piątek, 17 stycznia 2025

Mam

 seksualny stosunek do pracy, Kochany Pamiętniczku.

Kocham ją, a co kocham, to pierdolę.

Tak sobie powtarzam, żeby nie zwariować.

Pierwszy tekst korekciłam tuż przed 7 rano, jeszcze w piżamce, bo doszedł.

Potem ogarnęłam kuwetę, do Lidla poleciałam, gdzie zanabyłam takie fajne piffko 


 ale jak to kraftowe - drogie. Właśnie je kończę.

Wróciłam do domu i... pracując ogarnęłam całą chatę na medal.

I skończyłam robotę o 20.18.

A to wszystko dlatego, że jest piątek. Były seminaria. Ludzie mają życie osobiste. Zwalili wszystko na jednego gościa, a sami poszli w tango.

I kto jest poszkodowany?

No oczywiście - korekta.

Bo korekta jest jedna i niezastąpiona.

I widziała takie cuda wianki, o których się filozofom nie śniło.

Tak jak np. w DP (kto wie, ten wie, DP umarł, ale to była całkiem fajna gazetka, chociaż Świtalskiego - kto wie, ten wie) w poniedziałek zawsze wychodził numer, mający 24 strony, a nie 16, jak zazwyczaj. I w tymże DP były kupony loteryjne. Jako pracownikowi nie wolno było mi brać udziału w loterii, ale dzieci grały. Więc w ten poniedziałek, a zamykałam ten numer w niedzielę, a jakże, bo za dyżury w niedziele płacili podwójną stawkę (tak, jak zarabiałam w DP, nie zarabiałam już nigdy potem), tom brała, lecę po drodze do pracy do kiosku po gazetkę i co ja paczę? Gazetka ma 16 stron. Nosz, kurwa. Jadę do pracy i co ja paczę? Śledztwo jest na wszystkich szczeblach, KTO SPIERDOLIŁ GAZETĘ?

Oczywiście, zaczęło się jak zawsze od korekty. Ale korekta miała wydruczki (straszny oręż), że wszystkie strony przerobiła, zanim do chaty w podskokach spierdoliła. 

Co wykazało śledztwo? Redaktor prowadzący, nieżyjący już TD, lubił dawać w palnik. A dawał tak, że kończył na redakcyjnej podłodze. Gdzieś tam ktoś ma takie fotki, może są nawet w necie, nie będę szukała.

I tenże redaktor prowadzący, któremu skończyło się paliwo, zamiast wysłać internetowym łączem (o, internetowe łącze w tym czasie to było COŚ), materiały do drukarni w Bydgoszczy, zlecił to... stróżowi nocnemu.

A pracowaliśmy wtedy na takim kompiku (love, love, love)

internety mieliśmy tylko do wysyłania danych, nie że jak teraz klik, klik i śmiga wszystko...

A to moje niespełnione marzenie - mieć takie jabłuszko dla siebie - wiem, dziś mam lepsze, ale...

Stróż nie zdołał wysłać plików, bo AŻ tak tego nie ogarniał, więc drukarnia wydrukowała to, co dostała.

Ja sama dziś też nie ogarniam tego procesu - nie ogarniam mimo lat pracy ozalidów, łamania, innych cudów, które miałam się nauczyć.

W sumie nie ogarniam nawet całego procesu wydawniczego, to nie tak, że jestem alfą i omegą.

Ja tylko sprzątam, lubię swoje sprzątanie.

Sprzątać potrafię we wszystkich możliwych konfiguracjach, nieważne jaki program, każdy opanowuję w góra pół godziny, to żaden problem, kwestia takich czy innych pasków narzędzi i kliknięć (powiedziała ta, która do dziś nie umie obsłużyć pilota do TV i paczkomatu)...

Ale wciąż nie ogarniam redakcyjnego nieogarniania.

Trzymania tekstów już gotowych (kilku) i wysyłania ich hurtem, gdy wiadomo, że inni też wysyłają hurtem, a korekta jest jednoosobowa.

Albo wysyłania bez sprawdzenia, czy są gotowe.

Bo zapewniam, że takie prawdziwe sprawdzanie tekstów już dawno umarło.

Takie, że w książkach już wydrukowanych były erraty.

Nie mówiąc o śmietniku językowym, jaki jest Internet.

Wiem, sama na blogu też mam byki. Nic mnie nie usprawiedliwia poza tym, że nie zawsze mam czas na ponowne czytanie tego, co wklepałam.

Nie zawsze mam też na to ochotę.

Nie zawsze też widzę błędy po sobie  (w DP 16 stron na dwóch zmianach sprawdzało 16 korektorek, żadna nie czytała po sobie, a zarabiałyśmy tyle, że teraz musiałabym mieć co najmniej 3 moje obecne pensje, żeby osiągnąć tamten pułap, a nadgodziny były płatne).

W PRL zaś dniówka korektorki trwała 7 godzin.

I jak to się ma do mojej 12-godzinnej czasem pracy?

Kiedy w tempie amerykańskim, żeby inni nie padli, "czytam" z szybkością karabinu maszynowego?

Oczami duszy mej widzę, jak siedzę już albo w końcu na emeryturze (chyba nie ma takiej opcji, bo nawet Inżynier, w czasie zawirowań nad jego kolejnym wyjazdem i moją pracą stwierdził kategorycznie, że nie, nie ma opcji mojego niepracowania), albo bujając nózią na chmurce i popijając piffko z Abrahamem - widzę, jak mój następca nie nadąża... Albo rzuca tę brudną robotę i bierze się za węgiel.

Bo daleka jeszcze droga do tego, by Artificial Intelligence opanowała niuanse języka polskiego...

Tak mi się jakoś rozpisało, ale przeżywam dzisiejszy dzień jak mrówka okres :) 

Nie był łatwy do przeżycia, choć chałupa (poniekąd) lśni, w lodówce rosołek - nowy zapas jest, jutro czeka mnie tylko wyprawa po chleb i ten nieszczęsny dyżur na korytarzu...

A potem hulaj dusza, piekła nie ma, powłóczyć się trochę muszę, bo mi nogi do dupy wrosły dziś...


 


 

7 komentarzy:

  1. Bardzo lubię do Ciebie zaglądać. Kiedyś się zastanawiałam dlaczego robisz błędy? . Odbieram to jako żart związany z wykonywanym zawodem. Najgorzej, że jestem wzrokowcem i czasami się zastanawiam o co chodzi?. A i mi kiedyś płacono 100 % za dyżury. Nie prowadzę bloga i nie wiem czy mogę pisać komentarz, chociaż 2 razy się odważyłam. Podziwiałam schody. Od dziś podpisuje się (siódme piętro)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim bloku? Robię błędy, bo mogę, bo nikt mi tu nie płaci za bycie perfekcyjną :) A pisz, kiedy chcesz, lubię tych, którzy piszą, nawet gdy się ze mną nie zgadzają (byle mnie nie nawracali na swoje kopyto). Czekam na kolejny komentarz :) W zasadzie siódme piętro to nie podpis, ale i tak Cię lubię :) A na serio, gdybym miała czytacza na siódmym piętrze, oszalałabym :)

      Usuń
    2. O nie, mieszkam w zupełnie innym mieście. Chyba w czasie pandemii trafiłam do Ciebie i tak czytam. Jetem w Twoim wieku i też mam dwóch synów. Szanuje czyjeś poglądy i nic mi do tego, to są osobiste sprawy. Nie mam pomysłu na podpis, dam znać.

      Usuń
    3. Jakikolwiek nie będzie, miło będzie wiedzieć, że to Ty, a nie jakiś niezidentyfikowany anonim :) Bo anonimy to tylko z donosami się kojarzą :)

      Usuń
    4. To uprzejmie informuję że masz czytacza na 7 piętrze tyle że w Łodzi :)

      Usuń
  2. Ja czesto sobie pisze na blogu z bykami, bo tak, bo to moj teren, zreszta i tak wszyscy "wiom", ze to na przekór, a nie z niewiedzy. Znaki diakrytyczne mam w ... gdzies, juz pewnie do smierci bede pisala bez nich, bo tak mi wygodniej. Raz juz poprzestawialam sobie klawiature tak bardzo, chcac byc poprawna ortograficznie, ze nie moglam z tym dlugo dojsc do ladu, wiec teraz mam to w powazaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja wiem, Ty wiesz, my wiemy :) Sama, na początku internetów też nie używałam polskich znaków. Potem zagramanicą bywając miałam dostęp tylko do ustrojstw bez polskich znaków i pisałam jak pisałam :) Osobiście kocham nasze krzaczki, bo są urocze, ale nie przeszkadza mi ich brak u innych :)

      Usuń