wtorek, 14 stycznia 2025

Wyleciałam

 z domu jak z procy, Kochany Pamiętniczku.

Jako że zawsze zakładam, że "coś" pierdalnie w zbiorkomie, pojechałam wcześniejszym autobusem i okazało się, że będę jeszcze na Ogrodach kiblowała 40 minut.

A zimno zimniusio było, nogi mi marzły jak za młodych lat, albowiem, choć ciepło ubrana, obuwia zimowego nie mam, tzn. mam, ale nie noszę go od lat - nie lubię, ciśnie, a nie kupuję nowego, bo przez ostatnie 5 lat ani razu nie potrzebowałam.
Ja nawet rajstop nie mam, gdzieś tam w głębi szafy leżą skitrane ostatnie, kupione jeszcze na ślub Inżyniera przed laty... Zetlałe pewno, jak założę, to się firanka zrobi.

I nagle...

Na tablicy widzę, że mam autobus (ten, który lubię, bo ładniejszą trasą jedzie) za niecałe 20 minut. Nie sprawdzałam go, bo założyłam, że nie dojadę tak wcześnie na pętlę...

Piszę do Inżyniera, czy mogę do niego wlecieć przed imprezą. Odpisuje, że tak, bo dziś odwiózł dzieci na siódmą (olaboga!!!, biedne dzieci) i jest w domu.

I tym pięknym sposobem nie zamarzłam na sopelek lodu, ale w autobusie też było zimno, więc się nie rozgrzałam.

I po drodze potwierdziała się moja teoria, że na zbiorkom jeżdżący raz na godzinę przychodzi się z wyprzedzeniem. Dwie osoby nie złapały podwózki, w tym dziecko do szkoły (wiem po kursie autobusu, zajeżdżał pod szkołę w Tarnowie, a następny był za 2 godziny)...

Włości przywitały mnie pięknie



i jeszcze dwie gęsi leciały (albo żurawie, kto je tam wie), wracając zaś widzieliśmy całe stado (klucz) żurawi (gęsi) lecące na północ... Czyżby wiosna blisko?

Dotarłam do Inżyniera i mieliśmy godzinkę dla siebie, meliski dostałam, bom sobie jej zażyczyła i omówiliśmy bieżące sprawy, także z wycugiem, choć nie do końca, bo jeszcze nie wie, kiedy poleci i gdzie. Poprosiłam o podrzucenie do przedszkola, choć później, oglądając zdjęcie kubańskiej dupy w całej okazałości (tak nieszczęśliwie stanęłam, choć Synowa mówi, że przy Kalafiorkównie każdy tak wygląda), stwierdziłam, że powinnam spacerować...

Z. oczywiście znów przyjechał spóźniony, więc cieszyłam się, że nie jechałam z nim, bo chyba by mnie w Kosmos wyjebało, nienawidzę spóźniania się.

Przedstawienie trwało raptem 20 minut, Kalafiorkówna była cudna, jak i inne dzieci, chociaż zestresowane były wszystkie.

A K. bez humoru, bo gros dzieci dziadostwo zabierało, a ona musiała zostać w przedszkolu. Z. marudził, że córka mu mówiła, że I. ją odbierze o 10, ale ja nic o tym nie wiedziałam. I. odpisał, że o 11, bo ma rozmowę (taka praca), odbierze ją i Alienka ze szkoły. Z. był gotów Kalafiorkównę bez fotelika wieźć, ale powiedziałam, że córka go zabije i dał spokój.

Zostawiwszy biedną K., pojechaliśmy. Jak zawsze podczas jazdy z Z. miałam duszę na ramieniu, a żołądek w dupie, pocieszając się, że nie pada (a zapowiadali marznące opady). Fajnie się gadało, choć tematycznie to on upierdliwy jest, ale podwózce nie zagląda się w zęby :)

Wysadził mnie na Ogrodach (tam mieszka), bo tak poprosiłam, stamtąd mam do domu dobry dojazd. Dojechałam, śmieci wyniosłam hurtem, bo w dresach nie wynoszę, a nie chciało mi się porządnie ubierać :) 

A na poczcie czekał jeden (sic!) emilek...

Inna bajka, że potem aż do 17 spływały powoli, ale widać, że nikt nie odniósł szkody z mojego dziadowania. A mile pytali, jak było na Dniach Dziadostwa, a co poniektórzy nawet zazdrościli :)  

A ja patrzę i patrzę...


na ostatni już przedszkolny wytwór. Domowe pewno jeszcze dostanę, bo Łobuzy same rwą się do uszczęśliwiania dziadostwa, same pamiętają o datach (dobry chów). I tak trochę, nie ukrywam, przykro mi z powodu drugiej Bandy. Nawet na siedemdziesiątkę nic nie dostałam, a Mała Wiedźma stale rysuje - nieważne, że w większości mangę, ale rysuje i to pięknie. Nie mam żadnego jej rysunku poza bazgrołkami z wczesnej młodości... Miło byłoby mieć mangową laurkę w kolekcji,  ale cóż - nienauczone, a Papryczek hmmm... dziesięciolatek, a rysuje gorzej niż trzylatek - nie mam pojęcia, czy tak zawsze, czy ze złości, że nie dostał telefonu. Mniejsza z większym.

I tak mi dzień minął, cudnie, aczkolwiek z leksza mną trzęsie, ale myślę, że herbatka z imbirem i miodem oraz ciepła koszula nocna i dodatkowy kocek uczynią cuda.

Poszłabym już w objęcia Morfeusza, ale czekam aż I. wróci, bo jest szklanka. A on jeździ. Taki ma wtorek i biedny jest w tym Alienek, bo pracuje od 7 rano do 19 wieczorem. Od 7 szkoła, bo etyka (posłali, bo ma wąty religijne, więc niech choć etyki liźnie), po szkole logopeda i angielski, wraca do domu po 19 - jak korpo, kurwa, jak korpo. A ma dopiero 7 lat (już?)... Za chwilę będzie miał 8, jak ten czas zapinkala.


Z. męczył mnie o piątkowe dziadowanie u Małego T., ale nie ma opcji, nawet z jego podwózką w te i we wte. Nie chcę przeginać, jeszcze będę potrzebowała dobrego serca u Pani M. W zeszłym roku zestresowany Mały T. nawet na salę nie wszedł, a dla mnie praca jest jednak ważna. A w piątek będzie już pracowy sajgon z armageddonem, więc nawet godzina będzie ważyła o losach być albo nie być :)

Patrząc na szklankę za oknem i na prognozy szczęśliwa jestem, że dziadowanie za mną, lodówka pełna, a w najbliższym czasie muszę tylko pracować. 

I niech tak zostanie, co za dużo, to niezdrowo :) 



4 komentarze:

  1. Juz niedlugo tej szklanki, u mnie z porannych -9°C jest w tej chwili +2°C i bedzie jutro dodatnio. Dzisiaj rano przez 20 minut odgruzowywalam auto stojace od czwartku, snieg zlodowacial, plachta przymarzla do szyby, ani tego zamiesc, ani wyskrobac, ani drzwi otworzyc. No ale jakos sie udalo, choc dlonie prawie mi odpadly, choc byly w rekawiczkach.
    To nieludzkie malego Alienka tak torturowac, chocby i tylko raz w tygodniu, o raz za duzo. A prezent od wnusi bardzo wzruszajacy, tez nie przestawialabym sie wgapiac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu na razie skacze z plusa na minus i odwrotnie. Cóż, Alienek potrzebuje logopedy, niestety, a terminy są jakie są, płacą za to z własnej kieszeni, a i ja dzięki temu bez kłopotów rozumiem, co mówi. To ważne dla jego dalszych losów w szkole - dzieci są okrutne, gdy ktoś jest inny. A on mówi jeszcze szybciej niż ja, a zapewniam Cię, że potrafię mówić szybciej niż karabin maszynowy, z tym, że ja wyraźnie artykułuję wszystko, jako niedosłysząca. Przeżyje :) Angielski też ważny i to bardzo, bo ma brytyjskie obywatelstwo :) No a z Kalafiorkówną mam pod górkę, ale liczę na to, że kiedyś będzie OK. Mnie tez wzrusza, bo mam odcisk jej łapek z niemowlęctwa... A może kopytek? Muszę sprawdzić, ale to już jutro :)

      Usuń
  2. Ja byłam wczoraj po 18:00 na ogrodach właśnie jak była ta szklanka ale specjalnie pojechałam autobusem żeby było bezpiecznie ale chodniki były śliskie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego ja zaszyłam się po powrocie w norze i ani mi się śni wychodzić. Włóczęga też wrócił mimo szklanki. Ponoć w niedzielę ma być już lepiej.

      Usuń