środa, 24 marca 2021

Na razie

 (odpukać), święty spokój, Kochany Pamiętniczku.

Jprdl.

Wsiąkłam w 



taką koreańską Dynastię. Tak nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i tak nieprawdopodobne sytuacje, biorąc pod uwagę to, co znam z neta o komunistycznej Korei, że oglądam film rechocąc z radości. Odcinki długie, bo godzinne, ale... Jak taka nędza w Korei, że korę z drzew jedzą, ale rękawice gumowe do prania mają? I czarny rynek kwitnie, jak za PRL - tu bym się nie kłóciła. Ale Se-ri podczas pobytu (nielegalnego) na Północy (wciąż mam kłopoty z odróżnieniem, która Korea jest OK, a która nie) ma idealne paznokcie z idealnym lakierem, takie, jakich ja nigdy w życiu nie miałam? Serio?

Wzruszający jest pobyt tych z Północy na Południu, są jak pijane dzieci we mgle... :)

Bardzo mnie odpręża ten film, cichy, spokojny wbrew pozorom, romans jak za dawnych lat... Główni bohaterowie są ze sobą na pan-pani przez 6 odcinków bodajże, mimo że mieszkają w jednej chacie, chociaż ze sobą nie sypiają, ale coś tak pikuje :)
Polecam, jak ktoś chce zapomnieć o szarym życiu za drzwiami.

Dziś w Biedronce stałam w kolejce za młodym gościem. Może miał ADHD, nic nie wykładał na taśmę, ale latał tam i z powrotem jak kot bez pęcherza. No OK. Ale maseczki na tym mordzie nie miał, na brodzie ją miał.
Tak, wiem, wg niektórych maseczka nic nie daje.

Ano. Ale chociażby pozory bezpieczeństwa zapewnia.

Nie zapisuję się na szczepienia, choć mogę, bo jest syf i malaria.

Ale...

Dziś są urodziny Alienka. Czwarte. Miał być bal na sto par w sobotę, ale nie będzie. I dobrze, choć serce pęka mi na strzępy z wielkim hukiem. Miała być cała rodzina od dziadka i cała od babci, w sumie 10 osób. Odwołali, bo Alienek ma kwarantannę przedszkolną, bo pani miała koronę, Kalafiorkówna i Jubilat są pociągający, Alienkowi przepadły wizyty u specjalistów przez tę kwarantannę.

Rozumiem. Nie protestuję. Choć momentami czuję się tak samotna, że emilkowo gadam z ludźmi z pracy, w życiu bym tak nie rozmawiała.

Dałam kasę, Synowa wynalazła Alienkowe marzenia i kupiła, wleźliśmy dziś na Skype, fotki dostałam, Alienek zachwycony - niech tak zostanie.

Wstępnie zobaczymy się w II święto u nich, z dowozem. 

Nie będę szat darła, jak nie.

Sama zaczynam się obawiać i na łeb dostawać, emilki od zarządu, że kto może, niech na dupie siedzi i pracuje.

Ja mogę, dzięki Bossowi, który po odwołaniu wszystkich do biurowca, kazał mi siedzieć na dupie. W zaleceniach zarządu tym razem jest, żeby nie jeździć komunikacją miejską.

Podsumowując - jestem dzieckiem szczęścia, co nie (odpukać, niech los tego nie słyszy).

Ale też płacę za to izolacją, która mimo mojego introwertyzmu czasem mnie przerasta.

No nic.

Jak pięknie pachnie smrodem... Lecąc dziś na zakupy, wlazłam do nowo otwartego - w tych czasach - sklepu z... bo ja wiem? Fanaberiami? Wiedziałam, że ceny będą z dupy i są. Ale... Kocham paczulę miłością wielką jak cały świat. Dostałam pierwsze takie perfumy do szwagierki, której zapach nie podchodził ( z Reichu, ojapierdolę), w formie maści.  Eks nie cierpiał zapachu, wywalał mnie z malucha, jak się tym wyperfumiłam, a Inżynier narzekał, że mama znowu pachnie smrodem...

No i dziś pytam o olejek paczulowy, ale nie było. A perfumy? Są, z bergamotką. Przez maskę nic nie czułam, ale pani pozwoliła powąchać bez.

Więc mam i ja...


Tak znienacka sobie tylko nadgarstek potarłam wieczorem i będę musiała mieszkanie wietrzyć.

Jak pięknie pachnie smrodem, aż głowa boli :) Malutkie pudełeczko, całe 52 złote. A co tam...

Ciasto na święta zamówiłam, nie będę nic piekła, w dupie to mam.

Gotowała też nie będę, jajka kupię, a tak to normalny dzień i już.

Wzięłam się w garść i posadziłam wreszcie wszystkie bratki, z lekka ogarniając bajzel na balkonie...



Na parapecie brudno, ale będę myła to okno jutro albo pojutrze, już jest na tyle ciepło, żeby okno myć...

Cieszę się każdym dniem, darowanym od życia. Bo warto.

Nawet jak człowiek nie jest już seksownie rudy i nie ma figury w sam raz, ma diabła za skórą i nie chodzi do święconki.

Obecna sytuacja uświadomiła mi, ile bakterii jest w wodzie święconej.

Ale co tam...

Żałować czegoś, co się stało, to cecha życiowych partaczy... Mój pamiętnik prawdę rzecze... :) 

Więc...


piątek, 19 marca 2021

Kwiecień

 już minął, Kochany Pamiętniczku.

Jak po grudzie, ale minął.

Pomijając bicie piany na nasiadówkach, nowy layout i inne cuda wianki, a kiedy napisałam, że życzenia wielkanocne są do dupy, bo jak można życzyć (standardowo) radosnych spotkań w gronie rodzinnym, skoro wiadomo, że jest lockdown?

Boss tylko napisał pytanie, czy wice widziała życzenia.

A potem cisza w eterze. 

W dupie mam.  Bicie piany i pierdolenie na godzinnych zebraniach, jak to my frontem... 

Tak jak kiedyś z członkiem wysuniętym z ramienia na czoło.

Dupę mam krytą (a jakże, na starość nauczyłam się ją kryć), mam włączoną jeszcze pocztę, choć już wszystko poszło, a ja jestem w stanie wskazującym na spożycie, po drugim (!) piwie. Przepracowałam, i nie, że przebimbałam w tym tygodniu 58 godzin. Norma jest 40. A, kwadratura koła. Patrząc z boku, nawet mi to 66 z góry, którym mnie straszy Zmorka nie jest mi groźne. Gdzie oni tam na górze znajdą 99-latkę w takim rozkwicie?

Być może dziś przeholuję, a raczej na pewno będę o jeden kufel za daleko. Będę za to spała spokojnie, nie martwiąc się, że coś przyChamuje...

Przerasta mnie to wszystko już. 

Do dziś dźwięczy mi w głowie głos prezesa od Świtalskiego, gościa z wykształceniem podstawowym (nie mam nic do szkoły podstawowej), dla którego sprowadzono wówczas drukarkę KOLOROWĄ, wartą majątek, a tak drogą, że można było na niej wydrukować JEDNĄ kartkę miesięcznie - stronę tytułową, albowiem pan prezes kolorów na monitorze nie widział.

Ów prezes wciąż nam powtarzał, że oczami duszy widzi bezrobotne korektorki, chodzące stadami po ulicach, do niczego nikomu niepotrzebne. Za rok minie 30 lat od tych proroczych słów, internety są kopalnią błędów i to taką, że na skutek czytania internetów coraz częściej popadam w depresję, bo jak można pisać po woli, za razem, w skutek, nie prawda, na prawdę? Za moich szkolnych lat człowiek siedziałby w kozie, przepisując ten błąd 100 razy... Że okrutne? Ale wtedy słownik ortograficzny był rarytasem. Dziś w zasadzie każdy program ma słownik, podkreślający czerwonym wężykiem, tak, Jasiu, czerwonym wężykiem  błędy, zwłaszcza te najprostsze i ordynarne.

I co? No nic. Nie mówię już o niuansach, typu dwie spacje, brak spacji, dywizy i myślniki...

Dlatego lubię stare książki, składane przez zecerów, bo tam na takie drobiazgi zwracano uwagę. Wiem, na moim "blogasku" są błędy, np. te cudzysłowy nie są prawidłowe typograficznie, ale... nie bawię się tu w korekcenie, wiadomo, szewc bez butów chodzi...

Więc wracając do naszych baranów, mam wyjebane.

Tylko wkurw we mnie rośnie, bo rośnie liczba stron we wszystkich publikacjach, a moja pensja stoi w miejscu.

Wiem, jestem szczęściarą, bo mam pracę.

Pytanie: jak odebrać te nadliczbowe 18 godzin tylko z tego tygodnia, skoro  mam jeszcze full niewykorzystanego urlopu za ubiegły rok? I to zdziwienie: jak to, pół etatu ma urlop?

Dobra, nie żalę się więcej.

Bo mnie szlag.

Trafi...

Jak wejdę do banku, a tam znów goła pensja, a gdzie to: błyskawicznie zapłacę za inserty...

Kurwa, dobrze, że stać mnie jeszcze na piwo. To dobre.

A pani z teatru się dziś odezwała, zobaczymy, jak będzie...

Budżetówka zawsze jest the best.

Aczkolwiek na emilka, że Ok już nie odpisała.

Na ile w skali 10-stopniowej jestem idiotką?

Głosowanie, start... 


UPDATE

Na poczcie mam kolejną propozycję współpracy. Kurwa. Pomyślę o tym jutro. Na trzeźwo, nie żebym teraz była pijana w trzy dupy. 

Z jednej strony super.

Z drugiej - WHAT?

Teraz?

Potrzebowałam tego dekadę temu.

No nic, życie dziwnie się plecie...

Jak te ostatnie czasy...





czwartek, 18 marca 2021

I kolejny

 szalony do wypęku dzień, Kochany Pamiętniczku.

Skoczyłam rano do piekarni, wzięłam chleba na zapas, mam miejsce w zamrażalniku.

Przedpołudnie spokojnie minęło, informatyk miał być o 11.

Miał.

Ale nie był. A potem już poszło z górki - jednoczesny wysyp emilków, na cito, a jakże, informatyk z niespodziewajką, zamiast tonera dostałam


jaka ulga dla oczu, litery wyraźnie, nie muszę lupą sprawdzać, no i drukuje dwustronnie, więc nie muszę gromadzić papieru, a jak druga strona czysta, to trudno, pójdzie albo do przedszkola, albo jak wnuki już dojrzeją i będą u mnie rysowały. 

Razem z informatykiem zlądował kiblotłuk, który miał wymienić wodomierze, a emilki wrzeszczały i wrzeszczały...

Kiblotłuk, bo a jakże, po wizycie takich gości zawsze jest jakaś szkoda, tym razem padło na wieszak na ręczniki. Niby drobiazg, 20 parę zeta, ale nie ma nigdzie, a na Allegro jest, ale z dostawą wychodzi prawie 60 zł... No nic, udało mi się naprawić.

Po kiblotłuku czekanie na kierownika, który poustawia wodomierze, bo odczytują radiowo, więc już mi się nikt nie szlaja po mieszkaniu dwa razy w roku.

I warzywka, ale nie ruszyłam nic, jak skończyłam ukochaną gazetkę, to było po 20 i nie, to mnie naprawdę przerosło. Zrobię jutro. A gazetka puchnie, jprdl,teraz wiem, dlaczego idzie jak krew z nosa, coraz więcej i więcej tego jest. No ale z drugiej strony: mam pracę. Gdybym jej nie miała, miałabym gołą dupę, a poza tym co? Ile można oglądać seriali na Netflixie i gdzie indziej?

Skoro dali mi nowiuteńką drukarkę, to mnie chcą. A że grozi mi umarnięcie w pracy? No cóż, znam bardziej bolesne rodzaje śmierci. A przynajmniej się nie nudzę.

A i naczelny z maszynek napisał dziś do mnie przemiłego emilka, sam się już niedługo zaszczepi, szczęśliwy taki, bo do wnuków do Portugalii poleci. I martwi się, że ja nieszczepiona.

A mnie dobrze z tym nieszczepieniem. Gdybym mogła,oddałabym tę szczepionkę dzieciom, bo Pierworodny jest na maksa narażony. A Inżynier wciąż nie czuje się dobrze, po ataku bronią biologiczną od dzieci...

A na dworze

fiołki w tym roku jeszcze nieśmiałe, w zeszłym już kwitły na maksa...

... i forsycje się też czają, ale nieśmiało...


A ja czekam na jutro, jutro kwiecień będzie już za mną. Jeszcze warzywka.

Ale czekają maszynki, a i świnie czają się do ataku. I robale, bo atlas będzie o robalach. A kolega na moje straszenie, że ja mu do urenki się zwinę, jak będzie taki termin, odpisał, że spoko, na dwie zdrowaśki do pieca i nic mi nie będzie.

Kochają mnie, nie da się ukryć :) 

A ta dziewczyna z teatru, to myślałam, że ona była na macierzyńskim, ale nie... raczysko ją chyba żre i ma nawrót. Nawet kumpela, która mnie znów chce tam ściągnąć, nie wie, co jej jest, ale nie wygląda to ciekawie. No cóż, wzięłam to jako zapchajdziura, nikogo nie wygryzałam.


Bo to życie to bal jest nad bale... :)

środa, 17 marca 2021

Kalafiorkówna

 zmutowała, Kochany Pamiętniczku, zamieniwszy się w broń biologiczną.

W sobotę rzygała jak kot, podejrzewano, że coś zwędziła z lodówki dziadka, bo wszyscy jedli to samo i nikt nie rzygał. U nich (w domu, nie u dziadka, lodówka jest zablokowana, jedzenie poza zasięgiem łap, bo dzieci z głodu wciąż kradną jedzenie) :)
Rzygała całą noc i jej przeszło.

W niedzielę było OK. W poniedziałek rzygał i co 15 minut walił kupę Alienek, ale też mu przeszło, nie licząc osranego do bólu dupiszona. 

Ale i tak dobrze, bo zaczęła się kwarantanna, bo pani w przedszkolu ma koronawirusa.

We wtorek poległ Inżynier i Inżynierowa, i to tak, że Inżynier poszedł na L4.

Dychają.

Śledczy twierdzą, że Kalafiorkówna mogła coś złapać w grupie, gdzie robiła w piątek za Curie-Skłodowską w miniaturze i to raczej wydaje się bliskie prawdy.

Na szczęście rodzina dycha, ciężko, ale dycha.

Mnie tam żadna kurwica nie bierze (odpukać i hip-hip hurra), poza tym, że praca mnie zabija.

Dziś był horror, jak siadłam o 8, tom wstała od komputera o 20 (no dobra, jeszcze kwitnę, ale tylko piwo wypiję, bo dziś Patrick's Day i spierdalam). Boli mnie wszystko - każdy mięsień i każda kosteczka. Odkąd stłukłam kolano we wannie wciąż mam problem z klękaniem, a dziś jak na złość skończył się toner, a nie sprawdzę, co się dzieje z drukarką nie klękając. Informatyk miał być o 12, nie dojechał, będzie jutro z rana.

WTF z rana? Nie wiem, czy ogarnę się do 9. Mam ostatnie skibki chleba z zamrażalnika, jeszcze sprzed roku. 

Zamrażalnik pusty prawie i OK. Lecąc po piwo do piątki, skusiłam się na gotowe naleśniki i teraz mi stoją na żołądku, było sobie jajecznicę zrobić, ale nawet na to zabrakło mi dziś czasu. 

No to cierpię.

A, nie będę nic mówić, bo co miesiąc to samo, a te nowe layouty i programy, i coraz więcej stron... Mnie to by było rybka, żeby to spływało systematycznie, a nie wszystko w jeden dzień.   Dwie godziny po godzinach Boss pisze, że nie wie, czy było, jak było to ble, ble. Było, kurwa, w poniedziałek. Ja to wiem, w pierdyliardzie tekstów, a on ze swoich kilku nie wie? Odsyłam. Kurwa.

No... I jak tu nie kląć, no jak?

A. Do reszty mnie pogięło, ze szczętem. Teatr się znów odezwał, bo kobietka, którą zastępowałam znów poszła na dłuższe zwolnienie, więc czy nie wzięłabym fuchy?

Wezmę. Żal tych kilku stów za pracę z palcem w dupie. Przedtem się stresowałam, bo często robiłam na kolanie w pracy, bo na cito, a niestety mój komp był na widoku mimo tego, że miałam swój pokój. I nieważne, że nie kolidowało to z moją główną pracą, bo to nie w porządku. Teraz nie mam tego stresu, nikt mi nie stanie za plecami znienacka, a nigdy nie zaniedbuję pracy dla fuchy. Teatr jest uprzedzony, że jest na drugim planie.

I tak - jak nie mówić, że praca mnie kocha namiętnie.

Mam 66 lat.

Od 6 jestem na emeryturze.

Jestem wdową.

No i?

Jedyne co na mnie leci to deszcz, śnieg i praca.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć? 

Coraz bardziej bolą mnie stawy. Powinnam iść do lekarza, ale jak? Jak męczyć wszystkich wokół o dzwonienie i inne takie tam?

Dobra, nie lamencić, pracować.

Arbeit macht frei, taka prawda :)  

Zapowiada się kolejny lockdown na maksa.

No nic, czemu mnie to nie przeraża? Mam tyle książek do przeczytania, tyle filmów do obejrzenia, tyle rzeczy do zrobienia. 

Ale żal mi młodych, zwłaszcza moich wnuków. Co to za życie, z wieczną niepewnością: zamkną, nie zamkną. I co to za nauka? Z jednej strony OK, że jest taka opcja, z drugiej - szaleństwo i nieporozumienie.

Jednak świat zwariował. A S-F staje się rzeczywistością.

A,wciąż nie mogę się zdobyć na oglądanie filmów o zombie, co zawsze śmieszyło chłopców. Ale to już mnie przerasta, bo i Mad Max kiedyś był abstrakcją, a teraz już nie za bardzo nią jest...


sobota, 13 marca 2021

No i nie dojechaliśmy

 do Umarlaków, Kochany Pamiętniczku.

To był stresujący dzień, aczkolwiek ja byłam jak nie ja - nie wpadłam w panikę, nie histeryzowałam.

Jakieś takie dziwne przeczucie miałam, ale nie odważyłabym się Inżynierowi mówić, boby mnie wyśmiał.

No dobra, nawigacja w rodzinnej wiosce do rodzinnego domu wywiozła go najgorszą drogą, utknął na szlabanie...

Ale to pikuś. Mówiłam, zimno, padać ma. Fajna pogoda była w ubiegłą niedzielę, ale nie mój wóz, więc cóż. Za tydzień ma być nawet śnieg, a potem są Alienkowe urodziny, a potem już święta.

Trudno, jedziemy dziś.

Jedziemy, spokojnie gawędzimy, Inżynier żre kupione specjalnie dla niego grześki, w domu na piecu czekają żeberka w tonie pieczarek, pieczone w miodzie, mlask.

Gadu-gadu, jak to Inżynier, jedzie na tempomacie i wyjebane ma na wyprzedzających, bluzga tylko jak go ktoś po podwójnej ciągłej wyprzedza.

Ja oczy do nieba wznoszę, tłumaczę Umarlakom jak krowie na rowie, że jak nie połapią tych aniołków, co prysznicem się bawią pod nieobecność starszych, to tylko nowe badyle dostaną, a z mycia grobków nici, więc...

Przed samym Jarocinem mieliśmy różnicę zdań na temat tego, która szczepionka lepsza i gdy Inżynier się na mnie wydarł, a wydarł się, bo drze się, jak mam inne zdanie (taka wada fabryczna u moich dzieci), silnik nagle zaczął się dławić.

Starym sposobem informatyków, Inżynier, sam informatyk, wysiadł, otworzył maskę, olej sprawdził, zatrzasnął maskę i nic. Pytam, czy ma Assistance, nie pamięta. A to już sobota popołudnie, leje zdrowo, a my w środku niczego. Dobrze, że są internety, szukamy warsztatu, jest w pobliżu. Ale GPS nie zna ulicy, telefon za to zna :) Jedziemy, pasem awaryjnym, na rzężącym silniku. Na całe szczęście to niedaleko, ale... warsztat przeniesiono do jakiejś pipidówki.

Parkujemy w zatoczce, telefon i... mamy szczęście, panowie podjadą z lawetą. 

Podjeżdżają dość szybko. Stawiają diagnozę, że padł wtryskiwacz paliwa. Drobiazg, ale nie mają do tego modelu, musieliby zamówić.

Odholowanie samochodu do Poznania wyceniają na 300 zł, zatem nie zastanawiamy się ani chwili, w Poznaniu Inżynier ma sprawdzony warsztat. Decyzję przypieczętowuje to, że pan ma miejsce w holowniku i nas zabierze, inaczej musielibyśmy brać taksówkę na dworzec, a i to nie wiadomo, czy coś pojedzie dziś do Poznania, takie czasy, linia z K. nie kursuje od października.

Nawet mi do głowy nie przyszło lamencić. Inżynier na propozycję pomocy finansowej wbił mnie w glebę.

W sumie sama nie wiem, dlaczego ja mam takie obiekcje: to też jego Umarlaki. Lubi ze mną jeździć. Sam się ofiarował. Nie zepsułam samochodu, sam się spsuł. I Inżynier, jak go znam, ma wydatki, i owszem, ale też nie żyje od pierwszego do pierwszego.

Głupia ja, co nie?

Tak więc nie będzie posprzątane na Wielkanoc, trudno. Sprawdziłam, choćbym się zesrała, nie dojadę do K. komunikacją zbiorową. Mogę zamówić mycie grobów, ale to w sumie jak umarłemu kadzidło potrzebne. Chyba znów odezwę się do mojej E. z prośbą o kupno badyli, poślę jej kasę, ale to mam znów zobowiązania. 

Bo w sumie martwiło mnie, że badyle po zimie padnięte.

No ale w sumie, Skubane jedne, wiedzą, że ja ich kocham.

Na pół godziny przestało padać. Ale potem lunęło jeszcze lepiej, więc tak sobie myślę (Inżynier wyśmiał i opierdolił), że może specjalnie spsuli samochód, żeby się coś nie stanęło?

Badyle sztuczne, nic im nie będzie.

Żeberek i pieczarek mam po kokardkę i kucyki, bo holownik podrzucił mnie do chałupy (bo na brzegu wioski jest) i pojechali do Inżyniera na podwórko, więc bez sensu, żeby do mnie na obiad wracał.

Dwa żurawie po drodze widzieliśmy, stado dzikich gęsi, pustoszących pola, biedne tirówki, moknące w ulewie (Murzynki tym razem nie było, ale za to było dużo pań wykonujących najstarszy zawód świata, swoją szosą, lubię seks, ale tak bym nie chciała pracować, za Chiny Ludowe i Koreę też z demoludów).
Przeszczęśliwa czułam się, wchodząc do domu, bo już oczami duszy widziałam JESZCZE większe kłopoty, że  auto zabiera jakiś holownik, a my w deszczu lecimy do Jarocina per pedes, a potem...

Wszystko dobre, co się dobrze kończy. I może niepotrzebnie się złościłam na Umarlaków? Tego się już nie dowiem :) 

Pan od Pomidorków dziś wrócił, bratki zanabyłam, więc oficjalnie wiosna się zaczęła, chociaż gdzie ona się szlaja, skoro jej tu nikt nie widział?

A z Pierworodnym komunikacja do niczego, narzekał na to też Inżynier, ale co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Synowa miała urodziny, złożyłam życzenia, kasę wg rozdzielnika wysłałam, sprawiedliwie, choć nóż mi się w kieszeni rytmicznie otwierał, bo ona moje olała ciepłym strumieniem moczu, badyle od Pierworodnego dostałam tylko dlatego, że w sklepie, w którym pracuje była wyprzedaż, nie umniejszam, pamiętał, i co od niej? Na MSG: dziękuję.

I koniec, nawet pocałuj mnie w dupę nie było.

A mogło być tak pięknie.

Kalafiorkówna szykuje się do wylotu, chyba będzie latać wysoko, pierwszy raz  poszła na 1,5-godzinne zajęcia dla maluszków, chemii uczyli. Wyszła wywleczona za frak, w wózku zasnęła, a w domu po przebudzeniu pół godziny stała w drzwiach, ściskając kurtkę i rozpaczliwie łkając, że chce jeszcze na chwilę tam...

Następna impreza za dwa tygodnie, ale miejscowa, więc zawsze czymś dojadę, o ile pod coś nie wlezę... :)

Przykro mi tylko, że Inżynier z kasy wyskoczył, ale co ma paść, padnie, sam mówił, że wolałby, żeby mu to w mieście padło, a nie w trasie, ale cóż...

Mam nadzieję, że nic nie złapaliśmy po drodze, byliśmy w maseczkach,  panowie z warsztatu mieli na to totalnie wyjebane. Może mają rację, może nie, strzyżonego wszyscy strzygą, co nie? :)


wtorek, 9 marca 2021

Kolejną

 gazetkę robimy, Kochany Pamiętniczku, będzie nowy layout, a ja jak tabaka w rogu. Ale od zebrania na ZOOM-ie się wykręciłam, bo nie. 

Co ma być, będzie.

Nowy tydzień zaczął się spokojnie, ale przedtem w weekend wciągnęłam 


 i już dawno się tak nie bawiłam, i serdecznie polecam. Ponoć był na HBO, ale i napisy są. Oczarowana jestem.

W poniedziałek znów dzień mi zleciał, wkurzył mnie Pierworodny, bo ani on, ani ona nie odezwą się sami, w poniedziałek nie pytałam, ale zaczęłam się martwić, że nawet z życzeniami nie pobieżył (jakbym go nie znała), dziś pytam, mówi, że wszystko OK. Przyjmuję na wiarę, bo przecież nie pojadę sprawdzać.

Ale wkurza mnie, no i ani słowa pytania, co u mnie, a przecież mogło się coś wydarzyć, co nie?

We wtorek słoneczko już świeciło, aczkolwiek wciąż zimno, a ja zła, bo cykają materiały jak na receptę, więc o 13.01 zamknęłam kompika, żeby mnie nie kusiło i poszłam w świat, bez plecaczka, ale z wózeczkiem. Kartki urodzinowe musiałam wysłać, ostatni dzwonek, żeby doszły na czas.

I tak sobie do Rossmanna hycnęłam, bo dawno nie byłam, co nieco się zaczyna z kosmetyków kończyć, a Rossmanna akurat lubię. I tak na swoje nieszczęście się powlekłam, bo u ogrodnika za bramą czyhały na mnie bratki. Wprawdzie 50 gr droższe niż na Bema, ale to po drodze, bez tracenia czasu na dojazd, no i wspieram lokalsów :) Zanabyłam 10 miniaturek, albowiem wciąż czekam na Pana od Pomidorków i jemu chcę dać zarobić, a loggia nie jest z gumy.

Zatem mam


i w sercu maj :)

Potem znów do Lidla poleciałam, bo gdy wracałam z bratkami (jednak zimno było) nie zdążyłam już do galerii (galeryjny kibel ponoć czystszy od domowego, ale wolę nie sprawdzać), a siku musiałam. Więc do Lidla, bo chodzi za mną pomelo. Pomelo jak na złość nie było, ale było dobre wino, więc dzisiejszy wieczór sponsoruje radio Pogoda


moje ulubione cienie na ścianie i 



kolejne Primitivo :) Będę musiała po nie znów do Lidla polecieć, bo dla Inżyniera na łapówkę wezmę. Jedno już na niego czeka, jak mi założył wideowizjer - mówił, że cały luty pości, tom mu nie dała łapówki, a potem rzekł, że skończył post. A na weekend jesteśmy umówieni na jazdę do Umarlaków, to mu się należy też. Lubię tak podziękować, bo przynajmniej nie muszę się dopraszać o uwagę. Inżynierowe Łobuzy małe jeszcze, ale nauczone, co jest od babci, ja nawet nie pamiętam, co dałam, a one lecą z tym i mówią: od babci. Innej babci nie mają. Od Pierworodnego nawet dziękuję nie powiedzą, a przecież już duże. Że jestem małostkowa? Chyba nie, bo miłe, jak ktoś docenia. Ot, takie tam życiowe upierdzielenia.

Pozostanie tylko M. i grób Eksa, ale to chwila moment, ogarniemy.

Za dwa tygodnie Alienek skończy 4 lata, kiedy to minęło? Dałam Synowej kasę z wyprzedzeniem, upolowała na promocji Lego dla niego z wish list. Ostatnio tylko Lego mu w głowie, więc wolę dać kasę, jak sama szukać w sumie nie wiadomo czego, bo szczerze? Mnie to nigdy nie ekscytowało, gdy miałam małe dzieci. Każdy zestaw był przygodą i radochą. Synowa też choruje na Lego, na bukiety z Lego. OK, wolno jej, ale ja jej nie kupię, bo ponad 200 zł za zestaw z kwiatów plastikowych to dla mnie pornografia. Wiem, sama wydaję na kwiaty rocznie o wiele więcej. No cóż, są guściki i gusta - ona woli żywe sierściuchy, ja sztuczne, bo nie wymagają troski. Ja za to kocham żywe badyle, ona sztuczne, przyjdą jej urodziny, to dołożę kasy, niech sobie kupi sama :) Mam kupować nietrafione rzeczy, wolę dać kasę na przepicie i już :) 

A na poczcie, of course, po 13 doszły materiały, ale z zaznaczeniem: sorry, ale na jutro i tego się trzymam. 

Jutro od 9 do 13 praca, a potem w siną dal.

Aplikacja mnie chwali, bo zmniejszyłam stawkę i osiągam cel, a to też mobilizuje.

Mam nadzieję, że ogarnę to wszystko i wrócę do jakiej-takiej formy.

13 marca minie równy rok odkąd pracuję z domu.

Ciekawa jestem, jak czułabym się, gdybym mogła pracować tak, gdyby nie było pandemii?

Chyba nieźle, bo nic mnie tak nie wkurzało, jak czekanie do 21 po to, by dowiedzieć się, że jednak zrobimy to jutro. I czekanie godzinami na przystanku, bo o tej porze wszędzie zjazd do zajezdni, a bezpośredni autobus właśnie  odjechał, następny za godzinę. A tak: zjadam kolacyjkę, oglądam serial, a na hasło, że jednak jutro ziewam rozkosznie i lecę do wyrka bezpośrednim skokiem.

Z moim introwertyzmem home office jest idealnym wyjściem, zwłaszcza gdy mogę się od telekonferencji wykręcić sianem.

I tak, brak mi ludzi z pracy.

I nie, nie brak mi ludzi z pracy.

I tak, brak mi kontaktu z bliskimi.

I nie, nie brak mi kontaktu z nimi.

Chyba na stare lata mam coraz bardziej krzywo pod kapturkiem.

Ale takie czasy, nawet Murzynka Bambo nie można cytować, co mnie wkurwia.

I przypominają mi się nasze gadki o murzynku w piecu, Słonko, pytające, gdzie go złapaliśmy.

I nie, że mam coś do czarnoskórych.

Nie, nie mam. Ale ni chuja nie rozumiem, co jest złego w tym wierszyku, bo zawsze lubiłam Bambo.

I ni chuja nie wiem, dlaczego W pustyni i w puszczy jest lekturą złą, przestarzałą. Tak było wtedy, gdy Sienkiewicz książkę pisał i nic tego nie zmieni.

A Biblia? A Stary Testament? Ile tam jest zła, rui i poróbstwa? Córki Lota, które wykorzystały pijanego ojca? Serio? Tego nie skreślamy, to jest OK? 

I wciąż widzę moje dzieciństwo, w cieniu alkoholu i mojego ojca, który nie zawsze wiedział, co robi.

Mamę, rozpaczliwie próbującą stworzyć pozory normalności.

Żonę mojego wujka, która przyszła pijana w trzy dupy i posikała się na łóżku mojej obłożenie chorej wtedy mamy, tłumacząc jej, że życie jest piękne.

Mnie moje dzieci udało się przed tym ochronić, choć życie nie oszczędziło im innych swoich ciemnych stron.

I nadal nie szczędzi, bo ja, na ich miejscu, chodziłabym po suficie, myśląc, czy dobrze zrobiłam, że ich sprowadziłam w takim czasie na świat (gdyby była pandemia, jak byli mali. Pamiętam, jak przeżywałam pierwsze informacje o HIV, kiedy nie za bardzo było wiadomo, co to i skąd się wzięło). O wnuki tak się już nie martwię, choć się martwię (taka moja logika), bo oglądając SF myślę: zawsze może być jeszcze gorzej. Każde pokolenie ma swoje strachy i obawy.
A ja chciałabym dożyć tylko jeszcze tego, żeby mogli mnie pochować pod drzewem, albo jako drzewo.

Żebym sobie rosła, szumiała i mruczała w podmuchach wiatru, ruszających gałęziami mojego drzewa bądź nawet moimi własnymi: życie jest piękne, nawet jak jest okrutne...
A jeśli nie, to chciałabym w następnym wcieleniu być kotkiem u Inżynierostwa, choć Inżynierowa twierdzi, że nawet Inżynier nie zasługuje na taki zaszczyt.

Ale co tam, może jednak się uda?

Bo tak :) 


UPDATE

I tak mnie po cichu wszystko odciąga od pisania. Bo ludzie, którzy niby są ze mną na zawsze, tak do ostatka, do szału do dna, podsyłają mi  przejrzałe memy, linki, o których wiem, że są z automatu słane, a sama oglądałam je wieki temu, ten model tak ma, piszą mi, że tak, są ze mną, ale akurat..... wpisać, co kto tam chce jako wymówkę.

W sumie zostaje tylko radio Pogoda, słuchawki na uszach, zdjęcia, to, co się nawinie...

 

Już nie ma dzikich plaż, bo to moja bajka była tam, już jej nie ma...

Acropolis adieu, adieu mon amour...



czwartek, 4 marca 2021

W telegraficznym

 skrócie, Kochany Pamiętniczku.

Pierworodny ma koronawirusa. Dowiedziałam się we wtorek, powiedział dopiero, gdy miał już wynik testu. W weekend pojechali do O., do teściów Pierworodnego, całą bandą. Synowa mówiła, że czuli się OK. Pierworodnego zmogło w niedzielę, w poniedziałek pojechał (sic!) przez całe miasto na wymaz, transportem miejskim, a jakże. Bolą go nerki, to mnie bardzo martwi.
Papryczek też się pokładał, był we wtorek z synową na wymazie, nic mu nie jest.

Synowej nie kazali robić wymazu, bo ma dwukrotne szczepienie.

Wzięła opiekę i dalej orze w Pierworodnego, bo ją głowa boli.

Inżynier im zakupy załatwia, ma akurat urlop. Na spokojnie, bo wciąż pamięta, jak Pierworodny latał z zakupami dla nas na kwarantannie.

A cuda wianki przy okazji wychodzą, bo ponoć na kwarantannie z nimi jest jakaś koleżanka MW, która tam była w momencie, gdy Pierworodny dostał diagnozę.

Synowa nie musi mieć kwarantanny, bo ma dwukrotne szczepienie, co dla mnie jest nielogiczne. Szczepienie zabezpiecza ją, ale roznosić wirusa może.

Pojebane to wszystko. Inżynier jeden zatroszczył się o mnie, maglując, kiedy widziałam się z Pierworodnym.

Czego on się tak o mnie martwi?

A ja, niczego nieświadoma, pojechałam sobie na giełdę na Bema i zanabyłam 

 


dwa takie wkłady do wazonu. I reszta włosów stawała mi dęba na głowie na ceny, bo zestawy (wszystko jest w zestawach - wkład do wazonu plus stroik) kosztowały od 120 zł w górę. Na moje, że potrzebuję tylko do wazonu pan był gotów sprzedać część za 60 zł. Takie zestawy były przed Wszystkimi Świętymi w M., gdy byliśmy u Eksa w cenie 55 zł. To o ile to podrożało? Jprdl... Nie chcę kupować bukietów, mogę je w gąbkę wtykać, fakt, ale i bukiety jakieś niewydarzone są. 

Jak ktoś ma parę grobów, doliczy znicze (a te wyjechane w kosmos są, za wyjechaną kasę), doliczy dojazd, to i pensji nie starczy na ogarnięcie.

Nie wiem, kiedy pojadę, zależy od Inżyniera i od tego, czy nie zamkną znów wszystkiego. No nic. 

Zanabyłam też 


nie wiem, czy jesienne nasadzenie ocalało choć częściowo, bo niby rośnie, ale co tam. 20 zł za całość, najwyżej wina nie kupię :)

No i proteza mi pękła, ale pięknie załatwiłam, w pracowni mi skleili od ręki, 60 zł poszło się jebać, trudno. Następnego dnia wizyta u mojej dentystki i to ja napieram się na nowe zęby, bo jak pękło, to pęknie znów. Fakt, w maseczce nie widać, ale czasem żyję bez maseczki, co nie? A i pogryźć chrupiące lubię. Wyszłam lżejsza o 200 zł, ale zadowolona. Przed wizytą gadam z Pierworodnym, u niego wszystko OK niby... Wracam do domu, gadam z nim dalej, a on, że czeka na telefon od lekarza, bo antybiotyku potrzebuje. Pytam, na co. Bo MW ząb boli. Piątka. WTF? Antybiotyk na ból zęba? Rozumiem, mają kwarantannę, ale jak można do stanu zapalnego dopuścić? Mówi, że mleczak, piątka. Mleczak u 11-latki? A mówiłam, kurwa, że na dentystę dam, bo sama na to nie miałam i męczę się teraz. Pół godziny później prosi, czy nie mogę dentystki poprosić o receptę, bo lekarz mówi, że dentysta...

Kurwa. Daję telefon, niech dzwoni. Dentystka każe wziąć ibuprom, ciąg dalszy jutro...

I to, jak zwykle z dziećmi, załatwia Pierworodny, chory, który ponoć padał w niedzielę.

A Hrabina? Ma opiekę i nic...

Nie wiem, jak w razie W będzie wyglądała operacja odbierania i wykupywania recepty, bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, przeniosłam swój urlop z 4 i 5 na 2 i 3, bo Bossowi się priorytety zmieniły. Na mojego emilka, że jednak 4 idę na 11 do dentysty, bo tego nie dało się zmienić, będzie przerwa techniczna, odpisał łaskawie, że jak najbardziej, nie zmieniać nic, iść, chwilę później dosyłając mi stertę roboty i nie bacząc, że sam mi zmienił urlop...

Jprdl. Wiem, skomplikowane to, ale cóż. Takie jest moje życie.

Ponieważ tego nie zmienię, mam wyjebane.  Robię na zapas, w międzyczasie delektując się filmami, Podróżników zakończyłam, męczące, ale rewelacyjne i daje do myślenia.

Do Barana mam przeogromny żal i chyba mi nie przejdzie. Napisałam, że Pierworodny ma covida. Oczekiwałam przytulenia, a dostałam wykład na temat nieistnienia choroby.

Sorry, kij Ci w oko, bo w dupę byś miał przyjemność. Nie potrzebuję uświadamiania, akceptuję Twoją negację, ale to moje dziecko jest chore.

Więc jest jak jest...

Na FB wrzuciłam Ptaszka Staszka,mojego ulubieńca, bluzgającego na koronawirusa w pierwszą rocznicę jego oficjalnego debiutu w PL. Na to odezwała się moja świętojebliwa koleżanka ze studiów, że jak tak można bluzgać, zaś na moje wyjaśnienie zaczęła mnie nauczać o tym, co dobre, a co złe.

Jprdl.

Mam prawo kląć, mam prawo się miotać, mam prawo do swojego ciała, swojej duszy, swoich marzeń i snów.

I nikt nie ma prawa mnie pouczać, nauczać, wskazywać mi świetlanej drogi i jasnej przyszłości.

Może nawrócę się na łożu śmierci, chociaż w sumie nie wiem, na co mam się nawracać.

Dziś 4 marca, Kaziuki.

Nie ma Kaziuków na poznańskim rynku, ale ja o Tobie, Tato, i o Tobie, Ciociu - pamiętam.

Świeczka się pali, pachnie wanilią, dobre winko się kończy...

A jutro będziemy zamykać przełomowe dzieło.

Cieszę się, że wciąż coś zamykam, choć żal mi zamykanych za sobą drzwi.

A Alienek ma coś na poziomie 4 kHZ ze słuchem, choć jakem głucha, ni cholery nie wiem, o co chodzi. Na wyjaśnienie muszę poczekać do randki z Inżynierem.

I tak mija dzień za dniem, na czekaniu (wersja light) nie wiadomo na co lub (wersja hard) chuj wi na co...

A pod trzynastką jakieś włóczęgi zamieszkały, bo mój wideowizjer szaleje.

Ale jak na mnie, gdy wysiadali z windy z rękoma pełnymi napitków wpadli, grzecznie dzień dobry rzekli :)

Jak dobrze mieć sąsiada, czasami :)




piątek, 26 lutego 2021

Miało

 być cudnie, Kochany Pamiętniczku. Ano, miało.

A pensja goła jak święty turecki i tak też Bossowi w emilku napisałam. Parę innych kamyczków dorzuciłam do ogródka, wykorzystując okazję, że od 10 lat za tę samą kasę orzę. Podziękowałam za możliwość pracy z domu, że doceniam, ale podkreśliłam, że to też generuje koszty.

No nic.

Sekretarka (bo nowa jest, od dwóch lat, to nie to, co D.), dziurę w brzuchu mi wierci o urlop. W sumie nic nie jest winna. Wiadomo, Boss pensję i urlop rozpatruje jak mu wygodnie: urlopu mam za dużo, zresztą kto to widział mieć urlop na pół etatu? A pensję też mam za dużą, bo ludzie pracują za mniejsze pieniądze niż moje na cały etat i się nie indyczą, są zadowoleni, a poza tym czasopismo nam schudło (tak, jakbym była rozliczana ze stron, a nie jestem, i nie, nie schudło, chudnie jeden numer w roku, ale jak mówię, że mam dużo roboty, to chudnie). Nie kijem go, to pałką, co nie? I tak, mam 13 dni urlopu po 8 godzin i jakbym się uparła, bo należą mi się dwa tygodnie ciągiem, to nie miałby kto jednego numeru w roku robić i w zasadzie powinno mi to dyndać. Tak, wykorzystałam to dwa razy w ciągu 10 lat - raz, gdy pojechałam na sześćdziesiątkę do UK, a drugi raz gdy wywalczyłam wolny miesiąc, kiedy Kalafiorkówna miała się urodzić. Przez te 10 lat ani jednego dnia nie byłam na zwolnieniu lekarskim, nie licząc nieodebranych nadgodzin, bo odkąd przeszłam na home office to ich nawet nie zapisuję, bo jak mam je odebrać niby?

Może będzie dobrze, a może nie. Za inserty zapłaci (taką mam nadzieję), ale wkurwia mnie stanie wciąż w pozycji petenta, upominanie się za każdym razem o należną kasę. Łaski mi nie robi, sam prosił, żebym to zrobiła, bo nijak to nie wchodzi w zakres moich obowiązków. Nie wiem, może ktoś z zewnątrz zrobiłby to lepiej i taniej (ja kwoty nie podałam i dobrze, bo po raz kolejny straciłabym nerwy chandrycząc się o jakieś 100 zł pewno), trzeba było brać, bo ponoć kolejka chętnych stoi pod redakcją. Tyle że ludzie, z którymi pracują mówią, że to jakieś nieporozumienie. I kiedy ja nie robię korekty, przynoszą mi cudzie dzieła z podkreślonymi błędami. Jakby poszło bez korekty byłoby pośmiechowisko. Sami za to pewno sporo kasy zgarnęli, bo to reklama branżowa była.

No nic. Pensja na koncie jest, będzie więcej może za miesiąc, może za dwa. I tak, mamy bajzel, bo ja swoje płatności, winien, ma, zapisuję w kajeciku, nawet te comiesięczne, które wiem, że muszę od lat, że czynsz, net, sieciówka... Niby mam dobrą pamięć, ale człowiek jest omylny. Mam i papierowy kajecik i aplikacje, i netowe cuda, a i bank przypomina. 

Gdybym była jakimś bossem, to jeszcze sekretarkę tudzież asystentkę bym miała, co nie? 

No nic, kurwa mać.

Może Obajtek, mogę i ja, w moich ustach to nawet słodziej brzmi, co nie?

Nie ma sensu się nakręcać, aczkolwiek zawsze jest poczucie bezsiły i niesprawiedliwości, ale tak ten świat stworzony jest.

Nie jestem biedna, ale nie deklarowałam, że będę pracowała za darmo - poszłabym do wolontariatu. 

Dobra, wino i radio Pogoda, żeby się nie wkurwiać na okrągło.

Chodzić muszę, bo już ledwo się kulam. Obniżyłam poprzeczkę z 10 tys. do 5, wg najnowszych badań tyle jest spoko. I od dwóch dni normę wyrabiam, aczkolwiek chodzę jak drób wodny ;)
Z nadzieją, że jednak z wiosną się rozkręcę, że z wiosną się roztańczę.

Strasznie boli mnie krzyż, przechodzi ból po 2 tys. kroków.
Jednak lockdown i brak ruchu, wieczne siedzenie przed kompem, bo jak nie praca, to filmy - się mści.

Z drugiej strony - ile można robić zakupy? Nienawidzę wychodzenia z domu bez celu, a przez lockdown jedyny cel to zakupy. Pogoda była taka, że na spacer mnie nie ciągnęło, bo co to za spacer dookoła osiedla, gdzie znam każdą dziurę w chodniku, a zewsząd czyhają na człowieka śmierdzące miny? A i zamiast muzyczki są aparaty, jeszcze teraz, z tymi jebanymi restrykcjami od jutra, ocipieć można. Zdziadziałam tak, że boję się dalej zapuścić (Dębina), bo nie wiem, czy dam radę do domu wrócić - na całe szczęście na kijki ostatnio wybrałam się trasą miejską i gdy padałam, dotarłam do autobusu i wróciłam do domu.

Jako że zamrażalnik nie jest z gumy, zaczęłam go powoli opróżniać, bo zdarzało mi się wieki trzymać w nim zapasy.

I tak dziś ciasto na pizzę odkryłam i 

 

pizzę na winie, pierwszą w życiu popełniłam. Nie skalałam się dotąd własnoręcznie robioną pizzą, albowiem fanką nie jestem, Inżynierową uwielbiam (ma dziecko talent do pizzy, nie wiem po kim, pewno po tym ogrodniku, który go robił), z Pizza Hut jestem fanką, ale sama co najwyżej gotowca odgrzałam w piekarniku, jak chłopcy byli na moim garnuszku. To jest pizza vege z łososiem (Inżynier padł na takie vege, ale do ja za to mogę, że łosoś się nawinął?), owszem, zjadliwa, nawet smaczna: ale zapisać w kajeciku: nigdy więcej nie paprać się z pizzą. Dupy nie urywa. Pociecha: jeden słoik pracowicie robiony latem zniknął, dobre jest to, co w środku, to mi wyszło :)

Wszystko ogarnięte, jeszcze tylko ostatnie pranie na balkon, bo ciepło już, choć ma się ochłodzić. Kaloryfery zakręcone, w mieszkaniu 22 stopnie, takie ciepłe 22, nie piździ...

Ale i tak...

I tak do końca życia pod górkę i pod wiatr...

(Weź nie pierdol, jest OK). 

Poniekąd jest, nie da się ukryć...

 

 


środa, 24 lutego 2021

Jeden

 dzień tak naprawdę odetchnęłam pełną piersią, nie licząc weekendu, Kochany Pamiętniczku.

A już dziś znów świnie zrobiły najazd na chatę i tak do wieczora je pasłam.

We wtorek zaś, zmęczona podskakiwaniem w życiu, gdy nieopatrznie w lustro spojrzałam, poszłam w siną dal, z mocnym postanowieniem zrobienia czegoś ze sobą. Kamienia odpowiedniego, żeby do Warty skoczyć nie znalazłam, a za dużo tłuszczu mam na sobie, żeby na dno iść, wypłynę, jak dobrze napompowana opona.

Więc... 



Tu opuszczam chałupę. Jako że mnie z lekka wideowizjer wkurwił, włączyłam jednak czujnik na podczerwień i moje zabawki raportują mi, gdy ktoś przechodzi korytarzem, mało, nawet łapią gościa na filmie. A wkurwił mnie, bo nie opanowałam wszystkiego. Ktoś dzwonił, nie doleciałam, ale potem rozkminiłam, że był to jakiś Cygan sprzedający dywany, więc w sumie dobrze, że nie doleciałam :) 

Zatem to ja.

Szłam i szłam, aż tu nagle patrzę: jak mówił mój ojciec: ktoś ci się kłania. Wiadomo, fryzjer.

Wchodzę, okazuje się, że dalej na zapisy, jest pani, która jest dla mnie No2, ale mówi, zerkając do notesika, że jak wrócę za 40 minut, to mnie dziś ostrzyże. No super, bo najbardziej nie lubię umawiania się na godzinę w danym dniu, bo mam poszatkowany. A że i miałam Manhattan ogarnąć, tom się zgodziła i wolnym walcem zanabyłam termometr zaokienny, bo spadł i się stłukł, niby mam aplikacji w chuj, ale aplikacja aplikacją, a termometr za oknem swoją szosą. Ziółka, ale w zielarni witaminę C chcieli mi wetknąć prawie ziębową, więc pokulałam się do apteki, potem serki w kiosku, gdzie wieki nie byłam, panie tam przemiłe, no i sam Manhattan i tadam, zostały mi 3 minutki na dojście do fryzjera, ale odpaliłam miotłę i poleciałam. A ciepło było tego dnia...

Pani, jeszcze w przyłbicy, ale już obie panie wiedzą, że ja mało że ślepa, to i głucha jestem, więc bez problemu, wystrzygła. Strzyżenie od czasów przedkoronawirusowych ładnie poleciało, bo było 18 zł (ja dawałam 25, a co), a teraz 28. W sumie nie wiem za co, bo tylko jakiś papierowy kołnierzyk jednorazowy dają, a dezynfekcja wygląda jak dawniej, więc jeden chuj. Wiem, i u fryzjera można HIV złapać i inne świństwa, dzieci kiedyś (oba naraz) wszy przywlekły, ale włosy mam jakie mam i nie tak łatwo je obsmyczyć. Długie miałam tylko w dzieciństwie i po wyjściu za mąż, bo Eks uważał, że kobieta z długimi jest seksi :) Pozwolił mi ściąć, gdy wypadający po porodzie długi kudeł zawinął się Pierworodnemu wokół palca u nogi i nie zauważyliśmy tego od razu. Dziecko ryczało dwa dni wniebogłosy... Zwizualizowałam mu, że takiż włos może się owinąć wokół siusiaczka... i dostałam pozwolenie na ścięcie. 

Mój ojciec był fanem mnie na chłopczycę, mówił do mnie wtedy: mój Hajduczku. I zawsze kazał mi chodzić do męskiego fryzjera (sam był fryzjerem, z papierami, ale niepraktykującym), bo jego zdaniem tylko męski umie strzyc. Coś w tym jest, bo damskie zawsze wymyślają, co zrobią z moją głową, a ja wiem, że to nic nie da bez modelowania, suszenia, układania, bo moje włosy są jakie są, nawet wymodelowane po godzinie znów żyją swoim życiem, a ani żelu, ani lakieru za Chiny Ludowe nie położę na łeb.

Więc zapłaciłam 35 (bo ja z napiwkiem, proszę Kochanego Pamiętniczka, póki mogę, a i moi chłopcy też nigdy od fryzjera nie wyjdą bez napiwku), a serce trzepotało mi w piersi jak zraniony ptak, bo w lustrze nie widziałam już tej Starej Jędzy, ale


Stara, bo Stara, ale jara, co nie? :)

Kiedyś, dawno, dawno temu, w innej rzeczywistości i galaktyce, pewna mądra kobieta rzekła mi, że jak kobieta nie ma nic do stracenia, to powinna ściąć włosy. 

Święte słowa :)

A dziś wyszłam z domu w samo południe, choć na poczcie świnie harcowały. W sumie - nie mam wyznaczonego terminu, świnie chodzą, jak chcą, to i ja będę, jak chcę :)

Poleciałam i już po chwili żałowałam, że kurteczkę wzięłam, bo był upał. Więc kurteczkę zdjęłam i przeklinając aparaty w uszach zamiast słuchawek, poleciałam po baterie do tychże. W sumie są coraz gorsze i padają błyskawicznie, a dziś facet mnie w chuja zrobił, bo dopiero w domu spostrzegłam, że i te poprzednie, i te dziś kupione mają datę przydatności do marca tego roku, zatem są na skraju wyczerpania. No cóż, byłam gotowa u niego kupować, bo blisko, ale tak się nie bawimy. I tak mu na rękę szłam, bo nie chciał płatności kartą, że mu net wolno chodzi. Stracił klienta, pojadę do autoryzowanego, ciepło jest, i będę sprawdzała datę przydatności. Trudno. Mogłabym odnieść jutro, ale nie mam nastroju na utarczki, a i paragonu nie wzięłam, bo na co mi?

A dziś wyglądałam tak


taka moja autentyczna uroda i fakt, krótkie włosy odejmują mi parę lat, sama to wiem, choćbym nie wiem jak sobie tłumaczyła, że długie z pinkową spinką są seksi :)

Po drodze odwiedziłam 


 oczar, cudnie kwitnie, powolutku, pomalutku, zakupując tu i tam do domu dotarłam, wypakowałam, odgrzałam obiad od wczoraj, zjadłam i poszłam świnie paść.

I tak spokojnie (odpukać) dzień minął. Jeszcze jutro ma być tak ciepło, więc pokulam się znów, lepiej się czuję, choć kosteczki pobolewają po włóczędze.

I absolutnie nie mam ani wyobraźni przestrzennej, ani smykałki technicznej, co widzę po termometrach. Kupiłam dwa i oba jak kulą w płot.

Nieszczęsna ja, ale szczęśliwa.

Żebym ja tylko takie problemy miała :)

piątek, 19 lutego 2021

Dzień

 owocny jak rzadko, Kochany Pamiętniczku. 

Wstałam napalona jak szczerbaty na suchary, żeby do Biedronki przed pracą polecieć, ale jak się rozpadało i welon smogu do okien zapukał, to stwierdziłam, że jednak nie.

Po wino zawsze mogę iść do piątki, a zwiędłe badyle zastąpi doniczka z boligłówkami, które jeszcze się nie rozwinęły.

I dobrze uczyniłam, albowiem Boss uaktywnił się jak ostatnio Etna, a nie zdążyłabym na wybuch w porę wrócić.

I tak mną miotała cholera, że pod zlewem porządek uczyniłam, co me serce ucieszyło, albowiem znalazłam zapasy nieprzebrane chemii, zakupionej na promocjach. Tudzież inne cuda wianki, ale pod zlewem jest teraz ja złoto i już nie muszę się denerwować odgruzowywaniem, jak przyjdą liczniki wymieniać (chuj wie kiedy, ale przyjdą).

I tak pod zlewem ogarnąwszy, spojrzałam gospodarskim okiem na kuchnię, w międzyczasie emilek z pracy od JD, że tak im mnie brakuje, że nie ma kto chodzić od pokoju do pokoju i pracy szukać, że tęsknią, nosz, kurwa, we łbach im się poprzewracało, nie mam dodatku ekonomskiego :)

Z wierzchu też ogarnęłam, szafki (ojapierdolę) pomyłam, zaczynają się powoli sypać, nic dziwnego, po taniości kupione, ale trudno.

I wciąż mi czegoś brakowało w przerwach między kapiącymi jak krew z nosa tekstami. I tadam...
Okna. Okna niemyte od niepamiętnych czasów. 

Zatem chyżo jak sarenka, mimo stłuczonego w wannie kolana, wskoczyłam na taboret i rach-ciach-ciach - jak pięknie wpada światło przez umyte okna :)

I tak wolnym walcem poszło z górki, w międzyczasie zaliczyłam

 


 wciąga, jak chodzenie po bagnach, pracując wciąż ogarnęłam wszystko, oprócz podłóg, nawet sansewierię, którą mi dawno temu Baran dał, a która już rozsadzała doniczkę storczykową, w której ją zasadziłam (wiem, wiem, one lubią ciasno) przesadziłam, rozrosła się cudnie

Gazetka zamknęła się przed 17, a że warzywka milczały (i milczą), tom poleciała do Biedronki, gdzie pieścichłopy na mnie czekały, kręgosłup po drodze mówił mi: do łóżka, wariatko i plackiem leż, ale co tam, młodość żyły mi rozsadzała jak te badyle doniczkę.

Do domu wracałam powoli, rozkoszując się faktem, że prawie 18, a jeszcze widno...

Ma być parę dni ciepłych, to dokończę okna, bo nie zwariowałam na tyle, żeby po ciemku je myć. Teoretycznie mam wolne, ale jak to u mnie zawsze - teoretycznie.
Zakupy wypakowawszy, podłogę i w chałupie, i na korytarzu (bo mój dyżur) ogarnęłam...

I potem znów do Plemion Europy wróciłam. 

Kaloryfery zakręcone, jest ciepło. 

Tak się zastanawiam, czy gdybym zainstalowała rolety zewnętrzne, przestałoby mi tak piździć? Prościej by było, niż znów osadzać okna?

I tak już jestem w kwietniu, chociaż jeszcze marzec się nie zaczął.

Poczekam na wypłatę, zobaczymy, czy Boss pamiętał, co mi obiecywał, gdy ze studni wodę brał...

Ale tak czy siak - jest cudnie (poniekąd)... :)


środa, 17 lutego 2021

Zielonego pojęcia

 nie mam, Kochany Pamiętniczku, na co ja jeszcze czekam. 

Ale czekam, kurwa, bo nikt nie odpisał, że składka zamknięta.

W sumie w dupie mam, mam piwo, a jak będę ostatnie strony robiła po piwku, to i tak mniej błędów pójdzie, niż u nich na trzeźwo.

A już mi jeden egzemplarz napisał: zaszczepi się pani i wróci.

A chuja wafla, nie. Nie mam zamiaru się szczepić, bo nie, a nawet jakbym się zaszczepiła to i tak nie wrócę.

Jak poleciałam dziś w ulewie do piątki po piwko, bo w domu bezalkoholowo, to na samą myśl o chodzeniu do pracy, byłam gotowa przejść na emeryturę, natychmiast. Teraz, zaraz, już...

Pomijając gazetkę, pół warzywek ogarnęłam i jak ten siwy mrówek ryłam od 8 do 19.30, z półgodzinną przerwą na wstawienie i skonsumowanie obiadu. Druga połowa warzywek przyszła jak skończyłam pierwszą (mają, skunksy wyczucie), ale z zastrzeżeniem, że to na piątek. Ale tam, wydrukowałam, w piątek będę chatę ogarniała.

Sik na petardzie, zamiast herbaty woda, ja się sama, kurwa, wykończę.

A w szparze unijnej dwa PIT, pracowego niet, jutro będę pytać.

I ponaglenie: kiedy wezmę urlop. Nosz, kurwa, chciałam w lutym, ale inserty, co nie?

Teraz celuję w początek marca, ale ekstras szefa, a to chuj wie, kiedy będzie - zgodnie z planem, czy z fantazją Bossa. Wezmę urlop i napisze, że no, ekstras, że odbiorę później. Takich do odebrania później i nadgodzin to mam tyle, że jak umarnę, to nie będę latami jeszcze pracowała (cokolwiek TAM nie trzeba robić), tylko będę pod palemką na hamaku, z drinkiem z palemką, kołysana przez muskularnego Murzyna (żadnego tam Afroamerykanina) leżała i leżała, i leżała, aż odleżyn dostanę i...

No co?


Eksperyment przeprowadziłam. Nie myłam głowy i nie kąpałam się od niedzieli.W ramach eksperymentu, przecież nigdzie nie wychodzę. Smrodu nie czułam, aczkolwiek wąchałam się parę razy dziennie (więc jak długo trzeba się nie myć, żeby w autobusie zajeżdżać?), włosy (jeżu kolczasty, królestwo za fryzjera, mam siwe, obrzydliwe kłaki) zaczynały się z lekka przetłuszczać (moja studiowa psiapsióła, mająca kłaki a la topielica, czarne jak smoła, nie myła ich przez 2 tygodnie, bo musiały się przetłuścić, Pierworodnego z czupryną jak busz kijem trzeba gonić do mycia, Mała Wiedźma z włosami z moich snów też nie lubi mycia), a to dopiero 3 dni niemycia, a wyglądałam jak zombie...
No więc rano, aczkolwiek za późno wstałam, ale... Jeżu kolczasty, kąpiel jest lepsza od seksu.

Reszta jest milczeniem :) Ale trochę wody zaoszczędziłam przez te trzy dni. I może ta kąpiel tak mnie naładowała, że zrobiłam dziś wszystko na medal?

No, wolno się ze mnie śmiać, nie widzę przeciwwskazań :) 


UPDATE

Uświadomiłam sobie, że dziś Popielec. Od lat, nawet kiedy chciałam się posypać popiołem, zawsze byłam zapracowana po kokardkę i kucyki.

A dziś? 

Jak bardzo się zmieniłam?

Że bardziej kręci mnie otwarcie piwa niż rozmyślanie nad tym, że z prochu powstałam i w proch się obrócę?

Chociaż wciąż mnie nurtuje, czy jest TAM i jak TAM jest :)

 

sobota, 13 lutego 2021

13 lutego

 1930 roku w Czarnym Sadzie urodził się, Kochany Pamiętniczku, mój ojciec.

Ostatnie z trzynaściorga dzieci.

Lekko nie miał, ale jako najmłodszy był rozpieszczany przez matkę.

I ten list, który znalazłam po latach, nawet nie list, a karteluszek (gdzieś go mam zakitranego), na którym babcia pisze "dziecko, tylko uważaj na usta jak będziesz z szafy zdejmował, bo tam szkło". Do ponadczterdziestoletniego gościa tak pisała.

Dziś ja sama, mając już czterdziestolatka na stanie jestem tak samo nadopiekuńcza.

Rodziciel mój był bawidamkiem i kobieciarzem, nie da się ukryć,


 łamaczem serc niewieścich.

Dlaczego wybrał moją mamę i dlaczego ona się zgodziła, wiedząc, że jest taki jaki jest i że pije? Nie wiem, była od niego o 7 lat starsza. Może latał za nią dlatego, że była nauczycielką? Nie była Marylin Monroe, a on na takie polował.Nie miał średniego wykształcenia nawet, aczkolwiek głupi nie był, bo dochrapał się kierowniczych stanowisk. Nie wiem, może po linii partyjnej? Tego już nie rozgryzę teraz. Szkołę średnią zaczął na rok przed śmiercią mamy, czasy były takie, że potrzebny był papierek. Po śmierci mamy rzucił ją (szkołę, nie mamę, of course), pod pretekstem, że musi się zająć dziećmi. 

Był alkoholikiem i jemu zawdzięczam bycie DDA, co też jest w życiu przejebaniem.  Do końca zniszczyła go wódka i druga żona, której nie chciało się wstawać, by robić mu śniadanie (dojeżdżał do pracy baną o 4.30), "załatwiła" mu pracę listonosza na wsi. A listonosz na wsi, dostarczający pieniądze za mleko, za dostawy - co zagroda to końcówka i kieliszek.

Skończyłam wtedy I rok studiów i chciałam jechać na II, ale powiedział mi, że mnie utrzymywał nie będzie, bo nie ma za co. Pokłócił się wtedy ze swoją drugą żoną. I tak ja, mając 5 zł, ruszyłam sama w świat. Źle na tym nie wyszłam, ale... Chyba muszę tę powieść zacząć pisać :D

Skończyło się, jak się skończyło, oni się rozstali (z hukiem wielkim i wynoszeniem pościeli w biały dzień, a ślub brali po kryjomu, jakby to był grzech, kościelnego nie mieli), a ja musiałam płacić za szpital, bo ojciec nie był ubezpieczony. Na jego pogrzebie nie pojawiła się ani jego żona, ani moja przyjaciółka z lat dziecinnych, o której mówię "moja przyrodnia siostra", a z którą odnowiłam znajomość na zjeździe klasowym. Jego żona dożyła prawie setki, była od niego starsza (znaczy się, lubił starsze), a najbardziej wpieniało mnie to, że pisano o niej (bo na bieżąco jestem z R.) jako o najstarszej czytelniczce w R., podając MOJE nazwisko :) Tak, wiem, miała do niego prawo, ale kurwa mać...

No i czy nie jest to temat na brazylijską telenowelę? :)

Dzięki pomocy rodziny Eksa, która jako prywaciarze potrzebowała słupów, najpierw załatwiłam mu ubezpieczenie, a potem udało się go ściągnąć tu. Reszta to long story i nie za bardzo mam to ochotę opisywać, ale tak ze 300-stronicowa epopeja by z tego wyszła.

Po swojemu mnie kochał. Bardzo kochał swoich wnuków, był idealnym dziadkiem.

Zmarł nagle i w nieciekawych okolicznościach, mając zaledwie 56 lat.

Wyjątkowo w tym roku pamiętałam o jego urodzinach w ten dzień. Zapaliłam więc mu świeczuszkę, bo nie ma opcji jechania do K., a i toast dobrym winkiem też spełniłam, bo dlaczego nie?

A mogliśmy mieć takie fajne życie. Staram się nie pamiętać tych złych momentów i podziwiam moją mamę. Gdybym ja miała takiego chłopa, wywaliłabym go na zbity pysk.

Dlatego wyszłam ze Eksa, bo alkoholu do ust nie brał, co też okazało się przegięciem w drugą stronę.

No nic.

Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach. 

Najlepszego, tato, mam nadzieję, że mama Ci za bardzo po mordzie za całokształt nie nakładła. 

Ja oberwę mocniej od niej.

I wciąż mnie nurtuje: a co z Twoją drugą żoną?

Bo trafiłeś w sumie kulą w płot, co nie?

Żebyś nie był takim lowelasem, wszystko potoczyłoby się inaczej...

W sumie miałam mniej więcej tyle lat, co Ty, gdy tak po prawdzie zostałam sama i...

Nie, nie odczuwam potrzeby mania oparcia w mężczyźnie tak, jak Ty potrzebowałeś kobiety.

Ale to już temat na inną rozmowę, co nie?

Sto lat (już niedługo), sto lat :) 

Mimo wszystko kocham Cię. 


piątek, 12 lutego 2021

Weekend

 nareszcie, Kochany Pamiętniczku :)
To był zaiste szalony dzień. Najpierw szalone sny, a potem... tyle słońca w całym mieście. 

Zimową kurteczkę wywlokłam i mimo że pod spodem miałam tylko T-shirta i półbuty na nogach nic a nic nie zmarzłam, mimo kilkustopniowego mrozu.

Zanotować w kajeciku: zimowa kurtka jest OK :)

Umowę podpisałam na neta, na dwa lata, bo najlepiej finansowo mi w promocji to wychodziło - na dwa lata 39,90 za 50 Mb i dwa miesiące za złotówkę, a ta sama prędkość na stałe za 69 zł. No to chyba jasne, co się opłaca :) Pan jeszcze próbował mnie namówić na TV (aż mi rechotało robaczywe serduszko, bo mimo że miał maskę doskonale go rozumiałam, yuuupi, mała rzecz, a cieszy), ale podziękowałam :)

W pracy oszaleli, zarzucili mnie taką ilością materiału, że nawet herbaty nie mogłam ani zrobić, ani wypić. Do tego jak krowie na rowie tłumaczę niektórym, że tak nie mogę, jak grochem o ścianę i nic... No nic, pod koniec dnia drukarkę szlag znów. 

Jako że pilnie obserwowałam Inżyniera, jak z nią walczył, walczyłam i ja.

Ale ona nic i chuj, spasowałam. 

Piszę do Inżyniera, ale wyczuwam, że niechętny, no a że Pierworodny się deklarował, męczę jego. OK, wpadnie w niedzielę.

No to ja z kolei mam wyrzuty sumienia, bo P. w sobotę do roboty, a robotę ma jaką ma, no i w zasadzie powinnam zaprosić całą rodzinę, ale na samą myśl o sprzątaniu tony piaseczku (sama po przejściu po odśnieżonym chodniku pół tony naniosłam, a sprzątać trzeba od razu, bo sól panele żre) i reszty bajzlu, gotowaniu i zmywaniu robiło mi się słabo.

Skończyłam robotę, na kolana padłam i... zgwałciłam drukarkę :) 

Hehehehehe, ciekawe, ile za to dają, ale drukuje, jebaniutka :) 

Więc podziękowałam Pierworodnemu, nie omieszkając napomnieć, że kiedyś go wykorzystam, nie ma zmiłuj.

Poczta czysta, czyściutka.

Chata ogarnięta, pranie się suszy, radio Pogoda gra...

Życie to naprawdę kiepski kwadrans złożony z wyśmienitych momentów.

Niech trwa...

I po wielu, wielu latach, odkąd pamięcią sięgam, zjadłam wietrznika. Nie umywa się do tych z mojej młodości, ale musiałam. Ale jak to, od ciastków dupa rośnie? Serio? 

Ojapierdolę :)

czwartek, 11 lutego 2021

Luty

 prawie jak za dawnych lat, Kochany Pamiętniczku.

Okazuje się, że wstawiając nowe okna wrzoda na dupie się dorobiłam. Panowie, wywalając uszczelnienie z wełny mineralnej zamontowali okna na piankę budowlaną, oczywiście, oszczędzając ją, ale nawet jakbym im na ręce patrzyła i tak bym nie dopilnowała, albowiem na murarce się nie znam. Nie było przez te lata źle, bo ciepłe zimy były, a teraz piździ mi w mieszkaniu gorzej niż za cara na Skieletczyźnie. Przy pracowym kompie siedzę jak babcia na Syberii opatulona, za plecami kaloryfer grzeje na maksa tak, że pot po plecach mi cieknie, na noc zakręcam kaloryfer, bo śmierdzi rozgrzanym żelastwem, dotknąć nie można, bo parzy. A przy oknach lodówka, blat w kuchni zimny, za lodówkę może robić.

Nie wiem, co teraz, kolejna wymiana okien? 

Nic, tylko się pochlastać. Oszczędności nie starczy mi na dopłacanie do ogrzewania po sezonie. 

Włosy wchodzą mi do oczu, tak zarosłam, no i podrażniłam, mam zapalenie. Sulfacetamid wyciągam z lodówki, skitrany po ostatnim zapaleniu. Data przydatności do spożycia - 2016 r.  Pigułę bym łyknęła, ale do oka tak przeterminowane? Nie. Poszłam do apteki. Tak, sulfacetamid na receptę. To proszę coś bez recepty. Portfel lżejszy o 26 zł. W domu czytam ulotkę i reszta włosów wyszła. Sama. Skutki uboczne takie, że ojapierdolę, nie ma zmiłuj, strach się bać. Od jednej kropli osoba chora na nadciśnienie może umrzeć. Super. I dlaczego to jest bez recepty? Czy pani, było nie było, magister, w aptece nie powinna mnie zapytać, czy cierpię na nadciśnienie albo jaskrę, zanim sprzedała mi ten specyfik? Ja, laik, nie znam skutków ubocznych.

No, wiadomo, liczy się tylko kasa. Jak nie idę do apteki z obczajonym w necie specyfikiem, to zawsze wetkną jakieś gówno, bo to, co ich podnieca, to jest po prostu kasa. 

No nic. Przeżyłam pierwszą aplikację, zobaczę, czy pomoże, jak nie, kupię coś innego. Obczajonego. I nie, nie pójdę do okulisty, bo terminy są za kilka miesięcy, a internista mówi: wypiszę pani skierowanie do okulisty.

Kurwa mać.

Ale składki zdrowotne z pensji biorą, a jakże. I z emerytury też, bo przecież emeryci najwięcej chorują.

Pierworodny dziś wleciał, wideowizjer rozdziewiczył, pogadaliśmy, kazałam mu po drodze kupić pączki dla nich, sama zjadłam jednego. 

Miło było go zobaczyć, aczkolwiek męczący jest i monotematyczny, no co ja mogę za to, że go kocham :) Mówił, że w pracy "po nazwisku" pytali go o pokrewieństwo ze szwagierką. Od TEGO szwagra. Powiedział, że tak, że rodzina, ale nie utrzymujemy kontaktów żadnych. Pani słynie w podpoznańskiej miejscowości, gdzie już w czasach komuny nakupiła gruntów na dopłaty z niezbyt miłej strony. Mnie to akurat absolutnie nie dziwi, albowiem gdy wchodziła do kliniki, gdzie pracował jej mąż, powodowała ogólne poruszenie nie tylko wśród pracowników niższego szczebla, ale i wśród lekarzy, gdyż zachowywała się jak, cytuję: "hrabina na folwarku" :) A będąc i profesorowej Fibakowej (tak, to też rodzina Eksa), wparowała jej na piętro i rewizję w szafach i komodach robiła, na czym Fibakowa ją przyłapała personalnie. A, kolorowa postać, że ojapierdolę. 

I ja też nie przyznaję się do tej znajomości, bo po co?

W każdym razie dobrze, że wpadł, bo po wymianie przepalonej żarówki w łazience, nie miałam już siły dokręcać klosza, Inżynier mówił, że nic się nie stanie. Ale prysznic mam jaki mam i jak mi siknął po suficie, gdy płukałam ten głupi łeb, to stwierdziłam, że jak siknie na rozgrzaną żarówę, to ciekawie nie będzie.

Drobiazg, prawda?

Im starsza jestem, tym bardziej potrzebuję wsparcia w drobiazgach.

To one najczęściej mnie przerastają. Fizyczne drobiazgi. 

Życie.

Pierwsze żonkile w tym roku kupiłam w Biedronce, więc może jednak wiosna przyjdzie?

Tego się trzymajmy :) 

piątek, 5 lutego 2021

A taka ze mnie

 głupia cipa, że słów po prostu brak, Kochany Pamiętniczku.

To prawda, że moja firma pracuje zgodnie z hasłem z ichniego obozu...

Nadal nie wiem, ile dostanę za harowanie, bo to oczywiście drobiazg, jak będą dwie stówy to powinnam się ze szczęścia zesrać, co nie? Bo to tylko parę stron... Teoretycznie wolny tydzień spędziłam na 10-12-godzinnej harówce, bo przecież i tak jestem w domu. No nie do końca wina firmy, ale prosili o te książki na kolankach... Jedna miała być w ubiegłym roku skończona, jeszcze zanim się pandemia zaczęła o niej gadaliśmy, no ale szło jak szło, a teraz nagle sruuu... na gwałt, chociaż w sumie nie za bardzo wiadomo na kiedy, jutro, w grudniu, po południu. Bór liściasty strzegł, że indeksowi powiedziałam stanowcze nie, bo inaczej w kaftanie by mnie już wywozili wkrótce. Rybka mi, kto indeks zrobi, a jak się uprą, postawię cenę taką, że zrezygnują. Za samo dzieło za mało zaśpiewałam, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota :)

Kolejna, no że tylko ja. Połechtał mnie. Kwota niedogadana, bo mailowo z Bossem to jak w totolotka grać, a do redakcji mi niespieszno. Miało być partiami i jest. 300 stron na dwie partie :) LOL :) A na dokładkę jest to tak nudne, że flaki z olejem są daniem bogów, pisane metodą kopiuj wklej i w całej książce słowo powietrze tylko raz było napisane poprawnie, a tak to "powierze". I nie, nie chciałabym być w skórze redaktora, bo można się jeszcze gorzej zesrać, ale... 

Tyle mojego, że nic nie było, tom sobie spokojnie dłubała, a tu nagle: że on by podłubał jeszcze. No nie, odpisałam, że w życiu żywa z pliku nie wyjdę, laikom nie mam siły tłumaczyć, jak to działa. Spasował. jak tylko zaczął, to sypnęły się pracowe prace i jazda...Bez trzymanki. Ogarnęłam do 13.18, zgrzytając zębami, bo wg harmonogramu, pracowałam dziś do 13, no ale... Nie moja wina, że od 9 siedziałam przed kompem, lepiej robić cokolwiek niż nic, nieprawdaż.

Na stole kwitnęła od dwóch dni recepta, nie żeby na gwałt do wykupienia, ale... Od poniedziałku dupy z domu nie ruszyłam.

Więc dziś, sruuu, wyłączam kompy, czuję, że ciśnienie rozwala mi czaszkę. Ubieram się, lezę tip-topem na zakupy. Niewielkie, ale chleba już nie mam, więc biorę na zapas, bo zawsze lepiej mieć w zamrażalniku. Apteka - i dziura w kieszeni, ale to na kilka miesięcy zapas, więc spoko, najgorsze, że kupuję witaminę D3 (nigdy nie suplementowałam, ale zalecają, a ja słońca widzę tyle, co nic, więc... na coś w końcu pracuję, jak umrę zostanie dla dzieci ;) 

Do Biedronki polazłam, bo badyle cięte mi powiędły już...

Pięknie się trzymały, co nie?


No i zanabyłam róże, 11 za 8,99 za darmo prawie. A, i nowe Primitivo było, półwytrawne, tak jak lubię. Więc uległam, słabam i grzesznam...

I to było zrządzenie, nie zrzędzenie losu, żem zanabyła.

Wracam do domu, wolnym walcem, tanecznym krokiem, zastanawiając się, kiedy mi kręgosłup jebnie po tym tygodniu gnicia przed kompem, szczęśliwa jak świnia w błocie, że już KURWA, nic nie muszę...

Wchodzę, włączam kompa, bo taki mam odruch i KURWA mać. Boss. Z insertem. Po 15. Jak wiadomo, będzie gratyfikacja za insert, aczkolwiek chuj wie jaka. No ale... Od rana i od paru dni cisza w eterze. A tu nagle, na gwałt. Walczę z pracowym szmelcem. Drukuję, korekcę, wysyłam. Padając na pysk, bo śniadanie o 9 jadłam, potem jakoś nic (o, w pracce poszło się do kuchni i miało w dupie), emilek za emilkiem, odsyłam, okazuje się, że nie ten teges, mam odsyłać do sekretariatu, więc odsyłam, a i DW załączam i chuj, nikt nie ogarnia tej kuwety. A i warzywka się ocknęły, ślą pracę, kurwa, ale nie na mój adres, ale na adres mojej imienniczki, nasze nazwisko zaczyna się na tę samą literę, więc jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy, ona ma drugą literę a, ja o, więc mój przydział leci do niej, z tym, że ona w generałach, a ja kapral :) Ale nic to :)

Z tego całego bajzlu i nieogarnięcia Bossa nie wiem, co wyszło, ale jak napisał mi o 16.55, że na dziś koniec, pobłogosławiłam dzień i natchnienie, że wino kupiłam.

Bo zanim się uspokoiłam, to pewno ze 200 na 100 miałam, po łbie czułam...

Ale...

Ogarnęłam tę kuwetę, może nie idealnie, po kątach snują się koty z kurzu, zapasy mam, wina jeszcze trochę, ale oj tam, oj tam, starczy :) 

Wyprane, pościel zmieniona, Firefly Lane czeka, chałupa ogarnięta, nastrój jak w rodzinnym grobowcu jest

... i w sercu coś zamiera, jak słodko wiolonczela łka, to Liebesleid  Kreislera... 

 


 

I przez dwa dni mam zamiar niczym się nie martwić, nie zajmować, nie stresować, nie nakręcać.

Może się uda. 

Chociaż wątpię.

Jak w tym kawale, który niezmiernie bawi Inżyniera i mnie.To jest nasz tajny kawał i niech tak zostanie ;)

Wątpię też mamy :)





środa, 3 lutego 2021

Aż mnie

 dziś zatrzęsło, Kochany Pamiętniczku, po przeczytaniu kolejnego wołania celebryty, że nie ma za co żyć.

Nosz, kurwa mać.

No bo ma tylko niecałe 2 tys. emerytury i jak ma za to żyć. Serio? Ja nawet brutto tyle nie mam, zapierdalam jak motorek ze śrubką w dupie non stop. Ja rozumiem, że taki celebryta nie ma teraz jak zarobić, bo mu obcięli ze względu na pandemię i występy, i eventy i inne chuje-muje, ale serio?

Wiem, że nasz ukochany kraj to nie USA, a polskie wytwórnie to nie Hollywood, gdzie gaże idą w miliony dobrej waluty, jak ktoś jest autentyczną GWIAZDĄ. 

Ale i tak z rzadka pojawiające się informacje, że dana rodzima gwiazda kosi tyle a tyle za film, za odcinek, za występ, wprawiały latami mnie, zwykłą wyrobnicę, stojącą przed bankomatem z dylematem, czy ostatnie środki na koncie wyjąć na żarcie dla chłopaków, czy na dentystę dla mnie, bo czego jak czego, ale bólu zębów nie znosiłam nigdy. Rodzić mogłabym na okrągło, ale ból zęba? Do wypłaty były dwa dni.

I jak myślicie, na co wydałam resztę z konta?

I rodzina Eksa, rodzina prywaciarzy, płacąca minimalne składki na ZUS i wciąż narzekająca, jak ZUS z nich zdziera. Nie wnikam, ile odłożyli, źle nie mają, choćbym się zesrała, nie podskoczę do ich poziomu nigdy, ale też nie mam takiego zamiaru, bo dobrze mi tu.

Gdyby moja ostatnia praca nie kochała mnie tak bardzo, pewnie jeździłabym na mopie, a dlaczego nie? U mnie w firmie pracowała pani po osiemdziesiątce, a figury i kondycji jej zawsze zazdrościłam - może taka praca wyszłaby mi na dobre? Bo tak to co z tego, że po 12 godzin tkwię przed kompem, mózg się lasuje, a dupa wkrótce nie zmieści się w fotelu :)

Ale pracuję.

Byłam w życiu i na wozie, i pod wozem. Sprzątaczką też byłam, z jednej firmy wywalili mnie, gdy aplikowałam na sprzątaczkę (lata 80.), bom nieopatrznie przyznała się do wyższego wykształcenia i pan stwierdził, że zawyżę wymagania i będę mu załogę buntowała - i nie przyjął mnie ( a pracę straciłam z nocy na ranek, kiedy Świtalski zamknął gazety, kto pamięta te lata, wie, kto to Świtalski... Elektromis i takie tam). 

Więc poniekąd celebrytką też byłam, ocierałam się w kręgach, na wspomnienie których do dziś mam zimny pot na pleckach, zwłaszcza po obowiązkowej imprezie zakładowej w pewnym pubie na Półwiejskiej, na której na krętych schodach stała obstawa goryli, którym zza pasa wystawał pistolet, a na której po odebraniu dyplomu, rączka, dzięki kryciu mnie przez naczelnego, rzygając na Półwiejskiej sokiem pomarańczowym, pitym z łamaczem, który mnie krył, że owszem, owszem, wódeczkę pijemy, zapierdalałam w podskokach w nocy do domu, na piechotę, bo na taksówkę mnie nie było stać, komórek nie było, a w domu czekał na matkę przyszły Inżynier, z gorączką prawie 40 stopni, zaopiekowany przez Pierworodnego, kładącego mu zimne ręczniki na czoło, a Eks? Eks uważał, że histeryzuję).  I nie, nie mogłam nie iść, bo nieobecnym zagrożono zwolnieniem z pracy. Byłam jedynym żywicielem, co nie zmienia faktu, że parę lat później Świtalski zamknął tę budkę z hukiem, ale to już inna bajka. 

Prasę dziesięciotonową obsługiwać umiem, elektrody do EKG robić, uszczelki do okien, kwiaty sztuczne też, malować na tkaninach. Wyliczać dalej, czy starczy?

Nie umiem obsługiwać pilota do TV, nie ogarniam obecnie tych nowych jebanych usług obywatelskich, ale Inżynier mówi, że wpadnie i pomoże mi ogarnąć, bo i on się boryka z polską elektroniczną biurokracją.

Więc pierdolę tych celebrytów, którzy (90% z nich nie kojarzę,  znani są ze stania na ściankach, a mnie to obchodzi tyle, co zeszłoroczny śnieg, jak również te wszystkie żony dla rolnika, tańce chuj wie kogo z kim, inne takie tam) afiszują się z torebkami za kasę większą, niż ja wydaję  na żarcie rocznie. Z domami wartymi miliony, wymagającymi służby.

Nie masz? Zmniejsz wymagania, nie sraj wyżej niż masz dupę.

Nie wiem, czy dokonam żywota tu, w mojej norce. 

Nic nie wiem. Ale nie sądzę, żebym pisała na FB, że nie mam za co żyć i zakładam zrzutkę.

Bo ja biedna korektorka jestem.

A jestem biedna, bo wszystko, co w polu było, z kopyta ruszyło, pracuję po 12 godzin dziennie, a na koncie na razie kasa za pół etatu, nieindeksowana od 10 lat...

Nie, nie żalę się. Stwierdzam fakt. 

A z redakcji coraz częściej chcą przyjeżdżać po wydruki.

I nie wiem, czy tak się za mną stęsknili, czy chcą się wyrwać pod byle pretekstem. W sumie, dlaczego nie, ale...

Nie po to siedzę na home office, żeby mi tu redakcja zjeżdżała, skoro nawet z najbliższymi mam mikry kontakt (Pierworodnych prawie od pół roku nie spotkałam).

Mam mieszane uczucia. 

A celebrytom mówię: do roboty. Żadna praca nie hańbi. 



wtorek, 2 lutego 2021

Luty

 już, Kochany Pamiętniczku, jakoś tak chyłkiem, ukradkiem i znienacka spadła kartka z kalendarza.

No nic.

Lockdown, praca, zakupy, ale najpierw wyglądam przez okno, czy wyjdę, czy wyskrobię coś z zamrażalnika i przeżyję kolejny dzień, absolutnie nie na głodzie, bo dupa coraz bardziej kubańska.

No nic. Pracka leci jak krew z nosa, dostaję do korekty, niby do II oryginały z I wydania świń i jprdl...

Nawet po pijaku nie puściłabym tyle błędów, ale w sumie - mnie to rybka. Już wiem, że nie zgodzę się na moje nazwisko w stopce, chociaż w sumie dla mnie to bez znaczenia - nowej pracy szukała nie będę.

Ale utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że najgorzej trafić do pracy tam, gdzie są ludzie życiowo niespełnieni, przenoszący swoje prywatne niespełnienia, także seksualne, na pracę, dowartościowujący się gnojeniem innych bez daj racji. Było, minęło, nie nakręcam się. Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie, będę pracowała do usranej śmierci albo do zwolnienia, albo do przejścia na emeryturę.
Szkoda, że tak późno naumiałam się nie bać, że pęknie nić.

Na swoje usprawiedliwienie mam, że zawsze dzieci, wykształcić, pomóc...

A teraz to luz i hasta manana, niech one się o mnie martwią.

I tak martwiący się Inżynier wleciał z całą bandą, piaseczku naniósł, a jakże, za co przepraszał na kolanach. Wideowizjer zainstalował


taki mam widok na klatkę, jak nacisnę to na dole. Niezależnie od tego, czy jest światło, czy go nie ma. A jak ktoś zadzwoni do drzwi (w tym wizjerze jest dzwonek), to na obu ajfonikach i na ajpadzie widzę delikwenta, który dzwoni, mogę z nim pogadać, ale tę opcję kazałam wyłączyć, bo nie będę się stresowała, że nie słyszę i nie rozumiem. Widzę, co za łajza stoi i albo wpuszczam, albo nie. Ostatnio ze zwykłego wizjera nie byłam pewna, czy stoi listowy, czy policja, i to, i to granatowe...

A znów był polecony do obiektu niezidentyfikowanego. 

I zgodnie z zaleceniem dzielnicowego: nie muszę otwierać, nawet policji, jak nie chcę.

Zabaweczka ma jeszcze opcję uruchamiania się w razie ruchu, ale kazałam wyłączyć, bo sąsiad ma psa, niepotrzebne mi alarmy, jak poleci z kundlem na sik :) 

Tak więc Inżynier, wpadając z całą Bandą, wideowizjer zainstalował, drukarkę odblokował, ojapierdolę, to był widok, on się tym nie zajmuje,  ale się uparł i tadam, wygrał :) Nie muszę zatem gościć informatyka...

Alienek wleciał z 


nowym gatunkiem hiacynta, prawda, że pięknie kwitnie? 

Taki bonus na Dzień Babci... :)

Udało się Łobuzów spacyfikować, bom dwie gry zanabyła w Arosie, więc strat nie było w inwentarzu.

Ale bez bicia przyznaję, że po chwili pchał się i Alienek, i Kalafiorkówna na wyprzódki na kolana (ja i dwójka Łobuzów na kolanach, ledwo dychałam), na włażenie kotka po drabinie, na drapanie po pleckach, po piętkach, odpędzić się od natrętów nie mogłam...

W takiej chwili serce się nigdy nie myli...

Myślę, że będą pamiętali kotka włażącego po drabinie i to już jest coś, nieprawdaż?

To będzie miłe wspomnienie.

A potem znowu codzienności kurz, pracowe zakrętasy, śmiechy i nie.

Teraz kolej na wykorzystanie Pierworodnego, bo jest specem od e-recept.

Trudno, też musi cegiełkę dołożyć.

Inżynier kazał mi dziś zweryfikować portal podatkowy, ale poległam i o mało nie popełniłam samobójstwa ze stresu. 

Wpadnie, ogarnie, no cóż, ma wadę fabryczną, kocha matkę i dopomina się o uznanie :) 

Zmęczona jestem sytuacją w kraju, syfem i idiotyzmami, wylewającymi się z każdego kąta. Ale chaupa moja, podatek zapłaciłam dziś.

Wciąż pocieszam się, że nawet jeżeli oszczędności trafi szlag, to jest mieszkanie.

A, Inżynier działkę wreszcie sfinalizował, co mnie cieszy, bo pieniądz leci na łeb i na szyję, a ziemia to ziemia.

Landlordem go w pracy tytułują, a ja mówię: my Lord. Do Synowej my Lady :)

Na odchodnym dałam Alienkowi Kinderchocolat, bo mam zakaz jajek niespodzianek ze względu na plastik. 

Wziął, wdzięcznie wzdechł: dziękuję i...

A dla Kalafiorkówny gdzie czekolada?

Hehehehehehehehe :) 

Miałam na szczęście i dla Kalafiorkówny.

Co nie zmienia faktu, że Kalafiorkówna i tak na mnie leci, chociaż zwą ją córeczką mamusi :)

I tylko do fryzjera muszę iść, bo rasowa już ze mnie jędza, strasząca ludzi rozwianym włosiem :)

 

Życie to nie je bajka, ale można się czasem dobrze bawić ;)



czwartek, 28 stycznia 2021

Pojebało

 mnie kompletnie i ze szczętem, Kochany Pamiętniczku.

Boss zaemilkował, że są inserty, a, tylko parę stron, w sumie 60, czyli 120 dla mnie i czy będę kochana? Bo gratyfikacja będzie.

Którą omówimy.

I co zrobiła głupia cipa?

No co...

A drukarka znów się wkręciła, informatyk w Warszawie, pisze, że powie na WhatsApp, co robić... Serio? Ja z moją kubańską dupą, na kolanach pod biurkiem, na WhatApp?

Tego jeszcze w kinie nie grali. Poczekam na Inżyniera w weekend.

Jeszcze mnie aż tak nie pojebało.

A tak cała reszta wolnym walcem, dziś wkurwiona na teksty z maszynek, kapiące jak krew z nosa zlikwidowałam świąteczny wystrój i od razu poczułam się lepiej. Mieli się zamknąć dziś, zamykają, a jakże jutro.

I tak ten lockdown się toczy i toczy. Załapałam się już na podatek od chaupy, co mnie uradowało, bo na nic więcej nie czekałam. O parę złotych wyższy, ale niewiele, więc spoko. 

ZUS też mi już popitolił, kwota dupę urywa, lekko ponad 24 tys. brutto, jprdl. Sam czynsz za mieszkanie to prawie 5 tys. rocznie, jak nie ma dopłat, a gdzie reszta?

No i ten nieszczęsny wyrok antyaborcyjny. 

Cieszę się, że jestem stara.

O Synowych nie myślę, bo gdy próbowałam porozmawiać o antykoncepcji, dowiedziałam się od jednej, że to prywatne, a od drugiej, że w UK stosowała tabletkę po.

No to ja pierdolę, co się będę wtykać. 

 Ja swoją antykoncepcję chwalę, nigdy nie było z tym problemu, mam tyle dzieci, ile chciałam, skrobać się nie skrobałam, zresztą za moich czasów nawet nie było badań prenatalnych (mogę się mylić, ale przez całą ciążę nikt mi nawet USG nie zaproponował, a chodziłam prywatnie, obie ciąże były zagrożone), jedyne co mi wykonano to KTG przy Pierworodnym, bo tabletki na podtrzymanie brałam za długo, ze strachu, że poronię :) Jakby mi pozwolili, do dziś bym brała i w ciąży chodziła ;) 

O wnuczkach myślę, ale z tego, co widzę, mam zerowy wpływ, to co się będę nakręcała? Klafiorkówna, wiadomo, jeszcze nie kwalifikuje się, ale MW, nad wiek rozwinięta, powinna być już zbadana i ogarnięta, nie w sensie antykoncepcji, ale powinna wiedzieć, a jedyne co ma, to wykrzykiwaną po raz setny historię o tej pigułce po. Serio? Nawet mnie to z lekka zniesmacza, bo nie jestem fanką wnikania w pożycie mojego potomstwa, tak jak dzieci zakładają, że ich rodzice nie sekszą. Więc jak dla mnie to informacja zupełnie zbędna. Zrozumiałabym, gdyby któreś z nich zapytało, czy coś polecam, a tak? Na chuja mi ta informacja? I nie, żebym miała coś przeciw tej pigułce. To bardzo dobra opcja w życiu. Bo życie nie polega na maniu kupy dzieci, na zasadzie, że dał Bóg dzieci, da i na dzieci.

Wiedziałam, że dwójkę uciągnę na karku, nawet sama, o dwójce chłopców marzyłam. Marzenia należy spełniać i takoż uczyniłam.

No nic. Mieszkanie zatulipanione, bez migających światełek (tych, które wiszą na wieczność, bo nie opłaca mi się ich ściągać, nie świecą aktualnie) jest inne. Jeszcze tylko czekam na możliwość umycia okien, bo aż szaro, ale też już nie ma comiesięcznej akcji, za bardzo boję się przeziębienia i obecnej służby zdrowia. Od brudnych okien jeszcze nikt nie umarł, co nie?



piątek, 22 stycznia 2021

Zamknęło się

 Kochany Pamiętniczku nad podziw sprawnie i spokojnie, bez nerwów, aż podejrzanie... Ale ćśśśś, będzie dobrze.

Warzywkom napisałam, że jestem do 17, wstępniak dostałam o 17.23.

No wiadomo, kochają mnie wszyscy, ale co tam mój czas.

Skorekciłam, odesłałam, w dupie resztę mam.

Więc jakby nie było, u mnie za chwilę marzec jest. Chociaż jeszcze lutego nie było.

Poszłam wyłączyć pracowe ustrojstwo i na łeb i na szyję zleciał na wszystko filodendron :) No, urósł, sucho w doniczce miał, doniczka lekka, plastikowa, to wziął i spadł, a kto mu zabroni? Biedę kupiłam, z trzema chyba listeczkami, pierwszym strzępiastym jarałam się jak cholera, a teraz wziął i spadł :)

Na pracowy komputerek spadł. No nic, ogarnęłam, przesadziłam, bo właśnie papirus szlag trafił i przy okazji małe przemeblowanko zrobiłam. Nie takie, o jakim marzę, bo do tego chłopa mi trza (niestety, już nie mam siły, jak kiedyś, gdy całe regały sama przenosiłam, a lądowanie na wózeczku czy na wyciągu to średnia przyjemność, Inżynier zaś orzekł, że do mojej fantazji potrzebuje swojego brata, a to już operacja logistyczna na szczeblu międzynarodowym, więc...). Filodendron w nogach mojego łoża wylądował, w stojaczku po papirusie, zobaczymy, czy będzie mu tam równie dobrze, jak na półce w małym pokoju, czy padnie, jak fikus. 

Dracena poszła w kąt, nie zawadza już przy wejściu, a co dalej, zobaczymy. Wiem, że badyle nie lubią rewolucji, ale mieszkanie jest, jakie jest, a dać dalej sierot nie mam komu. Wprawdzie Synowa No1 chwali sobie badyle, które jej dałam i które u niej fajnie rosną, ale... Wciąż widzę MW nawet nie składającą mi życzenia, ale siedzącą w rozbebeszonym wyrze (moje nawet rano po upojnej nocy nie jest tak rozbebeszone), ze słuchawkami na uszach, niesłyszącą, co do niej mówię.

Nie, to nie jest miejsce dla moich badylków :)

Teraz spać, bo jutro muszę jednak zakupy zrobić, choć jak nie zrobię, dziury w moście nie będzie, przeżyję. 

Ale sumienie mówi mi: wyjdź, bo za niedługo w drzwiach ci się ta kubańska dupa nie zmieści, nawet bokiem...

Nic już nie jest proste, wszystko zakręcone jak świński ogonek. 

A z serii nawracania SJ na prawidłową drogę życia dostałam od dwóch osób świętojebliwe wierszyki, jak to babcię poniewierają, bo chodzi do kościoła i... 

Jeden od koleżanki ze studiów, drugi od dziewczyny (no dziś to już babus), która mnie pamięta, bo byłam córką nauczycielki, a którą ja ledwo kojarzę (kojarzę jej dom i rodziców), bo sporo młodsza była ode mnie.

Że babcia nie umie w internety, tylko się modli i modli, od moherowych (aaaaa, mocherowych było, serce mi pękło) babciów ją wyzywają i dopiero jak kitę odwali, to wnuczki, natchnione jej posłannictwem i modlitwą z nieba ockną się i przejrzą na oczy, wracając na drogę cnoty.

OJACIEPIERDOLĘ :) 

Nie sądzę, żeby moja wiara miała wpływ na życie moich wnuków. Pierworodni ślą (mają zamiar posłać) MW do I komunii, bo mają w tym interes. Kościelny wzięli i dzieci ochrzcili, bo tak w O. wypada. Inżynierostwo poganami są, na kocią łapę, bo co to cywilna impreza jest (sama brałam kościelny po 6 latach od cywilnego, dlatego że Eksowi się odmieniło, nie ukrywam, chciałam być zajebistą panną młodą, a tak naprawdę nigdy nią nie byłam i nigdy się tak nie czułam, ale cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem), dzieci ma niechrzczone, pewno dlatego takie Łobuzy...

Moi chłopcy byli przez lata głęboko związani z Kościołem. 

Nie wiem, co w nich trzasło, na moje pytania o molestowanie wybuchali śmiechem, że nie, nic z tych rzeczy.

Byli nie tylko ministrantami, ale i lektorami.

Ja w życiu miałam szczęście. Chodziłam do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne i to był wspaniały rozdział mojego życia.

Siostra z tego zakonu ratowała mi życie zastrzykami, na wsi zabitej deskami, gdzie  nie było lekarza, był tylko felczer.

Mój wikary z dzieciństwa, przyjmujący mnie do I komunii, uratował mnie, gdy nie mogłam pochować brata, który popełnił samobójstwo, nie pytał o nic, nie wiem, czy wiedział o tym, że to samobójca. Poręczył. Pochowałam brata. 

Eda, w którym kochałam się jako nastolatka, a który po śmierci mamy przywrócił mnie do życia, nie wywalając, jak proboszcz z konfesjonału, po moim uczciwym wyznaniu: gdyby Bóg był, zabrałby tatę, a nie mamę... A potem dożywiał mnie na studiach, pisał listy, chociaż kłócił się ze mną o zasadę: dla dekalogów mieć pogardę, nie odtrącił, gdy dowiedział się, że wyszłam za mąż cywilnie, a po latach okazało się, że wylądował na parafii blisko wioski i wciąż mówił o mnie, jako o wspaniałej bibliotekarce, co wyszło przypadkiem, gdy pracowałam już w Traumedii... Jego parafianka, mój pracowy wróg mi o tym powiedziała...

Chyba każde ludzkie życie jest kanwą na telenowelę.

Tylko nie wiadomo, co jest po przekroczeniu granicy.

Nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?