środa, 24 marca 2021

Na razie

 (odpukać), święty spokój, Kochany Pamiętniczku.

Jprdl.

Wsiąkłam w 



taką koreańską Dynastię. Tak nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i tak nieprawdopodobne sytuacje, biorąc pod uwagę to, co znam z neta o komunistycznej Korei, że oglądam film rechocąc z radości. Odcinki długie, bo godzinne, ale... Jak taka nędza w Korei, że korę z drzew jedzą, ale rękawice gumowe do prania mają? I czarny rynek kwitnie, jak za PRL - tu bym się nie kłóciła. Ale Se-ri podczas pobytu (nielegalnego) na Północy (wciąż mam kłopoty z odróżnieniem, która Korea jest OK, a która nie) ma idealne paznokcie z idealnym lakierem, takie, jakich ja nigdy w życiu nie miałam? Serio?

Wzruszający jest pobyt tych z Północy na Południu, są jak pijane dzieci we mgle... :)

Bardzo mnie odpręża ten film, cichy, spokojny wbrew pozorom, romans jak za dawnych lat... Główni bohaterowie są ze sobą na pan-pani przez 6 odcinków bodajże, mimo że mieszkają w jednej chacie, chociaż ze sobą nie sypiają, ale coś tak pikuje :)
Polecam, jak ktoś chce zapomnieć o szarym życiu za drzwiami.

Dziś w Biedronce stałam w kolejce za młodym gościem. Może miał ADHD, nic nie wykładał na taśmę, ale latał tam i z powrotem jak kot bez pęcherza. No OK. Ale maseczki na tym mordzie nie miał, na brodzie ją miał.
Tak, wiem, wg niektórych maseczka nic nie daje.

Ano. Ale chociażby pozory bezpieczeństwa zapewnia.

Nie zapisuję się na szczepienia, choć mogę, bo jest syf i malaria.

Ale...

Dziś są urodziny Alienka. Czwarte. Miał być bal na sto par w sobotę, ale nie będzie. I dobrze, choć serce pęka mi na strzępy z wielkim hukiem. Miała być cała rodzina od dziadka i cała od babci, w sumie 10 osób. Odwołali, bo Alienek ma kwarantannę przedszkolną, bo pani miała koronę, Kalafiorkówna i Jubilat są pociągający, Alienkowi przepadły wizyty u specjalistów przez tę kwarantannę.

Rozumiem. Nie protestuję. Choć momentami czuję się tak samotna, że emilkowo gadam z ludźmi z pracy, w życiu bym tak nie rozmawiała.

Dałam kasę, Synowa wynalazła Alienkowe marzenia i kupiła, wleźliśmy dziś na Skype, fotki dostałam, Alienek zachwycony - niech tak zostanie.

Wstępnie zobaczymy się w II święto u nich, z dowozem. 

Nie będę szat darła, jak nie.

Sama zaczynam się obawiać i na łeb dostawać, emilki od zarządu, że kto może, niech na dupie siedzi i pracuje.

Ja mogę, dzięki Bossowi, który po odwołaniu wszystkich do biurowca, kazał mi siedzieć na dupie. W zaleceniach zarządu tym razem jest, żeby nie jeździć komunikacją miejską.

Podsumowując - jestem dzieckiem szczęścia, co nie (odpukać, niech los tego nie słyszy).

Ale też płacę za to izolacją, która mimo mojego introwertyzmu czasem mnie przerasta.

No nic.

Jak pięknie pachnie smrodem... Lecąc dziś na zakupy, wlazłam do nowo otwartego - w tych czasach - sklepu z... bo ja wiem? Fanaberiami? Wiedziałam, że ceny będą z dupy i są. Ale... Kocham paczulę miłością wielką jak cały świat. Dostałam pierwsze takie perfumy do szwagierki, której zapach nie podchodził ( z Reichu, ojapierdolę), w formie maści.  Eks nie cierpiał zapachu, wywalał mnie z malucha, jak się tym wyperfumiłam, a Inżynier narzekał, że mama znowu pachnie smrodem...

No i dziś pytam o olejek paczulowy, ale nie było. A perfumy? Są, z bergamotką. Przez maskę nic nie czułam, ale pani pozwoliła powąchać bez.

Więc mam i ja...


Tak znienacka sobie tylko nadgarstek potarłam wieczorem i będę musiała mieszkanie wietrzyć.

Jak pięknie pachnie smrodem, aż głowa boli :) Malutkie pudełeczko, całe 52 złote. A co tam...

Ciasto na święta zamówiłam, nie będę nic piekła, w dupie to mam.

Gotowała też nie będę, jajka kupię, a tak to normalny dzień i już.

Wzięłam się w garść i posadziłam wreszcie wszystkie bratki, z lekka ogarniając bajzel na balkonie...



Na parapecie brudno, ale będę myła to okno jutro albo pojutrze, już jest na tyle ciepło, żeby okno myć...

Cieszę się każdym dniem, darowanym od życia. Bo warto.

Nawet jak człowiek nie jest już seksownie rudy i nie ma figury w sam raz, ma diabła za skórą i nie chodzi do święconki.

Obecna sytuacja uświadomiła mi, ile bakterii jest w wodzie święconej.

Ale co tam...

Żałować czegoś, co się stało, to cecha życiowych partaczy... Mój pamiętnik prawdę rzecze... :) 

Więc...


13 komentarzy:

  1. Nasze dzieci tez obchodzily urodziny w sposob gowniany, rodzina bywala na raty, jedni wyszli, inni przyszli, a chalupa dezynfekowana. Rowiesnikow nie bylo. Nasz przyjaciel urzadzil corce maly bal na 10 osob i teraz tlumaczy sie przed urzedami, pewnie bedzie musial wybulic grzywne.
    Nie wiem, jak pachnie/smierdzi paczula, ale wiem, ze uzywal jej bodaj Kaligula, wiec to chyba troche afrodyzjak.
    U nas jeszcze sklepy pozamykane, na balkonie stoja dalej galezie iglakow w wazonie, w tym roku nie bedzie bratkow na wiosne. Oby na lato otworzyli, zebym mogla kupic pelargonie.
    Oraz w zyciu nie bylam swiecic pokarmow, jak rowniez w zyciu nie przyjelam ksiedza po koledzie, u rodzicow tez nie bylo takich zwyczajow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mały bal. Ludzie...

      Usuń
    2. Każdy ma swoją historię, Anno Mario :) Kościół w moim i moich dzieci życiu znaczył dużo, do pewnego momentu. Drążyłam temat i nadal nic nie wiem, aczkolwiek pytałam wprost. To tematy long story :) I nie, molestowania nie było, miałam w życiu księży, którzy są znaczący, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nic nie jest proste. Dziś jestem po drugiej stronie barykady, chociaż w sumie - nic się nie stało (dla mnie osobiście, prywatnie), ale dużo się stało ogólnie. A nad wodą święconą jako siedliskiem bakterii i wirusów zastanawiałam się już w latach 70., będąc żarliwą (w miarę) katoliczką :) Ale to znów long story ;)

      Usuń
  2. Też kocham paczulę, ostatnio nabyłam flakon Nouveau Genre Yves Rocher, ładne i w ludzkiej cenie. Tyle naszego, co sobie popachniemy. Oby dotrwać do lepszych czasów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano. Z nadzieją, że dotrwamy... Ale z Yves Rocher za tę kasę się nie skuszę, to nie jest aż tak ludzka cena (z punktu widzenia mojego portfela)... Oszczędzę, dołożę parę setek i wreszcie kupię Chanel 5 :) O ile uda mi się dożyć, nie, żebym kasy na to nie miała, ale jestem rasową poznanianką :) Pachnienie smrodem ma też swoje granice (cenowe) :) Cieszę się, Anito, że mam współtowarzyszkę w pachnieniu ;)

      Usuń
    2. Mnie też miło, bo miłośników paczuli nie jest zbyt dużo. W Yves Rocher korzystam z promocji, a za pół ceny było warto. Pracę mi zamknęli, to ogarniam promocje, zawsze jakiś pożytek z tej, nie ukrywajmy, parszywej sytuacji. Chanel 5 też bardzo lubię. Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Witam.Zawsze czytam z ogromną przyjemnością, choć rzadko piszę komentarz. Tym razem chcę skierować parę słów do Pantery. U niej na blogu nie mogę komentować, a już od dawna chcę jej powiedzieć, że Toya ma brata w osobie mojego Freda. Mój pies jako szczeniak został porzucony na obrzeżach Łodzi i myśmy go przygarneli. Jest już u nas dziesięć lat i jest świetnym psem. Mimo groźnego wyglądu jest łagodny. Wygląda jak bliźniak jefnojajowy Toyki.Co ciekawe, podobnie jak ona marszczy czoło i uwielbia głaskanie Niestety nie lubi kotów, choć z innymi psami domowymi (sztuk 2) świetnie się dogaduje. Pozdrawiam i przepraszam za ten wpis, z którym wtargnelam trochę na tzw. "krzywy ryj" Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boszszsz... co za zbiegi okolicznosci. Wprawdzie Toya jest ze Strzelina, my jestesmy z urodzenia lodzianami. Joasiu, zarejestruj sie na bloggerze, nie musisz miec bloga, wtedy bedziesz mogla komentowac, mam wylaczone anonimy, bo za duzo pomyj na mnie wylewano. Jakbys mogla przyslac mi zdjecia Freda (blondpantera@gmx.de) zrobie post o blizniaku. Sciskam.

      Usuń
    2. Cieszę się, że się dogadałyście. Aczkolwiek miło byłoby usłyszeć jedno słowo... Albowiem popychałam zjednoczenie narodów... No nic :) Nie można mieć wszystkiego :P

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. Nic sie nie dzieje, dalej czekam na odpowiedz, chyba Joanna jeszcze nie przeczytala mojego komentarza :( Jakos narody nie mogo sie zjednoczyc :)))

      Usuń
  4. Lubię paczulę:) Ktoś to określił, jako zapach starej skrzyni, coś w tym jest.Kupowałam w tych indyjskich sklepach,np na deptaku przy rogu Ogrodowej.Moja wnuczka szczęśliwa, że po covidzie pójdzie do przedszkola od poniedziałku, a tu sruuuuuu. Poszła dzisiaj, chociaż na jeden dzień przed zamknięciem. Młodzi chyba jeszcze trudniej znoszą tę izolację niż my. Ale to już chyba nie jest normalne, że śni mi się, że idę ulicą bez maseczki i budzę się przerażona:) Święconka... żeby ksiądz rozpylił wirusy na swe owieczki? dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu,idealnie zdefiniowane to, co pachnie smrodem i za co mąż (znaczy się Eks) z hukiem wyrzucał mnie z malucha, twierdząc, że w oparach tego nie jest w stanie prowadzić. Sklepu na deptaku już chyba nie ma, nie byłam tam od wieków. W tych koszmarach towarzyszę Tobie. Ostatni raz szłam do święconki chyba jakieś 5 lat temu,i aczkolwiek co do kropielnicy miałam wątpliwości od lat, to nie pomyślałam, że ta kropla wody, padająca na mnie (i być może na koszyczek) może mieć takie konsekwencje.
      A potem poszłam swoją szosą i rabanka z masła robię, bo widzę wtedy tych, których już ze mną nie ma i nie będzie. Być może nigdy.
      Amen.
      C'est la vie :)

      Usuń