czwartek, 9 października 2014

Diabli

mnie wczoraj wzięli, jak spojrzałam do grafiku i spostrzegłam, że robimy dodatek. Dodatek z serii tych, co zawsze materiały są na ostatni dzwonek. Środa, a ja nie mam ani materiałów zasadniczych, ani do dodatku, dodatek zamykamy w przyszły wtorek. Zakipiała we mnie krew, bo jak znam życie, wszystko dostanę w poniedziałek, no i oczywiście co pięć minut ktoś będzie chciał na cito. A tak w sumie łażę do pracy i znikam, a nie pracuję. Więc... Wparowałam najpierw do szefa od dodatku, notabene Vicebossa. Rozdarłam się, bo jak jestem zła to się drę, a gość niewinną minę robi i mówi: naprawdę, taki termin?? Ojapierdolę... Niewiniątko mi odstawia, a ja za Heroda robię, co niewiniątka rżnie. Poinformowawszy więc go, że w takim razie do widzenia ślepa Genia i idę do domu, po drodze wpadłam do kolejnych pokoi z radosną nowiną, że mam wszystko w dupie i w poniedziałek nie będzie żadnego zmiłuj i wszystko będzie leżało karnie na emilku i na kupce i srutututu majtki z drutu... W kolejnych kanciapach ludzie na mój widok już się pod biurka chowali, a ja dalej się darłam: że wiem, że głośno mówię, że wiem, że oni wiedzą, ale nie daruję im tym razem i że idę w świat. Bez plecaczka. I mam wszystko w motopompie.
Dziś dolazłam cała mokra (już sama nie wiem, czy nie jestem chora, bo to nie jest normalne, że mam całe włosy mokre, idę zwykłym tempem, 4 km na godzinę to nie jest szybko, a mam - mimo braku swetra - mokrego t-shirta, rano nie jest jeszcze tak gorąco, jak szłam, było 12 stopni, będę jednak musiała iść do konowała, ale to później) i... Pracowali całe wczorajsze popołudnie w pocie czoła, co było widać.
Dupy nie urwało, ale jednak coś drgnęło. I tak w środku dnia drzwi się otwierają ciuchutko, wlatuje Viceboss i kłaniając się grzecznie mówi: pani Stara Jędzo, bardzo pani dziękujemy, że nam pani wczoraj o terminie przypomniała... Paczę na niego jak na wariata i cedzę przez ząbki jak perełki: tak, tak lekarz kazał potakiwać... A on na to: ależ nie, serio, wiedzieliśmy, że 14, ale nie przyszło nam do głowy, że to już :) No japierdolę... Pierwszy raz w życiu ktoś mnie po główce pogłaskał za darcie mordy :D Inna para kaloszy, że darłam ją w słusznej sprawie.
A jeszcze później rzekł z niepokojem w głosie: słyszałem, że pani nie będzie cały grudzień... A ja na to: to dobrze pan słyszał :D Zamarł i mówi: to nie żarty?? To jak to będzie?? A ja na to złośliwie: Cicho, nikt nie będzie się darł :)
I tak moim modo polazłam o 13 do domu, bo wszystko było ogarnięte i pozamiatane.
Wychodzę na te tereny zakazane, a tu sesemes się dobija... Poleciałam więc w stronę cywilizacji, wyciągam ajfoniczka i co ja paczę?? Szwagierka sobie o mnie przypomniała. Pyta mnie o Eksa, a ja przeciez go od roku ponad nie widziałam. Nie wiem, co z nim i rybka mi to. A ta pisze i pisze i wynika z tego, że mimo zakończenia dziesięcioletniej ponad walki i chałupę, wciąż się o coś tłuką!!!! Ja pierdolę, to są ludzie starsi ode mnie, szwagier, który wszystkim rządzi już do siedemdziesiątki dojeżdzą, jak nie więcej i co?? Wiekować będzie czy do grobu wszystko zabierze?? I ostatnia żona teścia w akcji, a kobieta jest hmm... może w moim wieku, może starsza, ma dorosłą, czterdziestoparoletnią córkę, więc czy ci ludzie pocipieli?? A szwagierka mnie męczy, że mam szukać w necie. Ja pierdole, ma takiego samego neta jak ja, ma komputer, dlaczego ja mam szukać, skoro mnie to ani nie zieje, ani nie grzębi??? Ludzie.... Odpisałam, że nie mam neta, jak znajdę net, to poszukam. Z domu napisałam sesemesa, że nie znalazlam, bo faktycznie nie znalazłam, nie wiem, czy o to im chodzi, a mi to lotto.
Ale ciśnienie mi podskoczyło i znów do domu dolazłam mokra i może przegapiłam księcia po drodze?? ;)

Chociaż... Nie wygląda mi to na książęcy pantofelek, raczej na jakiegoś lumpa :)
I posiliłam się krupniczkiem, bo mi się wczoraj MLASK ugotował sam z siebie.
I herbatkę sobie zrobiłam...



I błogosławię ciszę i spokój domu mego, nie zazdroszcząc nikomu niczego i nie bijąc się o nic. Przecież na tamten świat - o ile jest - nie zabiorę niczego.
No, może tylko wspomnienia, a te lepiej mieć pełne spokoju i kolorów...


A Inżynier wczoraj w Londynie z Rolls Roycem negocjował :) Poszło mu lepiej, niż myślał. Co mnie cieszy. A mógł zostać w rodzinnym sosiku i upominać się o swoje. Walczyć, pazurami wydrapywać, bo mu się należy. Jak psu zupa. Bo teść, zapisując Eksowi wszystko podkreślał, że to dla niego, żeby mógł dzieci wychować...  Miałby ciekawe życie, co nie?? :) Wychowałam ja. Bez grosza pomocy. Co mnie niezmiernie cieszy, że nie jestem taka całkiem do niczego :P

wtorek, 7 października 2014

Operacja

logistyczna cissus rombolistny, dzięki naszej Nieocenionej Zmorce zakończyła się sukcesem, ale o tym za chwilę, porzundek zaś ale musi być.
Wczoraj wściekłam się jeszcze więcej w pracy, bo na starych śmieciach pies z kulawą nogą nie zaglądał, a kwiatki zawsze były podlane, a tu tłumy jak na Świętym Marcinie za komuny, a papirusy szlag trafił, resztę ledwo odchuchałam...
Nie odzywałam się zatem do nikogo i poszłam w... szybko.
A dziś idziemy sobie ładnie do pracy, My Shadow and Me



i co my paczymy?? Prawie pod samą pracką

(a taki kawałek polną dróżką idziemy), dreszcze nas przeszły i... boimy się tam chodzić. Okazuje się, że okolica szemrana jest... Zatem będziemy nadkładać jakies pół kilometra, zdrowie ważniejsze i cały łeb, co nie??? Nie wyglądało to na wypadek, ale na rozbój... No nic...
A teraz wracając do cissusa, cała akcja była. Wczoraj Zmorka śle mi sesemesa, że wysłała, ale... śrubka jej się obluzowała na cyferce i numer domu poszedł do góry nogami. Martwiła się biedna, ale wracając z pracy hycneliśmy na pocztę i przemiłe panie obiecały z powrotem podciągnąć cyferkę. Takoż i zrobiły, bo dziś wracając z pracy znaleźliśmy w szparze unijnej awizo i o 18 do moich rąk (Me Shadow się wypiął na spacerek) dostałam cissusa. Za którego Baran serdecznie Zmorce dziękuje, moimi palcami, bo (hahahahaha) nie umie komentów wklejać, wobec tego nie rozrabia na moim blogu :) Tenże Baran, nadworny Ogrodnik SJ zalecił metodę pół na pół. więc pół poszło do ziemi, a pół do wody, o :)


No to teraz poczekamy :D

A w międzyczasie dostałam

 Jak to łypie, zerka i paczy... ;)
Sikora z Little Owl, piękne są :D Z Little Owl wypędzali demona w niedzielę, ale ja i tak swoje wiem ;) Coś tam za skórą zostało, w końcu to moja wnuczka, oj tam, oj tam, nie wypominając. Jedni koty kolekcjonują, a ja nie powiem co, bo mi bloga zamkną :)
No a tu proszę, jak rodzona babcia dziecko traktuje, no jak??

Przyszywane lepciejsze, co nie?? ;)


niedziela, 5 października 2014

Kocham

taką jesień. Temperatury pozwalają żyć, oddychać, włóczyć się, jednym słowem - wariować ze szczęścia :)
W sobotę zatem zgodnie z planem pojechałam na

 i choć całą oblazłam, kwiatów domiczkowych nie znalazłam...
 Wracałam więc Łęgami na piechotkę, jakieś 8 km stuknęło. Pławiłam się w słońcu do nieprzytomności i dobrze, że wodę miałam, bo w którymś momencie zrobiło mi się słabo. Na wielkim placu ludzie jeździli na rowerach i na rolkach, pomyślałam o Zmorce, tu wszystkie alejki są pięknie i równo wyasfaltowane, a rankiem nie ma tłoku... Wszędzie były liście, szalone, kolorowe, no i oczywiście nie zabrałam aparatu, gupia cipa...
 Tego rozgryźć nijak nie mogę...
 I w tej całej feerii kolorów teraz widać winobluszcze, bo normalnie zlewają się z tłem.... Oszalały, jako i ja...
 Kwiatów domiczkowych, jak wiadomo, nie spotkałam, ale... Hmmm.... Już wiosna?? Mam hiacynta :) Mój pierwszy jesienny hiacynt.... Coś się wszędzie poprzestawiało...
Miałam też wizytę lenia, ale wykopałam go za drzwi, bo niestety, grzech marnować taką pogodę, a sprzątanie w niedzielę rozbiłoby mi cały weekend, a w poniedziałek - niestety - powrót do orki na ugorze...
Więc w niedzielę budzę się i co ja paczę??

 Prawie jak w Paryżu, pranie na tle wieży Eiffla ;) I słoneczko pięknie znów świeci...
 ... a że znów żyjemy w zgodzie Me and My Shadow...  Postanowiłam, że my shadow walks beside me... I poszliśmy w długą. Najpierw zapaliliśmy świeczuszkę wujkowi Mietkowi i polecieliśmy na giełdę staroci, żeby się drogo sprzedać, jako że poniekąd antyczni jesteśmy. Me and My Shadow, of course. Wprawdzie Inżynier pomysł obśmiał, ale nie traciłam nadziei...
Po drodze był Polonez, w którym w studenckich latach bawiałam na paru imprezkach, a później latałam Teściowej do Peweksu po papierosy... I takie tam inne... :) A dziś w Polonezie jest...
... akademik :) Co za czasy ;D 
 I tak przemija wielkość tego świata...
 Vis a vis Poloneza jest nowe Collegium Iuridicum (czasem własnego miasta nie poznaję, a nie było mnie tu chwilkę tylko)...
 ... a napisy na murach nigdy nie kłamią :D
 I Pomnik Armii Poznań, krytykowany, ale mi się podoba i tak w promieniach jesiennego słońca aż mnie za gardło chwyciło, bo sytuacja jest jaka jest, ciekawie nie wygląda... I boję się, a patrząc na to zastanawiam się, kto dziś byłby tą armią??? Moi chłopcy?? Nie byli w wojsku, co mnie niezmiernie cieszy, nie chcę, by czyjekolwiek dziecko było mięsem armatnim... Dlaczego ten świat jest taki pojebany?? What??
 Polazłam na giełdę w końcu, ale nikt nie reflaktował ani na mnie, ani na Me Shadow... Za to tłok był taki, że nawet zdjęcia nie zrobiłam, bo zwyczajnie bałam się, że mnie ktoś w tym ścisku obrobi... Ludzie oszaleli i za złotówkę sprzedawali rzeczy, które ja wywalam na śmietnik. Ułamane klamki, rurki, stare żyletki, ojapierdolę. Nie było za to wcale żelazek, na które zawsze poluję, ani tego, co chciałam kupić Baranowi :(
Wydostałam się z tego wariatkowa i z lekkim bólem głowy i zawrotami poleźliśmy dalej, On się nie uskarżał, cierpliwy jest, ale ja?? No i oniemiałam po drodze, prawda, że przecudne??
 A za rogiem okazało się, że jakąś Biedronkę tam postawili, więc wparowałam i uratowałam nam życie, dorwawszy jakieś smoothie i wodę mineralną... I poszliśmy trasą, którą z dziewczynami rok temu zrobiłam, z tym, że nie jechaliśmy bimbą, a szliśmy per pedes...


 I nikt nam dziś nie mącił w makiecie wioski, która wyglądała tak, gdy Stara Jędza jeszcze w powijakach nie była :P
 A tu rozkopali dwór Mieszka I... Hmmm... jak dla mnie te rury wyglądają na współczesne, ale co ja się będę z uczonymi kłóciła??

 Kłódek trochę przybyło. Ale dziś nikt nie odcinał się od starej miłości.
 A to nowo otwarta brama Poznania, ale myślę, że to wycieczka na jakiś deszczowy czas...

 I rowerek, na który Zmorka wskakiwała rok temu we wrześniu piękniejszy jeszcze niż wtedy....

 I dotarliśmy do Malty, ale przelecieliśmy tylko brzegiem, bo czułam, że pora do domu, by spłacić dług naturze (nienawidzę w mieście).
Bimbą więc podjechalismy (ale wkoło) do ronda, wpadliśmy do P&P po musztardę, bo tylko tam mają kcyńską, no i już "wyjeżdżając" sieciówkę wróciliśmy do domu...My Shadow wprawdzie sieciówki nie ma, ale oj tam, oj tam, nie czepiajmy się drobiazgów, w bimbie zresztą rzadko go widać :)

Doliczając niewłączone jakieś 8 km przedreptaliśmy, więc nie będzie jutro źle, oby tylko pogoda nam dopisała.
Zła jestem. Jak osa...

piątek, 3 października 2014

Zeszło

mi parę dni na układaniu, ale jakoś się uklepało.
W sobotę bawiłam się świetnie, bo tymi ręcami przygotowałam



prowiant, nie chwaląc się...



Cynober zaś chciał nas zalkoholizować na śmierć, ale mu się nie udało, bo Dziewczyna KB nie piła, bo woziła pijaków, KB wydoroślał, a ja... hmmm.... miałam ciężką poprzednią noc i bojąc się o moją wątrobę wmusiłam w siebie zaledwie dwa piwa i jednego szaszłyka :) Ale nic to, nie zmarnowało się :D

Trawkę skosiliśmy, zgrabiliśmy, słonko świeciło, a DJ przywlókł iPada i głośniki, tak że każdy mógł sobie po kolei zamówić ulubiony kawałek :D

Tradycji stało się zadość

Kolejne do kolekcji, ale co tam :)

Nawet robale miały ubaw.
A potem "coś" mnie napadło i mimo wieczornej wizyty dwóch przystojniaków, przemiłej pogawędki i dobrego seksu, trzy dni kiblowalam w domu.
Wyszłam, jak skończył mi się chleb, a leń i brak mąki nie pozwolił mi chleba upiec.
I jakoś się rozchodziło...
Pozałatwiałam zaległe sprawy, pojadłam smacznie

Ogarnęłam tę kuwetę, drażniąc Barana (ciekawe, czy pokazał fotki) ;)

Bo budząc się o 8 mam taki widok wewnątrz...
a potem




I znów mam badyli w mieszkaniu od metra, a miało ich nie być...

Byłam w Ikei i w innych ustrojstwach. W Ikei, bo baterie do kanonika potrzebuję, a tam mają dobre paluszki za niecałe 80 gr za sztukę, więc warto. Przy okazji zrobiła się okazja i oj tam, oj tam, co to jest jedna świeczuszka, jak na poduszki za 5 zł trafiłam, a że pierzowe wciąż kiblują u KB w magazynie, to kupiłam, Dobrze się na nich śpi.
Zlazłam wszystko szukając cissusa romboidalnego (ma ktoś może?? królestwo za kwiatek albo za szczepkę, zamówionego od Pana od Rzeczy Nieosiągalnych (coś mu do żarcia dosypię, nie ma zmiłuj). Pokrywam koszty jak coś...
Chodziła za mną zupa porowa, com ją u Łoterlu znalazła, ale nie miałam najważniejszego składnika - wina. Dziś kupiłam wino i faktycznie, zupa pyszna i sycąca, drugie danie nie wejdzie, choć podchodziłam do przepisu sceptycznie, bo jak to, pyry gotowane w mleku??
I tak zdrowo się odżywiając


(wino Trzy księżyce polecam, jest niedrogie i dobre, a że nie mam się z kim dzielić, nie pozwoliłam mu się zmarnować, taka podła to ja nie jestem)...
... wychodząc z dołka (kubańska dupa się już w nim nie mieści)
... poszłam do fryzjera, bo kiedyś, w czasach kredy i dinozaurów pewna mądra kobieta rzekła mi, że jak już nic mnie nie czeka, należy iść do fryzjera.
Chciałam się ostrzyc na jeża w ramach dołowania, ale pani spojrzała na nędzne kępki na główce SJ i rzekła, że... na butapren musiałabym włoski stawiać, bo mało że rzadkie i ze świecą ich szukać, to na baczność nijak nie staną, bo chodzą, jak chcą.
A jako że na razie zatrzymałam się na dynksie i księżycówce, do wąchania jeszcze nie dorastając (no dobra, lubię wąchać męskie perfumy), ostrzygłam się po staremu i ehh...
Podbudowana, znów wylądowałam na dnie...
Co oni zrobili z Małą Sówką??
Mało, że pinkowa, to jeszcze widzicie co???

Ważą dziecię niewinne i chcą je, nie, nie z piekarnika, bo wiadomo, że z piekarnika z sosem czosnkowym są najlepsze takie małe, ale... z grilla będzie.
Tylko je najpierw  w niedzielę nieco olejem i wodą podkręcą...
Ojapierdolę...
Biedna wnuczka, i co z tego, że przyszywana??
No co???

A jaka grzeczna, leży i animrumra, nie tak jak to moje rodzone półdiablę Mała Wiedźma... :)

PS (bez wiadomo czego dla mnie samej i na złość Zmorce) - z kronikarskiego obowiązku, cytryny lecą na łeb i na szyję, już sa po 8 zł. Mandarynki się pojawiły, po 8,50. Pomidory się kończą, a na imbirze w Stokrotce się przejechałam. Leży tacuszka i metka: imbir 9.99. Jako że w P&P po 32 zyla chodzi, policzyłam szybko, że 250 g razy 9,99 to wypas. I kupiłam. A to było 250 g po 9,99. No nic, przeżyję :) O chlebie i wodzie, ale co tam :D

wtorek, 30 września 2014

Każdego

dnia spogląda na mnie z lustra coraz starsza, coraz bardziej obca i coraz mniej potrzebna komukolwiek kobieta.
I nic nie będzie dobrze.
Jaki jest sens  w tych dniach?
Nie widzę żadnego.
Bo nie ma.
I wszystko inne to tylko pieprzenie kotka za pomocą młotka.
Time to say...

Tak, oczywiście, keep smiling...



Sayonara :)