niedziela, 8 marca 2015

Kopnęłam

Niechcieja, w leniwy tyłek, Kochany Pamiętniczku. Wiem, że to nieładnie, ale inaczej nie wyszedłby za próg, a i mnie w domu by trzymał.
A siedzieć w domu w taki dzień to grzech. Śmiertelny. Gorszy jak życie w konkubinacie :)
Inżynier dorwał mnie w ostatniej chwili, bo słońce świeciło jak głupie, a że wiele się nie dzieje, nie gadaliśmy długo, i poleciałam.
Chciałam najpierw do wujka Mietka, ale autobus podjechał od dupy strony i stwierdziłam, że logiczniej najpierw na Kaziuka, potem do wujka Mietka i stamtąd autobusem, który nie nadjechał od razu do domu. I to był genialny pomysł.
Już na przystanku uskuteczniłam strip-tease, żałując, że nie poszłam w sweterku, ale jak wiadomo, zszokowałabym społeczeństwo :)
I tak

Już na Garbarach z daleka było widać, że miasto imprezuje :)

Na placu Kolegiackim myślałam, że pawia puszczę. Trawnik jeszcze nie odżył po zimie, tu fotka tylko pasa skopanego i obsadzonego kwiatami, jeszcze parę dni i jak pogoda nie zeświruje będzie bajeczny dywan. A sam trawnik zaminowany tak, że żaden saper by sobie z tym nie poradził. A najlepszy kawał, że tu mieści się Urząd Miasta i zdaje się, że Straż Miejska też tu jest. A zasrane do potęgi... Ojapierdolę.
 No i potem uliczkami



dotarłam na Stary Rynek...


który powitał mnie po staropolsku: chlebem i oscypkami :)

Chleb dla bogatych, ponad 15 zł za pół bochenka :) Może bym się i skusiła, ale patrząc na przewalające się tłumy policzyłam sobie, ile świństwa w powietrzu lata i spasowałam :D
Zlądowałam tuż przed 12, więc ruszyłam w stronę koziołków, punkt dwunasta pozdrawiając je serdecznie od Zmorki, która jest ich zagorzałą fanką.
Nie planowałam być równo o 12, a na Rynku działy się dantejskie sceny. Zrobienie fotki graniczyło z cudem, do tego w kieszeni miałam telefon, na brzuchu torbę, w dłoni aparat, nie, nie, nie, w którymś momencie zabrakło mi powietrza, zrobiło mi się goraco i słabo, więc wycofałam się szybko, chociaż miał być przemarsz Jagiellonów. Nie dla mnie takie rozkosze, ja tłumów po prostu nie znoszę :D
 Było wszystko; koszyczki, pierniczki, rury, pańska skórka...
... palmy, świeczniki, pojemniczki i nie wiadomo co, biżuteria...
 Do wędlin dopchać się nie można było, kolejki jak za PRL :)
 Piffko też było :) Ale co kawałek ktoś lazł w kadr...
 ... no i chałwa, jak to jarmark bez chałwy??
 ... I balony...
 A tu Jagiellonowie na ratuszowym balkonie...



 Nie brakowało też handlarzy optymistów...
 ... bo jak w cieniu było 15 stopni to nawet taka promocja nie zachęcała do kupna :)
 Cieszyły się oczy...
 ...radowało serce...
 ... czegóż tu nie było :)
 I koszmarki prima sort też... Jakieś żaby i ślimaki i inne robale ze snu pijanego rzeźbiarza :)
 I cudeńka wiosenne... Bazie :)
 A nad wszystkim górował najkoszmarniejszy koszmar mojej wioski - "odrestaurowany" zamek Przemysła...
 Były też takie wirujące cuda...
 A te jeszcze piękniejsze. Niestety drogie. Maleństwo takie kosztowało 35 zł, potem już cena tylko rosła...
 To się nazywa biznesmen :D
 I te kwiaty. Wiosenne, wytęsknione. Kwiatów było zatrzęsienie w całym mieście, bo wiadomo, 8 marca. A ceny z sufitu. 13 zł za dużą różę?? Co z tego, że duża? Na co dzień kosztuje 7 zł.
 Były też fajne ciuchy, ale jako że to pojedyńcze egzemplarze, ceny powałały z nóg.
I miody były, deski, firlejki, beczki, łatwiej napisać, czego nie było :) I ten wszechobecny smród grilla, bo to w tym stężeniu nie jest zapach, tylko już smród. Bigosy, kiełbasy i cepeliny. Na cepelina ostatecznie się skusiłam, bo jak to, tak nietradycyjnie, ale że serwowali je w miejscu, gdzie hmm... spuśćmy na to zasłonę milczenia, a i jedzenie w kurtce, z wielką torbą i aparatem oraz Panem Kurczakiem czy też Zającem (cholera wie, wygląda jak kurczak, a uszy ma jak zając) to przekracza już moje zdolności, choć dawniej ogarniałam do tego jeszcze sztuk dzieci dwie :D Zabrałam cepelina na wynos do domu.
I ruszyłam w stronę wolności, dosłownie, bo na plac Wolności :)
A na drodze stanęła mi... kamienica.
Ojapierdolę.
Za komuny była tu Moda Polska, jeden z najbardziej ekskluzywnych sklepów w mojej wiosce.
Potem budynek kupił niejaki Świtalski, ten od Elektromisu (jak ktoś ciekawy, niech googla dziada), mój ówczesny chlebodawca. Miała tam być redakcja. Miała, bo gość zlikwidował interes z dnia na dzień, przerzucił się na Biedronki (tak, on zakładał Biedronki, Żabki i inne pająki...). A kamienica??
Proszę...


Centrum miasta!!! Ojapierdolę.
Moda też jest.

 Wiszą gacie na szpagacie...
No i oczywiście, jesteśmy za :) Jak najbardziej. Może znów pojedziemy walczyć do Hiszpanii?? Wyklęty powstań ludu ziemi...

 A że Paderewskiego pod górkę, a tego nie lubię, na placu Wolności zlądowałam już spokojna, bo cała para poszła w gwizdek :)
A tam bratkowo...
Pusto... Cicho (chyba, bo słuchawki miałam w uszach), ludzie piegi na słoneczku grzeją, a kobieta mi się podobała... Fantazyjny kapelutek miała :)

Potem sruuu do wujka, świeczuszka i na przystanek. Wylądowałam vis a vis Hanki i serce mi zatrzepotało, bo tu za oknem między środkowymi kolumnami na I piętrze spędziłam piękny rok życia. Ostatni rok beztroski. Stąd wkroczyłam w świat dorosłych... Więc zatrzepotało, ale nie zamarło, dobre i to, co nie??

 I w domu, głodna jak wilk zjadłam cepelina... Jak już mówiłam, wybornego i nawet to, że kapusta była ciut za kwaśna mi nie przeszkadzało :)
 Nie chce wyjść na zdjęciu, w ogóle to ni pies ni wydra, ale ma zajebisty rudy kolorek, taki jak lubię. To żólte na górze to uszy z liści kukurydzy :) Miało nie być kurzołapów, ale oj tam, oj tam... Kosztował 6 zł (zastanawiam się, jak komuś się opłaca tyle roboty za taką kasę) i nastrój robi :)

A ten widok (fotkę robiłam po powrocie, koło 15, słońca nie ma u mnie od 11) rozgrzał do reszty moje serce.

To jest to, co Stare Jędze lubią najbardziej i nawet perspektywa, że jutro poniedziałek nie psuje mi humoru :D
Kijków jeszcze nie ruszyłam, ale za parę dni kto wie :)
Prawda, że fajny dzień, Kochany Pamiętniczku?? :)

sobota, 7 marca 2015

Szybko

biegną dni przed siebie :)
Transakcja książkowa niezwykle udana :)
Miałam obawy, ale poszło gładko,  wracam w krainę lat czytania pod kordełką, chociaż teraz już oczywiście nie będę czytała pod kordełką, bo kto mi powie: pora spać?? Nie ma opcji :)


 Ogarnęłam też znienacka chaupkę, mając na względzie, że Cygaństwo jutro wpadnie i czasu będzie mało na wszystko.
I dobrze. Niech ta leniwa kubańska dupa coraz większa się rusza...
Spało się świetnie, bo pranie się suszyło, znaczy się, klimat był odpowiedni...
Obudziłam się rano i przeciągając się, zamarzyłam: bratki. Oczęta ślepe zamknęłam i widziałam bratki.
Ale cóż proza życia: kąpiel, zmiana pościeli, zeszło.
I poleciałam na Manhattan, myśląc, że wciąż kocham cię jak Irlandię...  A ty się temu nie dziwisz, wiesz dobrze, co byłoby dalej, jakbyśmy byli szczęśliwi, gdybyś nie kochał mnie wcale...
I co ja paczę??
Facet od pomidorków ZNÓW rozstawił się na brzegu Manhattanu. Nie, nie miał pomidorków, ale miał bratki i stokrotki. W ogóle na całym Manhattanie więcej było badyli dziś, jak manhattanowych rzeczy codziennych, nawet peerlowskie goździki były za całe 2 zeta sztuka. Nie skusiłam się na nic, bo wszystkie ceny wyjechane w kosmos, 1,5 za tulipana, a w Biedronce 7 sztuk za 5,50 :)  Bankomat, zakupy i pruję do bratków. Mówię gościowi, że miło go widzieć po tak długiej przerwie, ale nie dał się nabrać na Starojędzowe słodkie słówka :D Zakupiłam zatem 10 sztuk bratków w ramach Dnia Kobiet (bo niby skoro o mnie nikt nie dba i nie traktuje jak kobiety, to dlaczemu sama nie mogę??). Zapytałam o pomidorki, ale rzekł, że jeszcze trzeba poczekać.
Zatem z bratkami ruszyłam w siną dal... Stój, nie przesadzaj... Do domu, zdejmując poszczególne części garderoby, bo słoneczko grzało coraz mocniej, ale jakoś nikt nie był strip-teasem w moim wykonaniu zainteresowany. Znaczy się, kariery na rurze już nie zrobię :D
W domu okazało się, że jestem Starą Jędzą bez ziemi.
Ziemia zniknęła.
Houston mamy problem...
Ale Lidl blisko.
Niestety, w Lidlu ziemia się skończyła, więc bogatsza o dwa bukiety pieścichłopów, a co 5,55, okazja, poleciałam do galerii i do Biedronki, gdzie za 3,20 nabyłam 20 litrów ziemi :)
Ojapierdolę.
Wpadłam do chaupki, przekąsiłam, nastawiłam zupki i czekałam na Cyganów.
Wpadli, o dziwo, niewiele spóźnieni.
I jak dorwałam Sówkę, My Little OWL, działo się tyle, że ani Sikora, która namiętnie cyka Sówce fotki, ani ja, która ponoć w cykaniu fotek prześcignęłam - zdaniem Inżyniera - Japończyków, nie strzeliłyśmy ani jednej fotki z historycznej wizyty Little Owl u babci Yody :D Sówka jest PRZESÓWCZONA. Kochana, mądra, inteligentna, łatwa w obsłudze i gada z babcią całkiem rozsądnie. I takie wałeczki ma tu i tam, że nic, tylko na grilla albo do piekarnika i z sosem czosnkowym. Z trudem się powstrzymalam, bo oj tam, oj tam, naczekałam się na nią i... Niech skruszeje, zęby już nie te... A może i do piwka dorośnie?? Kto wie... Co ja się tam będę rozpływała, można zazdrościć do woli, że mi się wnusia tak udała :D Oj tam, oj tam, ledwo raz zapłakala, a tak cud miód i maliny. Nawet plotkować przy niej można.
O...
Jak wyjeżdżali z AK. Wtedy Sikora była przytomna i jebnęła fotkę.
I sushi mi przywieźli, Sikorzej roboty, ojapierdolę, ale dobre. Na kolację zeżarłam.
Wszystko, co dobre szybko się kończy, to i wpadli, wypadli i pojechali, bo Sówka to już prawnuczka, więc pradziadkowie swoje prawa mają, a ja się biła nie będę.
Ogarnęłam zatem z lekka balkon, bo i butelek po Łomży miodowej się trochę zebrało i inne takie tam, wiadomo, zima była...
I tadam...

Od razu chce się żyć. W skrzynkę "stacjonarną" na poręczy balkonu jeszcze nie sadzę, bo jej nie zdejmę, a te w razie przymrozków wciągnę do mieszkania.
W piątek, jadąc autobusem widziałam już w zaroślach całkiem duże pąki liściowe, więc na razie zmartwienie, trapiące mnie każdej jesieni: czy aby zobaczę znów świeżą zieleń, odeszło ociupinkę dalej...

I tak warto żyć...
A jutro Kaziuk jest i mam nadzieję, że Niechciej pozwoli mi z domu wyjść.
No co, ile można się kisić, tym bardziej, że obiad na cały tydzień jest ugotowany??

czwartek, 5 marca 2015

Nienawidzę zakupów

Powód prosty - jak sobie coś wymyślę i chcę coś kupić, to dupa wieloryba. Nie ma. Nawet tak prostej rzeczy jak słoik.
Wymyśliłam sobie słoik z pokrywką na takiej stalowej zawiasce, z gumką. Najzwyklejszy. Od groma ich. Mam takie, ale zajęte - a to mąka, a to cukier, a to inne tam przydasię.
A umyśliłam sobie, że nastawię imbirówkę.
Bo tak.
Bo mam fantazję, zachciankę, ideę, niepotrzebne skreślić.
I plan chytry uknułam, że wracając z pracy hycnę do Leclerca, bo po drodze mam, a tam mają słoiki.
Hycnęłam.
W Leclercu oczopląsu można dostać, ciasno jak cholera, wszystko potarasowane, jak nie trzy kumoszki debatujące czy wziąć coś o 10 gr taniej czy drożej, to wózki magazynowe... Ojapierdolę, czułam się jak w olbrzymim labiryncie. I ochroniarz za mną łaził krok w krok, bo ten typ, to znaczy ja tak ma, że wygląda jak wygląda.
Pani wskazała mi półki. Słoiki były, ale nie takie jak chciałam. Zwykłe. Twisty. Ruszyłam więc labiryntem do wyjścia, a ochroniarz za mną. Zakochał się, psiakrew. Miałam ochotę odwrócić się i wrzasnąć, ale jeszcze by pogotowie wezwali i w kaftanik.
Wyszłam.
I myślę.
IKEA.
Tam mają takie słoiki, tam ostatnio kupiłam.
Sruuu na tramwaj, jedynka akurat wypadła z kursu, ale co tam. Mam czas. W IKEA złażę na halę, omijając wystawy, i... Psiakrew. Nie ma sklepu. Rząd białych ścian, labirynt i wszędzie napisy: Zmieniamy się dla ciebie. No i po kiego grzyba?? Jednak ludzie chodzili, więc zaczęłam szukać wyjścia. Za niedługo patrzę: jest szkło. Ale słoików ani widu, ani dudu, ani kukuryku.
Wyszłam z IKEA zła jak osa, nie zarobili na mnie ani złotówki, dranie. Nie chcę zmian, chcę słoik!!!
Dojeżdżam do domu i IDEA :) W galerii co ją niedawno otworzyli jest i PEPCO, i KiK. Mają takie śmieci.
I słoiki takie w którymś z tych niedawno widziałam.
W KiK nie ma. Są słoiki butelkopodobne z korkiem. Kupiłam jeden.
Na złość zapłaciłam kartą :)
W PEPCO nie ma tego co szukam, ale jakieś słoikopodobne jest.
Kupiłam. Zapłaciłam kartą.
Polazłam do Biedronki.  Imbiru nie było.
Wódka mi nie odpowiadała. Nic mi nie pasowało, więc nic nie kupiłam :D
Zjadłam krupnik.
Poleciałam do Lidla.
Był imbir, świeżutki i nawet niedrogo. Kupiłam. W przepisie mam 0,75 l wódki, ale taka rozrzutna to ja nie jestem. Kupiłam litr Soplicy, bo w promocji był.
I tym sposobem za niedługo (jak wytrzymam tyle) będę właścicielką litra imbirówki, bo sprawiedliwie litr wyszedł na te dwa słoiczki. Dobrze, że nie kupiłam półtora litra, bo musiałabym pić :)

Tadam


I muszę od razu poszukac najbliższego mityngu AA. Coś trzeba na stare lata robić, co nie??
NA FB jest grupa sprzedająca książki. Dziś, z braku zajęcia siedzę i ktoś wrzucił pakiet książek dla dzieci. Jako że wnuczków mam na pęczki, kupiłam. Jutro mam odebrać. Chwilę później ktoś wrzucił komplet, który mi wpadł w oko, więc pytam o cenę. 150 zł. Podziękowałam, a gość na mnie z bluzgiem, że co ja sobie myślałam, że za 20 zł kupię?? Że to tanio, bo po 7 zł za tom. Fakt, ale nie dysponuję taką kwotą, więc dziękuję. Chciałam to napisać, a gość już... zlikwidował konto. To i dobrze, jak miałam się dostać w ręce jakiegoś oszusta. Ale są ludzie i parapety, przez moment czułam niesmak. Przecież wchodząc do sklepu mogę zapytać o cenę i nie muszę kupować towaru, o który zapytałam. Niedorobiony jakiś gość. Zobaczymy jeszcze jutro, czy dostanę te książki co chcę dla dzieci :)
I tyle Kochany Pamiętniczku, 12 tysięcy kroków dziś zrobiłam, łażąc za słoikiem.
Nie rozumiem ludzi, którzy lubią zakupy.
Osobiście nie cierpię i jak widać, moja niechęć jest uzasadniona :)

środa, 4 marca 2015

Nos

mnie wczoraj nie mylił. Nie było aż tak zimno, tylko się coś lęgło. W nocy obudziłam się rozbita na plasterki, z bolącymi mięśniami, piekącym gadrełkiem i spocona jak mysz. Ostatkiem sił powlokłam się do kuchni i sypnęłam ostatnią paczuszkę polopiryny. Rano kombinowałam, żeby do pracy zadzwonić, ale... Miał być ekstras. Na bank. Na 100 procent. Więc wydłubawszy pectosol i kolejną polopirynę, tym razem już w pigule, wciągnąwszy pół litra wywaru imbirowo-cytrynowo-miodowego poszłam na  pocztę i wysłałam listy, a potem siłą bezwładu do pracy.
I co?
Nie było nic.
Zero.
Zjadłszy więc śniadanko, powróciłam w domowe pielesze, olewając wszystko i wszystkich, i o dziwo, czuję się lepiej.
Czyli grunt się nie poddawać i mam nadzieję, że żadne świństwo nie da rady się rozwinąć, wypalone salicylanami i imbirem.
Przy okazji, szukając informacji znalazłam przepis na imbirówkę i korci mnie. Musiałabym już teraz nastawić, żeby doszła na przyjazd Inżniera.
Zastanowię się.
A dziś imieniny mojego Ojca i cioci Kazi.
Pewno tam wszyscy w niebie balują, że aż się trzęsie, jak to mieli zwyczaj tu, na ziemi.
A ja imbirem i cytryną pędzona... :)
Ale dobrze, że nie jestem chora, chorsza...

I przykro mi strasznie, że nie mogę pomóc... :( Że się tak u mnie splątało :( Ehhh....

wtorek, 3 marca 2015

Zmarzłam

Ja, niezmarznięta i niepokonana, latająca w rozpiętym paltocie, zmarzłam dziś autentycznie. I nie, że chora jestem, czy cuś, że temperatura spadła. Nie. Dodatnia była. Ale padał deszcz i wiał wiatr, i zdrętwiały mi palce. Na amen. I zrobiło mi się zimno, jak za dawnych lat. Bo rękawiczek całą zimę nie noszę, mam takie niby-mitenki. Niby, bo pazurków nie mają. Dostałam je razem z Czesiem, on ma taki szalik, ja mam mitenki. No i szlag, dzisiaj zmarzły mi ręce. Na całe szczęście jako kobieta zapobiegliwa w siatce noszę odkąd zdjęłam przerzucając się na mitenki, zwykłe rękawiczki i dziś tadam, uratowało mi moje flejtuchowanie życie :D Rączki rozgrzały się powoli, bo w tramwaju też było zimno jak w psiarni. To już reguła, jak się ociepli, zaczną grzać na maksa...
W sumie nie wiem, po co polazłam do pracy, miał być dziś materiał, ale przez to wczorajsze zebranie zabrakło czasu na pracę. Każdy święty ma swoje wykręty, zebranie trwało do 12, a dzień roboczy do 16-17 :) No nic, pokręciłam się jak smród po gaciach, czystka wypiłam, kanapki zjadłam i pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa. Nikomu nic nie mówiąc. Na razie nie ma ogłoszenia, że zaginęła korektorka bądź że uprowadzili ją kosmici, zatem spoko wodza.
Od dwóch dni noszę kartki do wysłania. Wchodzę na pocztę. Kolejka, jak świński ogonek, a na poczcie zaduch jak z samochodu, w którym świnie wożą. Więc tłumiąc mdłości wyprysnęłam i pomaszerowałam w siną dal, bo po drodze mam następną pocztę. Założyłam, że tam kolejki nie będzie, ewentualnie nie będzie smrodu. W portfelu miałam 20 parę złotych, więc oj tam, oj tam. Na drodze rozsiadła mi się Biedronka, a że srajtaśma się kończy, więc wlazłam, bo to artykuł niezbędny do życia (ilekroć ją kupuję, zastanawiam się, jak sobie radziliśmy za komuny, gdy jej zdobycie graniczyło z cudem, a cztery dupy były w domu, bo nie pamiętam). Srajtaśma, trzy boligłówki w wiaderku i parę drobiazgów i sruuuu.... do kasy. Przepraszają, terminal im padł. Na całe szczęście 26,58 miałam :) Nie musiałam z niczego rezygnować. Z Biedronki rzut beretem do rzeźnika, a uświadomiłam sobie, że na jutro nie mam obiadu. Wchodzę, pytam czy można kartą, bo a nuż klęska dotknęła całą okolicę, okazuje się, że można, więc kupiłam takie wędzone żebarka, że ojapierdolę, chytrze planując krupnik. Na wędzonce.
Bankomat. Kobieta przede mną wkłada z pięć kart i odchodzi bez grosza. Ale karty jej wchodziły. No cóż, myślę, ludzie biednieją. Wkładam moją kartę i ni chuchu, wejść w szparę nie chce. Jakby coś z boku blokowało. A kobiecie wchodziły, widziałam. Po trzeciej próbie stwierdziłam, że wola boska i skrzypce i nie pchamy się tam, gdzie nas nie proszą, tym bardziej, że jak się sprawa rypnie w bankomacie zostanę bez karty, bez grosza, a do banku nie zadzwonię. I teraz zonk: nie mam kasy na znaczki. Lecę, z nadzieją, że na poczcie nie będzie ogonka i zapytam o prowizję za wypłatę, bo tam można wypłacać z innego banku. Jak 5 zł to przeboleję, bo mam dość, latania, zimna, siatki, nienawidzę nosić ciężarów. Na poczcie kolejka jak świński ogonek u rosłego knura...
Lecę. Po drodze Galeria, a jakże i tadam... Przypominam sobie, że mają dwa bankomaty z mojego banku. Więc nadkładam drogi i mam, mam, bogata jestem, mam całe 50 zł :)
Na pocztę już nie wróciłam.
Wyślę jutro.
Trudno.
Olać.
Dorze podobało się moje geranium, no to proszę, tyle tych geraniów mam :)

 Pracowe...
 ... małopokojowe, po lewej żyworódka, pięknie rośnie, co nie, a com jej liści na nalewkę oberwała, a znów buja się :)
I kuchniowe. Małolaty takie, nie wiadomo jeszcze. co z nich wyrośnie :)

A krupniku mam tyle

Czyli do piątku obiady z głowy, a potem się coś wymyśli.

I słoneczko wyszło, Kochany Pamiętniczku i po oczach jedzie, bo ludzie okna otwierają i szybami zajączki puszczają.
Ale u mnie siedzi Niechciej i na pocztę na pewno nie pójdę. Bo wbiłam się w dresy i mimo zakręconych kaloryferów jest ciepło, jasno i przytulnie, a jutro znów trzeba wstać, skoro świt, a Niechciej rządzi i wymiata...

poniedziałek, 2 marca 2015

Marcuje

się pogoda na potęgę. Przyroda nie może się zdecydować, takiego misz-maszu dawno nie było.
Ale udało mi się nie zmoknąć, choć nieźle lało, co mnie cieszy :)

I znów cieszyli się jak głupi na mój widok, chorzy jacyś, czy co??
Zebranie było, ojapierdolę. Tym razem miałam baterie dobre, a i pogłośnilam. Siedziałam cicho i animrumrałam, choć dużo miałabym do powiedzenia, bo przecież zęby na tym zjadłam. Że grafika nie jest grafiką, że takie tam. Ale co się będę pchała przed orkiestrę i dawała do wiwatu, jak każdy ma swoją koncepcję, a i naczalstwo też. Każdy inną. A żadna nie jest jedyna i słuszna. Nie twierdzę, że moja jest najlepsza, ale czasem jak widzę robienie bez reguł, to mnie żołądek boli.
Jak zaczynałam pracę w tym fachu nad całością czuwał grafik i robiono makietę, na której zaznaczane było wszystko. Tytuł, lead, fotki, wybicia. Musiało grać. I nie było zmiłuj. A gazeta była codzienna, 32-stornicowa, więc było co robić.
Ale co się będę pchala przed orkiestrę, jak nie jestem kapelmistrzem :)
Z rzeczy dobrych - to nie wszystko dostałam, choć dostałam dużo, jednocześnie robię już kolejną rzecz i będzie podwójnie. W sumie też to lubię, dlaczego nie??
Małej Wiedźmie się poprawiło, aczkolwiek jeszcze nie poszła do szkoły.
Życie płynie nieustannie, rozpruwa się kolejny worek z urodzinami, imieninami, szukam kartek. Zlikwidowali Kukartki i dobrych kartek na lekarstwo. Nie chodzi mi tu o wstążeczki, róże i inne ananasy, ale o kartki z jajem - no nic.
Przeleciałam się też przez księgarnie i pytam, kto kupuje książki prawie po 50 zł za egzemplarz?? Powariowali, biorąc pod uwagę zarobki. E-booki zaś mają minimalnie niższą cenę, a poza tym książka to książka, można nad nią zasnąć i wleźć z nią do wanny. Jak zasnę nad e-bookiem ryzykuję twarde lądowanie tegoż, kąpiel w wannie czy klapnięcie na kafelki też mu nie posłuży. Więc sorry, Winnetou, nie moja bajka.
Bilety zaś mamy elektroniczne i OK. Okazuje się, że CO ROKU muszę składać oświadczenie, że płacę podatki w mojej wiosce, żeby mieć tańszy bilet. Zniżka w ciągu roku kumuluje się w jeden bilet gratis. No i OK. Tylko dlaczego WSZYSCY muszą co roku składać takie oświadczenie? I dlaczego, nawet jeśli wyślę je elektronicznie (przy okazji - nie da się tego elektronicznie wypełnić, trzeba wydrukować, wypełnić i zeskanować, żeby wysłać - ojapierdolę) muszę iść do punktu, uprzednio odczekawszy, że system to zarejstruje i wgrać ulgę na bilet?? WTF?? Bezrobocie chcą w ten sposób zlikwidować?? Resztę lasów wyciąć? Co roku tony papieru zajmujące miejsce, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek weryfikował te oświadczenia. Ludzie latający jak koty bez pęcherza. A przecież każdy ma w tym systemie swoje konto i co by szkodziło albo zrobić to automatycznie elektronicznie, skoro mogę w necie doładować?? Albo przyjmować tylko oświadczenia od tych, którzy przestali w danym roku płacić podatki w wiosce, bo i takie przypadki na pewno są, ale to kropelka w morzu kart. Nie, nie można łatwo i prosto, elektronika nie ułatwia życia, tylko je zakręca i komplikuje. Mam czas, więc polazłam sobie na pętlę, wzięłam rzeczony druczek, bo drukarki nie mam, a na powrót do pracy nie chciałam czekać. Wypełniłam i dziś doładowując sieciówkę na kolejny miesiąc przedłużyłam ulgę - od ręki w punkcie. Można to zrobić do czerwca, ale mam już to z głowy i będę się śmiała w czerwcu widząc znów apokaliptyczne ogonki. Jak coś załaduję kartę on line i będę miała na wszystko wyjebane.
Trzeba umieć sobie radzić :)
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku.
Oddycham głęboko i dbam o ciśnienie :)