środa, 3 września 2025

Sponsorem

 jest dziś, Kochany Pamiętniczku, Goya...


 i Smak słów.

Bo sen zwariowany do bólu miałam, piękny, nierealny...

I już wiem, że choć to było coś wielkiego, to jednak...

Czas jednak odmienił nas.

I nie, że nic się nie liczy, ale cóż...

To se ne vrati.

Jest, ale nie vrati - trochę boli, ale jednak, patrząc z perspektywy zdrowego rozsądku i tego, co teraz jest - jest OK.

Ale sen przypomniał mi tę zapomnianą piosenkę, której nie słuchałam od bardzo dawna.

Lubię słów twoich smak, bo w takiej chwili twoje słowo tak jak owoc smakuje mi...

Banalne, ale piękne, w danej chwili.

Wczoraj ranek witał mnie tak (a nie było pięknego snu)




 

 A dziś po pięknym śnie rankiem była gmła. Jeszcze nie taka zabójcza, gęsta, ale już jesienna gmła.

Taka kolej losu.

I do 12.56 siedziałam, czekając na pracę (jutro ma jechać do drukarni).

Żeby mnie kurwica i szlag nie trafił, pranie zrobiłam, obiad wstawiłam, dokończyłam dokumenty z kartonu, który męczę już 4. dzień. 

Pylica ma się znakomicie, rozwija się :) Skończyłam i schowałam niszczarkę, poczekam na oliwę, bo nacięła się biedna do wyrzygu :) 

O 12.56  wleciał emilek od D., z radosnym: o zdążyłam na ostatnią chwilę, co jest świństwem, albowiem powinnam już w cuglach zamykać pocztę, w 4 minuty nie skorekcę 5 stron A4, taka zdolna to ja nie jestem.
Cóż było robić, skorekciłam, opierdoliłam i kazałam słać, co się da. Że idę bez plecaczka, ale koło 15-16 wrócę.

Dosłała. 2 strony. Jest nadzieja, że jutro nie będę się nudziła, bo do 15 ma pojechać do drukarni wszystko (marzenie ściętej głowy, ale cóż).

Poszłam. Mdlejąc z upału, bo były 24 stopnie, w słońcu pewno więcej.

Sól kłodawską zdobyłam, co jest wyczynem, bo w marketach jej nie ma, a zielarnia otwarta od 9 do 15, więc...

I jako że mokry miałam kark i włosy na nim, do fryzjera zajrzałam. I było PUSTO :)

Się ostrzygłam, piękna jestem niesłychanie, chociaż coraz bardziej łysa.

I coraz lżejszy ma portfel, bo z napiwkiem (a jakże, daję, bo tak mnie nauczono, no i zawsze mnie wciska bez zapisów, których nienawidzę, co z tego, że dziś był luz) już 60 zł. Za 20 minut pracy. A ponoć inflacja spada. Tak, wiem, przedsiębiorcy nie mają łatwo, ale ja też nie mam.  Wzdech, ale lustereczko za to mi mówi, że jestem najpiękniejsza na świecie, a to jest warte 60 zł.

Potem pokulałam się do Rossmanna, kupić te nieszczęsne chusteczki, zarazem kupiłam na zapas rzeczy, które się niedługo skończą, plus suplementy, w których działanie nie wierzę, no ale co może mi zaszkodzić cynk i selen (moja teściowa była wielką fanką selenu) - może choć trochę poratuje moją łysą główkę?

Wyszłam lżejsza o stówę z groszami.

I wolnym walcem, mdlejąc z gorąca, choć wodę mineralną kupiłam (nie taka droga, jak na lotnisku, ale też nie za tania), dowlokłam się inną trasą. Jeden przystanek autobusem, darmowa PEKA sama się nie wyjeździ, wizyta w Stokrotce po lody (były takie, jak lubię, więc na zapas, bo w innych marketach nie ma), plus pokrzywa z Herbapolu, którą gdzie indziej też wywiało no i... 70 zł poszło w siną dal...

Czyli jedno wyjście z chałupki i 230 z groszami, doliczając nieszczęsną, ale znakomitą sól (5,80 za 1,1 kg - wow, ale bonus).

Nie umiem wychodzić z domu bez celu. Celem był Rossmann, a to co drodze, to wypadek przy pracy.

Ale 12 wizyta u okulisty...

No to muszę wyglądać jak człowiek, żeby mnie zaraz ciąć nie chciał. 

Mam nadzieję, że się uda.

W sumie pocieszam się, że jak się nie zgodzę na krojenie, to nikt mi nic nie zrobi :)

I wciąż widzę, jak Alienek z trudem wciąga na ławę drewnianego konika (sporego), po czym bierze nóż (też drewniany) i konika operuje.

A potem próbuje zoperować mnie...

Auć...

W polityce, zgodnie z moimi przewidywaniami dzieje się - memiarze mają pełne ręce roboty.

I odkryłam najbardziej pojebaną grupę na fejsiku - Zieleń nieplanowana. Obłędna, jebnięta.

 

Jest cudnie.

I tyle dziś z kronikarskiego obowiązku, Kochany Pamiętniczku :)  

 

wtorek, 2 września 2025

Zła jestem

 sama na siebie, Kochany Pamiętniczku, a jednocześnie dumna ze swojej asertywności.

Bo ja K. uprzedzałam, że jestem kobietą pracującą i jak chcą kogoś dyspozycyjnego, niech szukają.  Bo nie będę na zawołanie. No i ustaliłyśmy - dwie korekty.

Jak zwykle w teatrze pomieszanie z poplątaniem.

Autor beztroski (to ma być jakieś rocznicowe - katalog czy cuś).

Beztroski do tego stopnia, że nawet nazwisko sylwetki pisze z błędem.

Nie pasowało mi, sprawdziłam, wujek potwierdził, że mam rację.

Bo czasem nawet jedna literka, obecna lub nieobecna w nazwisku powoduje zgrzyt.

Okazało się, że mam rację.

I inne takie tam, ale o pomstę do nieba wołał zapis: na Galicji.

Jak żyję, nie słyszałam tego "na Galicji". Dla mnie zawsze było w Galicji. No, ale sprawdzam (a to należy już nie do moich obowiązków, ale redaktora, a redaktorem jest babka, od której dostałam emilka, a to jeszcze lepsza bajka)...

I całe internety głośno krzyczą, że w Galicji, nie na Galicji.

Ale że autor uparcie wszędzie pisze "na Galicji", tom dołączyła do emilka zwrotnego notkę.

Lata całe pisaliśmy i mówiliśmy "na Ukrainie", aż przyszła ta jebana wojna i ze względów poprawnościowych należy mówić i pisać "w Ukrainie", co AI podkreśla jako błąd.

Bądź tu mądry i pracuj w korekcie :)  

Pisownia nazw kabaretów, teatrów, czasopism, innych takich - dowolna i luzacka.

Sprawdzam więc pracowicie, co również nie należy do moich obowiązków.

Bo czasopisma mają różne nazwy i autor, cytując je, powinien wiedzieć, jakie cytuje.

Abstrahując już od tego, że pisze: lata dwudzieste, lata pięćdziesiąte, nie podając wieku, a że zakres tematyczny obejmuje i XIX, i XX wiek -  takie sprawy są istotne. 

I tak zamiast korekcić godzinę (bo tak był objętościowo tekst, że z mojej działki z palcem w dupie bym to w godzinę ogarnęła), straciłam na to trzy.

I już nie był taki fajny zarobek...

A pani kuratorka, redaktorka, pisząca piętrowe emilki (nienawidzę, co za głupia maniera, gubię się w którymś momencie, bo jest misz-masz), czepia się w jednym... literówki.

Nosz, kurwa, w I korekcie ma prawo iść literówka - zamiast na puściłam za - mogła to sama poprawić, a nie pytać (moja koleżanka w takiej sytuacji, gdy kazano nam siedzieć po godzinach, mówiła do redaktora: masz maturę? Masz, to popraw sobie sam :) 

Ale morda w kubeł, przeprosiłam i tłumaczę, że wyłapię to w II korekcie (od tego jest druga, chociaż bogiem a prawdą, nie powinno się robić korekty po samym sobie, a ja skorekcone teksty wrzucałam do AI - a ta, skubana, tego nie wyłapała, idiotka). 

I tak jedno szło, a drugie nie szło, i tak mi to życie zeszło.

A dziś rankiem, bladym świtem emilek, że jeden tekst zginął (ano, w piętrowych emilkach bez tytułów czasem coś ginie), a drugi dostaję w formacie .pages. Co mogę otworzyć tylko na jabłuszkach (mam w iPadzie, ale... szukać hasła do poczty, nie mam pojęcia, czy tam się zapisze adiustacja - strata czasu na rozkminianie). Piszę czasem w pages, ale na swój własny użytek. PC niekompatybilne, trzeba instalować inne programy, no ale to przysłał REŻYSER.

I tu jestem po raz pierwszy asertywna.

Odpisuję, że nie mam programu, proszę o zapis w .doc lub .docx.

I dostaję, lalalalala. A z poprzednimi się namęczyłam, bo...

Spakowane zipem, zablokowane w edycji przez nie wiadomo kogo - jak korekcić, nie mogąc wejść do tekstu?

No a pani (od razu waląca do mnie w pierwszym emilku na Ty, wiadomo, świat artystów i korpo, ja osobiście, choć klnę, mam resztki kultury w zanadrzu i pisząc do nieznajomego nie przechodzę w emilkach od razu na Ty, bo co innego media społecznościowe, netykieta, a co innego praca), no ale chuj z tym,  pyta, jak druga korekta i jak dosyłać. Odpowiadam, że mi obojętnie, nie deklaruję wydruków, tylko PDF. Nikt mi nie zapłaci za papier ani za tusz, suma za korektę już nie taka fajna w tym bajzlu, co się będę szarpać. Pyta, czy ogarnę gotowca. No i ja asertywnie odpowiadam, że umawiałam się na dwie korekty. Korekta gotowca to sprawdzanie, czy nanieśli wszystkie poprawki, czy się nic nie przewaliło, w sumie - III korekta.

Umawiałam się na dwie.

Pani się nawet nie zająknęła o kasie (zresztą nie mam żadnej umowy, umawiałam się z K., że dostanę tyle a tyle, a że z nią się jeszcze nie nacięłam, to spoko... Umowę podpiszę po zamknięciu moich interesów).

No to do widzenia ślepa Genia.

To, że ja umiem w korekcenie, chociaż nie jestem redaktorką (napisałam, że ja tylko sprzątam i nie będę  wnikała w twórczość autora, bo o to też pytała), że mogę zrobić wszystko idealnie, to też kosztuje.

Trza być kwardym, a nie miętkim.

Tym bardziej, że była zaskoczona, że tak z biegu się zgodziłam (widać nie mogli znaleźć chętnych, a mają tam na etacie korektę, wiem, bom zastępowała kiedyś), że tak szybko pracuję.

No cóż, mnie te parę stówek nie rajcuje aż tak, nie ratuje mi życia.

Zgodziłam się, bo lubię K., bo mamy za sobą ciężkie chwile w Auschwitz.

Ona cięższe, bo poszła na urlop macierzyński i zaraz po nim ją spławili, nie przedłużając z nią umowy, a była dobra w te klocki, ale pracodawcy nie lubią urlopów macierzyńskich, mnie Boss zatrudnił podkreślając, że już na taki urlop nie pójdę, co mu się bardzo podoba, a i opieki brać nie będę (wtedy to jeszcze nie było niepoprawne politycznie. M., wracając do pracy usłyszała od niego, że ma nadzieję, że więcej dzieci nie będzie miała. Tak jakby tylko kobiety miały dzieci).

Ale za kasę, którą mi zaoferowano (podła ze mnie materialistka) robię od – do i koniec pieśni.

Uściśliłam również, że żadnego popędzania - uprzedzałam, że pracuję i praca ma priorytet - nie robię nic na cito, jeśli mam pracę.

Asertywność level hard, co nie?

A codzienność? Ta, co skrzeczy?

Pylicę mam jak w banku od tych niszczonych papierzysk. 

Przez 3 dni nie zdołałam zniszczyć nawet papieru z kartonów po butach. Po półbutach :) 

Tak gdy przeglądałam po raz kolejny każdy papierek, żeby broń borze liściasty czegoś ważnego nie zniszczyć, wciąż serce  rwało mi się na strzępy i krwawiło, ale tłumaczyłam sobie: co ci z wiedzy, ile zarobiłaś w marcu 1999 roku? Z kolejnej umowy o pracę? Z podania o podwyżkę? Nie pamiętam nawet nazwisk kolejnych prezesów, do których te podania pisałam, a same listy płac (palce mam pokaleczone od wyciągania pierdyliarda zszywaczy, nie mam tego ustrojstwa do wyciągania, nie chce mi się szukać go w mieście) na co mi? Nie będę się już z ZUS kłóciła, czy mam dobrą emeryturę wyliczoną. Mam taką, że z głodu nie umrę, no może schudnę i na wino i na pomidory od Pana od Pomidorków nie będzie mnie stać i na pierdyliard badyli - ale da się żyć, a przecież kiedyś umrzeć muszę, a i oszczędności trochę mam...

Jak i kolejne orzeczenia o wysokości rent - i mojej (miałam z powodu słuchu, choć pracowałam cały czas) i Eksa, naszego pitolenia, z kolejnych zakładów jego, pożal się borze, zatrudnienia...

Niszczarka znów zastrajkowała, dałam jej spokój, spróbuję uruchomić ją jutro...

Jak nie, to kupię gaśnicę, pójdę do I. na ogródek i spalę papierzyska, czuwając z gaśnicą.

Innej opcji nie widzę. Gaśnicę mam, ale taką maleńką.

I zacytuję Kalafiorkównę z MSG od jej ojca:

 K.,  z tęsknotą w głosie: “Kiedy znowu pójdę do szkoły…?” “Już jutro, K.” Z jeszcze większą tęsknotą: “A to będzie dopiero za 24 godziny…”

Cudzysłowy są nieprawidłowe (odezwała się wieczna korektorka, ale tak się kopiuje i zapisuje tu, a nie będę się kopała z koniem).

O słodka niewinności dzieciństwa! Zakładam, że Kalafiorkówna będzie rządziła i wymiatała - do czasu, aż jej się edukacja nie znudzi :) 

Alienek, już zahartowany w szkolnych bojach, tęskni za wakacyjną swobodą. 

A ja?

Chciałabym znów chodzić do szkoły.

Znów być dzieckiem (bylebym znów nie musiała matury zdawać, wszystkie inne egzaminy są OK, ale po głębszym namyśle: skoro raz zdałam, to dlaczego miałabym nie zdać kolejny raz?).

To był wspaniały czas.

I dziś widzę, ile Wam zawdzięczam.

Polecę po nazwisku, bo i tak już Was nie ma.

Moim Nauczycielom, przez duże N. 

Janinie Mogiłkowej.

Pani (imię uleciało mi z pamięci, chyba Elżbieta) Jankiewicz, genialnej nauczycielce matmy w podstawówce.

Pani Katarzynie Rybiance, polonistce z podstawówki. Była moim guru i moim dobrym duchem po śmierci mojej mamy, utrzymywała ze mną kontakt nawet gdy byłam już na studiach. 

Rusycystce: pani Łomozik.

Madame Ciesielskiej.

Łacinnikowi Hieronimowi Ławniczakowi. 

Polonistom: Annie Gutsche i Włodzimierzowi Łybackiemu - do dziś pamiętam rumieniec na jego twarzy, gdy przyłapał mnie na czytaniu Układu Elii Kazan pod ławką i wymógł na mnie obietnicę, że... wrócę do tej lektury za parę lat. Nie, że nie będę czytała pod ławką, bo wiedział, że będzie to walka z wiatrakami. A Układ przeczytała cała klasa jak jeden mąż. I to on znalazł dla mnie bibliotekoznawstwo, choć wybierałam się na polonistykę (a nie było wówczas internetów, więc znalezienie kierunku to nie było takie hop-siup). Zmienił moje życie na DOBRE, WSPANIAŁE, tłumacząc mi spokojnie, że dzieci są okrutne i wykorzystają mój słuch (jak i my, znaczy nie ja, bo seksowna nie byłam, ale inne dziewczyny tak i często wykorzystywały swoje dziewczęce atuty na nim). 

I wielu innym.

Tęsknię za tamtymi dniami, jednocześnie ciesząc się, że udało mi się dożyć we względnym zdrowiu dnia, kiedy moja najstarsza wnuczka poszła do I klasy liceum, a najmłodsza do I podstawówki. 

Alienek i Papryczek to weterani.

Alienek II klasa, a Papryczek IV.

Zaprawieni w bojach.

I ten wrzesień.

Dziś 14. rocznica ślubu Pierworodnego.

A za chwilę trzy rocznice śmierci: Eksa, brata i mamy.

I już sama nie wiem, czy przeszłam do porządku nad tym, co mówi I.: mamo, to tylko cyfry, czy znów wykopię sobie dołek.

 

Jednak życie pędzi coraz prędzej...

Się rozpisałam, ale to taki czas. 

 

 

 

 

 

 

niedziela, 31 sierpnia 2025

Wpadł

Kochany Pamiętniczku, znienacka.

Tylko z Papryczkiem, bo podobno MW osa użądliła.

Nic się nie stało, ale to powód nieprzyjścia.
Część kasy oddała, zresztą sama mówiłam, że jak mu wygodnie.

Mogłabym darować, ale dla zasady - musi się nauczyć.

Lepiej późno, niż wcale.

Za kuchenkę się zabrał i tak, jak kiedyś, kończąc to, co nie skończył I., z przekąsem mówił, że jak inżynier nie zrobi, to się woła technika. Przypominając mu to hasełko, poprosiłam, by zerknął na kuchenkę. Bo szyba się trzyma na słowo honoru jednak.

Męczył się godzinę, mokrzuteńki, bo w kuchni zawsze gorąco, a dziś ciepły dzień.

Na moje, że niech odpuści, kupię nową kuchenkę, zacietrzewił się i wywalił mnie z kuchni.

Dałam Papryczkowi iPada, żeby nie padł, bo rozmowny nie był.  

A ojciec go do kuchni ściągnął, wprawdzie tylko do trzymania latarki, ale mówił twardo: niech patrzy i się uczy.

I tak to moje leworęczne nieszczęście kombinowało jak koń pod górkę i...

Tadam, kuchenka naprawiona.

Wiem, złoszczę się na niego, że taki nieogarnięty, niesłowny i roztrzepany, ale...

Co ja za to mogę, że go kocham?

I nie, nie dlatego, że naprawił mi tę kuchenkę. 

Tak po prostu.

Nie zabawili długo, wziął tylko trochę powideł (teściowa mu też dała), zeszyty (zachomikowane jeszcze z ich lat szkolnych, ale czyste i to zawsze parę groszy w kieszeni).

I tak, to była dobra niedziela.

Polecam Czwartkowy Klub Zbrodni na Netflixie, smakowita obsada i dobra komedia.

I gloryfikowanie starości, choć zastanawiam się, ile kasy trzeba mieć, by wylądować w takim domu spokojnej starości i wieść beztroskie życie.

A i praca mnie kocha na zabój. Jutro apiać do młyna, na razie nic nie ma na poczcie.

Wisi nade mną szkolenie BHP.

I wkrótce jazda do Puszczykowa znów.

A jutro zaczyna się nielubiany przeze mnie miesiąc.

No cóż.

Jak co roku w Chałupach. 


piątek, 29 sierpnia 2025

Ostatnie

 dni wolności, Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj rzutem na taśmę ogarnęłam chałupkę, chyba przeniosę dzień gospodarczy na czwartek, mam wtedy trzy dni wolnego, nawet jak pracuję.

W tym miesiącu wypadają mi dwa dni sprzątania korytarza, ale... moi sąsiedzi w czasie wakacji mieli na to wyjebane, nawet jak byli w domu.

Więc chyba będę miała wyjebane i ja.

W sumie najrzadziej wychodzę z domu, nie puszczam kota na korytarz, sierściuch jebany regularnie czochra się na mojej wycieraczce.

Ale w sumie ja nie o ty chciałam.

Dzisiaj spełniła się obawa Gallów, niebo runęło na ziemię, przynajmniej w mojej wiosce.

A ja cicho, spokojnie, wstawszy, zamiast się wykąpać, rzuciłam się do półek. 

A tam poupychane papierki, papierzyska, papierunie...

W amoku zaczęłam segregować i tak moje sprzątnięte mieszkanko usłało się zrzynkami.


 Jakie piękne zrzyneczki, a to efekt tylko 2 minut niszczenia, bo więcej nie można, niszczarka się grzeje. Zapełniwszy uszykowany kartonik, zreflektowałam się, że wyrzucając toto do kontenera, zwariuję, sprzątając to, co się z kartonika wysypało. Poszukałam więc i znalazłam torbę, która idealnie nada się do włożenia w szparę kontenera. 


 Napełniona do połowy, bez ubijania.

Niszczarka padła, zacięła się... Mimo tego, że działałam jak instrukcja przewiduje, albowiem wciąż mam w pamięci nieboszczkę z Lidla... 

Udało się, działa dalej, choć napracowałam się pincetą.

Inżynier ma już zamówienie na olej.

Ta zielona plama to ręcznik, kryjący następne powidła...

Których aktualnie Alienek nienawidzi, są bleee...

Cóż, Mały  T. ponoć je lubi, a i ja doszłam do wniosku, że napleśniki z powidłami nie są złe.

Ulewy przeszły, odświeżyłam sobie 1. sezon Waltersów, co z tego, że głupi serial dla nastolatków, czasem trzeba nie myśleć i nie analizować...

Nie mogłam spać dziś w nocy, męczyłam się jak cholera (a było już tak pięknie i nie ma pełni), gdy zasnęłam wreszcie, śniło mi się, że zmarła moja przyrodnia siostra (jakoś tak nie do końca), a ona przecież z długowiecznych jest - babcia dożyła 100 lat, matka 99. I nie, nie mamy kontaktu jako takiego, choć w dzieciństwie byłyśmy nierozłączne. Ot, takie imieninowo-urodzinowe serdeczności na FB. Czy tęsknię? Czasami. Ale każda z nas ma swoje życie, swoje piekło i inne takie tam. Teraz jest my Echo, my Shadow and Me. Nie mam już parcia na powrót do przeszłości.

Ale sen bolał.

A tak koło południa odezwała się Małgosia, że zmarła Eulalia. 

Krótko opisała - ja Eulalię wciąż pamiętam, mam jej fotę gdzieś. Lubiłam ją, lubiłam z nią gadać. Jako jedna z niewielu osób z naszej IVa nie przystępowała do matury, ale ponoć potem nieźle jej się wiodło, choć życie i tak jej nie oszczędziło - dziecko ponoć ją zrujnowało. Nie byłam z nią blisko jakoś, ale i nie daleko - wiadomo - koniec liceum, koniec pewnego etapu.

Tyle wiem. 

Żal. Nie rozpacz, żal, współczucie. Nawet dla tego dziecka, że nie umiało żyć z matką.

Coraz mniej nas, ale cóż, z naszej półki biorą już, na kogo wypadnie, na tego bęc.

Jutro mogę być ja i nie mam na to absolutnie żadnego wpływu, choćby skały srały.

C'est la vie.

I tak, leniuchując, bo w lodówce była wczoraj ugotowana pomidorówka, męcząc zapracowanego Inżyniera (a co, niech wie, że jeszcze ma matkę, może i nie najlepszą, ale ma)...

W międzyczasie niebo spadło na Ziemię. 

Doczekałam wiadomości od Kaśki, z którą kiedyś w Auschwitz pracowałam, krótko, bo krótko, ale...

Nie wyrywałyśmy sobie kudłów z głowy.

Kaśka, zostawiwszy Auschwitz, poszła w odchamianie i...

Dała mi parę razy zarobić.

No i znów pyta, czy jej katalog zrobię.

Nie paliłam się do tego, ale chytra jestem, jak każda poznanianka, znaczy się, Szkotka (Chris, pozdro), wywalona ze Szkocji za skąpstwo...

500 zł netto za 40 (no 80, bo razy dwa) stron, gdzie więcej zdjęć jak tekstu i nikt mnie batem nie goni...

Brzmi pięknie. Uległam, ale...

Właśnie niedawno wszystkie umowy z teatru zniszczyłam w niszczarce :P Takie in blanco, bo założyłam, że kto tam taką staruchę będzie chciał... A ta, na moje, że ja już w urence, odpisuje, że mam korekcić i nie jojczeć.

Wzdech.

Podpisałam cyrograf, ale oj tam, oj tam, od poniedziałku będzie się działo :) 

Ale lubię, kiedy się dzieje :)

I potem, jak przestało niebo spadać na Ziemię, polazłam do Lidla po pyry. Bo jutro też ma niebo spadać na Ziemię.  

I wkurwiło mnie na maksa...


 

 ... z trudem opanowałam się, by nie porysować karoserii...

Bo debil stoi dokładnie na przejściu dla pieszych. Piesi muszą włazić w kałuże. Namalowanie tam żółtej koperty bez przetargu przekracza możliwości władz spółdzielni.

 Oddycham w tytkę...

I


 na lodówce mam dowód mojej zajebistości, za który Łobuzy zapłaciły swoimi własnymi, ciężko zarobionymi pieniędzmi :) Sam siebie o to nie śmiałam podejrzewać...


 A po nieprzespanej nocy olewam wszystkie piguły i wierzę w moc dobrego piwa :) Jest niezawodne, choć daleko mi już do dawnych piwnych wieczorów...

I już przed 20 robi się ciemno...

Nadchodzi czas świeczuszek, lampek i wspomnień.

Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.

Ale piękne jest to, że są.

I że nie muszę się niczego (oprócz kilku potknięć) wstydzić.

Chociaż w sumie - i te potknięcia, zwane kiedyś grzechami (niesłusznie) - piękne są.

Aczkolwiek - tak na 80%.

 Ale kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem...

 

A i do banku poszłam.  Bo na wypłatę czekałam.

A tam –4,50 za jakieś niewiadomoco...

Nosz, zaczęłam pisać spiskową teorię dziejów, że jacyś hackerzy. 

Ale że porwali się na 4.50?

Zanim mnie olśniło, że to za kibelek Kalafiorkówny na dworcu :) 

Życie bywa ciężkie :)  

 

 



 

środa, 27 sierpnia 2025

Przeżyłam

 aczkolwiek cudem, Kochany Pamiętniczku. 

Jeszcze nigdy tak źle nie było.

Napierałam się na więcej dni, ale dobrze, że oni się nie zgodzili, znaczy się, rodzice Łobuzów.

Tak jak przez te dwa dni dzieciaki dały mi popalić, to głowa mała.

 A jeszcze w poniedziałek spokojnie sobie siedziałam w chaupce.

Zakupy zrobiłam wolnym walcem.

W KiK już Gwiazdka



 Jesień też jest, i owszem, ale zupełnie wypadł Thanksgiving i Halloween. 

Fatamorgana.

No w domu też mam jesień z lekkim wyprzedzeniem, ale nie da się ukryć, że jesiennie już jest.


 Przyjechali.

Dostali iPada (od proga pytali), bo mieliśmy trochę do ogarnięcia.

I. dziurę w kiblu zatkał, śmiejąc się, że tam się co najwyżej mała mysza prześlizgnie, a nie szczur, ale ja sobie nawet małej myszki nie życzę.

Szybę w piekarniku wstawił, aczkolwiek tam wypadła śrubka jakaś, nie ogarnął wkręcenia, bo był szał ciał, ale ogarnie. Ostrożnie otwierając mogę dalej korzystać z piekarnika, więc jestem o 1000 zł z groszami bogatsza. Z jednej strony mam ochotę kupić nową kuchenkę (białą, teraz są, ta metalowa doprowadza mnie do szewskiej pasji), ale... Znów obcy, wnoszący, wynoszący, przykręcający, odkręcający - NIE. Gaz zlecę tylko osobom z uprawnieniami, nie jestem desperatką oszczędzającą każdego centa. Ale nienawidzę obcych :) 

Fotel zmontował. Jest ikeowski, mniejszy jak ten gamingowy, ale OK. 

Zrobiło się luźniej w tym kącie i dobrze. A gamingowy mimo protestów żony zabrał na włości i tyż piknie :) Ten poprzedni też chyba zabrał - taki chomik jak ja :) 

A Łobuzy już na początku urzędowania zaczęły bój. 

Mało, że nie słuchają żadnych poleceń, głuchotę wybiórczą mają, jak drą się babcia, to ja mam natentychmiast lecieć z jednego końca mieszkania na drugi z prędkością nadświetlną, to ja sobie mogę płuca wypluć, a oni głuchną.

Już na starcie wojna o to, kto ma spać po której stronie kanapy. Są jeszcze na tyle mikrzy, że swobodnie mieszczą się na kanapie, każde ma swoją kordełkę i podusię (i pierdyliard maskotek, więc nie zapraszam do siebie, bo ja swoje gabaryty mam i z maskotkami się nie mieszczę, bo jeden pies jest naturalnej wielkości, a są dwa. Husky. Ale nie, wojna... Więc spali w poprzek, choć kordełki im spadały, a i Alienek za chwilę się w poprzek nie zmieści. Nosi kapcie już 39. Ja mam 40 i to tylko dlatego, że na starość kopyta mi się rozklapały :) 


 Ponieważ Kalafiorkówna chce mieć światło, a Alienkowi przeszkadza, szewskim  targiem na szafie zawisły świecące sople, bo nawet mała lampka mu nie pasowała.

Zasnęli...

A we wtorek...

Się zaczęło.

Spali, nie powiem, do 8.30. Ja spokojnie się wykąpałam, pograłam sobie, relaks.

Zapytałam, co chcą na obiad - napleśniki.

I na moje nieszczęście wymyśliłam Manekina.

Ale najpierw poszliśmy na Manhattan i to też była droga przez mękę.

Bo za daleko.


 Kalafiorkówna robiła za tanią siłę roboczą. Z własnej woli, tłukąc mój wózeczek niemiłosiernie, Alienek zaś co kawałek jej właził na wózek, ciągnąć nie chciał, bo się zmęczy.

Zakupy to też było niezłe hardcore, tylko kupno pomidorków dla K. było u Pana od Pomidorków przyjemne. A potem naleganie, że ona chce iść do Żabki. Mówię, że ja nie kupuję w Żabce dla zasady, ale ona przy każdym przystanku brzęczy o Żabce, że ona sobie tam tylko pochodzi, ale musi tam bezwzględnie iść. Wszyscy patrzą na mnie z niechęcią, że odmawiam dziecku, ale kurwa, po co do Żabki? Nawet oni nie chodzą do Żabki, a już na pewno nie z dziećmi, może ktoś w niedzielę tam wpadał kiedyś, ale teraz? Alienek tylko oczami przewracał. A wracaliśmy do domu z jękiem, że tak daleko, że trzy Żabki po drodze, a ja podła, nie weszłam do żadnej :) U rzeźnika cyrk -  wybierali sobie wędliny, a w domu ich nie ruszali, bo niedobre (oni kupują w marketach, wszystko pakowane w folię, a moje pakowane w papier, trudno, zamroziłam, ale nóż mi się w kieszeni otwierał). Kalafiorkównie odbiło do tego stopnia, że jadła sam kawiorek z masłem, ale koniecznie odgrzany i pomidorki oraz małosolne (moje) - tylko to jej smakowało.

Herbata rooibos, słodka już z natury, miodowa, posłodzona solidną łyżką miodu była  za gorzka (zalecenie rodziców: nie słodzić więcej, trzymałam się rozkazu). 

Ojapierdolę. Na moje nieszczęście wymyśliłam obiad w Manekinie.

No to sruuu... Jedziemy.


 Kolejny cyrk, bo nie usiądzie na siedzeniu poczwórnym, bo za nisko. A każde chce, żebym koło niego siedziała. A ja zakręcona, bo muszę odbijać PEKĘ za Alienka... Santa Madonna...

A z plecaczka delikwentki wywaliłam pierdyliard zabawek, które chciała wlec do miasta, zostawiając tylko butelkę z wodą... 

I nie mogliśmy dojechać.

Bo zaczęły się nowe remonty i... nic nie jechało na tej trasie, wszystko objazdami i ojapierdolę, sama się w tym zagubiłam.

Na całe szczęście dotarliśmy do dworca, do Avenidy, bo Kalafiorkówna miała siku. 

Ja z Łobuzami płci dwojga, rozdarta, z którym wchodzić, które pilnować. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, zawsze była obstawa ze mną.

Kibel na dworcu wstęp 4,50 (sic!), na szczęście można płacić kartą, akurat wyszła obsługa i mówi, że KAlafiorkówna może spokojnie iść sama (dzielna, poszła), a ja pilnowałam Alienka, któremu rogi rosły...

I bimba, która miała jechać na Starołękę, pojechała w bok, koło Zamku i...

zrozpaczona, nie wiedząc, gdzie ją dalej diabli poniosą, na Gwarnej wyskoczyłam z niej, wlokąc Łobuzów, bo był Sfinx.

Alienek na wieść, że nie jedziemy do Manekina, tylko idziemy do Sfinksa, odstawił taką scenę balkonową, że ludzie zastanawiali się już nad wzywaniem policji, bo biedne dziecko.

Więc surowo i głośno powiedziałam mu, że może poczekać pod Sfinksem, aż zjemy, a potem pójdziemy do Manekina.
Spasował.

W Sfinksie zostawiłam majątek, bo nie miałam apki (apkę ma I.), a nie pamiętałam hasła do FB i mi jej nie zainstalowało, ale...

Oni mieli i rosołek, i pomidorową (mała miseczka prawie 14 zyla). A ja dorsza, drogie, ale moje ulubione w Sfinksie. 

Zeżarli wszystko, dopychając się moimi frytkami 


 I Kalafiorkówna zapytała grzecznie, czy można kupić dokładkę?

Odrzekłam, że nie, bo to było już na zasadzie: oczy chcą, a buzia nie może i nie myliłam się.

Dzielne dziewczę z małym pęcherzem  samo poleciało do kibelka, a ja umierałam ze strachu, że je ktoś uprowadzi, że o ja głupia cipa (zegarków monitorujących nie zabrali).

Ale szczęśliwie wróciliśmy do domu,  bo rzut beretem od tego Sfinksa jest przystanek naszego autobusu i dolecieliśmy do niego IDEALNIE w momencie, gdy podjeżdżał...

Ale to jeszcze młoda pora była, więc... na plac zabaw. Bo w domu dostawali małpiego rozumu - nic z dotychczasowych zabaw. Tylko iPad. A ten zakazany przez rodziców i słusznie, bo nasrane na gry mają.

Rysowanie - nie, planszówki - nie, oglądanie zdjęć - zabawa na chwilę, a potem znów wrzaski (szczerze, obawiałam się reakcji sąsiadów), skakanie ( ja się nawet ćwicząc nie odważę skakać...), lanie się, miotanie, a wszędzie kanty i inne takie tam...

I ja mówię - jak groch o ścianę, oni coś chcą... babcia pierdyliard razy na minutę, nie daj borze, jak czegoś nie zrozumiem - A. chodzi do logopedy i nie do końca jeszcze ogarniają, że do mnie mówi się przodem... 

Dobrze, że na osiedlu jest plac.

Na tyrolkę. 

Poznają tam jakiegoś Adama i wariują z nim tam, potem na placu, umawiają się na jutro po 11...

Jestem sceptyczna, ale nie wiedziałam, że im tak to wejdzie w krew...

Padam dokładnie o 21. Bez piguł, bez czucia. Po potężnej awanturze, bo... Nie słuchają nic i chlapią w kąpieli tak, że pół mieszkania jest zalane.

Nie mam siły.

Tylko raportuję rodzicom obawiającym się o ich życie, a idących sobie do kina, że dzieci mają karę, bo przebrały miarę w łobuzerce.

Na pytanie matki o 22, co nabroiły nie odpisuję, bo...

Śpię, niestety tylko do 6, gdy budzi mnie gorący pocałunek Kalafiorkówny.

Bo są umówieni z Adamem na kilka minut po 11...

Kurwa...

Więc szybka kąpiel, śniadanie i pytanie na śniadanie, co z obiadem. Bo to nie jest tak, że idziemy gdzieś na obiad, dzieci  mają prawo wyboru (a jakie prawa mam ja. kurwa?), no i nie ma zgody. A. chce Manekina (na szczęście sprawdzam tym razem menu i na widok cen mówię nie), K. chce pizzę, której dzisiaj kijem nie tknie A., naleśnik w nowo otwartej knajpce na osiedlu kosztuje 15 zyla za sztukę...

Może tam złota dosypują?

Na dokładkę od 8.30 do 13 mamy nie sikać, nie myć rąk, nie kapać się, nie prać, nie zmywać, bo...

Przyłącze kanalizacyjne naprawiają.

Jak będziemy to robić, to zalejemy piwnicę.

Ogłaszam więc alarm myjąco-sikający, zakręcając wodę do kibelka, szykując miskę i wiadro. Sikać mamy bez spuszczania wody, co budzi sprzeciw w moich czyścioszkach, a K. w którymś momencie sprawdza, że ciepła woda leci i ona może normalnie umyć ręce.

Ojepierdolę.

Ponieważ nie ma konsensusu w  kwestii obiadu, ogłaszam tonem nieznoszącym sprzeciwu, że idziemy do Lidla po mąkę i maślankę. I jebany dżem. Bo chcą naleśniki z dżemem. Nie z powidłami. Powidła są na liście rzeczy obrzydliwych.

W drodze do Lidla tragedia w wykonaniu Alienka, bo on nienawidzi chodzić do Lidla (nie chodzi tam, u nich nie ma, ich mama czasem robi zakupy w Lidlu w B., gdzie pracuje). Zakupy w Lidlu kończą się triumfem K., która znalazła mąkę (nie wiem, gdzie w Lidlu jest mąka, albowiem mąki nie kupuję i nie używam) oraz wyczynami przy kasie samoobsługowej, którą chcą obsługiwać razem, co jest jak godzenie wody z ogniem. Na całe moje szczęście rachunek nie przekracza 30 zł :) Co dla moich zakupów w Lidlu jest sumą niesłychaną, a i udaje nam się wyjść.

Ciasto na naleśniki kręcą wszyscy.

Co w mojej kuchni jest wyczynem na miarę lądowania pierwszego człowieka na Księżycu.

I robię ser na słodko ze Strzałkowa, Alienek oczy w słup i wyżerając mówi: to jest lepsze od miodu, niemożliwe.

Pada nowiuteńki blender z Lidla, ale olać, kosztował grosze.

Lecimy na plac, bo parę minut po 11... Adama nie ma i nie pojawił się dziś, a na moje, że nie przyjdzie, Alienkowe: skąd wiedziałaś.

No cóż, życie, wiem :) 

Lecimy na obiad, oni szaleją, a ja smażę naleśniki.

Za mało ciasta zrobiłam, zeżarli wszystkie, jęcząc, że mama takich dobrych nie robi (mama robi na mleku, na specjalnej patelni, a moje takie raczej racuchowe). Ja zjadłam dwa, oni po cztery i... są głodni. K. akceptuje lody na deser, ale A. domaga się konkretów. Lody - rolada cappuccino mu  nie smakują... Na kuchenkę wjeżdża pomidorowa... Alienek je dwa talerze, zanim padnie z przeżarcia, a kruszynka K.... też dwa :) 

 

A potem nie ma opcji, że rysowanie, cokolwiek, klocki LEGO inne cuda... Nie.

iPad.

Nie ma iPada, jest awantura, bieganie, wrzaski, a wszędzie są kanty, moje poduszki mówią gromko nie na szorowanie nimi po podłodze, która po tych dniach nie jest już idealnie czysta.

Wymiękam, idziemy na plac.

A na placu...

Kalafiorkówna znajduje PATOL, nie patyk, patol zaostrzony na końcu, jakby ktoś jakąś dzidę czy inny oszczep zrobił i...

Celuje tym w twarz A.

Jeden cios, oko wybite, dziecko zabite.

Na szczęście czuwam.

Każę wyrzucić w krzaki narzędzie zbrodni.

Odwracam się na moment i...

Ona znów z nim lata.

I inne takie tam.

Na moje uwagi (pierdyliard razy), że nie ma sama otwierać drzwi windy, bo... Pcha się między nie, a mogą ją zmiażdżyć, ma wyjebane. Bo ona je chce otworzyć. Sąsiad, wsiadający za nami mówi: pani, jak się połamie, to zrozumie... 

Serio?

Alienek, szarpiący po raz kolejny, mimo upomnień klamkę, która kiedyś od szarpania padnie...

Dzieci skaczące sobie na nogi...

Bijące się po głowie...

Lecące na przejście mimo moich wrzasków (nie dogonię ich, stara jestem). 

I wrzaski. Dla mnie, przyzwyczajonej do życia w ciszy ich wrzaski, gdy mam aparaty, to jakby mi ktoś wbijał gwoździe w mózg. I skakanie w butach, co z tego, że domowych - po suficie - nie wiem, jak to brzmi dla sąsiadów.

Moje dzieci nie miały takich odchyłów.

I Kalafiorkówna, lecąca do każdego kundla, co z tego, że pyta, czy może głaskać?

Nikt na osiedlu nie powiedział, że może, różnie tłumaczyli. A synowa była zdziwiona, że takie u nas nieużytki...

K. w ostateczności odmówiła zjedzenia u mnie kolacji, bo chce zjeść z Lokusiem :) Może, nawet z jednej miski...

Doszło do momentu, że powiedziała mi, że nigdy już do mnie nie przyjedzie, że nie chce, żebym ja do nich przyjeżdżała.

Powiedziałam, że OK, że nie ma sprawy. Nie zobaczymy się więcej. Alienek oburzony zapytał, czy może do mnie przyjeżdżać, powiedziałam, że zawsze.  

Zostały ostatnie, najgorsze minuty oczekiwania na I., który miał zabrać przychówek.

Dojechał. 

Wysłuchał mojego jojczenia.

I potwierdził, że z K. mają problem. W te wakacje. Ona mnie już przepraszała. Cóż. Mam zapisane w kajeciku. Nie będzie mną manipulowała nawet wnuczka, która po mnie charakterek odziedziczyła na 100%. Ja już nic nie muszę :) 

Delikatnie stwierdziłam, że inaczej to wygląda z perspektywy rodziców (ja tam ich błędów nie będę wytykała, choć widzę, robię za Szwajcarię, bo na kij mi kłótnie?), inaczej z mojej. 

I już się do niczego nie rwę. 

Miałam ciężki tydzień pracowy, przede mną następny, nielekki.

A potem okulista - o tym pamiętam tylko ja (jak wiadomo, każdy ma swoje piekło).

Teraz jutro dzień gospodarczy (a jest co prać, oj jest, taka ze mnie porąbana wariatka). 

I ogarniać.

I tak, kocham ciszę, bez wrzasków, szorowania podłogi poduszkami, mimo próśb.

A biedne misie, sterane przez nich ostatnio schowałam do szafy, skąd wywlokła je K., dalej poniewierając.

I była zniesmaczona, że nie chcę mieć zniszczonych do końca misiów, bo ona chce się nimi bawić.

Jak dla mnie coś nie pykło. Po stronie obu synowych - bo każda z nich ma swojego ulubieńca, co odbija się na relacjach. 

Ale co ja tam mogę?

Morda w kubeł i cieszę się, że teraz tylko w słuchawkach gra muzyka. I że co minutę nie rozlega się: babcia...

Wiem. Nie byłam dobrą córką, żoną też nie, matką taką se, a babcią to już na stos i podpalić...

Ale lubię siebie.

Bo dlaczego nie?

Są jeszcze gorsze ode mnie :)  

 

 

sobota, 23 sierpnia 2025

Już

 prawie jesienne poranki są, Kochany Pamiętniczku, chłodne, wręcz lodowate, zwłaszcza że  śpię przy szeroko otwartym balkonie.

Ale to nic, jeszcze wcześnie rano jest jasno i 


 gdyby nie mój paskudny nawyk grania w łóżku, wyskakiwałabym w mig :) 

Wrzesień już za mną.
To był bardzo ciekawy numerek, bo poza pierścieniami na róże i posówem, umówili się chyba, by nie myśleć. I nie można tego zwalić na karb upałów, bo mają klimę.

Bo czym wytłumaczyć taki kwiatek?


 Dla korekty tu nie ma żadnego błędu. Literki się zgadzają.

I każda AI to przepuści... Przynajmniej ta korektorska AI, bo ona jeszcze nie dorosła mi do pięt. Skoro puścił to nawet redaktor, specjalista z tej dziedziny...

No dobra, on ma włączony słownik...

Myślenia już nie :) 

A ja to mogłam spokojnie puścić.

Bo nie muszę wiedzieć, że pietruszka nie jest strączkowym, a peluszka już tak. 

Takie coś kiedyś chodziło w rubrykach typu humor z zeszytów :) 

A tak wyglądają kwiatki, gdy "rzeźbią" (hahaha) tekst albo gdy mają za mało tekstu i dopisują. Nikt nie wpada na to, by zapisać ten kawałek w Wordzie, posłać do I korekty (bo ja mam w umowie dwie korekty i więcej nie, więc zazwyczaj objeżdżam delikwenta, gdy śle mi cały tekst do I korekty jeszcze raz - czasem zwyczajnie nie mam na to czasu, a czasem zwyczajnie nie chce mi się - nikt mi za to nie płaci). 


 I tak, dedykację tępię bezlitośnie, albowiem dedykować można wiersz, piosenkę, obraz, a nie kurwa śrubkę do silnika czy stowarzyszenie. 

Niektórzy już nawet kibel do dupy dedykują i srajtaśmę też :) 

I tak mi schodził ostatni dzień, w redakcji balanga, bo żegnali M.

W sumie mogłam pojechać, ale... Nie miałam melodii.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Zdziczałam, nie ukrywam.

I tu nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje emilek, że zobaczymy się szybciej, bo... Nosz, pyry znów przesunięte. Z 9 na 12. A ja już ponad pół roku nie byłam na kontroli, bo zgrać dyżur okulisty z moim harmonogramem to nie przelewki.

I nie, nie oddam tej wizyty, w dupie mam. Jak mam układać sobie życie, skoro ciągle zmieniają harmonogramy? Wskoczyłam na MSG i piszę do naczelnikowej, że po moim trupie. No i na spokojnie doszłyśmy do porozumienia - pojadę sobie na tę wizytę, a oni... będą na mnie czekali :P

Jaka radocha - raz oni będą czekali. 

Z Bossem nie dogadałabym się na ten temat.

Więc nie jest źle.

Tak więc mam tydzień wolnego - w sumie nie za bardzo wolnego, bo wlecą Łobuzy.

Ale trudno. 

Jak się jest babcią, trza być kwardym, a nie miętkim.

A że w czwartek ogarnęłam chaupkę, wczoraj miałam lajtowo, zakupy odpuściłam, bo z głodu nie miałam szansy umrzeć i poleciałam po zakupy dziś. 

Zimno było, nie da się ukryć, pizgało złem, tak wiało.

Ludziska pomykali w watowanych kurteczkach (przymierzałam się do takiej przejściówki, ale nie dojechałam do sklepu), a ja w sandałkach i sauté :)   

I było mi... bardzo ciepło.

Więc na razie nie żegnam lata, choć potem zrobiło się lodowato zimno i padało.

Więc przeszczęśliwa siedziałam w domu na kubańskiej, smażąc kolejne powidła (za mało śliwek kupiłam, ale nie mieściło się wszystko w wózeczku), rosołkując (to już dla Łobuzów) i gotując sobie wreszcie klasyczny obiadek - cycek, zmieniaczki i szabelek (bułgarski). 

Na bogato, a co...

I dobrnęłam prawie do końca 6. sezonu A place to call home.

Rozkoszując się modą lat 50., te sukienki, takie kobiece.

I te czasy, tak okrutne, zakłamane, kobieta w ciąży bez męża to zaraz dziwka,  hańba, jej dziecko to bękart. I okrutne traktowanie gejów - jak daleko to od dzisiaj jest. Co z tego, że to Australia? Wszędzie były takie klimaty, a u nas jeszcze długo po tym, jak się coś zmieniło, jak kobiety zaczęto traktować nie jak dodatek do mężczyzny, ale jak ludzi.

I to, co mnie niezmiernie wprawia w zdziwienie: kobiety w ciąży, drinkujące całkiem swobodnie, palące papierosy.

Tak też było pokazane w Mad Men.

Nikt nie uważał tego za szkodliwe. I to nie tak, że wypiła sobie drinka raz na jakiś czas, nie drinkowały regularnie. 
Zastanawiam się, jakim cudem moje pokolenie nie jest całe sfelerowane przez to picie?

No ja na pewno nie, moja mama była zafiksowana na niepicie, tak samo jak i ja przez lata.

Wciąż pamiętam, jaką kosmiczną awanturę zrobiłam mojej mamie na jakichś imieninach, gdy chciała wypić symboliczną lampkę szampana. Odstawiłam taki cyrk, jakby moja mama była rasową alkoholiczką :)  A gdy kiedyś zobaczyłam w kieszeni jej fartucha paczkę papierosów (ojciec palił), zrobiłam dramat prawie szekspirowski :)

Nie, w ciąży nie piłam, nie piłam po urodzeniu dzieci do pięćdziesiątki. Za to wstyd się przyznać, w obu ciążach paliłam. Wprawdzie tłumaczyłam się, że tylko co najwyżej 5 papierosów dziennie, ale paliłam. Zresztą mój ginekolog stwierdził, że bardziej szkodliwe jest rzucenie palenia niż jego ograniczenie.

Rzuciłam palenie  33 lata temu, 1 czerwca, na wyraźną prośbę moich mądrych i kochanych dzieci (wieczna wdzięczność im i chwała, pewno już bym dawno nie żyła, paląc, a zadyszka po latach to zasługa tych przepalonych lat), że na Dzień Dziecka chcą, żeby mama nie paliła. Rzuciłam od razu, ale i rzygałam, gorączkę miałam, prawie mdlałam, czułam się jakbym umierała. Poszłam do lekarza, a ten wzruszył ramionami i mówi: co ja pani na to poradzę, jest pani narkomanką :) 

I tak, od czasu do czasu wypiję coś, lubię wino, z piwa już wyrosłam, odkąd zamknęli piątkę i nie mam opcji wyskoczenia w kapciach po piwko, bo mam ochotę.

Czasem kupuję, ale rzadko :)

Jeżeli piciem komuś szkodzę, to tylko sobie już.

I jak napisał mi na swoim zdjęciu PS, moja duża (nie wielka, ale duża i boląca miłość): Nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy.

 

I tak sobie umilałam dzisiaj dzień: gotowanie, świeczuszki, serial, czasem FB.
Na moje nieszczęście pokusiło mnie na FB napisać coś na publicznym - staram się nie, bo wiadomo, jak się ma inne zdanie niż ogół, to masakra, zwyzywają i od staruch, i od debili, odsądzą od czci i wiary. W sumie mnie to rybka, blokuję post i nie daję się sprowadzać do dyskusji z miernotami.

 Ale taki fajny był post, że na cmentarzu w jakimś miasteczku zrobili społeczną wypożyczalnię sprzętu, darmową i recykling zniczy. W K. też można dać niepotrzebne znicze do recyklingu, ale wypożyczalni nie ma. No i napisałam, że to bardzo fajna inicjatywa, że jak ktoś z daleka jedzie do Umarlaków, to dla niego jest zbawienie. Odpowiedź się spodobała, ale znalazł się jeden, co się przyczepił, że nie szanuję zmarłych, bo mówię Umarlacy. Że to nieposzanowanie i skandal. Były dwie dziewczyny, którym się to spodobało, nawet mnie broniły, ale ten się przyczepił, jak wesz do grzebienia, że on nie, bo on szanuje, bo babcia się modliła na różańcu, a ja profanuję... Tłumaczę spokojnie, że to moja nazwa, że przepraszam, nazywam tak moich Umarlaków. Nic, jak grochem, o ścianę... Nawet swoją żonę w to wmieszał, jak odpisałam, że ja nie cierpię jak ktoś do mnie słodko mówi "kochanie", bo wiadomo, że coś chce. Typ, że nie będzie do mnie mówił kochanie, bo mu żona nie pozwala. Że Umarlaki brzmią jak Szmaciarze albo Bydlaki. Że obraża to mojego ojca, bo do niego mówię "-ak", a sama mam "ska". WTF? On miał "ski" :) 
A chuj mu w oko i kotwica w plecy, i trochę gruzu, by nie było luzu. W dupę nie, bo miałby przyjemność (tych serdeczności nauczyli mnie znajomi geje) :) Ale nie, nie wywnętrzałam się dalej, pożyczyłam miłego dnia i uważałam dyskusję za zamkniętą. Pogadałam z inną babką, której się zwrot spodobał, napisałam, że to mój sposób na oswojenie straty. Nie minęła godzina, a ten znów się włącza, ale olałam.

Gość ewidentnie się nudził jak mops przy budzie, a sądząc z religijności był jakimś nawiedzonym katolibanem.

I pewno myślał, że mnie przerobi i polecę się modlić na różańcu.

Jeżu kolczasty, jaka jestem szczęśliwa, że się - późno, bo późno, ale odseparowałam od tej sekty.

Bo choć były tam i dobre momenty w moim życiu, bo do dziś w maju sobie śpiewam godzinki we wannie, a jak mnie napadnie to i inne pieśni, ale...

Teraz jasno widzę, jak bardzo to wszystko jest nastawione na rzucanie zwykłego człowieka na kolana.

Już w przedszkolu, do dziś pamiętam: "grzeczne dziecko, gdy wstanie, nie prosi o śniadanie, tylko ładnie uklęknie, i przeżegna się pięknie [...], nie obraca,  nie kręci, bo ma zawsze w pamięci, że Pan Jezus jest wszędzie i za złe karać będzie"... 

Wszędzie tylko kary, ogień piekielny, wszystko źle, mówić obcemu facetowi o rzeczach całkiem  intymnych i bolesnych czasem.

Mnie proboszcz wyrzucił z konfesjonału, gdy załamana po śmierci mamy spytałam: dlaczego Pan Bóg zabrał mamę, a nie tatę?

Nie, nie analizował, nie współczuł. 

Po prostu wyrzucił.

Tak samo wyrzucił mnie nieznający mojej historii ksiądz, gołowąs, gdy (idiotka), spowiadałam się, że nie chcę wracać do Eksa.

Gówno wiedział, namawiał mnie do dalszego dźwigania krzyża, bo Bóg tak chce.

No to była moja ostatnia spowiedź.

Nawet na ślubie P. nie byłam u spowiedzi, a to, że zajęłam się MW (a jakże, była już nieco czasu na świecie, no ale się wyspowiadali), bo teściowa P. ze wzruszenia nie mogła, a MW ją więcej znała wtedy niż mnie, która po ochrzczeniu przed ślubem, ryczała jak zarzynane prosię (A. mówiła, że zbuntowała się, bo ksiądz pomylił jej imię), więc wyszłam z nią z kościoła i nikt nie wnikał, że mama pana młodego nie idzie do komunii...

 A MW, którą przygotowywano (ale nie przygotowano i nie poszła do I Komunii - nie wiem, czy im kasy nie starczyło, czy coś, ja się nie wtrącałam, rybka mi to, dorosła i na religię nie chodzi) zapytała, ile trzeba zjeść opłatków, żeby zjeść całego Pana Jezusa...

Więc - przeszczęśliwa jestem. I wiem, że miał rację Marks, mówiąc, że religia to opium dla ludu.

Nieważne jaka.

Każda.

I nie mam tu zamiaru obrażać nikogo, kto wierzy. Jego sprawa. Nie osądzam katolików - ale nie cierpię katolibanu. Jeżeli komuś jakakolwiek religia jest potrzebna do szczęścia - niech wierzy. Ale niech nie najeżdża na innych.

Niech żyje i daje żyć innym.

Nie przerabia ich na swoją modłę i podobieństwo. 

Nie nawraca ogniem i mieczem.

I niech pozwala nazywać rzeczy po swojemu.

Dla mnie moi Umarlakowie będą już zawsze Umarlakami.

Tak, jak o moich dzieciach mówiłam Bachory. 

I czasem się w listach i liścikach tak podpisywały.

I pytali, czy wciąż są moimi Bachorami.

Tylko starsza synowa się kiedyś zaperzyła, że jak to, na dzieci mówię Bachory.

Bo mogę.

Bo je kocham.

Na wnuki mówię Łobuzy. I czasami protestują, że nie są Łobuzami. Słyszą wtedy, że są kochanymi Łobuzami.

Bo są.

P. bardzo długo mówił na Eksa Kudłatek. Bo taką szopę, jak on miał do śmierci, to ojapierdolę. 

Teściowa darła o to mordę, że brak szacunku dla ojca.

Że jak tak można.

A ja wciąż widzę, jak P., jak leci przez kościół i woła: Kudłatek, chodź tutaj do mnie...

Ileż było miłości w tym Kudłatku.

A I. mówił do niego Władeczek.

Potem mówili tata albo ojciec.

I już nie było w tym tego ogromu miłości.

Ani szacunku.

Na mnie mówili Wiewiórka albo Ruda.

Albo Mamut.

Do dziś mam wszystkie opcje w kompie zapisane Ruda.

Kiedyś nawet kolega pytał, dlaczego mu się zmiany wyświetlają jako Ruda.

I nie mógł uwierzyć, że dziecko może tak do mnie mówić.

No cóż. 

Teraz jestem już siwa, ale wciąż Ruda.

I nie zamienię tego na żadną "kochaną" :)

Stara Jędza też do mnie czasem mówią :)

A od I. dostałam na urodziny kiedyś 

 


 

 taką kulę - jak się nią poruszy, lecą nietoperki. Ale podjarany był, że udało mu się ją wyszperać.

Jakoś mi nic nie ubyło.

Ani z szacunku, ani z mojej manii wielkości.

I tak, planuję już kolejną wyprawę do Umarlaków.

Umarli, więc są Umarlakami.

I ja będę kiedyś Umarlakiem.

 

Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.

I dopiero po latach zrozumiałam sens napisu na bramie cmentarza w R.: Byliśmy, kim jesteście, będziecie, czym jesteśmy. 

I nie ma się co nadymać, czasem trzeba kij z dupy wyciągnąć.

Bo i kij w dupie może być przyjemnością.

Poniekąd :D 

 

PS Nie palę od 12 136 dni :) A żyję 25 830 dni :)  Na emeryturze jestem od 3306 dni :P Taka mała statystyka :) 

 

 

 

 

 

środa, 20 sierpnia 2025

Zaskoczona

 jestem, Kochany Pamiętniczku.

Pracą, o dziwo - miło.

Rodziną mniej, ale cóż, z nią się najlepiej wychodzi na fotografii jak wiadomo.

Więc najpierw to, co wkurwia.

Odezwał się P., że już nie może. Że nagle zapłacił za ząb MW 1000 zł i jest w czarnej dupie. Pytam, gdzie polazł, kolega mu polecił. Sprawdziłam, u mojej od 500 zł. Mogło być i 1000, ale jakość - jestem jej pewna.  Pytam, ile potrzebuje, że pożyczę, może oddać na raty. Nie, nie mam zamiaru nic dotować. Mogłabym, ale tak po dłuższym zastanowieniu: czy ktoś mnie kiedyś (no byli tacy, ale nie stamtąd) zapytał, czy czegoś nie potrzebuję? Ani słowa, co u mnie, jak się czuję, ani be, ani me, ani kukuryku. Jakby mnie nie było. Ani dziękuję, ani czy żyję. Boli mnie to strasznie, że nie jestem hojna. Ale, kurwa, mam już 70 lat i to o mnie powinien się ktoś zatroszczyć. Czy jeszcze zipię. Czy daję radę, a często już nie daję.

I tak, mam dwóch synów, nie jednego. 

I nie wiadomo wciąż, co  ze szkołą  MW. Niby coś będzie w Luboniu, ale stale jakieś przeszkody i nie ogarniam takiego nieogarnięcia - jak mając w sumie niezłe świadectwo - wg ich zapewnień, nie ma nic ogarnięte?

Nie wiem jak to jest na 93%, ale według mnie jest OK.

Ale pierdolę, nie mój cyrk, nie moje małpy.

Wyluzuj, SJ :) 

Jest mi go potwornie żal, bo z tego widzę, że ogarnia i lekarzy, i szkoły, i inne sranie w banie.

Wiem, że płacą dużo za wynajem, ale...

Zwracałam uwagę, że nawet kupno na Alledrogo z odroczoną płatnością jest źle oceniane przez bank przy przyznawaniu kredytu, to znów zaczął: ale mamo, ale mamo.

Że od razu spłaca.

I chuj.

Ekonomista, kurwa. 

I nie wezmą mniejszego mieszkania, czekają chyba na moje umarnięcie, ale to i tak będzie za małe dla nich mieszkanie, a i I. będą musieli spłacić, choć ten debil pewno im odpuści.

I tak, miałam też latami debet na koncie, ale zabrakło mi kasy tylko raz - na niespodziewany pogrzeb brata. 

Na codzienne wydatki na dwa tygodnie przed wypłatą - nigdy. 

Na dwa dni - tak. Ale mieliśmy co jeść, bo zawsze miałam jakieś rezerwy w domu.

I nie, nie mieliśmy zwierząt, bo byłam na to za biedna.

I mając do wyboru przepchnięcie dzieci w świat za te marne grosze, krzywdząc je, bo nie miały pieska - wybierałam dzieci.

A zasiłek na dzieci (na dwójkę) jeszcze jak byłam z Eksem to były jakieś grosze, później też.

I nie, nie było to 800 plus.

Nieważne.

Poczekam do jutra, zobaczymy, co ze szkołą MW.

I nie, nie poproszę, żeby wleciał zobaczyć, co z kuchenką.

Wytrzymam bez piekarnika. Chociaż jak go nie ma, to mi brakuje.

I...

Na grupie osiedlowej ktoś napisał, że mu szczur wlazł do mieszkania. Pogadałam z tym gościem, wlazł mu przez dziurę w łazience. Zadowolona, że takiej nie mam, a w kuchni zamurowałam (bo była wielka przy rurach) w czasie remontu, polazłam na siku i...

Mam dziurę. Pod rurą, odprowadzającą wodę z pralki. Mikroskopijną, niewidoczną, bo tam rury od pralki i kibla lecą, ale mam. Spanikowałam. Nie mam jej czym zatkać. Ale mam od remontu resztkę fugi i to jakieś kilo. Pytam I., a ten rechoce. I milknie. Odzywa się później i mówi, że ma gips budowlany, jak przywiezie Łobuzy na nocowankę, zagipsuje dziurę. Ogarnie. A ja na razie natkałam do tej dziury stare gacie, które czekają na zmiłowanie i na wywiezienie do PSZOK, bo do śmietnika nie wolno ich już wywalać. Cenne są :) 

I. zaprasza na MSG. Okazuje się, że mają jakichś gości w niedzielę, a chcą się Łobuzami pochwalić. Czy mogę przesunąć nocowankę? Mogę, nawet mnie to urządza, bo w weekend sobie ogarnę światło w lodówce i odpocznę. 
Na MSG  wpadają Łobuzy i trajkocą jak najęte, pokazując wakacyjne zdobycze znad morza, że Labubu jednak mają, starszą mnie Labubu, obiecują, że przywiozą do mnie wszystkie pluszaki (moje mieszkanie za małe jest na ich kolekcję), spowiadają się z wydatków i nie dają ojcu dojść do głosu...

I dziękują za kaskę na wakacje, Alienek zdaje raport, ile ma jeszcze na koncie, bogaty jest, Kalafiorkówna biedna (swoje konto zna co do grosza, K. ogólnie) i sonduje, ile ja mam na koncie, zostaje skarcony przez ojca za sondowanie, ale stwierdza, że babcia jest biedna... :)  

 Jakże inne są te stosunki...

I cieszą się, że się zobaczymy...

To tyle z rodzinnego podwórka.

A w pracy.

Jakoś dziwnie.

Szło dziś wszystko jak z płatka od rana...



 Obudziłam się wczesnym rankiem, dokładnie 5.01, na sik. Jak pięknie, nie oddaje tego fotka z telefonu. I z minuty na minutę zmieniała się gra światła, i było cudnie, ale musiałam lecieć zamknąć drzwi, bo słońce grzeje za mocno jeszcze, choć powietrze o 5 rześkie i przecudne, ale u mnie wali i po oczach, i po ciałku spoczywającym na kanapie :) 

 Polazłam do Lidla, kapustę zanabyłam na gołąbki, chcąc zrobić gołąbki bez zawijania, zapominając, że nie mam piekarnika. A kapuchę na gołąbki (specjalną) kupiłam i w rezultacie zrobiłam gołąbki z kaszą jaglaną, bo okazało się, że ryżu nie mam, a resztę ukisiłam, bo zwariowałabym z taką główką kapusty :P 

No i piszę do wróconej z urlopu naczelnej, że proszę o harmonogram, bo bez tego nie ujadę z dopasowaniem wizyt u lekarza, który też ma harmonogram. Chyba że myśli już o odświeżeniu kadry korektorskiej...
Odpowiada:

Absolutnie nie – proszę głupot nie gadać, jeśli ma Pani jeszcze do nas cierpliwość, to będę najszczęśliwszym człowiekiem na tym łez padole😊 

Poczułam się doceniona.

A potem było już z górki, nawet z wicegłównodowodzącym miło szło, choć posłałam mu naganę, bo kazał müsli przerobić na musli, a ja pracowicie wklejałam te umlauty... I wstawiał mi wszędzie przecinki przed oraz.

A na koniec, po miłej wymianie emilków napisał:  

Jest super😉
Brakuje tylko Pani tu z nami na miejscu....
 
No i to jest ta dobra część dnia :) Jakoś miło dziś wszystko szło, choć obiad gotowałam w galopie - ale mam na jeszcze 2 dni :) 
I skończyłam przed 18, choć jechałam jak ze śrubką w dupie, okrętową numer 5 :)
A teraz czeka na mnie nagroda

 
 Czasami chce się żyć :) 

   

 

sobota, 16 sierpnia 2025

Trudno

 jest, siedząc w internetach, Kochany Pamiętniczku, odciąć się od politycznego bagna.

Syfu, inaczej mówiąc.

Bo to syf jest.

Prezydentem mojego kraju zostaje zwykły gangster. 

Ale i formacja, za którą byłam całym sercem zawsze okazuje się nie lepsza - w sumie nie podjęli żadnych kroków, mimo wielu rzeczy, wskazujących na to, że wybory były sfałszowane.

I tak, rozumiem, że nie da się w dwa lata naprawić syfu po ośmiu latach rządów pisiorów.

Ale oni nie pierdolili się i nie pierdolą się w tańcu.

Kłamią tak bezczelnie, że przebijają w tym dzieci, które nawet przyłapane za rękę na chuligaństwie, potrafią mu zaprzeczać bez drgnienia powieki :)  

I ten ściek wylewający się z ich ust. Z jednej strony podziwiam stronę rządzącą, że nie odpowiada również bluzgami, ale...

Może czasem słowa, które cisną się na korale mych ust i które wypowiadam, bo dlaczego nie,  odniosłyby lepszy skutek i dotarły do opozycji?

Bo żeby zrozumieć przesłanie (słuszne), sarkazm i wic rządowych odpowiedzi, trzeba mieć IQ trochę większe niż 20...

Miesięcznice, znaczy się miesiączki wuca.

To jawna kpina ze wszystkiego.

I tak, ja też czasami myślę, że mogłam uratować mojego brata.

I nie, nie czuję się już winna.

Opiekowałam się nim latami, znosząc wszystkie kłamstwa, krętactwa i zaginanie czasoprzestrzeni.

Że mi się w życiu poszczęściło, bo w szkole jechałam na opinii po mamie.

Miał taką samą opinię.

Tyle, że to on mnie wykopywał dosłownie, z boiska, na którym grał całymi dniami w piłkę (Lubańskim nie został), gdy wołałam go, żeby szedł odrobić lekcje.

I do ogólniaka nie dostałam się, jadąc na opinii po mamie, bo gdy kończyłam podstawówkę, mama żyła jeszcze.

Dostałam się, zwolniona z egzaminów, bo miałam świadectwo takie, że dziś moje dzieci się z niego śmieją, że to paranoja mieć same piątki (szóstek wtedy nie było).
Więc nie, nie opinia, ale moja praca. I słuch tak samo miałam wybrakowany, jak on, ale nie uważałam tego za koniec świata. Wychodziłam z założenia, że każda wada ma swoje zalety.

A gdy ktoś czepiał się mojego słuchu (parę takich się znalazło, a i jeden z absztyfikantów mojej przyjaciółki i syn przyjaciółki mojej mamy powiedział kiedyś - dotarło do mnie okrężną drogą - że gdyby miał mieć taką żonę jak ja, garnki by w domu latały; przełknęłam w milczeniu, żeby mnie obrazić, trzeba być na moim poziomie), odpowiadałam słodko: mów mi do dupy, bo mam uszy na urlopie :) 

A na egzaminie na studia jaką opinię mogła mieć moja, nieżyjąca już mama, której nikt na UAM nie znał?

A ja mu dywan pod nogi słałam, internat załatwiałam, żeby nie musiał mieszkać z ojcem, stypendium,  inne bajki.

I gdy skończył zawodówkę, miał do końca życia żal do ojca, że "nie załatwił mu warsztatu", a pracował wtedy (ojciec) w spółdzielczości pracy.

Za to ja ściągnęłam go do mojej już wtedy wioski, załatwiłam technikum bez egzaminu, internat i ładowałam w niego kasę z moich pierwszych nędznych zarobków.

Miał poprawkę po pierwszym roku, zamiast na nią pójść, poszedł na piwo z kolegami.

Skończyło się na pracy w odlewni.

Dobrze, że miał pracę. 

I zarobki wyższe trzy razy niż ja, nawet szwagier lekarz kiedyś rzekł z przekąsem, że w odlewni mają lepsze zarobki niż lekarze :) 

No ale to mi się układało, bo miałam dzieci.

A jemu nie, chociaż w każdą niedzielę był u mnie na obiedzie. Z ojcem. W rodzinie Eksa wiedzieli, że oni mi płacą za obiady, chociaż ja nigdy nie widziałam złotówki...

Mniejsza z większym, ojciec starał się być dobrym dziadkiem i był, mimo tego że pił wciąż.

Jak trzeba było ogarnąć chłopców, ogarniał.

I nigdy na nich złego słowa nie powiedział.

Za to brat potrafił przyjść do szpitala, gdzie leżałam z zagrożoną ciążą i opowiadać, jaki bajzel jest w domu, bo Eks nic nie robi. Że w szklankach pleśnieją fusy. I nie, nie doniósł ani badylka, ani nic. Nie pomyślał, że mógł te fusy sprzątnąć.

Kiedy prosiłam go o zajęcie się P., gdy miałam rodzić I., bo i teściowa, i Eks pojechali do Reichu - teściowa do córki, która rodziła w maju (ja rodziłam w lipcu), a Eks na saksy, z których kasa poszła i tak w całości na jego samochód, bo "coś mu się od życia należy", odmówił, bo wykupił sobie wycieczkę do Bułgarii. P. zajął się ojciec, a mną, umierającą po porodzie - przyszywana ciotka. Do szpitala wiózł mnie szwagier - I. urodził się w jego urodziny, dokładnie  39 lat różnicy :) 

 Powywalałam właśnie kartki z pretensjami, które zostawił po tym, jak odebrałam mu klucze od mojego domu.

W swoje imieniny przyszedł do mnie z kolegą z pracy. Pili w kuchni, mnie nie było w domu, byłam u teściowej, która jeszcze wtedy mieszkała w sumie trzy przystanki autobusem ode mnie. Wróciłam do domu, wykąpałam dzieci (Eks był znów na saksach), położyłam je. I starałam się pozbyć nieproszonych gości. Byli pijani w trzy dupy, brat więcej. A jego kumpel zaczął się do mnie dobierać.

Poleciało szkło, dzieci się pobudziły, a szkło było nawet w przedpokoju, a one bosymi stópkami.

Nie wiem, jak znalazłam siłę, ale wywaliłam na korytarz dwóch rosłych chłopa. Ja, 45-kilogramowa dziewczynka :) 

I już nigdy nie dostał kluczy, chociaż jeszcze do mnie przychodził.

Potem się fochnął na amen, bo jego gospodyni doniosła, że pije na umór i że zniknął. 
I zniknął na trzy dni, szukałam go, zwiedzając wszystkie knajpy na Starołęce, z jego zdjęciem i z dziećmi, bo nie miałam ich z kim zostawić, dowiadując się,  że moje dzieci są znane we wszystkich, albowiem przychodziły tam z wujkiem. Kupował im lody, żeby nie mówiły mi, gdzie chodzą z nim. Wrócił po trzech dniach. Pojechał z kumplem od kieliszka gdzieś w Polskę na wesele...

Powiedziałam, że ma iść do AA, nawet byłam w kościele pytać o to.

Usłyszałam, że to ja mam problem z alkoholem (do 50. roku życia od dnia ślubu byłam stuprocentową abstynentką, tak wyszło)...

Dochodziły mnie tylko słuchy, że pije, że ma długi, że jest coraz gorzej. 

Starałam się, ale mając na karku dzieci, ich szkoły, brak kasy, postępującą chorobę Eksa...

Eks się wyprowadził, zostałam sama ze wszystkim, no ale oczywiście, miałam klawe życie, praca na dwie zmiany, dzieci, utarczki z rodziną Eksa, która z jednej strony chciała mieć wszystko, a z drugiej na powrót chciała, żebym wzięła Eksa pod swoje skrzydła, oddając im wszystko za piękne oczy,  na co znów nie zgadzał się Eks, bo jemu się należało z testamentu jak psu zupa.

I ja z pensją korektorki.

Któregoś dnia zlądował u mnie z kartonem, w którym były albumy, jego świadectwa i inne takie duperele, których ja teraz nie mam sumienia wywalić na śmietnik.

Że gospodyni wywaliła go z pokoju, czy może u mnie mieszkać?

Powiedziałam, że nie, że nie mam miejsca. 

W małym pokoju mieszkali chłopcy - uczący się.

W dużym ja, TV, z którego korzystali wszyscy. 

Wpuszczenie tu człowieka pijącego co dzień na umór, a wiedziałam, że tak jest - a pamiętam do dziś ojca - nie, to mnie przerosło.

Dość się już w życiu napomagałam.

Poprosił o kasę i dałam mu ostatnie 10 zł, jakie miałam w portfelu, bo na koncie miałam debet.

Wypłaty jeszcze nie dostałam - nie byłam tego dnia w pracy, wypłaty były jeszcze w kopertach.

Odchodząc powiedział, że odda mi z procentem.

Zaśmiałam się, bo jeszcze nigdy nic nie oddał, a pożyczał często.

I do dziś, stojąc w kuchni i patrząc przez okno widzę, jak znika między blokami. 

Następnego dnia telefon z policji.

Że znaleziono go na Dębinie.

Nie wiem, w którym miejscu, nie chcę wiedzieć.

Nigdy nie zapaliłam tam znicza.

Jego flama, miał taką, starszą od siebie, nie chciała się ze mną nigdy spotkać, bo starsza, rozwódka, z dziećmi, z odlewni, a ja pani magister.

Ludzie też, kurwa, mają problemy.

Gospodyni sumitowała się, że gdyby wiedziała, nie wypowiedziałaby mu pokoju.

Był zadłużony wszędzie, 10 lat po jego śmierci dostałam wezwanie od komornika ze SKOK do spłaty 8 tys. 

A nie miałam na koncie nic, poza bieżącą pensją.

Uratowała mnie moja D., ale co wydałam na adwokata, to moje.

W jego pracy powiedziano mi, żebym nawet nie zbliżała się do jego konta bankowego, bo będę odpowiadać za długi. Próbowano go wyciągnąć,  bo pracownikiem był idealnym, jak wszyscy z mojej rodziny (geny), ale...

Nie udało się.

Pomogli mi w jego pracy, przyjechała nawet na pogrzeb delegacja z jego zakładu. Do K., bo pochowałam go w grobie rodziców.

Nie miałam pieniędzy na pogrzeb, na policji zapytano mnie, czy pochowam go,  czy mają to zrobić na koszt państwa.

Kasę pożyczyła mi była sąsiadka, spłaciłam co do grosza.

I tak, oddał.

Miał ubezpieczenie zapisane na mnie, jakieś tam kapitały emerytalne zapisane na P., który był jego chrześniakiem.

Podczas powrotu z tego pogrzebu na OIOM wylądował I., który nie chcąc mi dokładać stresu nie przyznał się, że jest chory.

Miał wirusowe zapalenie mięśnia sercowego, a lekarz powiedział mi, że w najlepszym przypadku będzie transplantacja serca.

Się obeszło. I. kwardy jest, a nie miętki. Zaliczył pół roku nieobecności w szkole i został dopuszczony do matury. I latał z plecakiem po schodach na III piętro, mając zakaz męczenia się i noszenia ciężkich rzeczy.

Półmaraton w Londynie potem przebiegł.

A po moim bracie został stos jego rzeczy, wyrzuconych na śmietnik, który zobaczyłam, gdy chciałam ogarnąć po nim pokój, łącznie z zepsutym odbiornikiem TV, który dostał od swojej flamy, a na naprawę którego już nie miał kasy. Ze śmietnika zginął jednak magnetofon i taśmy, które mu dałam, by mógł chociaż muzyki posłuchać. Gospodyni "nie mogła czekać tak długo". Choć wiedziała, że mam umierające na OIOM dziecko.

Wszystko dobre, co się dobrze kończy, co nie?

I nie, nie obchodzę miesięcznic, pamiętam o jego urodzinach i imieninach.

Czasami wspominamy go z chłopakami.

I tak, ma zaopiekowaną mogiłkę, pochowany dzięki życzliwości TEGo proboszcza, który jako wikary przyjmował i mnie, i jego do komunii.

Nie pod płotem.

I tak, czasami czuję się winna, bo przecież mogłam go wziąć pod swój dach.

I narazić moje dzieci.

Na nie wiadomo co.

Nie, nie żałuję swojej decyzji, chociaż mnie boli i to kurewsko.

I tak, po latach lubię alkohol.

Czasem nawet się nim znieczulam.

Ale nigdy jeszcze nie straciłam przez niego kontroli nad swoim życiem.

Alkohol jest też dla ludzi. 

A patrząc na skalę narodową, bo moja to małe miki, zerowy wpływ na ojczyznę, moje miesięcznice nie byłyby ochraniane i obchodzone przez tłumy.

Czuję się tak samo winna.

I tylko rozmawiając z dziećmi odzyskuję równowagę, gdy mówią: cieszymy się, że mama tak wybrała. Że mama nas wybrała.

Też mają swoje traumy.

I tak mi się z polityki zeszło na prywatę.

Bolesną dla mnie od lat.

I może trzeba zablokować jednak Pamiętniczek, bo to tylko mój ból? I nikomu nic do tego?

A jest pełnia, wlewająca się niepowstrzymanie do mnie, bo kanapa tak stoi, że w oczy mi Księżyc świeci, a jak zamknę balkon to się duszę, jak pójdę do drugiego pokoju, też. 

 

Jest obok daru blasku łaska cienia. I obok daru uczuć dar zapomnienia.  

I tak sobie włączę Jeden Osiem L, chociaż nie do końca na temat...

Ale fraza: ile dałbym, by zapomnieć...