niech będzie głucha cisza, Kochany Pamiętniczku...
Ledwo się zjawili, a już moje małe mieszkanko zaczęło być za małe (jak myśmy kiedyś mieszkali tu w czwórkę?), a ja, uduszona od całusków i przytulasków, rozpaczliwie starając się ogarnąć, co oba Łobuzy próbują mi powiedzieć naraz i jednocześnie sprawiedliwie obdzielić podziękowaniami i całuskami, bo po raz kolejny stałam się właścicielką cudów
wytworów rąk własnych, pracowitych, a co w środku, to pozostanie moją słodką tajemnicą, bo wyszłabym na samochwałę, co w kącie stała. Skromnie tylko powiem, że jestem najlepsza i nie ma innej opcji :)
Ogarniając palta, paltociki, czapeczki, kominy, sweterki, rozwalone na środku przedpokoju buty i otwarte walizeczki, potykając się o Chomiczka i Stritcha (każda z tych maskotek prawie taka wielka jak ich właściciel), jedną nogą poprawiająca obiad w kuchni, drugą przytrzymując wtykane mi zakupy...
Podałam obiad.
Pozmywałam. Bo logistycznie w mojej kuchni nie pozmywa nikt - mój błąd poremontowy. No i dzieci już nie znają miejsca poszczególnych utensyliów.
Siadłam wreszcie od obiecanej pogawędki z Inżynierem - to było clou wieczoru.
Alienek, który przytargał ze sobą takie tomiszcza
pogrążył się w lekturze i był idealnym dzieckiem - po prostu go nie było.
A, zanotować w kajeciku - zjadł ciasto (mojej roboty) z borówkami, żadnej nie wydłubał, on, pałający nienawiścią do wszelkich owoców. I stwierdził, że pyszne :)
Ale Kalafiorkówna, jeszcze analfabetka, nudziła się i marudziła okrutnie, żadna zabawka jej nie pasowała, chciałaby tylko iPada albo komputer, ale to ma wydzielane na godziny, a limit przekroczyła.
Nie było łatwo.
Kolację podałam.
Inżynier odświeżywszy się i uściskawszy matkę, rzucił ją Łobuzom na pożarcie i poszedł w tango.
Spacyfikowałam towarzystwo, choć to nie było proste.
Wykąpane, wylądowało w moim łóżku na bajkę.
Alienek zaś jednym okiem czytał, drugim lukał na bajkę. Po raz drugi zaczął pierwszy tom, bo ogarnął właśnie wszystkie...
A ja, dumna jak paw, po raz drugi w życiu (a trzeci w ogóle, bo i Małej Wiedźmie raz zrobiłam warkoczyki), zaplotłam K. zgodnie z instrukcją podsuszone włoski w warkoczyk. jeżu kolczasty, jak ja się namęczyłam, żeby te jedwabne kudełki rozczesać... Masakra. A warkoczyk musiał być zapleciony tak, żeby nie można było między sploty palca włożyć. Skąd ja to znam? Już wiem, co przeżywała moja mama, też miałam taki jedwab, znalazłam moje warkocze w rzeczach Cioci (dużo dłuższe niż ma teraz K.), i... przerażona (chuj wie czym), wyrzuciłam je :( Dziś żałuję, a Ciocia chciała z nich zrobić treskę i nie zrobiła.
K. ma coraz gęstsze włoski i nie jest już aż TAKĄ blondi, ciemnieją jej. Może i porudzieją? ;)
Tak dobrze splotłam, że przechodziła dziś bez czesania.
Alienek zażyczył sobie spanie z babcią.
Jego życzenie jest rozkazem, a Kalafiorkówna jest córeczką tatusia (jak ja nienawidzę tego sformułowania, ja byłam córeczką tatusia ze wszystkimi tego traumami i problemami...). Nie było więc konfliktu interesów, poszła po bajce grzecznie na swoje, zostawiłam jej lampkę, żeby się nie bała. A ten drań mały, Alienek jeden, zawinął się tak szczelnie w kordełkę, że nie było opcji, żebym ja się tam dostała (tamci mieli dwie kordełki osobne). I na dokładkę ani myślał spać, patrząc na ten koreański medyczny serial, ociekający krwią, gdzie na żywca pokazywali operacje... A że czyta, to i ogarniał, nie tak jak kiedyś, gdy zasypiał znudzony (oglądałam bez głosu). Więc zgasiłam kompa, poszłam na iPada i... zasnął. Ale ja zostałam bez nakrycia, więc powlokłam dwa koce, a on tymczasem położył się na skos tak, że nie się nie mieściłam. No, mieściłam, ale obrócenie się to był koszmar z moimi bolącymi kosteczkami. Poszłam więc spać w jego nogi. I co zasypiałam, to dostawałam kopa w inną część mojego szlachetnego ciałka. O 1.12 poszłam na sik, wychodzę, a pod kibelkiem kibluje K. Wpuszczam, siada na tronie i... zasypia. Dobrze, że na nią czekałam, bo zasnęła twardo tam i mogła łebkiem walnąć o wannę. Rano się wypierała w żywe oczy :)
A stwórcy Łobuzów nie było.
Wychodząc rechotał, że w pubie nie ma zasięgu. Hahahahaha... A ja śmiałam się, że mam to w nosie.
O 2.12 już nie miałam, bo jestem matką magistra inżyniera. Po polibudzie. I to, co przeżyłam, tego na wołowej skórze nie spisał...
Więc MSG...
Za 5 minut będę...
Zamiast wziąć Ubera, pojechał zbiorkomem i jak się rano tłumaczył, zupełnie stracił poczucie czasu.
A ja, zamiast go objechać, przytuliłam, bo... wrócił jak nie były student polibudy :) Patrząc na mnie z politowaniem mówił: mamo, ale ja mam już czterdzieści lat.
A ja, matka absolwenta polibudy, pisałam scenariusze: że nie dam wnuków, bo nie wytrzeźwieje, że może go napadli, szare piórka wyskubali, srebrny głosik skradli... Nie takie historie przeżywałam (na szczęście nie z nim, ale z jego znajomymi).
Rankiem ogarnęłam się szybko, nakarmiłam Łobuzy i starałam się, żeby mógł odespać (ja nie prowadzę, więc to nie jest problem)... Udało mi się. Wstał, omówiliśmy noc i nakarmiony poszedł się kąpać.
A ja dalej ogarniałam kuwetę (a było co) i Łobuzów. W najlepsze sobie oglądaliśmy zdjęcia (bo Kalafiorkówna, znów zaniedbana przez brata i obrażona, że ja układam swoje codzienne pasjanse, a jej grać nie daję, bo ona pasjansów nie rozumie, wykład mi zrobiła, że i ja mam ograniczony dostęp do elektroniki, bo ona sobie tak życzy) :P
I nagle Inżynier z obłędem w oczach wpada i krzyczy: pakować się, bo nie zdążymy na koziołki. A lało...
Więc hałastra popędzana i popychana, znów zaklinowany przedpokój, pierdyliard worków do wyniesienia, bo a jakże, szabrowali aż się kurzyło, mają to we krwi, ruszyła, a ja, zamykając ruiny i zgliszcza, podążyłam za nimi.
Pojechaliśmy i okazało się, że mamy pół godziny na dojście na Stary Rynek.
Więc luz i hasta manana. W czasie jazdy Kalafiorkówna męczyła ojca o wszystkie mijane budowle, kościoły, ile mają lat, kto je zbudował...
Te koziołki to był mój pomysł, bo są od 4, a właściwie od 5 lat w PL, z tego 3 mieszkali w Koziołkowie, a dzieci nie znają ani miasta, ani koziołków nie widziały. Tyle że do ZOO latają, bo mamusia jest fanką... ZOO znają i stare, i nowe.
Więc wzięłam sobie na ambicję, że zrobię z nich poznaniaków, rasowych, choć na wsi mieszkają.
Na pierwszy ogień poszły więc koziołki :) Inżynier, niewierny, chciał do Fary wejść, ale wybiłam mu to z głowy, bo niedziela, może być msza. Next time :)
A Kalafiorkówna wielce zainteresowana wszystkim, więc sama też się muszę ogarnąć. W samochodzie mimo aparatów nie ogarniam jej pytań, więc czekam na wiosnę i na wycieczki. Bo wciąż mnie męczy do parku. Chciałam na Festiwal Światła w Botaniku, ale nie mogę się dogadać z dzieckiem ani z jego żoną.
Trudno.
Tak więc (a i ja byłam zadowolona, bo siedzę jak borsuk w norze), na Plac Kolegiacki dotarliśmy
gdzie jeszcze Gwiazdka...
i do koziołków, już bez świątecznych kurteczek dotarli (zdjęć mam mało, bo parasol i zdjęcia to niekompatybilne jest).
I tak po raz pierwszy złożyliśmy haracz WŚOP, ale Łobuzy stanowczo odmówiły naklejania sobie serduszek, chowając je do kieszeni. Oba. Osobiście zauważyłam, że tegoroczne serduszka mają klej do dupy - miałam już jedno na wózeczku, odkleiło się następnego dnia, zgubiłam, dzisiejsze też się odklejało i to nie tylko mnie, ale wszystkim, a i na ziemi leżało mnóstwo serduszek (będą mieli przeciwnicy używanie). Na Stary Rynek dotarliśmy grubo przed koziołkami, Alienek do grobu ojca wpędzał pytaniami ile jeszcze minut, bo pytał co kilkanaście sekund. No i były pieski, więc kolejny haracz na pieski, głaskanie, z początku z obawą, a później brakowało nam smyczy na dzieci :)
Koziołki się spodobały, znaczy się, Łobuzy ochrzczone - poznaniacy, widzieli koziołki, chociaż flancowani do wiochy :)
Potem był pokaz umiejętności labradorów, jako że ja tam nie jestem zagorzałą fanką - fajnie, OK, ale bez petard :) A i za mną stał labrador niebiorący udziału w pokazie, który walił ogonem w moje nogi - mam siniaki, a i spodnie nadawały się tylko do prania. Ale spoko :)
Inżynier marudził, że knajpy drogie (a ja zapraszałam, bo kurwa, mam dość stania przy garach, dość zarabiania na pomaganie innym, chcę za swoją własną kasę iść do knajpy i być obsłużona, a że samej jest idiotycznie, wiem, bo chodziłam i czekanie na zamówienie i gapienie się w ścianę odbiera ochotę na takie wyjście, sam mi mówił, że ojciec jego koleżanki po sześćdziesiątce przeżywa drugą młodość, dlaczego ja nie mogę - moja sprawa, na co chcę wydawać kasę, a chcę i na siebie), więc opierdoliłam (bo mogę) i
z trudem odrywając Alienka od kontemplowania makiety Koziołkowa i zaspakajając nieustającą ciekawość Kalafiorkówny, spojrzałam jeszcze na tego orła w górnym pędzie (na makiecie go nie ma - albo ktoś ułamał, albo go nie było)
powlokłam się jęcząc, Paderewskiego. Nie lubię tej ulicy, nie do Placu Wolności, bo płuca wypluwam pod górkę.
Galeria Bazar była zamknięta mimo handlowej niedzieli, w sumie mnie to nie dziwi. To nie market dla plebsu. Ale Zielona Weranda była otwarta. Menu wystawione. Kalafiorkówna od razu zadysponowała kluski leniwe. A Alienek burgera, ale bez pomidora, na co ojciec go zgasił, że pomidora może sobie sam wyjąć :)
W Zielonej Werandzie lubię bywać. Spotkałam się tam kilka lat temu z krewnymi z Francji, których osobiście nie znałam i to był wspaniały wieczór. A potem byłam tam na obiedzie z poznaną w necie dziewczyną z Lublina, koleżanką po fachu, z którą do dziś mam rzadkie, ale fajne kontakty :) I z AD tam byłam, po skorekceniu jej, wydawanej własnym sumptem książki. A. to materiał na osobną opowieść. Miła osoba w moim życiu. Dobra dla mnie. Pozytywna. I takie mam :)
No więc wleźliśmy do Zielonej Werandy.
I po niezliczonych odwiedzinach kibelka (ja nie byłam tam ani razu, przewodnikiem wycieczek był Inżynier), po kłótniach, kto rysuje na dostarczonym bloku, a kto na telefonie tatusia (o, złamał się, ale nie dziwię się), po tłumaczeniu, że krówka na burgera jeszcze pasie się na polu i dopiero ją gonią, żeby ją przerobić na burgera, po moim dociekaniu, co to znaczy, że za opinię w necie dostanę butelkę wina gratis...
Doczekaliśmy...
Inżynier chciał schab, naparł się, jak szczerbaty na suchary. Mówiłam bierz cokolwiek, nie schab. Ale zakochany w schabach z K., brał. Potem, po wyjściu powiedział, że brzeg był OK, ale potem deska. A mówiłam, że schab zamawia się tylko w K. Ale kto by tam matki słuchał...
Kalafiorkówna, podjadająca od I. schab (te deskowe kawałki, ona zawsze co innego zamawia, a potem co innego chce), dostała
kluski leniwe z owocami, nie dała rady całości, ale zmieniaczki od Alienka podjadała, podjadałam i ja :)
Alienek zaś
wciągnął prawie całego burgera... Na talerzu zostały nędzne resztki :) I to jest moje zwycięstwo, że zjadł coś, a nie pomidorówkę czy inny makaron :) Potrzebuje też białka przecież, a i cebulę zjadł, choć cebuli mówi stanowczo nie...
A ja, w sumie dobrze gotująca, ale terminologii nieznająca, dopytywałam się, czy zrazy wołowe są mielone. Kelnerka mnie wprowadziła w błąd mówiąc, że tak (a mnie się zrazy z klopsami pomyliły, a pamiętając wołowinę z lat młodości, z krów mlecznych, które zeszły ze świata śmiercią naturalną, unikam wołowiny, choć ją lubię), ale
zraz z kopytkami i czerwoną kapustą był idealny, nawet gryźć nie musiałam, rozpływał się w ustach :)
Więc, zachęcona reklamą na posterze na stoliku, że za recenzję w necie dostanę gratis wino, recenzję popełniłam i... grzecznie płacąc rachunek - moim zdaniem spoko, z napiwkiem, a jakże, bo ja cenię cudzą pracę... Inżynier zapłacił więcej za dwie osoby w moją siedemdziesiątkę, a ja tu płaciłam za cztery i wszyscy byliśmy zadowoleni, oprócz tego nieszczęsnego schabowego...
Dostałam
butelkę - no dobra - nie wina, ale :)
Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :)
Jakbym sobie oranżadkę wypiła, ale to miłe dopełnienie weekendu.
Poszliśmy w stronę słońca (nie padało już) - oni na parking, gdzie karoca parkowała, a ja miałam po drodze przystanek autobusu pod drzwi. Nie było sensu, by mnie przez pół miasta odwozili, jechali jeszcze do dziadka z laurkami - to porządne Łobuzy są :)
A mnie autobus podjechał po 5 minutach, luboński, ale o dziwo - czysty i pachnący (sic!) - ani ja, ani I. nie lubimy lubońskich...
Dotarłam na ruiny i zgliszcza, ogarnęłam raz dwa, moje mieszkanie znów jest moim azylem...
Cichym, spokojnym, gdzie śpiewa Pink Martini...
Tak, dziadowanie jest fajne, coraz mniej męczące.
I dziękuję życiu za te dwa dni, choć dla mnie nie były do końca łatwe.
Ale te całuski Alienka i to rozpaczliwe "kocham Cię najbardziej na świecie"...
Że aż się co poniektórzy zatrzymywali i uśmiechali :)
Chyba i tak warto żyć do końca, nawet jak jest pod górkę i pod wiatr :)
A juterko znów do orki :)
Się włączyło samo w Spotify...
Takie uwieńczenie. Umierałam przy tej piosence kiedyś...
A dziś cieszę się, że nie umarłam wtedy :)












Nigdy nie bylam coreczka tatusia, mamusi zreszta tez nie. Nie wiem, po co oni w ogole zdecydowali sie na dziecko, chyba tylko dlatego, ze tak wypadalo. Nie bylam dzieckiem kochanym, przytulanym czy holubionym, bardziej tresowanym i nigdy nie chwalonym. Za nic.
OdpowiedzUsuńKoreanski serial nie zachwycil mnie wcale, te ich nieuzasadnione niczym wrzaski tylko denerwowaly, zas dialogi pisal chyba jakis czubek swiezo zwolniony z psychiatryka. A scenariusz prymitywny i przewidywalny od pierwszego kadru.
Dopoki moje bestie nie wyprowadzily sie z domu, tez przezywalam ich wieczorne wychodzenie, a mialam gorzej od Ciebie, bo o dziewczyny wiekszy strach i czarnowidztwo. Teraz nie wiem, czy i kiedy wychodza i mam spokoj.
Russosa jakos nie lubilam i nie umieralam.
Bo to inna kultura jest, po czwartym odcinku się rozkręciło. Mnie się podobał :) Nie umierałam naprawdę, umierałam z miłości w jego ramionach i do dziś mam wzrusz, jak słyszę tę piosenkę, choć miłości już dawno nie mam - przeminęła z wiatrem, jak wszystko w życiu...
UsuńTo były piękne dni!🥰I pìękny niech będzie ten nowy tydzień!
OdpowiedzUsuńDziękuję, Basiu, jako i Twój niech taki będzie :)
Usuń