politowaniem i poszła na górę na swoją miejscówkę. 

Ja na razie jestem jak Szwajcaria, nie jestem fanką sierści, jak mnie nie będzie zaczepiał i nie będzie mi nosa na talerz i do kroku pchać (tak mam z kundlami większej postury, nie wiem, co je do mojej dupy i talerza ciągnie), to możemy nawet zostać kumplami, bo przyjaciółmi to raczej wątpię.

 (Wątpię też mamy - stary żydowski kawał.)
Z polecenia Klarki, jednej z bloggerek zaczęłam oglądać  

 


 co pomogło mi przetrwać ten dzień, no i zaśmiewałam się jak rzadko kiedy :) Chociaż nie jestem fanką takich filmów, ale ten mnie wciągnął. Absurdy są porażające i odrywają od szarości życia :) 

A juterko znów do orki na ugorze, silna, zwarta, gotowa.

Za dwa tygodnie na wycug prawie na cały tydzień, no i wizyta w szpitalu. Sama widzę, że moje oczy szwankują, ale mam nadzieję, że jeszcze nie czas. No i zawsze mogę powiedzieć nie, nikt mnie siłą na salę operacyjną nie zaciągnie przecież (tak się pocieszam) :) Mogę sobie spokojnie ślepnąć, kto bogatemu zabroni, co nie?

Spotify nadaje same przeboje do tańczenia, a ponieważ nie ruszyłam dupska dziś dalej niż do kuchni i do kibelka, choć słońce świeciło (ale: zimno, jak mnie jest zimno, to jest zimno), więc sobie pląsam co kawałek i...

Tak, tego mi żal, że nie udało mi się więcej w życiu potańczyć.

Tańczyć nauczył mnie ojciec - na zabawach ludowych, był świetnym tancerzem. Dzięki niemu tańczę i tango, i walca, i bostona, poloneza, wiele innych klasyków, twist i kazaczok to już moja młodość, no i to wyginanie przy szarpidrutach. Mimo słuchu mam poczucie rytmu.  Młodość przetańczyłam - na wiejskich potańcówkach z moimi kolejnymi miłościami (miałam szczęście do świetnie tańczących i chłopaków, i przyjaciół - niezapomniany Marek H., ciekawa jestem, jak się potoczyło jego życie), na potańcówki jeździłam nawet kosztem snu i czasu już ze studiów. I do dziś pamiętam dreszcz, gdy w ramionach mej największej miłości tańczyłam Acropolis adieu i Goodbye my love..., umierając z rozkoszy. I Z., zakochany we mnie bez pamięci, ja - może nie tyle zakochana, co - do pewnego momentu - szczęśliwa, że aż tak mu na mnie zależy, co minęło mi jak ręką odjął, gdy zlekceważył moje studia, że łaskawie godzi się na tę fanaberię, bo mnie kocha, ale jego żona nie będzie pracowała, bo będzie siedziała jak ta laleczka na telewizorze - te laleczki w takich gąbkowych spódniczkach, siedzące na odbiornikach - ktoś je jeszcze pamięta? - i kupujący mieszkanie dla nas, beze mnie... - ale tańczył tak, że miałam orgazm w jego ramionach. 

Będę musiała częściej puszczać tę składankę, potańczyć, tylko muszę znaleźć skarpetki antypoślizgowe, bo nie chcę się wywalić, w moim wieku to jednak ryzyko jest.

Ale zamykam oczy i znów jestem młoda, znów tańczę i...

Moi chłopcy nie umieją tańczyć, absolutnie. To pokolenie beztańcowe. 

Nie wiem, jak im się to udało.

Nawet taniec pary młodej był delikatnie mówiąc w obu przypadkach - lepiej zamilknę.

Na dokładkę Pierworodny wybrał, a jakże, Windą do nieba. Zapytali mnie, podsunęłam im Portera - Surround me with my love :)  Wprawdzie Inżynier twierdzi, że to bardzo smutna piosenka, ale jak dla mnie nie - to piosenka, która niesie nadzieję. I fajnie się do niej tańczy, zwłaszcza jak ktoś nie umie tańczyć :) 

Eks nie umiał, wszystkie tańce z nim (a niewiele ich było) to dwa na jeden, nieważne, co leciało.

Kilka miesięcy przed ślubem dziewczyna, z którą mieszkałam, wywlokła mnie na potańc na Golęcin - do szkoły podoficerskiej, bo tam uczył się jej chłopak. Poszłam w charakterze przyzwoitki i tak, jak tam (ostatni raz w życiu) nie wytańczyłam się już nigdy. Na jedenastocentymetrowych obcasach (w tych butach szłam potem do ślubu, były z teksasu, z wyhaftowanymi kwiatkami, pasowały mi do sukienki, byłam za biedna na kupowanie nowych butów do ślubu), podchorążowie byli świeżo po kursie tańca (z tej okazji była potańcówka), dziewcząt nie było tam na lekarstwo, więc... Wracałam do domu na boso, noc była ciepła :) 

A następnego dnia horror. Bo mieszkałam i ja, i Eks na Winiarach. Wsiadamy do bimby, do dziewiątki, do dziś pamiętam, do pierwszego wagonu, na samym końcu. A w drugim wagonie moi tancerze z wieczora, machający do mnie i śmiejący się, choć z żadnym nie chciałam się umówić i uczciwie mówiłam, że mam chłopaka :) 

Udało mi się wyciągnąć Eksa na następnym przystanku i...

Nie, nie zdradzałam go, po prostu żyłam. Tym, czego on nie lubił i nie ogarniał...

Ale to było moje ostatnie tańcowe szaleństwo.

Już po ślubie, gdy mieszkaliśmy razem z teściową w jednej kamienicy - ona w piwnicy, my na strychu, najmłodszy z jej synów organizował czasem five'y. 

Miał kolumny - ten dźwięk umarłego by z grobu wyrwał.

A gdy tańczyłam, zawsze szwagier latał do mnie co kilka minut i pytał: słyszysz, jak grają...

No, widać, kurwa, że nigdy nie był na wiejskiej zabawie :) 

Ani na podmiejskiej (bo to zabawa jest podmiejska i można znaleźć się na deskach, kiedy trafi się źle) :)

 A tak mi się dzisiaj zebrało na wspominki...

Pojechała mi bajka poza góry, doliny i nic jakoś mi nie żal, choć powinno być żal...

Idę młody, genialny, niosę but w butonierce, stawiam kroki milowe, zamaszyste jak świat.

Tak mi mojo, tak dobrze, aż rechoce się serce...

 

 Znaków przestankowych nie pamiętam, być może ich tam nie było, ale Brunon (nie Bruno) Jasieński wciąż jest mój :)  


I tak, by nam się serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy. A tu pospolitość skrzeczy...

 No dobra, włączam


i trochę zatonę...

W tamtych ramionach :) Kto bogatemu zabroni?

 

sobota, 8 lutego 2025

Zagapiłam się

 Kochany Pamiętniczku, a tu już luty na tapecie.

Wpadłam od początku w stan pracowy, niby wolnym walcem, ale jednak rozwlekło się na cały dzień, zamiast na 4 godziny dziennie, ale cóż.

Pieniądz marny, ale jest.

We wtorek tylko urwałam się do USC, bo dostałam - cywilizowanie, a jakże, tak jak sobie życzyłam, dokładnie po tygodniu (w poniedziałek) emilka, że akty strzeliste są do odebrania na Libelta. Ale że musiałabym lecieć na złamanie karku, bo przyszedł emilek po południu, to postanowiła udać się we wtorek, odsiedziawszy regulaminowo do 13 :)

Ci, którzy wiedzieli, że jadę, trzymali za mnie kciuki. Bo wiadomo jak jest w urzędach. W tym większym szoku byłam, bo stała kolejka w poczekalni jak na przystanku tramwajowym w godzinach szczytu, a ja po swoje akty strzeliste weszłam... po minucie czekania :) Kolejka stała w sprawach dowodów osobistych :)  Mnie to też czeka, ale chyba w biurowcu naprzeciwko mojej chałupy mogę dowód załatwić, jeszcze nie dojrzałam. tak jak nie dojrzałam do wypełnienia papierzysk do ZUS.

PIT z ZUS już dostałam, we wtorek, jak jechałam do USC, więc wyciągając pismo ze szpary unijnej w szoku byłam, bo myślałam, że w ciągu tygodnia przeliczyli mi emeryturkę. Ale nie, okazało się, że mam 4 (słownie cztery) złote niedopłaty podatku (jak, kurwa, liczyli) i ściągną mi to z lutowej emerytury. Nie wiem, czy ściągnęli, nie chce mi się liczyć, pewno drugi raz mi to poleci, jak będę rozliczała całość podatków.

W środę błagalnego emilka wysłałam do pracy, bo o ile maszynki pracowały, to pyry już nie.

Ale w piątek okazało się, że pyry zamknęły się śpiewająco o 16.45 (no ja powinnam pracować do 13), ale maszynki zamiast w piątek zamkną się... no w poniedziałek. Wprawdzie do 11, czyli jeszcze w godzinach mojej pracy, ale chciałam sobie zrobić dwa dni wolnego za nadgodziny, bo i tak pracy nie będzie. Urlopu zaś nie będę brała, bo niby z jakiej pary? Opierdoliłam maszynki, a one, że będą musiały się ratować AI jak ich porzucę. Sayonara :) Z poprzednim naczelnym miałam umowę, że wpadam i dostaję całość, ale teraz wykorzystują to, że jestem w domu no i jest jak jest.

Ale kasa, panie dzieju, kasa...

Ale też przystopowałam z dobroczynnością i pomaganiem.

Bo wkurwiła mnie sytuacja z kundlem. Jadą po niego jutro do Warszawy, wydaje kilka tysięcy, bo musi być rasowy. Tak samo drugi - też kupił, zamiast wziąć ze schroniska, wprawdzie bez rodowodu, ale wydał kasę, której nie ma. Trudno, jak mają na fantazję, to będą musieli mieć na wszystko inne. Nie dokładam więcej. A będzie na tapecie kolejny aparat ortodontyczny, płacą jak za zboże za inne rzeczy - dokładałam, ale teraz w dupie mam. Najwyższa pora pomyśleć o sobie, nie mogę do usranej śmierci pracować, żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej :) 

Nie mówię, że nie poratuję jak coś, ale koniec z rozpieszczaniem.

I nawet się tego nie wstydzę. Bo jeśli tak naprawdę sama nie zadbam o siebie, to kto?

Ale to tak nawiasem.

Bo pracowy tydzień w badylkowej atmosferze słodko płynął, aczkolwiek boligłówki w tym roku słabo pachną smrodem. Mogę z nimi spać, nic mi nie jest :)


 

Odpuściłam latanie po zakupy, mam dość zapasów, a nie chce mi się rano wstawać (ciemno, zimno).

Więc tylko w piątek ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam dzień gospodarczy, a dziś poszłam na spokojne zakupy, bez lecenia z wywieszonym ozorem. 

Było zimno (jak mi jest zimno, to jest zimno), ale słoneczko ładnie grzało, choć wicher huczał i tak sobie lewa prawa szłam, a wtem...


 Nie, nie podniosłam. Nie uszanowałam, bo gdzie miałam latać z tą flagą? To flaga z czasów powstania wielkopolskiego, a używają jej "patrioci". Nie wywieszę, bo mam osiatkowany balkon, nie wieszam żadnej flagi (przeszkadza mi to), ale nie mam jak. No wiem, można we mnie rzucać kamieniem.

Zakupy poczyniłam, wracam do chaupki, a pod murkiem lezy para skarpetek, widać, że brudna, ale zwinięta jak moja po praniu. I tak sobie dumam, czy to już efekt nowych (posranych, nie da się ukryć) przepisów. Bo od 1 stycznia nie wolno wyrzucać szmat i tekstyliów do zmieszanych, tylko trzeba je odwozić do PSZOK. No ja do PSZOK mam pół godziny spacerkiem, ale pytam, kurwa: gdzie mam gromadzić stare gacie? Bo trudno, żebym z jedną parą gaci latała do PSZOK. Mamy na osiedlu (ale nie na wszystkich są) kontenery na odzież, ale... Nie lubię tam wrzucać nic, bo często gęsto rzeczy z nich są wywalane na ziemię przez ludzi, którzy szukają tam czegoś dla siebie (przodują w tym Cyganki), w błocie walają się całkiem dobre rzeczy. No i w życiu nie przyszłoby mi do głowy wyrzucać tam gatków, na dokładkę zszarganych przecież. 

No i perełka, znalazłam w internetach:

Cytat: W PSZOK teraz nastąpił podział na odzież i tekstylia, ale nie przyjmujemy rzeczy zabrudzonych smarem czy olejem. Te nadal trafiają do śmieci zmieszanych.

No to kupujemy olej albo inny smar, polewamy gatki i po problemie. Nie trzeba z nimi latać do PSZOK.

Na serio o tym myślę, albowiem jest odpowiedzialność zbiorowa za wyrzucanie źle posegregowanych śmieci - podwyżka opłat. A jak na osiedlu znaleźć kogoś, kto nie segreguje, a nie segregują, to tajemnica poliszynela. Zresztą kiedyś sam pan wywożący śmieci, gdy szłam z bio, zatrzymał mnie i kazał je wrzucić na pakę, a na moje, że to bio, wzruszył ramionami i powiedział: rzucaj pani :)  A ja, głupia cipa, ponieważ nie lubię sobie rak brudzić, to zamiast zbierać bio w zwykłych zrywkach i wysypywać do bio, kupuję w Action woreczki bio...

I tak wygląda ten jebany Zielony Ład, obciążający zwykłych obywateli.

Bo za mojej młodości butelki były zwrotne, metale skupowano, tudzież makulaturę, szmat nikt nie wyrzucał, bo nie było mopów i innych ściereczek z mikrofibry. Dobra reglamentowane można było kupić za talony z makulatury, mieliśmy (znaczy się moja familia) ich od cholery, bo teściowa kupowała je od śmieciarzy - i tym pięknym sposobem telewizor kolorowy ostatni w sklepie kupiliśmy, bo oprócz gotówki trzeba było mieć talony.

Plastiki się po polach nie walały ani butelki, siatki trzeba było mieć swoje...

To był dopiero Zielony Ład, bez żadnych nakazów i ukazów.

A do dziś pamiętam hasło: butelka w lesie to pożar...

Tak, nie chciałabym wrócić do tamtych biednych i szarych czasów - żal mi z nich tylko młodości i siły - ale żyliśmy porządniej i ekologiczniej, aczkolwiek mój ojciec obsypywał pyry DDT, żeby zabić amerykańską stonkę, którą już wtedy wredni Amerykanie, chociaż Trumpa jeszcze nie było, zrzucali na nas, by nasze pyry zniszczyć, a i psa przeciw pchłom też sypał DDT :)  

Tyle w temacie ekologii.

Polityki nie tykam, bo mi się popcorn skończył.

A z milszych rzeczy


 

Alienek wystrzelił mi nie wiadomo kiedy. I z Minecrafta (jeszcze na nocowance był cały minecraftowy, kurtka, czapka, piżamka, wszystko, trajkotał o tym jak nakręcony,a  ja tego nie ogarniam absolutnie) przerzucił się na Marvela - nawet jego matka mówi, że nie nadąża za nim, bo obczaił już wszystkie komiksy i książki w domu z tej serii, a jego rodzice są fanami (ja nie, nie czuję czaczy do Marvela - Spider-Mana oglądnęłam, reszta mnie nudzi, to nie są moje klimaty).  Tak patrzę na tę fotkę i myślę, kiedy mi tak urosło to moje Alieniątko, jeszcze przed chwilą krojące nożem konika na biegunach i mnie osobiście? 

Na bal idzie, Kalafiorkówna też, ale nie mogę jej fotki wrzucić, bo nie jest incoguto. Jest Stitchem. Wszystko jest stitchowe, wierna jest :) 

A na koniec - zrobiło mi to dzisiejszy dzień.

Wchodzę do małego pokoju i widzę, że zaniedbałam badylki - nowa anginka spragniona. A i skrzydłokwiat ma żółte listki (słońce ładnie świeciło). Więc lecę po nożyczki i konewkę, a tu zonk... To nie skrzydłokwiat marniał, ale ukrył się za nim 


 

 tu już przekręcony i wdzięczący się :) 

Jestem niebetlejemskogwiazdowa, niestorczykowa i niefiołkowoalpejska. Te badyle nie mają u mnie racji bytu. Poinsecje padają w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie, fiołki zdychają prawie równie szybko, a storczyki wegetują, albo padają...

A tego dostałam dwa lata temu od Inżyniera na Dzień Matki. Tak se w kącie siedział, a tu nagle...

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

Mnie dziś zaparło ze wzruszenia...

I nie, nie chcę ani pamiętać, ani myśleć, że dzieje się źle.

Dość tych nieprzespanych nocy i tego, że nazywam się milion i za miliony kocham i cierpię katusze.

Jestem paskudna, ale i tak siebie lubię :) 

Bo mogę i już :)  


UPDATE

Połaziłam sobie po starych blogach dziś, na które od dawna nie zaglądam. No cóż, taki urok blogosfery - jedne zniknęły, inne się skomercjalizowały -  są na garnuszkach.

A ja piszę sobie a muzom, nie interesuje mnie zarabianie na mojej grafomanii, pewno bym na sól do śledzia nie zarobiła.

Ale będę pisała, bo to mój Pamiętniczek i go kocham :) 

Nawet sobie a muzom będę pisała, bo zastępuje mi kozetkę za grubą kasę.

Wspominając zaś Zimno, od którego zaczynałam czytanie blogów, myślę, że i blogowanie umrze, jak czaty. A w moim sercu do dziś ciepłe miejsce mają ludzie z pokoju Łódź na czacie Onetu i ludzie gejowskiego czatu na tymże portalu. Z obu się przekuło na real, z gejowskiego są ludzie do końca życia i jeden dzień dłużej.

Takie tam - refleksja :) 

 

czwartek, 30 stycznia 2025

Mam

 taki głupi nawyk, Kochany Pamiętniczku, że oglądam rolki. 

Dzień był piękny, więc kijki wzięłam i poszłam, ale daleko nie zaszłam, bo wylądowałam u fryzjera i znów wyglądam jak człowiek. 

Od fryzjera (55 zł z napiwkiem już, ale wzięła mnie z marszu, a u fryzjera są teraz zapisy prawie jak na NFZ do kardiologa) wlazłam do AGD, bo chciałam w sumie jechać do IKEA po takie nadstawki na półki do szafy, ale... okazało się na stronie, że mają jeden egzemplarz, więc zanim bym dojechała, to ktoś mógł  go kupić, więc spasowałam i polazłam z kijkami, zahaczając o AGD. Nie mieli nic w ten deseń, ale wreszcie dostałam osączarkę do naczyń, która pasuje do mojego zlewu (jestem leniem, nie mierzę zlewu i mam kolekcję osączarek kupionych na oko, które nie pasują, albowiem jak wiadomo na oko dziad w szpitalu umarł). Umówiłam się z panią, że jak nie będzie pasowała, odniosę, bylebym jej nie rozpakowywała z folii. Bo o ile taką za 15 zł z plastiku mogę odżałować, że wyrzucę, to ta, porządna kosztowała już 55 zł. Pasowała, bez tej podkładki do zatrzymywania wody, ale że wisi nad zlewem, to podkładka mi nie jest potrzebna. Odetchnęłam z ulgą, że nie musiałam już lecieć do sklepu, bo słonko zaszło i zaczęło piździć. 

Rolki mam swoje ulubione, ale czasem oglądam byle co.

Inżynier na nocowance mówił, że jego żona uczy się do egzaminu na prawo jazdy. Prawo jazdy ma, ale brytyjskie, nie wiem dlaczego, ale ma ważne jakoś krótko i musi wymienić na polskie i na dokładkę zdawać egzamin. Jak wiadomo, to nic przyjemnego. Dziewczyna jeździła w UK chyba trzy lata, teraz w PL jakiś rok jak nie dłużej. Jeździ OK, wzięła parę lekcji, żeby się przestawić z ruchu lewostronnego na prawostronny i oprócz tego, że klnie jak szewc to jako kierowcy nic jej nie brakuje :)

I tak wczoraj trafiłam na rolkę, gdzie gość mówił o wymianie praw jazdy, europejskich na polskie.

Zaczęłam słuchać i na mój chłopski rozum Inżynierowa nie musi zdawać egzaminu ponownie, wg tego, co gość mówił.

Posyłam rolkę I., a ten na mnie z pyskiem, że ludzie na rolkach gadają pierdoły, że to, co gość gada nie zgadza się ani z informacjami ze strony rządowej ani z innymi, które sprawdzali.

No to przeprosiłam za kłopot, że musiał rolki odsłuchać.

I poszłam sobie puzzle poukładać.

A tu wyskakuje mi wiadomość od dziecka, że jednak coś jest na rzeczy, że szperał, rozzłoszczony, że strona rządowa wprowadza w błąd, że będzie kopał dalej, a żona podzwoni jutro po urzędach.

A dzisiaj pogoda była znów wiosenna i śliczna, a że zapowiadają armagedon, tom poszła na zakupy, bo co się będę w jakimś błocku tułać.  

Wracam, obiadek pichcę już na zapas, a dziecko pisze, że żona podzwoniła i dziękuje, bo chociaż odsyłali ją od Annasza do Kajfasza w urzędowie, okazało się, że nie musi zdawać egzaminu, wystarczy, że wymieni prawko na polskie...

Czekałam, ale nie doczekałam się bezpośredniego podziękowania, ale cóż...

Nie będę się fochała, znając otoczenie i kontekst.

Grzeczność jednak nie jest nauką łatwą ani małą...



wtorek, 28 stycznia 2025

W ZUS

 dziś byłam, Kochany Pamiętniczku.

Gość przede mną załatwiał w biurze podawczym swoją sprawę przez 45 minut, kolejka stała aż na ulicy.

Oddałam wniosek o przeliczenie emerytury, ale tak jak myślałam - dała mi zły druk - najpierw muszę mieć wyliczoną rentę rodzinną - więc latanie od nowa.

Akt ślubu muszę mieć (wiadomo, trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka z prababcią, żeby coś załatwić).

Poprosiłam więc Inżyniera (nie lubię szukać w telefonie), dał namiary, choć niby wiedziałam, że na Libelta, pojechałam od razu, słoneczko świeciło, muzyczka grała. Niby mogę to załatwić online wszystko, przez profil zaufany, ale pani w ZUS powiedziała, że mam przynieść akt ślubu. Więc nie jestem do końca pewna, czy uznają też elektroniczny, więc wolę do pierdzistołków mieć papiurek. A że nie chce mi się przewalać całej chaty (może gdzieś ten akt mam, a może nie mam, bo do niczego mi nie był potrzebny), pojechałam na Libelta. Podanie trzeba złożyć. Com się nawypełniała papiurków, to moje :) Moje dysgrafia oszalała. A i z rozpędu zażyczyłam sobie aktu zgonu, bo nie wiem, czy mam, czy w PZU zabrali, znów przewalanie papierzysk.

Okazało się, że ten jeden odpis to za friko, nic nie muszę płacić. Ma być za jakiś tydzień, jakbym chciała z wysyłką do domu to... za miesiąc.

Czarna rozpacz w czerwoną kratkę.

A jeszcze czeka mnie wyrabianie dowodu i paszportu, bo mi się w tym roku kończą. Ale najpierw muszę dojrzeć do zrobienia fotki na list gończy :)  

Dobrze, że nie muszę za nie już płacić.

Czyli nowa rozrywka przede mną, bo do ZUS jeszcze pokolęduję, ale najważniejsze - przeliczenie już ogarnięte.

Ostatnim rzutem na taśmę wlazłam jeszcze na pocztę i wysłałam list do AR. Dobrze, że chcą listownie, bo remontują tam tory tramwajowe i musiałabym jechać okrężnie autobusami. 

A list za potwierdzeniem odbiory - nie ufam PP, kosztował mnie 11 zł i 40 groszy :) 

I tak mi fajnie dzień minął.

Trochę świata zobaczyłam :)

A na Disneyu Paradise - cót, mjut i ożeszki laskowe :P 


niedziela, 26 stycznia 2025

Błogosławiona

 niech będzie głucha cisza, Kochany Pamiętniczku...

Ledwo się zjawili, a już moje małe mieszkanko zaczęło być za małe (jak myśmy kiedyś mieszkali tu w czwórkę?), a ja, uduszona od całusków i przytulasków, rozpaczliwie starając się ogarnąć, co oba Łobuzy próbują mi powiedzieć naraz i jednocześnie sprawiedliwie obdzielić podziękowaniami i całuskami, bo po raz kolejny stałam  się właścicielką cudów


wytworów rąk własnych, pracowitych, a co w środku, to pozostanie moją słodką tajemnicą, bo wyszłabym na samochwałę, co w kącie stała. Skromnie tylko powiem, że jestem najlepsza i nie ma innej opcji :)

Ogarniając palta, paltociki, czapeczki, kominy, sweterki, rozwalone na środku przedpokoju buty i otwarte walizeczki, potykając się o Chomiczka i Stritcha (każda z tych maskotek prawie taka wielka jak ich właściciel), jedną nogą poprawiająca obiad w kuchni, drugą przytrzymując wtykane mi zakupy...

Podałam obiad.

Pozmywałam. Bo logistycznie w mojej kuchni nie pozmywa nikt - mój błąd poremontowy. No i dzieci już nie znają miejsca poszczególnych utensyliów.

Siadłam wreszcie od obiecanej pogawędki z Inżynierem - to było clou wieczoru.

Alienek, który przytargał ze sobą takie tomiszcza


pogrążył się w lekturze i był idealnym dzieckiem - po prostu go nie było.

A, zanotować w kajeciku - zjadł ciasto (mojej roboty) z borówkami, żadnej nie wydłubał, on, pałający nienawiścią do wszelkich owoców. I stwierdził, że pyszne :) 

Ale Kalafiorkówna, jeszcze analfabetka, nudziła się i marudziła okrutnie, żadna zabawka jej nie pasowała, chciałaby tylko iPada albo komputer, ale to ma wydzielane na godziny, a limit przekroczyła.

Nie było łatwo.

Kolację podałam.

Inżynier odświeżywszy się i uściskawszy matkę, rzucił ją Łobuzom na pożarcie i poszedł w tango.

Spacyfikowałam towarzystwo, choć to nie było proste.

Wykąpane, wylądowało w moim łóżku na bajkę.

Alienek zaś jednym okiem czytał, drugim lukał na bajkę. Po raz drugi zaczął pierwszy tom, bo ogarnął właśnie wszystkie...

A ja, dumna jak paw, po raz drugi w życiu (a trzeci w ogóle, bo i Małej Wiedźmie raz zrobiłam warkoczyki), zaplotłam K. zgodnie z instrukcją podsuszone włoski w warkoczyk. jeżu kolczasty, jak ja się namęczyłam, żeby te jedwabne kudełki rozczesać... Masakra. A warkoczyk musiał być zapleciony tak, żeby nie można było między sploty palca włożyć. Skąd ja to znam? Już wiem, co przeżywała moja mama, też miałam taki jedwab, znalazłam moje warkocze w rzeczach Cioci (dużo dłuższe niż ma teraz K.), i... przerażona (chuj wie czym), wyrzuciłam je :( Dziś żałuję, a Ciocia chciała z nich zrobić treskę i nie zrobiła. 


K. ma coraz gęstsze włoski i nie jest już aż TAKĄ blondi, ciemnieją jej. Może i porudzieją? ;) 

Tak dobrze splotłam, że przechodziła dziś bez czesania.

Alienek zażyczył sobie spanie z babcią.

Jego życzenie jest rozkazem, a Kalafiorkówna jest córeczką tatusia (jak ja nienawidzę tego sformułowania, ja byłam córeczką tatusia ze wszystkimi tego traumami i problemami...). Nie było więc konfliktu interesów, poszła po bajce grzecznie na swoje, zostawiłam jej lampkę, żeby się nie bała. A ten drań mały, Alienek jeden, zawinął się tak szczelnie w kordełkę, że nie było opcji, żebym ja się tam dostała (tamci mieli dwie kordełki osobne). I na dokładkę ani myślał spać, patrząc na ten koreański medyczny serial, ociekający krwią, gdzie na żywca pokazywali operacje... A że czyta, to i ogarniał, nie tak jak kiedyś, gdy zasypiał znudzony (oglądałam bez głosu). Więc zgasiłam kompa, poszłam na iPada i... zasnął. Ale ja zostałam bez nakrycia, więc powlokłam dwa koce, a on tymczasem położył się na skos tak, że nie się nie mieściłam. No, mieściłam, ale obrócenie się to był koszmar z moimi bolącymi kosteczkami. Poszłam więc spać w jego nogi. I co zasypiałam, to dostawałam kopa w inną część mojego szlachetnego ciałka. O 1.12 poszłam na sik, wychodzę, a pod kibelkiem kibluje K. Wpuszczam, siada na tronie i... zasypia. Dobrze, że na nią czekałam, bo zasnęła twardo tam i mogła łebkiem walnąć o wannę. Rano się wypierała w żywe oczy :)

A stwórcy Łobuzów nie było.

Wychodząc rechotał, że w pubie nie ma zasięgu. Hahahahaha... A ja śmiałam się, że mam to w nosie.

O 2.12 już nie miałam, bo jestem matką magistra inżyniera. Po polibudzie. I to, co przeżyłam, tego na wołowej skórze nie spisał...

Więc MSG...

Za 5 minut będę...

Zamiast wziąć Ubera, pojechał zbiorkomem i jak się rano tłumaczył, zupełnie stracił poczucie czasu.

A ja, zamiast go objechać, przytuliłam, bo... wrócił jak nie były student polibudy :) Patrząc na mnie z politowaniem mówił: mamo, ale ja mam już czterdzieści lat.

A ja, matka absolwenta polibudy, pisałam scenariusze: że nie dam wnuków, bo nie wytrzeźwieje, że może go napadli, szare piórka wyskubali, srebrny głosik skradli... Nie takie historie przeżywałam (na szczęście nie z nim, ale z jego znajomymi). 

Rankiem ogarnęłam się szybko, nakarmiłam Łobuzy i starałam się, żeby mógł odespać (ja nie prowadzę, więc to nie jest problem)... Udało mi się. Wstał, omówiliśmy noc i nakarmiony poszedł się kąpać.

A ja dalej ogarniałam kuwetę (a było co) i Łobuzów. W najlepsze sobie oglądaliśmy zdjęcia (bo Kalafiorkówna, znów zaniedbana przez brata i obrażona, że ja układam swoje codzienne pasjanse, a jej grać nie daję, bo ona pasjansów nie rozumie, wykład mi zrobiła, że i ja mam ograniczony dostęp do elektroniki, bo ona sobie tak życzy) :P 
I nagle Inżynier z obłędem w oczach wpada i krzyczy: pakować się, bo nie zdążymy na koziołki. A lało...

Więc hałastra popędzana i popychana, znów zaklinowany przedpokój, pierdyliard worków do wyniesienia, bo a jakże, szabrowali aż się kurzyło, mają to we krwi, ruszyła, a ja, zamykając ruiny i zgliszcza, podążyłam za nimi.

Pojechaliśmy i okazało się, że mamy pół godziny na dojście na Stary Rynek. 

Więc luz i hasta manana. W czasie jazdy Kalafiorkówna męczyła ojca o wszystkie mijane budowle, kościoły, ile mają lat, kto je zbudował...

Te koziołki to był mój pomysł, bo są od 4, a właściwie od 5 lat w PL, z tego 3 mieszkali w Koziołkowie, a dzieci nie znają ani miasta, ani koziołków nie widziały. Tyle że do ZOO latają, bo mamusia jest fanką... ZOO znają i stare, i nowe.

Więc wzięłam sobie na ambicję, że zrobię z nich poznaniaków, rasowych, choć na wsi mieszkają.

Na pierwszy ogień poszły więc koziołki :) Inżynier, niewierny, chciał do Fary wejść, ale wybiłam mu to z głowy, bo niedziela, może być msza. Next time :) 

A Kalafiorkówna wielce zainteresowana wszystkim, więc sama też się muszę ogarnąć. W samochodzie mimo aparatów nie ogarniam jej pytań, więc czekam na wiosnę i na wycieczki. Bo wciąż mnie męczy do parku. Chciałam na Festiwal Światła w Botaniku, ale nie mogę się dogadać z dzieckiem ani z jego żoną.

Trudno.

Tak więc (a i ja byłam zadowolona, bo siedzę jak borsuk w norze), na Plac Kolegiacki dotarliśmy


 gdzie jeszcze Gwiazdka...


i do koziołków, już bez świątecznych kurteczek dotarli (zdjęć mam mało, bo parasol i zdjęcia to niekompatybilne jest).

I tak po raz pierwszy złożyliśmy haracz WŚOP, ale Łobuzy stanowczo odmówiły naklejania sobie serduszek, chowając je do kieszeni. Oba. Osobiście zauważyłam, że tegoroczne serduszka mają klej do dupy - miałam już jedno na wózeczku, odkleiło się następnego dnia, zgubiłam, dzisiejsze też się odklejało i to nie tylko mnie, ale wszystkim, a i na ziemi leżało mnóstwo serduszek (będą mieli przeciwnicy używanie). Na Stary Rynek dotarliśmy grubo przed koziołkami, Alienek do grobu ojca wpędzał pytaniami ile jeszcze minut, bo pytał co kilkanaście sekund. No i były pieski, więc kolejny haracz na pieski, głaskanie, z początku z obawą, a później brakowało nam smyczy na dzieci :) 

Koziołki się spodobały, znaczy się, Łobuzy ochrzczone - poznaniacy, widzieli koziołki, chociaż flancowani do wiochy :) 

Potem był pokaz umiejętności labradorów, jako że ja tam nie jestem zagorzałą fanką - fajnie, OK, ale bez petard :) A i za mną stał labrador niebiorący udziału w pokazie, który walił ogonem w moje nogi - mam siniaki, a i spodnie nadawały się tylko do prania. Ale spoko :) 

Inżynier marudził, że knajpy drogie (a ja zapraszałam, bo kurwa, mam dość stania przy garach, dość zarabiania na pomaganie innym, chcę za swoją własną kasę iść do knajpy i być obsłużona, a że samej jest idiotycznie, wiem, bo chodziłam i czekanie na zamówienie i gapienie się w ścianę odbiera ochotę na takie wyjście, sam mi mówił, że ojciec jego koleżanki po sześćdziesiątce przeżywa drugą młodość, dlaczego ja nie mogę - moja sprawa, na co chcę wydawać kasę, a chcę i na siebie), więc opierdoliłam (bo mogę) i 


z trudem odrywając Alienka od kontemplowania makiety Koziołkowa i zaspakajając nieustającą ciekawość Kalafiorkówny, spojrzałam jeszcze na tego orła w górnym pędzie (na makiecie go nie ma - albo ktoś ułamał, albo go nie było)


powlokłam się jęcząc, Paderewskiego. Nie lubię tej ulicy, nie do Placu Wolności, bo płuca wypluwam pod górkę.

Galeria Bazar była zamknięta mimo handlowej niedzieli, w sumie mnie to nie dziwi. To nie market dla plebsu. Ale Zielona Weranda była otwarta. Menu wystawione. Kalafiorkówna od razu zadysponowała kluski leniwe. A Alienek burgera, ale bez pomidora, na co ojciec go zgasił, że pomidora może sobie sam wyjąć :) 

W Zielonej Werandzie lubię bywać. Spotkałam się tam kilka lat temu z krewnymi z Francji, których osobiście nie znałam i to był wspaniały wieczór. A potem byłam tam na obiedzie z poznaną w necie dziewczyną z Lublina, koleżanką po fachu, z którą do dziś mam rzadkie, ale fajne kontakty :) I z AD tam byłam, po skorekceniu jej, wydawanej własnym sumptem książki. A. to materiał na osobną opowieść. Miła osoba w moim życiu. Dobra dla mnie. Pozytywna. I takie mam :)

No więc wleźliśmy do Zielonej Werandy.

I po niezliczonych odwiedzinach kibelka (ja nie byłam tam ani razu, przewodnikiem wycieczek był Inżynier), po kłótniach, kto rysuje na dostarczonym bloku, a kto na telefonie tatusia (o, złamał się, ale nie dziwię się), po tłumaczeniu, że krówka na burgera jeszcze pasie się na polu i dopiero ją gonią, żeby ją przerobić na burgera, po moim dociekaniu, co to znaczy, że za opinię w necie dostanę butelkę wina gratis...

Doczekaliśmy...


Inżynier chciał schab, naparł się, jak szczerbaty na suchary. Mówiłam bierz cokolwiek, nie schab. Ale zakochany w schabach z K., brał. Potem, po wyjściu powiedział, że brzeg był OK, ale potem deska. A mówiłam, że schab zamawia się tylko w K. Ale kto by tam matki słuchał...

Kalafiorkówna, podjadająca od I. schab (te deskowe kawałki, ona zawsze co innego zamawia, a potem co innego chce), dostała


 kluski leniwe z owocami, nie dała rady całości, ale zmieniaczki od Alienka podjadała, podjadałam i ja :) 

Alienek zaś


wciągnął prawie całego burgera... Na talerzu zostały nędzne resztki :) I to jest moje zwycięstwo, że zjadł coś, a nie pomidorówkę czy inny makaron :) Potrzebuje też białka przecież, a i cebulę zjadł, choć cebuli mówi stanowczo nie...

A ja, w sumie dobrze gotująca, ale terminologii nieznająca, dopytywałam się, czy zrazy wołowe są mielone. Kelnerka mnie wprowadziła w błąd mówiąc, że tak (a mnie się zrazy z klopsami pomyliły, a pamiętając wołowinę z lat młodości, z krów mlecznych, które zeszły ze świata śmiercią naturalną, unikam wołowiny, choć ją lubię), ale


zraz z kopytkami i czerwoną kapustą był idealny, nawet gryźć nie musiałam, rozpływał się w ustach :)

Więc, zachęcona reklamą na posterze na stoliku, że za recenzję w necie dostanę gratis wino, recenzję popełniłam i... grzecznie płacąc rachunek - moim zdaniem spoko, z napiwkiem, a jakże, bo ja cenię cudzą pracę... Inżynier zapłacił więcej za dwie osoby w moją siedemdziesiątkę, a ja tu płaciłam za cztery i wszyscy byliśmy zadowoleni, oprócz tego nieszczęsnego schabowego...


Dostałam 


butelkę - no dobra - nie wina, ale :) 

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :) 

Jakbym sobie oranżadkę wypiła, ale to miłe dopełnienie weekendu.

Poszliśmy w stronę słońca (nie padało już) - oni na parking, gdzie karoca parkowała, a ja miałam po drodze przystanek autobusu pod drzwi. Nie było sensu, by mnie przez pół miasta odwozili, jechali jeszcze do dziadka z laurkami - to porządne Łobuzy są :) 

A mnie autobus podjechał po 5 minutach, luboński, ale o dziwo - czysty i pachnący (sic!) - ani ja, ani I. nie lubimy lubońskich...

Dotarłam na ruiny i zgliszcza, ogarnęłam raz dwa, moje mieszkanie znów jest moim azylem...

Cichym, spokojnym, gdzie śpiewa Pink Martini...

Tak, dziadowanie jest fajne, coraz mniej męczące.

I dziękuję życiu za te dwa dni, choć dla mnie nie były do końca łatwe.

Ale te całuski Alienka i to rozpaczliwe "kocham Cię najbardziej na świecie"...

Że aż się co poniektórzy zatrzymywali i uśmiechali :)

Chyba i tak warto żyć do końca, nawet jak jest pod górkę i pod wiatr :) 


A juterko znów do orki :)



Się włączyło samo w Spotify...

Takie uwieńczenie. Umierałam przy tej piosence kiedyś...

A dziś cieszę się, że nie umarłam wtedy :)