poniedziałek, 1 maja 2017

W telegraficznym

skrócie będzie, Kochany Pamiętniczku, bo padam na pysk :D
Nałaziłam się dziś co niemiara. Ale było cudnie. Pojechałam z Kierownikowstwem do Kórnika, na święto kwitnących magnolii.
Z Kierownikiem jest bardzo źle. To nie ten sam człowiek, którego znałam. I przykro mi, ale racja jest po stronie Kierownikowej.
Nie kieruję się solidarnością jajników, ale wiem, co widzę.
Przerabiałam to już.
Niestety, widzę to też czarno.
I obym była fałszywym prorokiem.
Kórnik jak deptak w Sopocie, szpilki nie było gdzie wetknąć, a i zrobienie zdjęcia było sztuką, bo całe tabuny musiały mieć zdjęcie z rączką wskazującą na kwitnące magnolie, do niektórych drzewek stały kolejki :)
Ale to już zdjęcia same opowiedzą tę historię...













 Kradziejka. Zdecydowana. Stanowcza. Wie, co chce, a czego nie chce. Maleńki wrzód na dupie, ale jaki kochany. Gdzie jej nie posieją, tam na pewno wyrośnie. I wprost powiedziałam KB, że mu tę kościstą dupę skopię, bo krzywdzi dziecko. Ale to do niego chyba nie dociera.
 Uciekająca panna młoda też była. Serio, biegła :)














 Aleja lipowa generałowej Zamoyskiej.

 Spodobała mi się. Bo tak sobie stała i już.









 Kwiat paproci w maju? ;)












 Różaneczniki, azalie, tylko do bzowego (tak, tak, tak, lilakowego) zakątka nie dotarliśmy, bo konieczna byłaby kolejna pętla, a kiszki nam już marsza żałobnego grały...











 I na widok tego mostka błyskawiczna myśl: Dora :)




 Cypryśnik moczarowy, Te grzybki, to są jego korzenie. Ciotka Wiki ciekawie o nim opowiada.



 A w koszu na śmieci ślimaczek sprzątał...

 Odnowiony rynek w Kórniku. Byliśmy na obiedzie w Białej Damie. Nic się tam nie zmieniło od czasów PRL, ale... Jedzenie wciąż tam smakuje, jak jedzenie. Peerelowsko, ale pyta to pyra, masło to masło (aż sikało z dewoleja). żaden tłuszcz mi się nie przypomina, mimo nocnej pory, gdy te słowa piszę, zatem kocham dalej małe miasteczka, gdzie czas stanął w miejscu.

 I jeszcze na wieżę widokową koło jeziora poleźliśmy, ale na widok tych fal dostałyśmy choroby morskiej, co mi się nigdy nie zdarzyło dotąd. Ale też piździło jak za cara nie przymierzając :D



 Kórnicki ratusz świętował pierwszomajowy dzień jak należy...





I wreszcie home, sweet home :) Też pięknie, choć bez magnolii.





A te dwie fotki to bonusik. Za pozwoleniem właściciela. Jak widać, Edek jest doskonałym opiekunem dzieci. Arya ma na dziecko wyrąbane, stresuje ją :)
A Inżynier dręczy biednego Alienka, każąc mu się uczyć, ale Alienek wygląda na zainteresowanego edukacją od urodzenia.
Jak mu się znudzi, zawsze może spakować walizeczkę i zwinąć się do babci.

Od Pierworodnego nieciekawe wieści, ale nie od niego, a z drugiej ręki.
Wkurwiające.

I tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku. Starczy :)

piątek, 28 kwietnia 2017

Kto nie z Mieciem

tego zmieciem, czy tak jakoś, Kochany Pamiętniczku.
Dla mnie najcenniejszą rzeczą jest czas, więc jeśli ktoś umawia się ze mną na 8.30, to daję mu akademicki kwadrans. Pod tym względem obrzydliwy jest Kierownik Budowy, nigdy nie był punktualnie.
Majster miał być o 8.30.
9.00 dzwonek.
Wpuszczam niedojdę, pełna dobrych chęci.
Mówiłam, że ramka jest krzywo (ta trzymająca kafelki), a pianka uszczelniająca się wylewa.
To się wytnie.
Się wycięło, ale prosto dalej nie było. Tak jak przedtem kafelki założone na ramkę robiły mlask i nie było widać, gdzie maskują dziurę, tak teraz odstawało tu i tam.
Mimo przycinania, skrobania, popychania i innych takich tam.
I widzę, że za chuja ramka nie zrobi mlask i nie będzie prosto.
No i nie ma kawałków kafelków. Wzięły i poszły się jebać, co nie, Kochany Pamiętniczku. Okazało się podczas sprzątania łazienki, że leżą za WC, tam gdzie je poprzedni geniusz wcisnął).
Pyta, czy mam kafelki. Ależ mam, cały skład kafelków mam na balkonie (serio). No ale on nie ma ich czym przyciąć, bo oni nie są od kafelków.
Co, kurwa?
Ale od rozwalania są?
Wrzasnęłam "kierownika" i majster w podskokach spieprzył, zostawiając wiaderko.
Przyszedł kierownik. Ten gość, co stłukł kafelki i którego już raz przejechałam.
I na mnie z ryjem.
Że on mi pierwszej przysłał fachowca, żebym nie musiała czekać, jak inni, bo robią od dołu. A co mnie to, kurwa? Ja siedzę czwarty dzień na dupie. Że dał najlepszego kafelkarza. Ta. Facet bez zębów, więc widocznie najlepszy nie jest, skoro na szczękę nie ma, a może i ją zjadł na kafelkach. Że czy ja się znam na kładzeniu kafelków. Nie. Ale widzę, że jest krzywo i źle. Jak się nie znam, mam się nie wtrącać. Ta?? (Dopiero po południu zaświtało mi, że kafelki kładzie się z poziomicą, a oni tak skomplikowanego narzędzia na stanie nie mieli. Ja mam. Nawet w telefonie, kurwa, mam poziomicę, więc jestem lepszym kafelkarzem. Mam wszystko, jak się uprę, odpalę YouTube i te kilka kafelków położę. I z krzyżakami. Z takimi plastikowymi krzyżakami. Może gdzieś kilka jeszcze mam, ale nie mam interesu. I obczaiłam jak się kładzie fugę, Dam radę sama, ale halo, dlaczego mam ją kłaść sama, skoro oni za to wzięli kasę?)
Chwila.
Remont jest za moją kasę.
A facet dalej mnie poucza. I jak doszedł do frazy: ma  pani od wczoraj wodę, czułam, że zabiję. Odrzekłam, że mam, ale nie chodzi o manie wody, mogłam jeszcze jeden dzień poczekać, ale chodzi mi o mój czas (4 dni urlopu w plecy, a to jeszcze nie koniec) i że chcę mieć stan dziewiczy.
Na to gościu, że on już nie może, że rzyga tym blokiem i tymi ludźmi.
Każdemu wolno rzygać. Ma prawo.
Rzekłam zatem jak dama, że rezygnuję z jego usług, znajdę sobie kafelkarza i wystawię rachunek.
A zamykając za nim drzwi rzekłam z wrodzoną gracją, że zrobię wszystko, żeby jego firma dostała odpowiednią opinię.
Na to rzekł bez gracji, że go to pierdoli.
Ano.
Skoro tak. A i gość na początku prac o 15 już był w stanie woniejącym i wskazującym. A dziś po południu, wlatuję do piątki, a tam kolejny z ekipy (u mnie nie zawitał) tankuje. No cóż. Wciąż myślę, czy zakablować, czy nie, ale wracajmy do naszych baranów, jak mówią Francuzi.
Ciśnienie miałam takie, że czułam, że mi czaszkę rozsadzi, więc ledwo przyodziawszy ciałko, ruszyłam do spółdzielni, jak tank pod Stalingradem.
Po drodze spotykam sąsiadów i nagle okazuje się, że nie wszędzie było cacy, ale "co pani zrobi".
Zrobiłam.
Weszłam do sekretariatu i zażądałam krótko i treściwie: prezesa proszę.
O dziwo, w tej sekundzie dostałam.
Jak jestem wkurwiona mówię głośno nawet mimo aparatów, a te założyłam. I czerwona byłam jak burak, bo ten model tak ma.
Wyłożyłam swoje racje i zapytałam retorycznie: kto da swoje 6 dni urlopu w czynie społecznym? Nie każdy ma kogo wrobić w pilnowanie mieszkania.
I dlaczego nie robi taka ekipa, jak w pierwszych blokach?
To pytanie prezes pominął głębokim milczeniem, ale stwierdził, że nie ma opcji załatwienia sprawy w jeden dzień. No dobra, w dwa. Ale ponad tydzień?
Przeprosił, do gabinetu wparował nowy gość. Składał się z brzucha i z czupryny, siwiuteńkiej, ale ojapierdolę. Coś jak mój Eks. Czupryna, nie brzuch :) Właściciel tego bajzlu, co w moim bloku pracuje.
Tom rzekła, co o tym myślę. Starał się sprawę załagodzić, ale mi już w duszy grało. I o tym rzyganiu powiedziałam, za co kajał się.
Niepotrzebnie, ja lepsze wiązanki znam.
Ale nie będzie mnie byle gnój obrażał, na dokładkę pracujący za moje pieniądze, bo to ja płacę na fundusz remontowy.
I jakbym prywatnie taką ekipę wzięła przez pomyłkę, wywaliłabym po godzinie.
Howgh.
Zapytał, kiedy może zobaczyć.
Powiedziałam, że zaraz, ale nie chciał mi przeszkadzać, bo wyszczekałam też, że nie tylko moja praca leży i kwiczy, ale i sprawy, które mam do załatwienia.
Powiedziałam, że nic to...
Za 5 minut miał być.
Nawet nie zaproponował, że podwiezie, ale chuj.
Poszłam po chleb i niespiesznie do domu.
Dreptał na korytarzu.
Oglądnął, pokiwał głową i powiedział, że reszta u mnie jest priorytetem. Że kiedy chcę i o której chcę u mnie zrobią. I że nie będę musiała warować. Na godzinę i szlus. Mogę do pracy.
Stanęło na czwartku na 9.
Chciał wcześniej, ale sobie myślę, co ja będę znów na tron w podskokach leciała, ubierała się i inne takie tam. Nie mam drzwi, więc jest jak jest.
Wizytówkę dał, że mam dzwonić. Ja na to, że SMS. A on, że zadzwonić. I kurwa, miał nowszego ajfonika, jak ja. Po co takie ćwoki mają takie zabaweczki, skoro nie umieją z nich korzystać. Powiedziałam, że jak coś się zmieni, wyślę SMS, co on z tym zrobi, rybka mi. Nie ma emilka. Ma firmę, kurwa, w XXI wieku i nie ma emilka.
No cóż, ja może i mniej mam, ale nie mam kompleksów :D
Dłoń mi podał.
Pierwszy.
Kasę może i ma, ale klasy już nie.
A dłoń podał, jakbym zdechłą rybę wzięła, tfujjj... Nawet imitacji uścisku nie było. No cóż.

Hydraulicy z reklamy już dawno wypieprzyli z tego kraju, zostały bezzębne odpady.
Sama jestem stara, ale jakbym nie dawała rady, powiedziałabym stop.

Sprzątam zawsze łazienkę w rękawiczkach i chwała blogu.
Kafelki na brzegu wanny, gdzie sadzali dupy były czymś uświnione, że fuj.
Jak można wejść do cudzego mieszkania w takich brudnych łachach?
Może bym i odpuściła z lekka krzywy kafelek, jak odpuściłam dziurkę w suficie, ale kurwa, my home is my castle i żaden majster mi tego nie będzie odbierał.
I nawet nie majster, bo majster przed wojną to był ktoś.
Nawet nie rzemieślnik.
Kiblotłuk i tyle.
Nie docierają do mnie teksty "że my też pracujemy".
Nie odważyłabym się tak schrzanić pracy, pić w pracy, choć u mnie czasem są juble i wszyscy piją. Ja co najwyżej symboliczną lampkę wina, bo mojej pracy nie da się wykonać na cyku. A ja pracę szanuję.
I tyle w temacie.

W czwartek będę pilnować kładzenia kafelków. I zażądam poziomicy, mając swoją w pogotowiu.
Zemsta jest rozkoszą bogów.
Może się i nie znam na kładzeniu kafelków, ale głupia nie jestem.

A potem pojechałam do miasta, przetłumaczyć akt urodzenia Alienka i zonk - cała Polska świętuje.
Przetłumaczą dopiero na czwartek. Za całe 50 zł polskich. A w sumie to przetłumaczyłabym i ja, nie znając angielskiego i nie używając słownika, ale tak się nie da. Życie :D Ponieważ to gotowy formularz, to dla tłumacza z drukowaniem 10-15 min pracy. Niezła stawka, odciągając nawet wszystkie koszta :) Ale tłumacz uczył się i szlifował wiedzę latami, więc niech mu będzie.

I na targu dałam saksofoniście 3 złote, raz, że pięknie grał (miałam aparaty), a dwa, trzeba to, co narozrabiałam jakoś odpeszyć, co nie?
Bo kiblotłuków na pewno po głowie szef nie pogłaszcze.

Trudno :)

U mnie w miarę ciepło, bo 10 stopni, wilgotno i zielono do bólu. Jutro się zaopatrzę w żarełko, coby z głodu nie paść i nacieszę się domem. Jeszcze moim, bo nie wiadomo, jak będzie po kuciu w kuchni. Sąsiadce sufit poszedł...
Przydałyby się jakieś kciuki, te od Star działają :D

I dlatego nie lubię remontów, nie cieszy mnie efekt końcowy, bo cała akcja jest zawsze pod hasłem: coby tu jeszcze spieprzyć, panowie, to się wytnie, a to zatka.
I polikwidowali zawodówki, bo na co komu dobry fachowiec?
Wszyscy są od marketingu i zarządzania, a pracować nie ma komu...



czwartek, 27 kwietnia 2017

Wydało się

Kochany Pamiętniczku.
W chuja nas robi spółdzielnia.
W zeszłym roku wymieniali piony w innych blokach i trwało to JEDEN dzień - i kuchnia, i łazienka, bez kucia.
Ale była inna ekipa. Na pewno droższa, bo robiła fantastycznie. A tu same kościane dziadki i brudasy. Komunę jeszcze pamiętają. A narzędzia to ja mam lepsze od nich, chociaż nie mam firmy remontowej.
I jak napisał znajomy - za drogo było, to "wujka Zenka" zatrudnili.

A ja sobie mogę reklamację pisać na Berdyczów.

Wciąż w łazience zieje dziura i nie wiadomo, kiedy przyjdą.

Trzy dni załatwiania fizjologii w pośpiechu.

Mam dość.

Bo ten model tak ma, że w świątyni dumania potrzebuje ciszy i spokoju, a nie nasłuchiwania, czy nie dobijają się do drzwi.

Z tego wszystkiego rozregulował mi się żołądek.

I mam PESEL załatwiać dla Alienka, a ja jak ta Isaura...

Wyłączyć myślenie!!!

Zwariuję

za chwilę, Kochany Pamiętniczku!

W kaftanie mnie wywiozą. Trzeci dzień jestem jak niewolnica we własnym domu uwięziona, bo tę wodę robią.
Kurwa mać.
A znajoma mówi, że w ich bloku zajęło im to JEDEN dzień. Ale ekipa była inna. I nic nie kuli, oprócz kuchni.
Nie wiem, gdzie mam wnosić reklamacje, w całym domu śmierdzi remontem, tynkiem i ćmikami, bo ekipa pali. Wprawdzie nie u mnie w mieszkaniu, bo takiej opcji nie ma, ale palą, co czuć.
Jak pójdę do spółdzielni, to sobie tylko ciśnienie podniosę.
Na ekipę nie mam co narzekać, robią, co im każą. A kierownik szuja taka, że kij mu w dupę, nabity gwoździami i niech ma przyjemność, jak będą mu obracali.
Nie wytrzymam.
Wyskoczę z balkonu.

Kurwa mać.

środa, 26 kwietnia 2017

Sytuację

określić można jednym brzydkim słowem, Kochany Pamiętniczku.
Mieli przyjść o dwunastej, dobrze, że mnie tknęło i wstałam i ogarnęłam się wcześniej, bo przyszli o 8.30, właśnie jak wychodziłam po zakupy.
Pogrzebali, powiedzieli, że jeszcze wlecą. Chwilę pogadaliśmy, nawet miło i ja cała w skowronkach sruuu po szparagi.
Bo szparagi już są.
Wracam.
Dzwonek.
Mówię gościowi, że zostawię drzwi otwarte, bo latają jak koty bez pęcherza.
OK.
Przyszykowałam do obiadu, klapnęłam na fotelik, a oni jak gówno w przeręblu.
Przychodzi nowy, pytam, czy jestem potrzebna, mówi, że nie.
No to film oglądam, a w łazience hałas, no ale trudno.
Drzwi tym razem zamknął. Wychodzi, ja zaglądam, a tam pustynia Sahara. Płytki ze ściany zjebał.
Kurwa mać.
Wraca, a ja na niego z mordą, że chcę kierownika, bo dlaczego bez mojej zgody płytki zrywają i kto to naprawi?
A on na to, że płytki całe, o, proszę, pokazuje dwie sklejone fugą, a płytka jeb i po płytce.
Facet blady jak ściana, a ja wrzeszczę, że pytałam na początku, czy zabezpieczyć się folią, to powiedzieli, że nie, że wszystko będzie cacy-cacy, a teraz mam wszystko w pyle i po płytkach. I kto mi to zamuruje? On, jąkając się, że on to zrobi...
Taaa...
Przyszedł ten, co ustawia, ale nie kierownik.
I na niego z mordą, a on, że mówił. A ja na to, że wiedzą, że niedosłyszę i należało wyraźnie powiedzieć, że będą kuć. No mówiłem, że będziemy dalej robić. Kurwa, czy ja jestem hydraulikiem, żeby wiedzieć, co będą robić?
No myślałem, że pani wie.
W kuchni będzie jeszcze gorzej.
Kurwa.
Ale... Zrobią mi kuchnię, jak dobrze pójdzie, bo może coś wyskoczyć, zaraz 4 maja i zakryją mi wszystko, jak dam folię.
Mniejsza z większym. Dam folię, choć porządna firma dałaby swoją, wiem, jak malowali u mnie na Reymonta w pracy. Przychodził ojciec z synem, ojciec już po siedemdziesiątce, zakrywali wszystko, a następnego dnia biuro była nówka nieśmigana.
No nic, nie będę się kopała z koniem.
Potem pownosili rury no i od razu śrup i odbicie na suficie. Znów rozwarłam japę i o dziwo, następne rury wnieśli nie odbijając nic.
Opierdoliłam i tak.
Odbicie widzę tylko, jak mam okulary, ale widzę :)
Ponieważ koło kratki wentylacyjnej mam naklejone czarne stópki, to doszłam do wniosku, że zamiast użerać się z malowaniem i z kolejną ekipą "fachowców" kupię kolejne stópki :)
I tak uczyniłam :P


 Taką dziurę mi zrobili i czarną folią zatkali...

A stópki tak mam

A tu w promieniach światła widać ujebane, ta mała kropka :) ... Sufit ma kolor ścian, fotka jest, jaka jest :P Nie opłaca mi się puszki farby kupować dla takiej kropki, co nie?

I pytam gościa, czy u siebie w domu by też tak świnił remontując, a on na to, że tak.
To ja spokojnie: dlatego nie zatrudniam takich ekip.
Kurwa mać.

Żona KB pisała, że kombinuje on jak koń pod górkę, że zamiast z nią rozmawiać, to jej mózgotrzepiące linki podsyła.
Ale poniekąd sami sobie winni, bo od dawna diagnozowali się przez YT,
Idzie do psychologa, on nie wiadomo, czy pójdzie.
I dobrze, nie chcę się w to wkręcać, nie jestem specjalistą od ludzkich umysłów, są zbyt pogięte.
Nie chcę nikogo skrzywdzić.
Ale trzepie mnie to niemiłosiernie.

Na pociechę dostałam Alienka w kąpieli, ojapierdolę. Ale z kategorycznym zakazem publikowania gdziekolwiek i słusznie.

 I tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku, choć dzień jeszcze młody, mam nadzieję, że nic się już nie wypierdoli.
Bo kibel zalewany wiaderkiem to jest jednak koszmarne.
Dobrze, że w kuchni mam wodę. I wannę umyłam, więc jak coś rankiem kąpiel będzie jak zwykle :P

wtorek, 25 kwietnia 2017

Diabelski

młyn, Kochany Pamiętniczku jest.

Siedzę jak na gwoździach, a tu dzwonek. Wpuszczam. Majster sztuk jeden. Zapraszam do łazienki, a on nie wie, jak się odsłania szyb. A ponoć fachura. No nic. Ale grzeczny. Odsłaniam szyb i konwersujemy, jak czekista z czekistą. Jak dobrze pójdzie, odzyskam wodę w łazience w piątek.
Ojapierdolę.
A kuchnia?
Kuchnia będzie robiona po świętach (jakie święta, ki diabeł?). A... Długi weekend. Kuć będą. A kto mi dziurę zatka? Wprawdzie lata całe miałam tam dziurę, ale wciąż miałam wrażenie, że wyjdzie mi z niej coś, więc kazałam zamurować. Zamurują. Ale już nie wygładzą i nie wyszpachlują i nie pomalują, bo po co to pani, skoro za szafką nie widać? Nosz, kurwa, porzundek zaś ale musi być, co nie? Gość zdębiał i mówi: ma pani rację. Pewno, że mam i dlaczego mam ponosić koszty? No nic, zobaczymy.
Licznik zdjął.
Telefon wyciągnął.
Zadzwonił.
Ekipa przyszła.
Dwóch.
Jeden niósł wiaderko, a nim jakieś cuda wianki.
Postawił wiaderko w łazience.
Stanął koło wiaderka.
Drugi nie niósł nic. Tylko ręce miał w kieszeniach. Stanął w przedpokoju, bo w łazience się już nie mieścił.
Co ja paczę?
Ze szybu iskry lecą, coś tam tną.
Więc lamentuję, że już pożar od czegoś takiego widziałam.
Uspokajają mnie.
Kontemplujący z przedpokoju gapi się na kołowrotek i mówi: ma pani w tym kupę pieniędzy.
A ja na to: 120 zł to kupa? Jakie 120, po 3 tysiące chodzą. Ta, jak ze złota są. W antykwariacie są za 120 zł, jakbym sprzedawała, to mniej dostanę, bo marża. Nie uwierzył. To niech idzie i sprawdzi. Jak mi kołowrotek zniknie, będę wiedziała, kogo winić :)
I tak jeden pracował, dwóch stało (a pracują od razu w dwóch pionach, więc co najmniej dwie ekipy).
Kurwa.
Liczniki zostawili w zlewie. Uszczelki fruwają po łazience, inne śrubki też. A ponoć porządni. Tom wsadziła wszystko w plastikowe pudełko, jak wyszli.
Pytam, czy mogę lecieć po chleb. Mogę, nie ma pośpiechu. Zajrzą po południu.
Zajrzał.
Jeden, ten od roboty.
0 15.30, że dziś już nic nie zrobią.
Że jutro może o 12 przyjdą, a może o 15. Może w grudniu po południu, co nie?
Że kuchnia po świętach, ale nie w tygodniu po świętach, tylko w następnym. Bo po świętach im się na dwa dni nie opłaca iść do pracy.
Burżuje.
Czyli cała jazda będzie trwała prawie 3 tygodnie. Ojapierdolę. Pytam, jak mam to załatwić. Urlop pani weźmie. Zjechałam dziada. Mam urlop marnować, bo oni tak mają?
I ich zarobki, a moje.
Kurwa mać.
Tylko tyle mi się pcha na ust korale.
Nic dziwnego, że remonty to kataklizmy, nie ma: weszli, zrobili, wyszli.
A ja nie mam wyjścia. Muszę wejść, zrobić i wyjść.
Amen.
W międzyczasie odezwała się Żona KB, z wiadomościami bardzo niewesołymi. Odbija mu tak, że ona się wyprowadza. Ma już mieszkanie. I prosi mnie o porozmawianie z nim, bo...
Ojapierdolę.
Jestem jedyną osobą na świecie, którą on słucha i której wierzy.
I ona wie, że ja się nie wtrącam nigdy, ale jedynie mnie chociaż wysłucha, bo czy posłucha to nie wiadomo.
Jednak wyprali mu mózg tym zdrowym trybem życia i medytacją.
Kurwa mać.
Maleńkiej żal. Ich w sumie też, ale cóż, znali się lata całe, mieszkali kilka lat, jak łyse konie się znali i widać, że nic nie pomogło.
Sami boleją nad rozbitymi rodzinami. A swoją też rozbijają.
Ale z własnego doświadczenia wiem, że czasem lepiej rozbić i zostawić, ocalić coś, niż zabijać się powoli.
Dzieci rozumieją więcej niż się dorosłym wydaje.
U mnie były już na tyle duże, że zapytałam czego chcą.
I czy gotowe są na to.
Były i okazało się to wspaniałym wyjściem i ocaliło im resztki dzieciństwa. Biednego, w ciuchach z lumpeksu, bez luksusów, ale spokojnego i pełnego miłości i serca. I to się liczy.
Ale Kradziejka jest maleńka.
Niech moc będzie ze mną.


I co ja mam biedna zrobić? :(

Smutno mi.
I zimno.
Ale i tak pięknie


Konwalie jeszcze zziębnięte, nieśmiało czekają na słońce, ale już za chwilę zadzwonią te białe dzwoneczki.

 I znów się tak stanie, że bez zapachnie jak bez...
I znów się jakoś stało, że bez pachniał jak bez.
I słowo pachnieć pachniało.
I łzy były pełne łez.

Pora na lilakowe perfumy (lilakowe dla Barana, bo to wszak bez jest ;) )
A obok mniszka jakieś dzwoneczki, nie wiem co to :) Może Dora albo inny znawca wie.

Jakie to życie czasem jest popaprane...
Na maksa...

niedziela, 23 kwietnia 2017

Popitoliłam

wreszcie, Kochany Pamiętniczku.
I US wisi mi całe dwa złote polskie, oczywiście, guzik zobaczę, a nie te dwa złote... A w zeszłym roku musiałam im w zębach zanieść złotóweczkę.
Kurwa mać.
Jak zobaczyłam, ile mi ściągnęli podatków, nóż mi się w kieszeni otworzył, ale zaraz potem zamknął, bo a nuż, a widelec zranię się tym scyzorykiem i podatku mi nie starczy na leczenie wszystkiego.
Zatem jutro wyprawa z pendrive, wydrukować, do US, pokwitowanie.
Pod tym względem jestem staroświecka, żaden problem wysłać online, ale teściowa naumiała mnie jednej ważnej rzeczy: to, co do urzędu, na piśmie z potwierdzeniem odbioru i trzymać do końca życia.
I tego się trzymam, bo po przeczytaniu Blackoutu wiem, że to mądra rada. Nawet backup nie pomoże, jak wszystko pierdalnie. A papier wszystko zniesie :P
Audiencja u Inżyniera dziś, krótka, ale mogłam wreszcie się komuś wypłakać. Komuś, kto zrozumie, a nie nakabluje.
Bo jednak Kochany Pamiętniczek a rozumiejący człowiek to dwie różne bajki :)
Poryczałam się, to mnie wirtualnie pogłaskał, chociaż tyle.
I Alienka pokazali, który spał po cycku jak cherubinek.
A jak mu się spanie znudziło, pokazał, co potrafi, a płucka ma takie, że nawet przygłuchej babci z gównianymi słuchawkami bębenki padały :) Po babci ma głosik.
Zatem audiencje są krótkie, ale dobrze, że w ogóle są.
I...
Inżynier wciąga piwo bezalkoholowe.
Może będą z niego jeszcze ludzie i nie skończy jako AA.
Bo jest menda, jak kupuje alkohol, nigdy się nie przedstawia :)
A Alienek...
Nic nie powiem.
Bo Synowa 1 przesłała fotki Małej Wiedźmy z kolejnego konkursu. Kurde, wymalowana jak... ulicznica.
Bo niespełna siedmioletnia dziewczynka z karminową szminką i niebieskimi cieniami...
Mój Ojciec, goniąc mnie za makijaż, gdy miałam już tę osiemnastkę za sobą, wciąż marudził: kto to kwiatki maluje, wyglądasz, jak puchacz w klatce...
Przyznaję mu teraz rację.
Zresztą i mój ówczesny absztyfikant, ta pierwsza (druga) miłość, z tych jednych i bolących, brutalnie stawiał sprawę: zmywasz makijaż, albo idziemy na zabawę osobno :)  Zmywałam :D
No ale na makijaż MW nie mam absolutnie żadnego wpływu.
Jest jednak różnica pomiędzy siedmiolatką (niespełna), a pełnoletnią dziewczyną.
Dobrze, że chociaż Papryczka nie tynkują.

Przerasta mnie myśl, że pojutrze znów będą w moim azylu obcy.
No nic.
Idę po papierową tytkę, może zasnę.

I cieszę się, że u mnie tylko leje z przerwami, bo wszędzie śnieg pada i to nielicho... 

sobota, 22 kwietnia 2017

Coraz


to z ciebie, jako z drzazgi smolnej,
Wkoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc, nie wiesz, czy? stawasz się w o l n y,
Czy to, co t w o j e, ma być zatracone?

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
Co idzie w przepaść z burzą?- czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
Wiekuistego zwycięstwa zaranie!...



Bez sensu takie życie, Kochany Pamiętniczku...
Bez sensu, absolutnie...
Moje już ścięli. I dobrze :)