jak słoik po ogórkach. Kupując pierścionek plumkał, że ślub za dwa-trzy lata, a wczoraj mówili już, że za rok. Dziś już mają datę wstępnie ustaloną, 11 maja wlatują na półtora dnia do PL, żeby oglądnąć miejsce. Ślub będzie cywilny i spory, bo ok. 80 osób. Tak im spieszno, bo to w zasadzie jedyny weekend w roku, kiedy można też angielskich gości zaprosić - mają tam właśnie długi weekend. No nic, zobaczymy, w końcu lepiej mieć to z głowy. Jako że chcą na kilkanaście dni przyjechać, planują zabrać... koty. Ojapierdolę. Nie ma opcji, że zgodzę się na koty u mnie, Dziewczyna też jest z wioski i ma tu rodzinę. Pomijając już wożenie kotów z UK (może ktoś pamięta, że JEDEN kot miał zimą taką wyprawkę na dwa dni, że ja się do samochodu nie zmieściłam??), co będzie kosztowało i to nieźle, ona ma w domu psa. To już nie mój cyrk, ale nie wyobrażam sobie, że te dwa diabełki latają u mnie po półkach i po parapetach. Nie ma opcji. Nie jest to przesądzone, nikt mnie nie pytał, ale od razu mówię NIE.
Zatem nie jadę w tym roku niańczyć kotecków, bo w związku z wydatkami rezygnują z Paryża.
Szczerze mówiąc, jest mi to na rękę, bo mam swoje chytre plany :D
Ale to jak się spełnią. :)
Nie bawi mnie już latanie, tak wyszło.
No a potem odezwałam się do Pierworodnego. Spał po zmianie, szedł znów na nockę, ale dorwałam wnuki. Z Małej Wiedźmy wyrosła panienka jak trzcinka, a Papryczek, spaślak jeden, ma 4,5 miesiąca i cyckiem pędzony waży 9 kilo. Synowa będąc tu na święta sama poniekąd została za niezabranie Pierworodnego karmą pokarana, bo na lotnisku ledwo z życiem uszła, ciągnąc 2 dzieci i bagaże. Nie dziwię się, też bym nie dała rady z 9-kilowym wrzaskunem i latającym srebrem. Więc następnym razem lecą wspólnie i to już... 16 maja. Bo mają komunię jakąś w PL i muszą być. Hmm. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Ale... chcą wlecieć na 2 tygodnie do mnie. I tu znów syf, bo ja w tym czasie pracuję, i to na pełnych obrotach. I nie, nie zgadzam się na taką okupację, sorry Winnetou. Powiedziałam, że mogą wlecieć na weekend, czyli w sumie na sobotę, przenocować, pójść na komunię i w poniedziałek jechać do teściów, bo nie będę ani gotować, ani nie ma opcji: babcia bawi się z dziećmi. Bo babcia wraca zmęczona i nie ma już 20 lat. A po całym dniu przebywania bez nadzoru tego tatarskiego taboru, to ja dziękuję. Jak chce, może przed wylotem na weekend przyjechać i na lotnisko ją zawiozę (syn poleci wcześniej), ale nie ma opcji wczasów u babci. Trudno, babcia pracująca jest, a horda się nic nie zmieniła, więc NIE. Skoro fajnie im się żyje miesiącami nie odzywając się do mnie, dlaczego mam pozwalać na najazdy wtedy, kiedy im pasuje?
Mam swoje życie.
Dziwne, ale moje.
I oni po części się do tego przyczynili, podejmując takie, a nie inne decyzje.
Więc przepraszam, ale my home is my castle. Jeżeli tamci dziadkowie nie protestują, pasuje im, to nie znaczy, że ja będę pokornie się na wszystko zgadzała. Nie.
I tak mi niedziela ładnie minęła na pogawędkach i serialach, nawet mi się nie chciało wyjść, bo pogoda była niezdecydowana, jako i ja :D
A dziś bladym świtem zjadłam
śniadanko jak za dawnych, dobrych lat, z gazetką, planując długi majowy weekend, bo będzie się w wiosce działo. I nic to, że będę sama. To wspaniałe towarzystwo i ja się w nim nie nudzę, bo jestem ciekawą towarzyszką ;)
Następnie kopnęłam się w dupę, ogarnęłam
chałupkę, a śliczna jest, co nie???, i szybko poszło, łóżko, zmywanie i och, ach i... w 15 minut miałam zainstalowany program i wypełnionego PIT-a. Myślę, że mój uraz do tego bierze się z pierwszych lat pitolenia, gdy nie było programów, przepisy były jeszcze gorsze, a kto pitolił? Oczywiście ja dla całej rodziny, z kalkulatorem, ołówkiem, stertami papierów i z obłędem w oczach.A teraz rach-ciach-ciach i gotowe. Mogę wydrukować w pracy (nie mam jakoś przekonania do e-deklaracji, coś się plątało, a nie chciało mi się już męczyć), ale... drukarkę mam daleko od pokoju, a firma ma surowe zasady co do mówienia o zarobkach, a przy drukarce stale ktoś się kręci. Więc odżałowałam troszkę kasy i na szczęście okazało się, że ocalał punkt drukujący z pendrive'a, więc odtwarzacz mp3 posłużył za pendrive i po bólu. Ostatnim rzutem na taśmę (a lato było piękne dziś) poszłam do urzędu skarbowego i tym sposobem zaliczyłam dziś 8 kilometrów w pełnym słońcu. W rybaczkach, przewiewnej koszulinie i sandałkach. A co tam :D A ludzie wciąż w kurtkach i szalikach. Wprawdzie Sikora straszyła mnie kolejkami, ale nie było kolejki. Na rynku wildeckim zaś szparagi o 3 zł droższe niż na Manhattanie, więc cieszę się, że mieszkam tam, gdzie mieszkam. Grzeszę znów, bo jem szparagi. A nie powinnam. Za to nie piję, więc się wyrównuje, co nie?
I zgrzeszyłam, Kochany Pamiętniczku, bo po drodze jest taki fajny sklepik i... Gorąco mi było, a tam...
Kupiłam. Nie przyznam się, ile zapłaciłam, ale. W dupie to mam :)
Pełna szafa t-shirtów, ale czarne, grube i nie wytrzymuję. Zresztą nie do twarzy mi już w czerni, a to że wyszczupla to urban legend. Więc powoli przerzucam się na pastele, bo tak i już :D I pani mnie pamięta, i miarę w oku ma, i odłoży dla mnie po długim majowym weekendzie rybaczki. Koniec z niedbaniem o siebie, mogę być gruba, ale nie muszę być mysza :>
Wróciłam i zaczęło się słoneczko psuć, a teraz jak lisek wkoło drogi chodzi burza.I już doszła :D
Więc do juterka, Kochany Pamiętniczku :)
Juterko na imprezkę weselną do pracy lecimy :)




Dzisiaj w koncu weszlam i co ja widze wrocilas , ech kamien z serca . Co do dzieci swojej tez nie poznaje , widac takie pokolenie . Nie tak ja wychowalam
OdpowiedzUsuńNo to jesteśmy pokoleniem niezadowolonym z naszego wychowywania :) Bywa... Miło mi, że się cieszysz :)
UsuńTeż jak zaczęłam mierzyć bluzki na lato to się okazało,że nie mam się w co ubrać:(
OdpowiedzUsuńBłyskało się wieczorem, ale nic z tego nie wynikło, za to dzisiaj spore ochłodzenie.
Plany synów zweryfikowałaś, podziwiam,że potrafisz powiedzieć NIE.
Ja mam się w co ubrać, ale mi w tym za goraco. I to taki fajny sklep, gdzie pani nie mówi, że jestem za gruba, nie taksuje mnie potepiającym spojrzeniem, ale szuka czegoś :)
UsuńMusiałam się naumieć mówić NIE :)
Ci co w kurtkach to pewnie wczesnie rano wychodzili i wtedy troche chlodniej a i nie wiadomo co pozniej bedzie albo w pracy zimno, ja tak mialam i wygladalam jak ten przyglup wracajac z pracy w najwiekszy upal.
OdpowiedzUsuńA zapomnialam to ten slub w tym maju juz?
UsuńNo mi się zdarza polecieć w sweterku i potem pomarznąć, bo wciąż zapominam, że jak u mnie w mieszkaniu ciepło, to na dworze zimno, a jak w mieszkaniu zimno to na dworze upał :) Taki urok mieszkania. Broń blog w tym roku, za rok :) Chociaż mi to rybka :D
UsuńJak wiesz, popieram Cie wsprawie wakacjowania sie dzieckow u Ciebie, ale ze Cie podziwiam, ze konsekwentnie umiesz powiedziec NIE na nieliczenie sie z nikim z z niczym, to chyba nie wiesz, wiec oswiadczam Ci, tak trzymaj, z czasem sie naucza, ze nie kazdego mozna uszczesliwic swoja obecnoscia. O jakim upale Ty piszesz? U mnie zimnica straszna, 9°C po poludniu, wiec tez w kurteczce jeszcze latam i tak ma byc jeszcze do weekendu, a w ogrodzie tyle roboty, ale ja nie lubie marznac, wiec sie wstrzymuje z robotami, potem mi plecy pekna i bedzie cudnie.
OdpowiedzUsuńTo pisalam ja, Teresa
OdpowiedzUsuńNa początku zaciskałam zęby i nic nie mówiłam, ale po kolejnej demolce powiedziałam wprost: wybaczcie, to moje mieszkanie i moje zasady i albo się do nich stosujecie, albo nie przyjeżdżajcie. Nie przemawia do mnie, że jestem babcią i "mam kochać" wnuki. Mogę je kochać, nie muszę. Nie są wychowywane na moich zasadach (tak jak moje dzieci), więc nic nie muszę. Skoro są wychowywane bezstresowo, to wolna droga :) U mnie są reguły. W pociągach są reguły, w samolotach, w sklepach, wszędzie, więc dlaczego u mnie ma być hulaj dusza piekła nie ma?? Że jestem mało kochającą babcią? Trudno, tak wyszło :)
UsuńU mnie wczoraj do późnego popołudnia było piękne lato, upalne, po południu przyszła burza i teraz przerabiamy jesienną szarugę, tyle, że zielono jest :)
fajne bluzki, cudne tulipany i w ogóle fajnie :)))))
OdpowiedzUsuńi racja z tymi nawiedzającymi :)
imbirella