czwartek, 19 stycznia 2017

Zwlokłam

szanowne zwłoki z łóżka, Kochany Pamiętniczku, wzdychając rozdzierająco, a tu





za oknem, ojapierdolę. Więc ogarnęłam się szybciorem i ciężko wzdychając, zabrałam Soniczka.  Jęcząc pod nosem, żem spóźniona na mój autobus, dorwałam go jednak, dojechałam w pracowe okolice i chociaż  palce z zimna mi odpadały, mam, mam, mam... Już nie tylko w pamięci i pod powiekami, ale i na kompiku, na fejsbuczku i na blogasku.
Dla takich chwil chce się żyć...
































Gdy mówiłam o tym koledze, popatrzył na mnie jak na wariatkę. A kto mi zabroni wariatką być na cały etat...
Nie żałuję, że dźwigałam Soniczka. Wychodziłam dziś z pracy o 14 (WOW), już niewiele z tych cudów zostalo, a gdy dochodziłam do domu, było już szaro i zwyczajnie, nie było już żadnej zaczarowanej bajki. Ale mam ją, i gdy będzie mi ciężko, wejdę tu i kopnę się w tę tłustą dupę, mówiąc sobie: nie jęcz, popatrz, ile było pięknych chwil i pomyśl, że tyle ci ich darowano, a jeszcze wiele przed tobą.
Bo dobrze, że nie znam dnia ani godziny, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Może tam będzie piękniej, ale tu też bywa zachwycająco :) 

Wracając zaś do prozy życia, się działo.  Znaczy się, moja gazetka szła wolnym walcem, aczkolwiek oczywiście zakręconym tropem, jak świński ogonek, ale oj tam, oj tam, zamykanie po prostu byłoby nudne.
Mimo obecności Bossa i nieobecności Wice, który co kilkanaście minut dzwonił wszędzie (oprócz mnie, bo ja, cwana gapa, nie mam w pokoju telefonu, bo telefon, jak wiadomo, to jest zuo, w pracy przeszkadza i takie tam), z informacją, że o 12 musimy być w drukarni, wszystko szło jak należy, bez wstrząsów.
I tak sobie beztrosko rżnęłam w Angry Birds, czekając na prackę, gdy wtem do pokoiku wparował mi Łamacz. No łamacz, bo jaki tam z niego grafik. Grafik to jest Jacenty i inni tam, a to jest Łamacz. Nie przepadam za gościem, śliski jest i obły, pracowałam z nim przy gazetce, którą zamknęli, patrzy na człowieka tak z góry i w ogóle ma na wszystko hmm... no śliski taki, Nie lubię.Zapukał, a jakże, a u nas się nie puka, bo wiadomo, to nie świątynia dumania, a praca. Pukanie przeszkadza. Ale zapukał. Pełna kultura, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I patrząc na mnie z góry, bom siedziała na dupie, rzecze magiczne słowo, nazwę rośliny, Paczę ci ja jak na raroga, bo co mi tam roślinka.
Wuęc bierze mojego gryzonia do ręki (całe szczęście, że to służbowy gryzoń, a nie ten mój ukochany, czerwony, z mysich cipek) i dawaj, otwiera folder. Że jest do czytania...
Uruchamia mi się słowotok, że przecież Boss ze mną nie rozmawiał, że jak to, kolejna rzecz, że ja już tu nie pracuję od dziś i śrutututu majtki z drutu. Kamienna twarz i: to jest do zrobienia. Na moje pytanie, czy pracowałby za darmo odrzekł, że nie, ale że to trzeba zrobić i on nic nie wie.
I pomaszerował w siną dal...
A ja, spojrzawszy na owoce pracy jego wpadłam w szał. Ciśnienie wzrosło mi do 200 chyba.
Idę do niego (do ciebie, Aniu, szłem) i pytam, kto tym zarządza. A, jakaś pani z marketingu :) WTF????? 
To proszę, żeby do niej zadzwonił i mnie z nią skontaktował, bo ni chuja osoby nie kojarzę. Marketing to dla mnie ludzie z Marsa. Dzwoni. (może tak, może nie.) Mam robić swoje, pani nie będzie się ze mną kontaktować, bo korekta to tylko kropki i przecinki. WTF???? Tekst fachowy, niezredagowany. Jestem mądra, idealna, ale czasem potrzebuję pomocy redaktora... 
KURWA MAĆ.
Nie mogę dostać się do Bossa, bo tam nasiadówka.
Ale waruję i tadam... Jestem u Bossa i drę mordę,
Że jak to, że ja jak jakaś panienka na posyłki, że jak coś trzeba, to i owszem, ale jak Boss krzyknie: do boju, a nie że każdy z ulicy przychodzi i mi polecenia wydaje. Że jeżeli łamie gość z zewnątrz, a nie nasz łamacz, to dlaczego ktoś spoza redakcji każe mi pracować? I to w moim wolnym czasie? Że i OK, że przeczytam, ale kasa się należy jak psu zupa :) Boss wysłuchał, zdziwiony, a potem rzekł: Łamacz kazał pani czytać? Przytaknęłam. No to kazał zawołać Łamacza. Zawołałam.
Spotkałam go po jakimś czasie na korytarzu i pytam: i co? Nic nie odrzekł, skrzywił się i wzruszył ramionami.
Nosz, kurwa! Trzeba mieć tupet i wyjebane...
Bazując na doświadczeniach zawodowych sądzę, że facet ma umowę na łamanie i korektę. A że pracuje u nas często dorywczo, wykombinował sobie, że jak mi powie, że trzeba korektę zrobić, to zrobię bez szemrania, bo zawsze robię.
A on ze swojego zlecenia zaoszczędzi te parę setek.
Nie, kurwa, czytanie nie sprawia mi przyjemności, nie jest: a bo ty sobie poczytasz. To ciężka praca, wyniszczająca.  I jak każda, powinna być zapłacona. Bo krawcowa nie wszywa sobie zamka ot tak, choć zajmuje jej to chwilę.
Żałuję, że tak późno zaczęłam się cenić.
I jakim, kurwa, trzeba być skurwielem, żeby kazać komuś ciężko pracować za darmo, mówiąc mu w oczy, że samemu się za frico nie ruszy palcem w bucie?
Jego - nie wiem? żona, kochanka, współpracownica? popyla smartem. On nie wiem, ale też MPK nie jeździ.
Ja, kurwa,  kalkuluję, czy kupić bilet na miesiąc czy na dwa tygodnie.
I tak, Kochany Pamiętniczku, czasami trzeba zamknąć oczy i skoczyć na główkę.
Dzięki temu siedzę w domu, popijam piwko i mam - jak na razie - trzy dni wolnego, bo warzywka zostają w wiosce. Reszty dowiem się w poniedziałek, ale jeśli naczelny się nie zmieni, to te parę złotych do przodu wciąż mam, co jest piękne.

Uff, ale kobyła mi wyszła dziś :P 

 

środa, 18 stycznia 2017

Wychodząc

z domu miałam wrażenie dziś, że jestem w samym środku sceny z Doktora Żywago.


 Jak cudnie wszędzie, i plułam sobie w brodę, Kochany Pamiętniczku, że nie zabrałam aparatu, bo z ajfonika wieczorem dupa, a nie zdjęcia...
Ale po powrocie do domu nie miałam już siły skulać się z aparatem, żeby jeszcze coś uchwycić. Musi mi wystarczyć to, co zostało w pamięci, pod powiekami.
A to ujęcie to widzę jak zapakowane zwłoki teściowej... Znaczy się, moje :)

Dzień w miarę, aczkolwiek Boss wyglądał jak zombie i takoż się zachowywał, a Wice dał popis swoich możliwości, mistrzowski. Postawiłam się jednak i wyszłam o 18, nieźle, ale i nie za dobrze.
Bo ja tego, kurwa, nigdy nie mogłam ogarnąć.
Przekonania, że żeby być dobrym pracownikiem, trzeba siedzieć po godzinach.
Nie rozumiem, jak można nie mieć życia osobistego, jak można nie chcieć iść się powłóczyć w takim krajobrazie, nieważne, samotnie czy z kimś, jak można się nie zachwycić chwilą...
Jak może kogoś kręcić kopanie drugiego poniżej pasa, nawet jak coś przeskrobał.
Sama wychowywałam dzieci metodą marchewki. bez zakazów, tłumacząc i pokazując konsekwencje.
Z Pierworodnym nie do końca wyszło, bo lubił konfabulować i mijać się z prawdą, zostało mu to do dziś. Inna bajka, że jakoś bardziej pod górkę ma niż Inżynier, ale też przejął poojcowski sceptycyzm i przekonanie, że cały świat jest przeciwko niemu.
Inżynier zaś po mamusi widzi szklankę do połowy pełną, wie, że wszystko trzeba sobie pazurkami wydrapać, że i owszem, na świecie są też świnie, ale wystarczy je ignorować i życie znów nabiera blasku.
Jeszcze jeden dzień do przetrwania.
Na odchodnym Wice mówi, że mam być o 9 (a już planowałam pójście później, bo zazwyczaj do 13 mam luz i hastamanana), a tu zonk... Mam wyrwać z gardła gościowi teksty o 9. Jeszcze nigdy mi ich nie dał przed 14... A minę ma dając, jakbym mu serce na żywca wyrwała.
Wice jutro nie ma.
Znaczy się, będzie się działo.
A potem pojadę gdzieś, gdzie szczęściu nic nie grozi.
Na parę dni, na kilka chwil, ale zawsze, Kochany Pamiętniczku ;) 

wtorek, 17 stycznia 2017

Kurwa mać

i tyle w temacie, Kochany Pamiętniczku.
Kolejny pracowity dzień, siusiu i herbatka w biegu, posiłek oczywiście przy monitorku.
Ale 17 z groszami i miałam wszystko czyste, biurko i pocztę.
I tu bach :)
Technice 4 stron brakuje.
Tradycyjnie, kurwa mać.
Michałków.
Michałki to takie pierdoły, żem wprost rzekła na korytarzu, że z palcem w dupie zrobię to w godzinę.
Wychodziłam o 20 z pracy.
Bo panom się nie spieszyło, po obiadek sobie skoczyli, w kuchni skonsumowali, niespiesznie, gawędząc, a na moje jojczenie od 17 do 19.00 odpowiadali, że już, za 5 minut.
Kurwa mać. Trzech chłopa. Notki po jakieś 3 tysiące znaków, moje wpisy tutaj mają więcej. Nieważne.
O 18.45 powiedziałam, że jadę do domu, jak nie padnę, zrobię on line, jak padnę, wola boska i skrzypce.
Ruszyli z kopyta.
Galopem.
Patataj.
Coś mnie trzymało, a miewam takie przeczucia, że się cofam, czekam i takie tam.
I dostałam wszystko o 19.42.
Z ortografem.
I innymi kwiatkami, więc jednak nos mnie nie mylił.
Ale zrobiłam to RAZ. W 10 minut wszystko. I zażądałam wlania tekstu. Sprawdziłam, czy wlali bez ortografa.
I w dupie to mam. Jutro pójdę, jak wstanę.
Jak znam życie, zerwę się kurcgalopkiem. Kiedy ja dorosnę i zmądrzeję? No kiedy?
A koleżanka do mnie mówi dziś, zachwycona, że wiem jak się pisze dom po francusku (tu, na blogu, nie mam takich fontów), jak to, bez sprawdzania, a gdzie pani znalazła a z daszkiem i skąd pani wie?
Bo się uczyłam w szkole :) Tak wyszło.
A skąd pani wie, jak się wstawia daszek?
Bo ja Stara Jędza jestem :)
No nie, nie może pani umierać, bo kto nam to wszystko skorekci?
Oj tam, oj tam, nie ma ludzi niezastąpionych. 
Ta, będę trzy dni po śmierci zamykała gazetkę, zamiast się dać spokojnie pogrzebać, no bo kto zamknie ten numer?
Ponoć jeden z moich kolegów nie pojechał na pogrzeb rodzica (nie wiem, ojca czy matki), bo... zamykał numer...
Całe życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku :)

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Blue

Monday dziś, Kochany Pamiętniczku...
Nawet nie miałam czasu, żeby się zdołować, choć to najbardziej depresyjny dzień w roku. Pracowałam, jak łysy mrówek ze śrubką okrętową nr 5 w dupie.
Ciśnienie podniósł mi tylko Boss, który wparował w podskokach i rozczulając się nad moim nowym pokojem, że och, ach i co to firma dla mnie zrobiła (a gówno zrobiła, prosiłam o zmianę pokoju dwa lata, a ten sama urządziłam i dlatego jest przytulnie,  a dział techniczny od wkręcania kołków i takich tam do dziś nie dotarł), oznajmił, że jest ekstras. Na moje, że ja już mam godziny w miesiącu wypracowane, wyszczerzył się i rzecze, że ekstras w zakresie obowiązków. Żeby chociaż marnych dwóch stów premii nie dać. Kij mu, wiadomo w co. I jeszcze, że teraz mamy mniej stron, co gówno prawda. Poza tym podpisywałam cyrograf na pracę na godziny, nie na strony. No nic. Jakbym mu powiedziała, że muszę kupić dodatkową sieciówkę, nie zrozumiałby.
Ale nigdy nie wiadomo, co kogo w życiu czeka, a karma to suka. Coś o tym wiem...
A nadgodziny mam sobie odebrać... w maju, jak będzie mniej pracy. Ta, kurwa, zwłaszcza w tym nowym systemie godzin.
No nic, nie zrobię sobie krzywdy :)
Ale swoją drogą, kawał...
A, zamilknę, na co mi skok ciśnienia wieczorem...
Ewentualnie zawsze mogę się rozchorować, ale to mi z kolei pensję obniża...
A, przejebane, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Kapustę w sobotę po raz pierwszy w życiu zakisiłam, nie do wiary, co nie?
Zmodyfikowałam sobie przepisik, a smaczne toto tak, że pół zeżarłam już.
Nieukiszone ni kropelkę :)
Znaczy się, kisić będę, jak kolejną kapustkę dotacham do domu.
Ale do tej opcji potrzebuję Manhattanu.

A na te depresje i smutki, i smuteczki mam

Za niedługo zakwitnie siedem boligłówek i cztery narcyzy... Bratki na balkonie wyglądają, jakby jeszcze dychały ostatkiem sił, nawet mają nowe pąki, ale nie sądzę, żeby dożyły do wiosny. A może zdarzy się cud?
Trzeba żyć, na przekór różnym świniom.
Niech się wkurwiają, że człowiek żyje :P I badylki też :)
A Alienek wrócił do domu większy i cięższy, razem z opakowaniem. Za zaświadczenie od lekarza, że może lecieć zakosili w UK 30 funtów. Zaświadczenie ważne 6 dni, więc na powrót do UK konieczne nowe. W PL zdarli za nie 200 zł... W sumie zaświadczenia, że Alienek może latać kosztowały więcej, jak bilety w obie strony z głównym bagażem.
A Inżynier mieszkanko odmalował na cacy. Edek był grzeczny i leniwy i nie pomagał, a Arya była nieszczęśliwa, że jej pomagać nie pozwalano. Bo bardzo chciała być przydasię ;)
Jutro będę siedzieć w pracy, jakby mi za to płacili, bo kolęda jest. Po raz pierwszy w życiu z rozmysłem omijam.
I z tej strony za dużo się nazbierało na nie.
Aby do czwartku, Kochany Pamiętniczku, potem będę miała wyjebane.
Na wszystko.
Jak amen w pacierzu...

piątek, 13 stycznia 2017

Złego

diabli nie biorą, Kochany Pamiętniczku, zatem doleciałam, choć z godzinnym opóźnieniem.
Inżynier ostatni raz nakarmił

 dobrze dziecko wychowałam :)
W sobotę byliśmy u Pierworodnego, wizyta sztampowa, ale prezenty dzieciom się bardzo podobały, zwłaszcza piasek plastyczny ode mnie dla Wiedźminki. Cześć i chwała Żonie Inżyniera, ona zabawki wybierała, ja tylko płaciłam. Zna się dziewczyna :)  Papryczek się nawet dotknąć nie pozwolił, no ale z niego ciepłe kluchy i rzadziej mnie widuje, jak MW jak była mała. I wciąż ściąga bluzę i do cyca, ojapierdolę, facet ponad dwa lata. Cyc jak dyndołek. Ja bym usadziła, bo to nie karmienie, ale środek zastępczy. Nieważne, ile by ryczał. Cyc wieczorem do poduszki i szlus. No ale nie mój cyrk, nie moje pchły, nie mój cyc.
Oglądać, bo wywalę :)

Słodka jest, a jaka mądralińska. I za 10 lat idziemy na piwo, bo w UK można pić mając 16, ale w towarzystwie dorosłego i jedno piwo. Starczy. Zatem mam cel - 10 lat do spełnienia projektu: Pójście na piwo z Małą Wiedźmą. Naumiała mnie babciowania, bo broniłam się przed tym ręcamy i nogamy. Moja niemiana córa. Teraz rozumiem, co to jest mieć córkę, a nigdy nie chciałam. Mam nadzieję, że będzie miała piękne życie. Jak ja... :)
No i Papryczek

Wszystkie baby się nim zachwycają. Będzie łamał serca. Oby nie był tak zakompleksiony na tle swojej urody, jak jego ojciec. Bo ten to miał i ma kompleksy, że jest brzydki, bo jest podobny do swojego ojca... Ha, czy ja mogłabym stracić rozum dla brzydkiego faceta? Never. Wszak pusta jestem ::)
Dostałam masę takich fajnych zdjęć, mieli sesję w PL. Teściowa wymusiła. Tylko co ja mam z tymi zdjęciami zrobić? Mam tonę zdjęć, wołających o wklejenie do albumu i albumy. Miałam się tym zająć na emeryturze. Hahahahahahaha :)
A zdjęć tyle, że ściany mogę tapetować. Może jak mi zabraknie na farbę, to tak uczynię, no ale na klej mieć muszę, no i oczopląsu dostanę :D
I dostałam


Synowa twierdzi, że musiała kupić, bo nic jej się tak ze mną nie kojarzy, jak to.
Ojapierdolę...
Niektórzy wciąż do mnie tak mówią, wszyscy mnie tak przezywają, a moje osobiste dziecko na moje protesty odrzekło bezczelnie: bo mama jest ruda, tylko na siwo przefarbowana...
Nic, tylko się pochlastać.
Choć są tacy, co mnie znają jeszcze jako Fiefiurkę :)
I tacy, co w akcie zemsty za moje hmmm... rozjeżdżają wiewiórki, tłumacząc się, że samobójstwo chciały popełnić (nie bij, żartuję, wiem, wiem, znam te samobójczynie...) :) 
A w kraju...
Kółka walizki były całe, Kierownika Budowy nie było na horyzoncie, tom wsiadła w taksówkę i pomknęłam do domu, stęskniona... Wioseczka ukochana tuż przed lądowaniem :)


 Po drodze SMS od Żony Kierownika, że czeka, a ja już byłam w połowie drogi, zła jak cholera, bo taksiarz na postoju palił i dusiłam się od kaszlu. Po krótkim dociekaniu kazała mi wysiadać, a ja zielonego pojęcia nie miałam, gdzie jestem. I uparła się, że zakupy mi zrobi, bo i tak z mamą jedzie na moją kwaterę.
Nie wysiadłam, taryfa podejrzanie dużo nastukała, pewno facet zamiejscową włączył, ale nie miałam siły na nic...
Zapłaciłam, wysiadam, jadę walizeczką te kilka metrów i fuck you, coś telepie. Pod samymi drzwiami kółka odpadły. Reklamować mogę gdzie chcę, nikt mi tego nie uzna, wyszłam z lotniska...
Więcej nie lecę NIGDZIE, kolejnej walizki nie kupię!
Znak - nie latać więcej :D
Wleciała za chwilę z chlebem, CAŁYM chlebem, jadłam go do czwartku.
Kolejny ciul...
Parę szkód w mieszkaniu, do przeżycia, ale urwane oparcie od kanapy. Jakim cudem, nie wiem. Synowa idzie w zaparte, że pilnowała, że niemożliwe. No nic, jak Kierownik Budowy nie da rady naprawić, więcej ich nie wpuszczę, mam doskonały pretekst, że nie. I to oparcie przy biurku. No nic, zdolni są.
W poniedziałek obudziłam się chora, ale do pracy iść musiałam, więc chciał nie chciał, polazłam.
A mróz był srogi...
W pracy nowe śmieci, ale niewypakowane, komp niepodłączony,
Dzwonią do informatyka.
Czekam dwie godziny, powoli ogarnęłam te kuwetę, na ale jutro do drukarni.
Idę po kolegę, podłączył komputer.
Informatyk przyszedł po trzeciej, jak już zwijałam się do domu, bo ja szybka dziewczynka jestem.

Pokoik mam teraz o połowę mniejszy, ale tylko mój i nikt mi co kawałek przed nosem nie popyla.
We wtorek

mroźno, ale pięknie.
A już wiedziałam, że jestem chora na maksa, bo trzęsłam się, mimo kaloryfera na full. Dopiero jak włączyli mi klimatyzację na 30 stopni, poczułam się lepiej.
Do domu spadłam w podskokach, na całe szczęście zamknęli wcześniej niż zazwyczaj, naszpikowałam się polopiryną i jest trochę lepiej, ale oczy wciąż mam szkliste,
A tak się wszyscy, kurwa, zimą jarają, że och, ach, cuda wianki i hopsasa do lasa.
A moja zima, poza chwilami, kiedy sypie na biało i jeszcze nie odśnieżają, gdy płatki wirują, a ja stoję w oknie i się gapię, i nigdzie iść nie muszę, nawet po chleb, bo mogę go sobie upiec, wygląda kurwa tak:

Przystanek autobusowy.
Wyjątkowo wracałam z pracy autobusem, jadącym trasą, którą zazwyczaj chodzę latem na pieszo. Bo po miody polazłam (mam, mam mniszkowy i nawłociowy, jupiiii, bez opłaty za kuriera). Chodniczek tam wąski i spierdalać można co najwyżej na płot. A fontanny błota tryskające spod samochodowych kół były wyższe ode mnie. Taaa, piękno zimy... Uroki. Serca bicie. Cała nadawałabym się do wywalenia na śmietnik, nie tylko odzież.
Jako że w pracy tradycyjnie nie było wiele pracy, wychodziłam po angielsku i tak dotrwałam do dziś.
Mam dwa dni na postawienie się na nogi, potem cztery dni zapieprzu. Z warzywkami sytuacja kulawa, szkoda, bo to zawsze parę setek więcej w kieszeni, ale tego nie przeskoczę.
Nic jeszcze nie wiem do końca.
Za to już wiem, że są ekstrasy, więc powinno na jedno wyjść.
Bo za dziękuję już nic nie kupuję, już nie muszę sobie marki wyrabiać, bo ją mam :)
Na Wielkanoc nie uda mi się wyrwać (zresztą NIE LATAM, bo na walizki nie zarabiam), bo zamykamy zaraz po Wielkanocy, a na 3 dni mi się nie chce lecieć. Szkoda zdrowia na lotnisku (tym razem pięć razy zawracał do mnie gliniarz w T-shircie, tatuowany lepiej jak niejeden więzień, z psem. Myślę, że to koci zapach psa ciągnął. A płaszcz i buty dwa razy mi przez rentgena przewalali i na spektrometrze badali. Ojapierdolę. Tym razem miałam tylko swoje rzeczy!).
A ekstrasików parę będzie.
Dziś rano

Na chodniku wiodącym prosto do pracy jakiś geniusz zaporę śniegową zrobił. Tam też przemykać się trzeba, bo chlapią, chodnik wąski, a często samochody parkują tak, że nie ma nawet pół metra. Fuck. A na przejściu dla pieszych - fotka dolna - rozlewisko. Mam buty do kostek, ciekawe, czy bym miała wodę w środku... Okrążyłam, nadkładając drogi.
I hate winter.
I żadne Christmasy nie zmienią mojego zdania.
Zima to zuo...
Hiacynty już mam, sztuk sześć...
Pieścichłopy przy okazji, bo już są, ale nie w ten mróz je do domu nieść, padną...

Aby do wiosny, Kochany Pamiętniczku, ale przede mną jeszcze gołoledzie i zamiecie.
A juterko pucowanie gniazdka. Rozbieram choinkę, za dużo kurzu.
We wtorek kolęda, ale mam na to wyjebane. Będę zamykała i na pewno się nie zwolnię na kolędę. A jak mnie złapią, nie przyjmuję.
Za dużo tego wszystkiego, za dużo do dupy.
Ale może cały czas nie będzie tak ciulato?

Bo wiele innych ciulatych rzeczy jest.
Za dużo.
Jak na mnie...

czwartek, 5 stycznia 2017

Ponoć

mieszkanie przetrwało, Kochany Pamiętniczku.
Nawet zapytał wczoraj, czy mają pościel prać. Inżynier rzekł, że tylko pieniądze, a ja kazałam im wziąć na wstrzymanie.
Pranie to nie jest problem, jak się ma automat, zresztą nie potrafią obsługiwać go, bo jest specyficzny, a zresztą wieszanie prania zimą to u mnie wyższa szkoła jazdy. Zapas pościeli mam, poradzę sobie, to nie problem.
Resztę ocenię na miejscu i zapewne nie raz będę zgrzytać zębami, ale trudno :) W następnym życiu wyskrobię :P
Pojechałam wczoraj z Synową do Tesco, bo musiała wymienić kombinezon dla Okruszka. Biedna była bardziej spanikowana jak ja, no bo nie czuje się jeszcze pewnie za kierownicą, a tu na dokładkę balast w postaci teściowej :) Ale jeździ dobrze, rozważnie i chwaliłam ją całą drogę, bo uczciwie na to zasłużyła i mówienie, że Inżynier jeździ lepiej tego nie zmienia. Inżynier jeździ jak szatan :) Zadowolona jestem z wyprawy, bo upolowałam ostatnie słuchawki z serii tej, co mi padły, i od razu przed oczyma stanęły mi piękne sceny, jak znów myję okna, a on mi love me tender, węglarko moja ;)
Plędze upichciłam, z tych ziemniaków, które kupiłam to kłopot był, bo okazały się mączysto-wodniste, ale wyszły mlask, zjedli wszystkie co do okruszka, po czym Inżynier zaczął miągwać, że to przez matkę taki gruby jest. Taaa, bo mamusia tu cały rok siedzi i łyżeczką syneczkowi cały czas niezdrowe jedzenie do gębusi wtyka :)
A potem był wieczór z kotkami i piwkiem, wyjatkowo miałam wczoraj ochotę na picie, pewno odreagowywałam nerwy.
Zatem kotki, niecnoty, bo dziś nie przyszły ze mna spać, zdrajce jedne ;)

I tak Edek z fabryki kredek...

... z koleżanką, oceniają jakość zakupów...



... a tu nasza Księżniczka bez ziarnka grochu, z wysokiej wieży
 wypatrująca kochasia :)