reportażu nie było, więc pora się poprawić Kochany Pamiętniczku.
Tak jakoś aparat wzięłam i...
Tak wygląda nowy kościół...
... a tak nowy park za nim, nawet dla kundli jest plac zabaw. Jak drzewa urosną, bo na razie to tam goła patelnia, może być całkiem, całkiem.
No i moja ukochana Dębina, na której ostatnio bywam raz na ruski rok...
... i rzadko teraz budzi mnie tak słońce, ale wciąż jest ciepło...
I tak przyszedł wyczekany piątek i pojechałam na Retro Moto Show, bo nic innego ciekawego nie było, na randkę z Inżynierostwem.
Alienek na mój widok zacukał się niebożę, ale kiedy go złapałam i wymiziałam, odzyskał rezon i...
Potem już było z górki.
Rodzice na niego narzekają, a ja uważam, że jest najsłodszym łobuzem pod słońcem.
Narzekają, bo nie chce mówić, ale jak dziadek albo ja poprosimy, żeby powiedział jakieś słowo to mówi :) Niewyraźnie, ale mówi :D I usłyszałam pierwszy raz "bacia" :) Już nie "brum, brum", ale bacia. Miód na moje serce.
Piątkę przybija i żółwika, całuska daje, przytuli się, no i słucha babci jak radia, a patrzy jak w telewizor :) No co :)
Bardzo łapczywie je i nie ma co ukrywać, rzyga po tym, ale na moją prośbę oddał ciasteczko i jadł małymi kęskami i...
Obeszło się bez sensacji :)
No jest chuliganem, jest, ale...
Kalafiorkówna słodko spała, tradycyjnie, a po obudzeniu okazało się, że jest na etapie córeczka mamusi. Owszem, da się ponosić, poprzytulać, nawet całować próbuje (protestowałam, małe dziecko nie może staruchy w usta całować, matka ją tak nauczyła i na hasło "daj buziaka" daje całusa. Ja moje dzieci nauczyłam "daj łebka" i zawsze nadstawiały albo czubek głowy, albo czółko do całowania. Inżynier ma to zakodowane, Synowa nie. Ubolewam.), ale po dłuższej chwili rodzicielki szuka, aczkolwiek już cyca na żądanie nie dostaje. No cóż, trudno :) Jest straszną śmieszką i... choć wszyscy zaprzeczają, ma rude włoski. Złociste, of course. Jak babcia kiedyś miała i niech tak zostanie, rude jest piękne :D Choć moja ciocia mówiła, że jej mąż nie chciał mieć dzieci, boby rude były i Bóg ich pokarał...
A sama wystawa...
Wróciłam do domu z bólem nóg, ale warto było.
Tatusia pilnował :)
Te amerykańskie kolosy to się w obiektywie nie mieściły, zresztą trudno było robić fotki, bo i taśmy, i tłumy, co kawałek ktoś wchodził w kadr :)
Były też samochody przed odrestaurowaniem.
A pan od Mikrusa Sam zaprosił Alienka do środka i pozwolił mu klakson ponaciskać. W ogóle Alienek miał branie, bo jak poszedł na stoisko jakiejś firmy kolorowankę robić, to właściciel go sfocił i pytał Inżyniera o zgodę na wsadzenie Alienka do folderu :) Nie sfociłam, bom akurat Kalafiorkównę niańczyła i miałam ręce zajęte.
I syrena cabrio, co oni od tych syrenek chcieli?
I dla taty coś, i dla dzieci :)
Taki maleńki skuterek też był, potem zobaczyłam w necie zdjęcia osobnej wystawy takich maluchów, nie zwiedziliśmy całej wystawy, bo mi nogi do d... weszły, dzieci nam popadały, no a my zwyczajnie zgłodnieliśmy :)
I stare rowery były..
... i RR... Rolls Royce, kilka ich było, eh... No cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego. A i Inżynier sam stwierdził, że jeżeli samochód kosztuje tyle ile dom, to on jednak woli mieć dom. Rozumek to on ma po mamusi, Pierworodny od razu by kupował każdy samochód.
Kalafiorkówna zasnęła na plecach u mamy, zakryli jej łebek i słodko spała :)
A my dalej kontemplowaliśmy...
Znów dla taty i dla dzieci :)
I harley, eh, mieć chłopca harleyowca... No cóż, za stara już jestem, ale marzenie nie kosztuje nic :)
I pianista grał pięknie, nogi same mi się do tańca rwały...
... i syfony...
... gruźliczanka...
... maszyny do szycia...
... Dziki Zachód...
... dawnych wspomnień czar...
I Elvis z Marylin. Marylin była nieuprzejma i poszła w siną dal, ale Elvis...
... zapozowal starszej pani :)
No i nie tylko milicja była, ale zgniła, kapitalistyczna policja też...
... i karetka...
Identyczny wózek miałam, tyle, że mój był pleciony z wikliny.
Pomijając samochody, na które nigdy w życiu nie było i nie będzie mnie stać, ale kto broni mi napaść nimi oczy, była cała masa rzeczy, które kiedyś miałam, a które po prostu wyrzucaliśmy. Zresztą, gdybym je zatrzymała, musiałabym chyba mieć magazyn jak IKEA :) Nie można w życiu zatrzymać wszystkiego, ale nasza pamięć to też się liczy.
Te fotki to tylko mały wycinek, bo trzasnęłam ponad 400 zdjęć :)
A balon dla Alienka kosztował tam 35 zł. Dobrze, że Kalafiorkówna jeszcze nie chciała balona.
Bilet - 21 zł.
Może jakbym stała z balonami miałabym na jakiś wypasiony wóz?
Pierworodny rupiecie z UK ściągnął.
Dziś Inżynier wraca w nocy do UK.
Inżynierowa jeszcze zostaje, czekają na Brexit.
A ja zakręcona jak słoik po ogórkach, bo muszę oba cmentarze ogarnąć, a w czwartek pogrzeb. Za stara jestem już na takie bicie rekordów latania, tym bardziej, że jednak noga pobolewa. Nie mogę liczyć na Pierworodnego, bo już nabrał wolnego, a przecież dopiero zaczął pracować. Do tego operacja teścia w poniedziałek, nie wiadomo jak to się potem potoczy.
Ciulaty ten rok, niestety...
sobota, 26 października 2019
czwartek, 24 października 2019
No i po listopadzie
Kochany Pamiętniczku.
Tak, po listopadzie, wkroczę w listopadzie w grudzień, taki life :P
Wyjątkowo bezboleśnie minęło tym razem, bo Boss gdzieś tam znów leciał, więc komentarz poszedł migusiem, a reszta w przyzwoitych granicach czasowych.
Godzinowo nie napracowałam się w tym miesiącu, gros nadgodzin zlazł mi do uzupełnienia godzin, ale też homoniewiadomo dlaczego w październiku wg Kodeksu pracy powinnam ryć 94 godziny :)
No, z leksza 50 przekroczyłam, ale mam z czego dokładać, więc jak dla mnie nie problem.
Zakładam, że wrócę 12 listopada, no ale zobaczymy :)
Napaliłam się jak szczerbaty na suchary na pucowanie chaty i takie tam, jako że jutro idę na randkę, a potem mam do oblecenia K. i M.
Ale...
Niechciej ze mną wlazł do chaupki.
Zdjęłam okulary, omiotłam chaupkę spojrzeniem i rzekłam do siebie i do Niechcieja, of course: pojebało mnie?
Nie było mnie w chacie praktycznie cały tydzień.
Te parę pyłków na podłodze zmiecie odkurzacz robiący za szczotkę.
Nawet wanny myć nie muszę, bo sama się w niej kąpię, li i jedynie :P Zlew i umywalkę oraz kibel czyszczę na bieżąco :P
Bez zakupów nawet tydzień przeżyję. Jak się uprę, to i dwa. A na herbacie i kawie z pół roku, jak nie więcej.
No, po piguły za miesiąc powinnam iść.
Pranie zrobione na bieżąco, mogę miesiąc albo i dwa nie prać. Gaci czystych nie zabraknie.
Badyle podlane.
Więc, kurwa, z czego ja robię problemy.
Ano.
Ten model tak ma.
Więc postanowiłam wrzucić na luz i jutro lecę na spotkanie z Angolami. Co ma być, będzie.
Sobota - K. albo M., będzie, co życie da.
W sumie wyjazd do K. to fanaberia, bo mogę napisać, żeby mi tak ktoś świeczkę zapalił, no ale... potrzebuję.
M. - nie muszę, ale chcę.
Bo i życie, i ja byliśmy wobec niego nie fair.
Tak wyszło.
Ach, tych nie fair mam na pęczki, ale nieważne :)
I rozmawiam wciąż z Synową, bo...
Choroba jej ojca jakoś wszystko pokręciła.
Napisała mi dziś, że mam o siebie dbać, bo jak nie będę, to ona mi na złość zejdzie na zawał :)
Serio?
Faktycznie, to byłoby traumatyczne.
Dla mnie.
Nie mówiąc już o jej rodzinie.
Więc nie, nie zejdę, postaram się.
Jesień znów u nas piękna, taka bardziej letnia niż jesienna, ale ponoć ma się to zmienić. Ja pamiętam 1 listopada w kopnych śniegach i marznięcie na cmentarzu.
Wciąż widzę, jak po powrocie z grobu dziadków w K. ojciec wsadza mi nogi do miski z lodowatą wodą, żeby je ogrzać.
Jak dziwne rzeczy się pamięta, nieprawdaż?
I jak nie pojechaliśmy na pogrzeb męża siostry mojej Mamy, który zmarł w Wigilię, bo ojcu coś nie pasowało.
A potem chciał się z nią żenić.
I to, jak nosił cudze wieńce na pogrzebie swojej Matki, bo był tak spłukany, że nawet jej kwiatka nie kupił.
Ja miałam bukiet. Bez szarfy, bez niczego, ot, na tyle pozwalał studencki budżet.
I co dziwne, nie pamiętam na tym pogrzebie mojego brata.
Na pewno był, ale - moja pamięć go nie lokalizuje.
Więc takie coś, jak Ty, Kochany Pamiętniczku, zwłaszcza dla potencjalnych alzheimerowców to cudna rzecz.
A wracając do rzeczywistości - zaczyna mnie wkurwiać współpraca z teatrem. Bo nikt mnie nie informuje o zmianach, chodzą kiksy, że ojapierdolę. Na razie nikt się do mnie nie przyczepił, ale jak tak można? Lubię pracować rzetelnie, ale muszę do tego mieć podstawy jakieś. Cały czas zaznaczali niedziele niehandlowe, a teraz... Raz tak, raz nie i okazuje się, że nie będą zaznaczać. No to, kurwa, należy korektorce informację wysłać.
Nie mam pojęcia jak tam poszło, bo nikt tego nie ogarnia.
Ogarnęłabym, wystarczyło zawiadomić o zmianach.
Nie mówiąc już o tym, ze w tytułach chodzą błędy, mimo że zaznaczam, że jest byk. I w nazwiskach.
Życie korektorki jednak jest ciężkie i usłane błędami.
Ale wrzucam na luz i postanawiam się martwić tylko tym, że wg grafiku muszę w listopadzie dwa razy korytarz sprzątnąć.
A plakat na drzwiach działa :) Genialne :P
I tak się znów rozpisałam, jak Gawędziarz Erotoman :P
Jak nazywam jednego profesora z miasta W.
A nóżki, po męczeniu ich ponad 8 godzin na wkładce na platfusa odzyskują młodzieńczy wigor i...
Zatańczyłabym z Tobą bez wahania do "Znajdę Cię, niezmienioną, tę samą, tylko dla mnie", no i do tego Krawczyka też.
Do tego Pół wieku, człowieku :)
I zatańczę, sama, a dlaczegóż by nie? :)
C'est la vie :)
Jest piękne.
Beautiful.
Amazing.
Po prostu jest i chuj :P
UPDATE
W nocy zmarła moja Szwagierka.
Jedna z niewielu osób życzliwych na swój sposób.
Byłam z nią związana, przez jej syna.
Ale to skomplikowane.
Straszny ten rok jest.
Coraz bardziej czuję, jak kocham życie.
Mimo wszystko.
Chcę się nim jeszcze trochę nacieszyć.
Tak, po listopadzie, wkroczę w listopadzie w grudzień, taki life :P
Wyjątkowo bezboleśnie minęło tym razem, bo Boss gdzieś tam znów leciał, więc komentarz poszedł migusiem, a reszta w przyzwoitych granicach czasowych.
Godzinowo nie napracowałam się w tym miesiącu, gros nadgodzin zlazł mi do uzupełnienia godzin, ale też homoniewiadomo dlaczego w październiku wg Kodeksu pracy powinnam ryć 94 godziny :)
No, z leksza 50 przekroczyłam, ale mam z czego dokładać, więc jak dla mnie nie problem.
Zakładam, że wrócę 12 listopada, no ale zobaczymy :)
Napaliłam się jak szczerbaty na suchary na pucowanie chaty i takie tam, jako że jutro idę na randkę, a potem mam do oblecenia K. i M.
Ale...
Niechciej ze mną wlazł do chaupki.
Zdjęłam okulary, omiotłam chaupkę spojrzeniem i rzekłam do siebie i do Niechcieja, of course: pojebało mnie?
Nie było mnie w chacie praktycznie cały tydzień.
Te parę pyłków na podłodze zmiecie odkurzacz robiący za szczotkę.
Nawet wanny myć nie muszę, bo sama się w niej kąpię, li i jedynie :P Zlew i umywalkę oraz kibel czyszczę na bieżąco :P
Bez zakupów nawet tydzień przeżyję. Jak się uprę, to i dwa. A na herbacie i kawie z pół roku, jak nie więcej.
No, po piguły za miesiąc powinnam iść.
Pranie zrobione na bieżąco, mogę miesiąc albo i dwa nie prać. Gaci czystych nie zabraknie.
Badyle podlane.
Więc, kurwa, z czego ja robię problemy.
Ano.
Ten model tak ma.
Więc postanowiłam wrzucić na luz i jutro lecę na spotkanie z Angolami. Co ma być, będzie.
Sobota - K. albo M., będzie, co życie da.
W sumie wyjazd do K. to fanaberia, bo mogę napisać, żeby mi tak ktoś świeczkę zapalił, no ale... potrzebuję.
M. - nie muszę, ale chcę.
Bo i życie, i ja byliśmy wobec niego nie fair.
Tak wyszło.
Ach, tych nie fair mam na pęczki, ale nieważne :)
I rozmawiam wciąż z Synową, bo...
Choroba jej ojca jakoś wszystko pokręciła.
Napisała mi dziś, że mam o siebie dbać, bo jak nie będę, to ona mi na złość zejdzie na zawał :)
Serio?
Faktycznie, to byłoby traumatyczne.
Dla mnie.
Nie mówiąc już o jej rodzinie.
Więc nie, nie zejdę, postaram się.
Jesień znów u nas piękna, taka bardziej letnia niż jesienna, ale ponoć ma się to zmienić. Ja pamiętam 1 listopada w kopnych śniegach i marznięcie na cmentarzu.
Wciąż widzę, jak po powrocie z grobu dziadków w K. ojciec wsadza mi nogi do miski z lodowatą wodą, żeby je ogrzać.
Jak dziwne rzeczy się pamięta, nieprawdaż?
I jak nie pojechaliśmy na pogrzeb męża siostry mojej Mamy, który zmarł w Wigilię, bo ojcu coś nie pasowało.
A potem chciał się z nią żenić.
I to, jak nosił cudze wieńce na pogrzebie swojej Matki, bo był tak spłukany, że nawet jej kwiatka nie kupił.
Ja miałam bukiet. Bez szarfy, bez niczego, ot, na tyle pozwalał studencki budżet.
I co dziwne, nie pamiętam na tym pogrzebie mojego brata.
Na pewno był, ale - moja pamięć go nie lokalizuje.
Więc takie coś, jak Ty, Kochany Pamiętniczku, zwłaszcza dla potencjalnych alzheimerowców to cudna rzecz.
A wracając do rzeczywistości - zaczyna mnie wkurwiać współpraca z teatrem. Bo nikt mnie nie informuje o zmianach, chodzą kiksy, że ojapierdolę. Na razie nikt się do mnie nie przyczepił, ale jak tak można? Lubię pracować rzetelnie, ale muszę do tego mieć podstawy jakieś. Cały czas zaznaczali niedziele niehandlowe, a teraz... Raz tak, raz nie i okazuje się, że nie będą zaznaczać. No to, kurwa, należy korektorce informację wysłać.
Nie mam pojęcia jak tam poszło, bo nikt tego nie ogarnia.
Ogarnęłabym, wystarczyło zawiadomić o zmianach.
Nie mówiąc już o tym, ze w tytułach chodzą błędy, mimo że zaznaczam, że jest byk. I w nazwiskach.
Życie korektorki jednak jest ciężkie i usłane błędami.
Ale wrzucam na luz i postanawiam się martwić tylko tym, że wg grafiku muszę w listopadzie dwa razy korytarz sprzątnąć.
A plakat na drzwiach działa :) Genialne :P
I tak się znów rozpisałam, jak Gawędziarz Erotoman :P
Jak nazywam jednego profesora z miasta W.
A nóżki, po męczeniu ich ponad 8 godzin na wkładce na platfusa odzyskują młodzieńczy wigor i...
Zatańczyłabym z Tobą bez wahania do "Znajdę Cię, niezmienioną, tę samą, tylko dla mnie", no i do tego Krawczyka też.
Do tego Pół wieku, człowieku :)
I zatańczę, sama, a dlaczegóż by nie? :)
C'est la vie :)
Jest piękne.
Beautiful.
Amazing.
Po prostu jest i chuj :P
UPDATE
W nocy zmarła moja Szwagierka.
Jedna z niewielu osób życzliwych na swój sposób.
Byłam z nią związana, przez jej syna.
Ale to skomplikowane.
Straszny ten rok jest.
Coraz bardziej czuję, jak kocham życie.
Mimo wszystko.
Chcę się nim jeszcze trochę nacieszyć.
środa, 23 października 2019
Kochany
Pamiętniczku, w pierwszych słowach mojego listu zapytuję, dlaczego czas tak pędzi, coraz prędzej i prędzej, bez opamiętania? Ja, na stare lata i na koślawych nóżkach, no może nie krzywych jak u kaczuszki, ledwo nadążam za nim.
Pani M., widząc mnie w kuchni o 9.45 zapytała, co ja tu robię, że miałam się wyspać.
Nosz, a maglowała mnie poprzedniego dnia, żebym do 10 była w pracy.
Nie, nie mam sklerozy.
No mniejsza z większym.
Wkładki w sklepie wreszcie były, i dobrze, że miałam ostatnie 30 zł, bo karta nie przechodziła :) W pracy włożyłam je w buty od razu i gały mi na wierzch wychodziły, jak przed laty z bólu, ale wiem, że to dobry ból, bo dusi tam, gdzie ma dusić i to nie taki ból, że się zdechnie, nie, minie i będzie OK :)
Popracowałam w pocie czoła jak ten siwy mrówek (na pół łysy), bo to i gazetka ukochana, i warzywka, i teatrzyk, oj działo się :D
Ale to jest to, co tygryski lubią najbardziej - ciach i można spadać. O ludzkiej godzinie, bo o to w tym wszystkim lotto :)
I tak, dosłownie jak w piosence, w żółtych płomieniach liści, gdzieniegdzie czerwonych, po kobiercu ze śniegu utkanym (wróć, jaki śnieg, temperatura na plusie, no ale...) dowlokłam się na pętlę, załadowałam OSTATNI raz PEKĘ, następne ładowanie za 50 zł za cały rok, nieprawdaż, że ze mnie hrabina ze spalonego dworu?
No dobra, po drodze do Biedronki dotarłam i...
Szlag, no ale okazało się, że dzięki temu Alienek będzie miał nietoperka, o którym hahaha, w ogóle nie wie, ale jego mama zakłada, że to go uszczęśliwi, a ja...
... mam i storczyka kwitnącego, i pieścichłopy, które się pięknie rozwiną, i żadnych wyrzutów sumienia :P
No co, kasa jest po to, żeby ją wydawać.
No dobra. Można ją też oszczędzać, mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa :)
A Papryczek, któremu ręce się trzęsły, jak babci od niepicia
po prostu był w przedszkolu jesiennym zwierzątkiem.
A już myślałam, że wspiera babcię :D
W szparze unijnej zaś czekał na mnie
przecudny naparstek z Mediolanu, który dotarł do mnie via K. od Mamy Klary, która zawsze o mnie pamięta i klasyfikuje mnie w szufladce "ta od naparstków" (Mamo Klary, ja Ciebie naprawdę kocham, to żart, taki spod serca), a i chwilę później przemiła pogawędka z Dorą, tą Dorą...
Czegóż więcej chcieć od życia?
Jutro ostatni pracowy dzień.
Patrzę na wydruk dodatków i ekstrasów.
Będzie się działo, no ale? Może dlatego nie gorzknieję i choć wciąż pod górkę i pod wiatr, i tak warto żyć.
Dla tych pytań w kuchni: pani Jędzo, ale nie myśli pani o opuszczeniu nas?
Hmmm... Chcą się mnie pozbyć, czy denerwują się, że odejdę? Na dwoje babka wróżyła :D
W piątek randka z Alienkiem i Kalafiorkówną. A i Inżynier na chwilę spocznie na memłonie. Synowej pomacham. I dobrze, i tak ją lubię, i jestem jej wdzięczna za całokształt, bo tak. Bo mogło być gorzej :P
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Pani M., widząc mnie w kuchni o 9.45 zapytała, co ja tu robię, że miałam się wyspać.
Nosz, a maglowała mnie poprzedniego dnia, żebym do 10 była w pracy.
Nie, nie mam sklerozy.
No mniejsza z większym.
Wkładki w sklepie wreszcie były, i dobrze, że miałam ostatnie 30 zł, bo karta nie przechodziła :) W pracy włożyłam je w buty od razu i gały mi na wierzch wychodziły, jak przed laty z bólu, ale wiem, że to dobry ból, bo dusi tam, gdzie ma dusić i to nie taki ból, że się zdechnie, nie, minie i będzie OK :)
Popracowałam w pocie czoła jak ten siwy mrówek (na pół łysy), bo to i gazetka ukochana, i warzywka, i teatrzyk, oj działo się :D
Ale to jest to, co tygryski lubią najbardziej - ciach i można spadać. O ludzkiej godzinie, bo o to w tym wszystkim lotto :)
I tak, dosłownie jak w piosence, w żółtych płomieniach liści, gdzieniegdzie czerwonych, po kobiercu ze śniegu utkanym (wróć, jaki śnieg, temperatura na plusie, no ale...) dowlokłam się na pętlę, załadowałam OSTATNI raz PEKĘ, następne ładowanie za 50 zł za cały rok, nieprawdaż, że ze mnie hrabina ze spalonego dworu?
No dobra, po drodze do Biedronki dotarłam i...
Szlag, no ale okazało się, że dzięki temu Alienek będzie miał nietoperka, o którym hahaha, w ogóle nie wie, ale jego mama zakłada, że to go uszczęśliwi, a ja...
... mam i storczyka kwitnącego, i pieścichłopy, które się pięknie rozwiną, i żadnych wyrzutów sumienia :P
No co, kasa jest po to, żeby ją wydawać.
No dobra. Można ją też oszczędzać, mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa :)
A Papryczek, któremu ręce się trzęsły, jak babci od niepicia
po prostu był w przedszkolu jesiennym zwierzątkiem.
A już myślałam, że wspiera babcię :D
W szparze unijnej zaś czekał na mnie
przecudny naparstek z Mediolanu, który dotarł do mnie via K. od Mamy Klary, która zawsze o mnie pamięta i klasyfikuje mnie w szufladce "ta od naparstków" (Mamo Klary, ja Ciebie naprawdę kocham, to żart, taki spod serca), a i chwilę później przemiła pogawędka z Dorą, tą Dorą...
Czegóż więcej chcieć od życia?
Jutro ostatni pracowy dzień.
Patrzę na wydruk dodatków i ekstrasów.
Będzie się działo, no ale? Może dlatego nie gorzknieję i choć wciąż pod górkę i pod wiatr, i tak warto żyć.
Dla tych pytań w kuchni: pani Jędzo, ale nie myśli pani o opuszczeniu nas?
Hmmm... Chcą się mnie pozbyć, czy denerwują się, że odejdę? Na dwoje babka wróżyła :D
W piątek randka z Alienkiem i Kalafiorkówną. A i Inżynier na chwilę spocznie na memłonie. Synowej pomacham. I dobrze, i tak ją lubię, i jestem jej wdzięczna za całokształt, bo tak. Bo mogło być gorzej :P
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
wtorek, 22 października 2019
Walczę
z bólem nóg cały czas, Kochany Pamiętniczku.
Nie mogę dostać wkładek na platfusa, mam naprzeciw przystanku, na którym wysiadam do pracy sklep medyczny, są wszystkie rozmiary, mojego nie ma.
Ale kulam kopytka raz na masażerze, raz na piłeczce, smaruję mazidłami i jest coraz lepiej.
Da się żyć, mam nadzieję.
Teść Pierworodnego z zawałem wylądował w szpitalu. Miał badania okresowe, powiedzieli mu, że jest coś nie tak, zasugerowali by-pass, a następnego dnia miał zawał.
W sumie dobrze, że wiedział, że jest źle. Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
Ale...
Ja tam olewam badania okresowe, w sensie, że chcę podpisik jak najszybciej i do widzenia ślepa Genia.
Pierworodny doleciał z przygodami, bo najpierw długo kiblował za wiejącą z PL armią amerykańską na kontroli na Ławicy, potem długo czekał, bo mgła, no ale doleciał.
Trochę żałuje UK.
Ma tak jak ja, jak jestem tu, tęskno mi za Wyspami, jak jestem na Wyspach, serce wyrywa się do PL.
No nic. Będzie musiał z tym żyć, zawieszony.
Jak i ja.
No a praca moja ukochana?
Zaryłam się dziś na śmierć. W czasie zarycia wpada pan od maszynek i nie bacząc na to, że ja przy zdrowych zmysłach nie jestem pyta, czy będę maszynki w nowym roku korekciła, bo stary już zakończyliśmy.
Zapytałam, czy chce, żebym to czyniła.
A i owszem, będzie zachwycony.
A finanse?
O, to pod górkę, bo on jeszcze nie ma budżetu. Nawet się nie wściekłam, powiedziałam, że liczę na to, że coś wymyśli.
Zobaczymy.
Próbował mnie na litość, że jego pensja też nie rośnie, ale spojrzałam jak na idiotę i rzekłam słodko, że 3,5 pensji nie musi wydawać na aparaty słuchowe, że w razie W starczy mu jedna.
Zobaczymy. Zawsze mogę powiedzieć do widzenia ślepa Genia :)
I tak pracuję jak ten mrówek, ale w sumie źle nie było, bo były momenty, związane z polityką, że można było kipnąć ze śmiechu.
Ale nic.
17.20 mam wszystko, ale hola, hola, oni wszystkiego nie mają.
I tak do 20 przekiblowałam, snując się jak tłusta mara po redakcji, albowiem odbywał się event w terenie i to było wydarzenie, że ojapierdolę, no i...
Boss miał zaakceptować.
Problem polegał na tym, że Boss był na evencie, a zaakceptować miał z trasy, no ale... nie miał zasięgu na tyle, żeby ściągnąć plik!
I tak doleciało prawie do 20.00, kiedy to zarządzono, że jednak pójdzie jutro do drukarni...
No, KURWA MAĆ :)
Była jednak w redakcji ta małolata, chodząca na rzęsach i pyta, gdzie mieszkam.
Ona mieszka na tej miejscówce, gdzie Pierworodny.
I oferuje mi podwózkę.
Przyjęłam, ale nie dałam się zawieźć pod chaupkę, boby stamtąd po ciemku nie wyjechała. Dowiozła mnie do straży, a stamtąd to już spacerek miałam, lewa, prawa, nogi potrzebują ruchu, a obawy, że zostanę napadnięta, zgwałcona i porzucona w krzakach są zupełnie bezpodstawne.
Przynajmniej mam taką nadzieję.
I zapowiedziałam, że jutro NIE BĘDĘ bladym świtem w pracy.
Bo nie...
Zapomniałam, że jutro warzywka zamykam.
Niech mi ktoś, kurwa, powie, że nie jestem kochana.
Zabiję, tępym nożem.
I każdy sąd mnie uniewinni.
Przecież nad życie kocha mnie praca :)
Nie mogę dostać wkładek na platfusa, mam naprzeciw przystanku, na którym wysiadam do pracy sklep medyczny, są wszystkie rozmiary, mojego nie ma.
Ale kulam kopytka raz na masażerze, raz na piłeczce, smaruję mazidłami i jest coraz lepiej.
Da się żyć, mam nadzieję.
Teść Pierworodnego z zawałem wylądował w szpitalu. Miał badania okresowe, powiedzieli mu, że jest coś nie tak, zasugerowali by-pass, a następnego dnia miał zawał.
W sumie dobrze, że wiedział, że jest źle. Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
Ale...
Ja tam olewam badania okresowe, w sensie, że chcę podpisik jak najszybciej i do widzenia ślepa Genia.
Pierworodny doleciał z przygodami, bo najpierw długo kiblował za wiejącą z PL armią amerykańską na kontroli na Ławicy, potem długo czekał, bo mgła, no ale doleciał.
Trochę żałuje UK.
Ma tak jak ja, jak jestem tu, tęskno mi za Wyspami, jak jestem na Wyspach, serce wyrywa się do PL.
No nic. Będzie musiał z tym żyć, zawieszony.
Jak i ja.
No a praca moja ukochana?
Zaryłam się dziś na śmierć. W czasie zarycia wpada pan od maszynek i nie bacząc na to, że ja przy zdrowych zmysłach nie jestem pyta, czy będę maszynki w nowym roku korekciła, bo stary już zakończyliśmy.
Zapytałam, czy chce, żebym to czyniła.
A i owszem, będzie zachwycony.
A finanse?
O, to pod górkę, bo on jeszcze nie ma budżetu. Nawet się nie wściekłam, powiedziałam, że liczę na to, że coś wymyśli.
Zobaczymy.
Próbował mnie na litość, że jego pensja też nie rośnie, ale spojrzałam jak na idiotę i rzekłam słodko, że 3,5 pensji nie musi wydawać na aparaty słuchowe, że w razie W starczy mu jedna.
Zobaczymy. Zawsze mogę powiedzieć do widzenia ślepa Genia :)
I tak pracuję jak ten mrówek, ale w sumie źle nie było, bo były momenty, związane z polityką, że można było kipnąć ze śmiechu.
Ale nic.
17.20 mam wszystko, ale hola, hola, oni wszystkiego nie mają.
I tak do 20 przekiblowałam, snując się jak tłusta mara po redakcji, albowiem odbywał się event w terenie i to było wydarzenie, że ojapierdolę, no i...
Boss miał zaakceptować.
Problem polegał na tym, że Boss był na evencie, a zaakceptować miał z trasy, no ale... nie miał zasięgu na tyle, żeby ściągnąć plik!
I tak doleciało prawie do 20.00, kiedy to zarządzono, że jednak pójdzie jutro do drukarni...
No, KURWA MAĆ :)
Była jednak w redakcji ta małolata, chodząca na rzęsach i pyta, gdzie mieszkam.
Ona mieszka na tej miejscówce, gdzie Pierworodny.
I oferuje mi podwózkę.
Przyjęłam, ale nie dałam się zawieźć pod chaupkę, boby stamtąd po ciemku nie wyjechała. Dowiozła mnie do straży, a stamtąd to już spacerek miałam, lewa, prawa, nogi potrzebują ruchu, a obawy, że zostanę napadnięta, zgwałcona i porzucona w krzakach są zupełnie bezpodstawne.
Przynajmniej mam taką nadzieję.
I zapowiedziałam, że jutro NIE BĘDĘ bladym świtem w pracy.
Bo nie...
Zapomniałam, że jutro warzywka zamykam.
Niech mi ktoś, kurwa, powie, że nie jestem kochana.
Zabiję, tępym nożem.
I każdy sąd mnie uniewinni.
Przecież nad życie kocha mnie praca :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























































