sobota, 30 października 2021

Kolejny

 cudny dzień, Kochany Pamiętniczku. 



Koleżanka, lecąc na zlot nie wyrobiła się na zakręcie. A mówiłam: nie pij tyle.


Resume dnia


aż sama byłam w szoku. 

A tyle dlatego, że czajnik przestał się wyłączać, a nie mam ochoty się sfajczyć, nie miałam też ochoty na jazdę do marketu. W Galerii jak na złość nie było nic, za to w Lidlu dyskotekę kupiłam




Nie podoba mi się, wkurza mnie, ale to są dwa dni bez handlu, a i tak musiałabym jechać do miasta, czego nie chcę. Jak wstawię wodę w garnku na gaz (zwykłego czajnika już dawno nie mam, po spaleniu kolejnego - nie słyszę gwizdka, a kwitnięcie w kuchni mnie nie kręci), to nie daj cuś znów sfajczę garnek, a  i trudno z niego wodę nalewać.

Tak więc mam dyskotekę i już problem, jak Łobuzy zlądują.


 W instrukcji wyraźnie zaznaczono, że dzieci nie mogą bawić się z produktem. Żeby nie mogły bawić się produktem, to potrafię zrozumieć, bo nawet ja mam przed nim respekt, ale zakaz bawienia się z nim to już jawna dyskryminacja. A, teraz uświadomiłam sobie, że czajnik jest gejowski, bo ma kolorki tęczowe... ;)


piątek, 29 października 2021

Jakie

 przyjemne jest ogarnianie chaupki, kiedy nie trzeba patrzeć na emilka i nie trzeba się niczym stresować. 

Zatem ogarnęłam, wykąpałam się, serialik zaliczyłam, gdy do drzwi zapukał dawno niewidziany My Shadow


i poszliśmy na kijki.

A dzień był cudny jak rzadko kiedy, letni, rozbarwiony kolorami jesieni. Taka jesień mogłaby być cały rok, to nawet bratki bym odżałowała. No, może nie, a jednak...





















Iść, ciągle iść w stronę słońca, ze słuchawkami w uszach i nie martwić się niczym, nawet obiadem, bo kurak upieczony w domu czekał.

Odgrzałam z warzywami, dołożyłam warzywa z rosołu, żeby ich nie marnować, ominęłam pyry i...

Żyć, nie umierać.

Żeby jeszcze nie było takiego syfu w kraju.

Jebać PiS i Konfederację, bo po równo mają we łbach nasrane, złodzieje.

Cała masa moich znajomych to LGBT i jeszcze nigdy żaden z nich mnie nie skrzywdził. Za to wspaniali, bogobojni katolicy, narodowcy i hetero i owszem, w moim życiu nieźle nabałaganili.

Jak nędzne życie musi mieć Kaja Godek, skoro miesza się w życie innych ludzi, zaglądając im do łóżka i skazując na niebyt, bo mają czelność nie być hetero.

Kurwa.

A czasami odnoszę wrażenie, że ta cała nagonka jest po to, by odwrócić uwagę od kolejnych wałków.

Jebać PiS i Konfederację.

I zanim ktokolwiek rzuci we mnie kamieniem, niech zastanowi się, co zrobi, gdy okaże się, że jego ukochane dziecko jest LGBT, a może wnuk wyrośnie na geja?

Że mają swoją kulturę? I OK. Że się przebierają (drag queen)? No i? Ja też łażę w spodniach, cycków nie mam, bo jak je dawali, stałam w kolejce po rozum. Osobiście podziwiam drag queen, bo mnie byłoby szkoda życia na malowanie się i wyglądanie tak wystrzałowo, a już łażenie w szpilkach jest dla mnie karą za grzechy niepopełnione. Jestem szarą myszą, taki jest mój wybór i jest mi z tym dobrze. 

I nie znam z tej społeczności żadnej drag, nad czym po cichu boleję. Zaś moi przyjaciele, umawiając się ze mną, krygują się, że będą w szpileczkach i róziowym boa, po czym spotykam się z przystojniakami, za którymi oglądają się laski. 

Tak działają stereotypy.

Więc niech wszyscy ci świętojebliwi odpierdolą się od ludzi, którzy chcą żyć po swojemu, nikomu krzywdy tym nie robiąc. Nawet gdyby mój szef przyszedł do pracy w sukience i szpilkach, nie zmieniłoby to nic w tym, że jest jaki jest. No i przynajmniej ja nie zazdrościłabym mu kiecki, bo wolę dżinsy.

W Marsz Równości weszłabym bez wahania, bo co mi zrobią? Tęczową flagą połaskoczą czy do tańca zaproszą?

Za to marsz ONR omijałabym, idąc pieszo wokół miasta, chociaż miałabym paść z wycieńczenia. Schodzę z drogi chuliganom i hołocie. Boję się ich i nienawidzę. Nie jestem bohaterką.

Inflacja już 7%.

Ale i tak warto żyć.

Na złość.


czwartek, 28 października 2021

Pecha

 mam w tym roku jakiegoś z tymi Umarlakami, Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj zakwitłam na przystanku na całe 40 minut, autobus wypadł z kursu, a później musiałabym po cmentarzu kiblować dwie godziny w M., zanim cokolwiek by jechało do wioski. Wróciłam do domu zmarznięta na kość i trzęsłam się jak osinowy listek. Dwie polopirynki i kocek załatwiły sprawę, a Inżynier fochnął się, że chciał jechać i że pojedziemy jutro. A ja po prostu nie chciałam mu zabierać urlopu...

Na szczęście z przemarznięcia nic się nie wykluło, a środa piękna była jak marzenie.

Inżynier odstawiwszy ciupasem Łobuzów, zaszantażowanych tak, że pokazówkę na drodze do przedszkola odstawili, nie wyrywając sobie włosów z głowy ani nie wydrapując ślepków, co zostało zapisane czarną kredą w kominie


 wzudziło sensację na dzielni i odnotowane zostało w rodzinnych annałach i na blogasku...

... wleciał do matki, no i pytanie za 50 zł polskich: gdzie się, tradycyjnie, jak każde moje dziecko udał?

A SJ akurat gryzoń zdechł, aczkolwiek dwa miała podłączone, a na stanie całe stado.Poprzedniego dnia oswajałam Ajpadzika i tak mi zeszło, Ajpadzik nie potrzebuje gryzonia, aczkolwiek mam do niego klawiatury osobne i tak czasem już mi się kićka, co dotykowe, co bezprzewodowe, a co na kablu i takie tam :)

iTouch działał przy ustawianiu, później odmówił współpracy, a ja biedna dziś doczytałam się, że teraz wymieniając dowód jak nie oddam odcisków, to będę miała dowód tymczasowy ważny rok. Nosz, kurwa, wesoło. Ale na razie mam ważny do 2025, a swoje lata już mam. I tej wersji się trzymajmy ;) 

Droga do M. przecudna była, w żółtych płomieniach liści... Inżynier kazał mi gadać i nie zwracać uwagi na nawigację, więc nawijałam i w samej M., gdzie wszystko jest jednokierunkowe dwa razy objechaliśmy rynek, zanim dojechaliśmy do cmentarza. Na grobie już ktoś był, bo wywalił starszy z moich stroików, ale ten z rocznicy śmierci miał się całkiem całkiem, ktoś dołożył dąbki. Po krótkiej naradzie też dołożyliśmy dąbki, zakładając, że już nie będę sama latała do śmietnika z umarniętymi badylkami, a plastiku jest od cholery wszędzie i tym pięknym sposobem, obmyty przez Inżyniera grób wygląda całkiem całkiem, a zbędne znicze wylądowały w zniczodzielni - genialny pomysł. Ja od lat nie kupuję zniczy, tylko wkłady i wkurza mnie w K., jak każdy pamiętający dokłada nowy znicz, zamiast wstawić wkład do starego. No nic. Ponoć są już znicze solarne i rozglądnę się za takim.

Zatem M.

odfajkowana, wszyscy moi Umarlacy tak. I nie, nie będę latała na grób reszty rodziny Eksa, nie moja bajka, że chowają się po wszystkich nekropoliach wiochy i okolicy, bo po kosztach. 

Śpią na kasie. Nieważne.

A że miałam Inżyniera pod ręką, a w M. jest Komputronik, to jęczącego na jednokierunkowe zawlekłam tam, spacerkiem spod cmentarza byłoby równie szybko, jak jeżdżenie po uliczkach, no i zdrowiej, ale gadaj z facetem (a lato było piękne tego dnia) i wybrał mi gryzonia, bo on takiego ma.

Tyle że nie powiedział mi, że gryzoń jebie ledem, czego nie cierpię, no ale trudno. 


Działa OK, ale jebie. 

Inżynier musiał jeszcze zorganizować majteczki dla Kalafiorkówny, która już odpieluchowana, na noc jeszcze dostaje pampersa, zatem zabrał mnie do Galerii (prawie 700 kroków w plecy), ale tam już zrobiłam zakupy sama i uświadomiwszy sobie, że chleba nie mam, z rozpędu poszłam do Faworu, a jesień była piękna tego dnia, dobrze, że miałam tylko lekką bluzę, słoneczko grzało, a ludziska w tych pikowanych kurtkach, szalach i czapeczkach zapierdalali, a ja szłam w stronę słońca.

I do rzeźnika wlazłam, a tam czyhał na mnie

Czytałam o tym, ale nie jadłam. Pani mówiła, że ludzie chwalą i kupują, ale ona nie jadła. Zatem kupiłam i jeszcze Manhattan niezamknięty obleciałam i tym sposobem mam z głowy wszystko do Zaduszek.



Kurczak z czosnkiem w dupie i innymi cudami się pięknie upiekł, rosołek jak wystygnie, wyląduje w lodówce, spokojnie tydzień tam wytrwa, zupki się wymyśli.

Rodzina się rozjechała, Pierworodny z ekipą jedzie do O., bo teściowa znów się sypie (hahahaha, jprdl, no dobra, ja się trzymam i nie sypię, ale czasem miło byłoby, gdyby zauważyli, że też istnieję, na święta kolejny raz jadą tam, co w sumie - żeby nie być hipokrytką - mnie urządza, bo ani mi się śni skakać wokół wszystkich w święta, aczkolwiek raz koło mnie mógłby ktoś skoczyć, co nie?). 

Inżynierostwo zaś ma odpuszczone, albowiem Inżynier ogarnął naszą część familii, nie ma JESZCZE opcji ogarniania w towarzystwie Łobuzów, nie stać nas na odszkodowanie za zniszczone nagrobki. Inżynierowej mama nie żyje, a resztę familii mają w Sz., zbierają się tam rodzinnie i ja to szanuję. 

Tak więc jutro dzień gospodarczy, a potem odpoczywanie, aczkolwiek mimo urlopu już mam warzywka...

Taki life :) 

A mury rosną, co mnie cieszy, chociaż w związku z tym, że firma rozrywana jest na strzępy, dalszy etap będzie w styczniu...


Z jednej strony wkurzył mnie trochę, że szkoda, że nie chciałam się z nimi budować, z drugiej trochę mi się pożałowało, ale oj tam, oj tam, widać tak miało być.

Perspektywa uprawiania ogródka nie jest już dla mnie nęcąca, ledwo daję radę z loggią...

No, może pora zacząć myśleć o odchudzaniu, ale wszak zapasy gromadzę na gorsze czasy, co nie? A jak trzeba będzie, to dojadę, zasadzę, wpadnę opielić, a oni będą podlewali :)

Będę miała motywację do wyjścia z chaupki...



wtorek, 26 października 2021

Masakra

 Kochany Pamiętniczku.

Nie mam normalnego życia, nie ma opcji.

Spakowana jak na III wojnę światową, a tylko na dwa dni, bo to i baterie do aparatów, i pierdyliard bryli, pasta siaka, pasta nijaka, a i do mycia grobów Umarlakom jak zawsze - grabki, łopatki, inne zabawki, szczotka, śmietniczka, zapałki, rękawice, dobrze, że badyli nie kupiłam, bo choć wydawało się, że samochód jest wielki, po załadowaniu


nie mieściło się tam już nic, żeby wieńca nie zmiażdżyć. A piękny był, oczy rwał...

Inżynier wleciał z obłędem w oczach, bo dostał po drodze wiadomość, że krawata nie zabrał, na szczęście w pierdalniku SJ cudnej urody krawat wisiał, co ważne - zawiązany. Ani SJ ani dzieci jej wiązać krawatów nie umieją, za to chłopcy znaleźli sobie żony wiążące, a i byłe dziewczyny też wiążą. Eks wiązał jak mistrz, ale nie nauczył. A ja umiem tylko węzeł harcerski.

Inżynier rzucił SJ Ajpadzika, ale to musiało poczekać do powrotu do domu.

Jechaliśmy sobie zadowoleni, korek był w stronę Poznania, a my jak sarenki w promieniach porannego słoneczka jechaliśmy, gawędząc mile jak zawsze, a tematów nam nigdy nie brakuje.

Inżynier był tak podekscytowany, że nawet śniadania nie zjadł, a na moje: mówiłam, że zrobię kanapki obśmiał się, że sobie coś kupi. 

Minęliśmy szczęśliwie zakręt w Jarocinie, gdzie nam onegdaj samochód dupnął (i tak, może w złą godzinę tam pomyślałam: uff), a 50 metrów dalej za zakrętem Inżynier, który dziobem przestał kłapać, bo zjazd był i rondo i musiał uważać i nawigacji słuchać, rzucił nagle soczystą kurwą, a na wyświetlaczu coś po angliczańsku wyskoczyło.

Silnik znów stracił moc. Zrestartowany ruszył i niby nic się nie działo, ale okazało się, że uczciwy był gość naprawiający ostatnio samochód, który rzeczony padający element wymienił, ale ostrzegał Inżyniera, że ni cholerę nie wie, co go uszkadza, a wymieniając wszystko nabijałby mu rachunek do 10 jak nie więcej tysięcy. Ostrzegał, że element pojeździ, albo padnie. No i pojeździł, we Wrocławiu byli, przegląd techniczny przeszło, aż tu dup...

I tak kombinowaliśmy, czy jechać na pogrzeb, czy tylko wlecieć na groby do K. Ja, wyśmiewana zawsze za to, że jak coś nie wychodzi to ma nie wyjść, byłam za powrotem, bo holowanie (i nie daj blog po nocy, bo wracać mieliśmy nocą, samochodu z Podkarpacia to raczej nie zabawa na nasze portfele), Inżynier sprawdził, że jego AC tego nie obejmuje.

Znając jego upór, wiedziałam, że się łamie, że pojedzie, ale przed samym K. kontrolka znów jebła. Stwierdziliśmy, że jednak nie będziemy ryzykować. Dojechaliśmy do cmentarza, Inżynier zadzwonił do Cioci i wyszło szydło z worka: ona mówiła mu od razu, że ma tak daleko nie jechać. No ale chciał dobrze, teraz okazało się, że z rodziny chyba nikt nie przyjedzie, bo im za daleko (a mają w chuj aut i wszyscy mają prawo jazdy, więc mogli spokojnie jechać, jprdl). Szwagierka wyżaliła się na męskim ramieniu Inżyniera, kazała mu wybić sobie z głowy dalszą jazdę, powiedziała, że przyjedziemy w lepszych okolicznościach przyrody, zapalimy Jasiowi świeczkę i też będzie OK. Pokazaliśmy jej fotkę wieńca, żeby nie było, że sobie jaja robimy...

Myślę (tak, jakbym powiedziała to dziecku, dałoby mi w łeb, rechocąc), że Jasiu jednak nad nami czuwał, że mogło coś być nie tak.

Ogarnęliśmy naszych Umarlaków

w czym dzielnie pomagał nam jebany sierściuch pchlarz


kręcący się jak gówno w przeręblu i miziający mnie tak między nogami, że prawie na seks nabrałam ochoty, a Inżynier szalał z radości, że kotełek jest... Tak jakoś nam było w tym Umarlakowie nieźle. Rasowe zboczuchy z nas, zabawa z kotełkiem na grobach.

Groby ogarnięte, kwiaty, mimo że stały dwa miesiące były wypłowiałe i brzydkie, więc wywaliłam, choć myślałam, że nie będę musiała. I nie, nie chodzi o kasę, ale o ekologię, bo fakt faktem, że to nieekologicznie wciąż nowy plastik na cmentarze pchać. No ale trudno, gdybym była na miejscu, kupiłabym żywe, ale tak żywe zdechną i nie ma ich kto wywalić.

Z wieńca zdjęliśmy szarfy (mówiłam zrozpaczona Inżynierowi, że co my z nim zrobimy, to jednak kilka stów na śmietnik, że może na jakiś świeży grób podrzucimy, a Inżynier: ta, a rodzina będzie kochanki Basi szukać..., ale olśniło mnie nagle) i położyliśmy wieniec pod pomnikiem, jeszcze nieumytym i niesprzątniętym, poświęconym ofiarom II wojny światowej z K. Jest na nim lista obozów, w tym Mauthausen, więc wieniec jest jak znalazł dla wujka Mietka. 


Prawda, że ładny, o ile można tak powiedzieć o wieńcu... I kolorystycznie pasuje, rocznicowo, kwiaciarka mówiła, że takie wieńce leżą spokojnie 2 tygodnie, więc dotrwają do Wszystkich Świętych.

A my ruszyliśmy w drogę powrotną, na stacji benzynowej (Orlen!), ale w restauracji prywatnej zjedliśmy śniadanie (też się skusiłam)


omlet był przepyszny, za jedyne 15 zł polskich

i gawędząc miło i spokojnie, wywlekając na światło dzienne trupy ze szafy, bo jednak o wielu rzeczach Inżynier nie wiedział, dostał też wolną rękę co do dalszych losów grobów w K., jak ja już odejdę do lepszego świata, bo jednak teraz opłacę je jeszcze, na razie nie ma na nich karteczki, a wokół na grobach mnóstwo kartek jest, bo nie ma miejsca na cmentarzu w K.

I co do mnie też dostał wolną rękę, chce mnie wyćpnąć na Nowinie, bo tam jest rodzina Inżynierowej, żeby nie latać między pierdyliardem grobów, ale to raczej mało prawdopodobne, bo to cmentarz zabytkowy i tam nie ma opcji. Powiedział, że mnie w ogródku rozsypie, na co odrzekłam, że jak mu się uda uniknąć kary, niech sypie. Że cenię to, co daje mi teraz, że jestem dzięki maniu takich dzieci i wnuków spełniona i szczęśliwa i będę miała dokładnie wyjebane na to, gdzie mnie sypnie. Bo wiem, że nasze życie jest fajne i że będzie mnie pamiętał.

No cóż miałam więcej rzec, skoro taka jest naga prawda? Nie wiem, czy TAM coś jest, jak jest, nawet jak będzie OK, będę za TYM tęskniła, a jak nie ma, to i tak jestem szczęśliwa i to się tylko liczy.

Takie tam pierdolenie o Szopenie, ale co ja za to mogę, że tak jest. 

Wróciliśmy do Koziołkowa. Dostał łapówkę dla Łobuzów, zęby na Halloween dla Łobuzów.

A mnie resztę dnia zajęła nowa zabawka, w sumie zadowoliłam się kanapką zamiast obiadu, choć rosołek miałam w lodówce, no wciągnęło mnie i... pękłam z dumy, bo sama ogarnęłam Ajpadzika, choć nie widział automatu i musiałam ręcznie konfigurować. Ale ogarnęłam sama, bez pomocy Magistra Inżyniera Certyfikowanego przez Apple'a i nawet udało mi się zgwałcić słuchawki, że się wgrały :) Niby prawie te same wymiary, co stary ma, ale obraz jest większy, no i chodzą Simpsonowie, których mam już na 460 którymś poziomie, a którzy na starym już nie ruszali.

I tak zgadza się, jestem starą wariatką.

Udała się  wizyta Alienka u lekarza - Tomatis daje świetne efekty, co nie zmienia faktu, że dostali papierek konieczny do tego, żeby móc korzystać z opieki logopedycznej i innych bajek na NFZ, a nie płacąc z własnej kieszeni. W końcu i babcia, która prawie nie korzysta z tego płaci wyjebane w Kosmos składki, a będzie dzięki Polskiemu Ładowi płacić jeszcze większe...

Tomatisowa kuracja, zalecana do powtarzania co roku w przypadku Alienka to obecnie 3 tysiące za serię.

Oczywiście, jak będzie trzeba, nie kupię nowszego modelu Ajcośtam, ale...

Dlaczego mam dokładać do tych złodziei, kradnących już na chama?

Tematy sprawiedliwości społecznej też poruszyliśmy i miło mi, że moje dziecko zaczyna z lekka lewicować.

Nie jestem zwolenniczką władzy ludu, ale zawsze zbaczałam na lewo, uważając, że skoro lud pracujący jest rzeczywiście pracujący, płaci jednocześnie składki pod wszystkimi możliwymi hasłami: na fundusz ubezpieczeń, na emerytury, renty, zdrowie, do budżetu państwa to w imię UCZCIWOŚCI powinien mieć: edukację, opiekę zdrowotną, mieszkania i podstawowe usługi cywilizacyjne na wyciągnięcie ręki.

Ja, za niechlubnej komuny miałam.

Moja mama też wyszła na ludzi dzięki tak opluwanym rządom Polski Ludowej.

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, albowiem tak jak niektóre dziewczyny pisały (a i ja miałam takie odczucie, nie ukrywam) - śmierć szwagra miała drugie dno.

Darowane dla mnie godziny z moim coraz mądrzejszym dzieckiem.

A jutro pojadę sobie sama do M., choć się skręcał, że pojedzie ze mną. Ma urlop. A jego rodzina też go potrzebuje. Dostałam swoją działkę, nie czuję się źle, ogarnę tamta opcję sama, jak mnie zabraknie będzie się ze wszystkim szarpał sam.

Osobiście też mam w dupie ten całokształt, ale jakoś lżej było odchodzić w K., po rozmowie z Umarlakami jak czekista z czekistą, bo modlić się już od dawna nie modlę...
Z nadzieją, że jednak COŚ jest i TAM też będę mogła pisać...

Cytując klasyka: nadzieja jest matką głupich, błogo mi, żem sierotą :)




niedziela, 24 października 2021

Nie czytano

 ze zrozumieniem, Kochany Pamiętniczku.
Lamenciłam na zapas, albowiem do piątku wieczora nie wiedzieliśmy, kiedy będzie pogrzeb. Dopiero wczoraj dotarła wiadomość, że w środę.

Zatem ruszamy dopiero we wtorek rano, wracamy w środę, zanosi się na nocną jazdę, albowiem Inżynier nie chce stracić całego tygodnia. Więc nadal się nerwuję, ale cóż, c'est la vie. Wszelkie wieści o moim powrocie bądź nie są co najmniej do piątku przesadzone. A gwóźdź do trumny wbiła mi Zmorka, odpisując, że jak nieboszczyk przed niedzielą nie jest pochowany, to źle. Wygooglałam dlaczego i bardzo, ale to bardzo Ci dziękuję, Kochana, za podniesienie mnie na duchu. Jak coś, mam nadzieję, że to mnie zabierze, tyle w temacie.

Kto wierzy w gusła temu dupa uschła, ale...

Zamówiłam w kwiaciarni wieniec, Inżynier odbierze zanim po mnie przyjedzie, potem jedziemy do K.i dwie alternatywne trasy na to zadupie, Google mówi, że różni je 5 minut... No nic, zobaczymy.

Inżynier znienacka zaproponował, że wpadnie w niedzielę z Łobuzami i z Ajpadzikiem. Nie na obiad.

No, wiedziałam, że on ma sklerozę, ale że aż taką to nie. Wleciał, ale bez Ajpadzika, zupełnie zapomniał, dobrze, że dzieci nie zgubił.

Jednak z wiekiem łagodnieję, nawet się nie zezłościłam, że nie ma Ajpadzika, kiedyś bym szaty darła i włosy wyrywała, a na twierdzenie, że zabrałabym sobie Ajpadzika na pogrzeb, więc jak odwiezie Łobuzów wleci z nim, kazałam mu się popukać w ten głupi łeb. Tak, jadę na pogrzeb, przez cały dzień, przez całą Polskę, by się pobawić Ajfonikiem. Nie ruszałam dupy z chałupy, nie licząc wyjazdu do K. do Umarlaków od 2019 roku, odkąd wróciłam z UK po narodzinach Kalafiorkówny, więc pojadę tyle kilometrów przez miejsca, w których w życiu nie byłam i pewno już więcej nie będę, ze wzrokiem wlepionym w Ajpada, oglądając seriale na Netflixie.

Hip, hip, hurra, mam genialne zaiste dziecko :)

LOL :)

Łobuzy jak zawsze przekochane, zrobiły mi dzień, lejąc się równo i namiętnie, wprawiając ojca w stan nerwowy. Jak jedno dostało ciastko, to drugie musiało dostać dokładnie takie samo. Kalafiorkówna, napominana, że ma nie ruszać kubka, bo gorące, zażyczyła sobie przelewania, zatem poszłam przelewać, wtedy pod bacznym okiem ojca siedzącego obok wylała kubek Alienka, bo musiała zobaczyć, czy on nie ma czegoś innego... Okazało się, że babcia jest oazą spokoju, nie zdenerwowała się zalaną podłogą, ojciec latał z obłędem w oczach, a ja cieszyłam się, że herbata nie wylała się na dziecko.

Każdą podłogę można wymienić, dziecka nie.

Jednak dorosłam.

A towarzystwo znalazło sobie nową rozrywkę: latanie do kibelka. Alienek chce siku, to i Kalafiorkówna momentalnie też i rzucaj tu, człowieku, monetą, które pierwsze ma sikać i które pierwsze zawołało..

Babci rachunek za wodę rósł w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie, a dzieci znalazły nowy powód do kłótni, kto ma trzymać zawijany ołówek. A Kalafiorkówna posunęła się w swej podłości tak daleko, na oczach własnego ojca, że oskarżyła biednego Alienka, że ją bije, choć Alienek siedział jak ten aniołyszek i ani nie drgnął, co widział ojciec rzeczonych i znów mu piana na usta wyszła.

Lanie poduszkami to pikuś i rutyna, zaś tekst "zjadłbym coś" po skonsumowaniu całej pizzy i pięciu pytaniach: jesteś jeszcze głodny, czy myjemy ręce i stanowczej odpowiedzi przed myciem rąk, że jest najedzony, wbił biednego ojca w podłoże...

Jak ja kocham moje Łobuzy, aczkolwiek akcje w ich wykonaniu są fajne na tik-toku, ale nie na co dzień. 

Ja się z bratem kłóciłam, ale nie aż tak.

Moje dzieci biły się na własny rachunek, nie słyszałam, kto zaczął, więc odpowiadałam, że nie wiem, kto zaczął i biją się na swój koszt - nie opłacało się im więc lać. Nic mi nie wiadomo, żeby się bili, nawet Baran kiedyś stwierdził, że takich braci to on jeszcze nigdy nie widział.

No ale Łobuzy są, jakie są.

Może z tego wyrosną, nie wiem. 

Kiedy pojechali, w domu zapanowała taka cisza, że aż w uszach dzwoniło.

W sobotę zaszalałam, poszłam do chińskiego sklepiku po namordniki (ostatnio zapominam je zakładać), tak, Doro, wiem, nie chronią przed niczym, daję się zniewolić, ale cóż, pani  u rzeźnika wrzasnęła zza pleksi na mnie: maseczka, więc, jako rasowa poznańska pyra uważam, że ordnung muss sein, więc przeprosiłam i namordnik wdziałam, a na serio, w autobusie wolę ludzi w namordniku, niż ziejących na mnie chuj wi czym, a wróciłam z...

no i moja dracena znów robi za choineczkę, tym razem cała w ledach, Łobuzom się spodobało :)

Pizzę zaś mieliśmy taką


 

To nasza, dzieci jedzą klasyczną, a Alienek dziś podbierał mi ogórki i nauczył się mówić: ogórasek, co wprawiło go w zachwyt. I umie, Skubany, liczyć po polsku do 20 już, po angielsku do 14. I pięknie rysuje, nie trzy kreski na krzyż jak kiedyś, babci pracowe biurko zapchane jest jego dziełami już, przeważają potwory, ale jedno potworowe serduszko jest specjalnie dla mnie narysowane...

Zatem trzymajcie kciuki dalej, przede mną podróż życia chyba ;) 

Bo co innego samolotem polecieć sruuu,  a co innego wlec się po polskich drogach samochodem przez całą Polskę,na dokładkę
mając kierownicę z nieprawidłowej strony. 



A mój grudzień się obudził i ma pączusie...




piątek, 22 października 2021

Będę

 Kochany Pamiętniczku, jak wrócę, a jak nie wrócę, wspominajcie mnie dobrze albo wcale.

Albowiem przede mną wyprawa co najmniej na osiem godzin w jedną stronę.

Plan jest taki, że zamiast jechać standardową trasą, pojedziemy do naszych Umarlaków, ogarniemy ich i potem kurcgalopkiem na Podkarpacie. Nie ma innej opcji logistycznej, żeby wszystko ogarnąć.

Eksa ogarnę sama, jak wrócę, bo jednak żal mi Inżyniera - zmienili logistykę, na którą brał urlop, żeby ogarnąć Alienkową kurację i będzie się z tym sama męczyła Inżynierowa (znam możliwości Łobuzów). Tak, jestem za mało wymagająca w stosunku do Pierworodnego, ale pierdolę to przedszkole.

Jak się da, będę recenzowała, jak nie, zapiszę w kajeciku.

No i w plecy z lekka oszczędności poszły, ale c'est la vie. Płacimy po połowie i uważam, że to jest OK. 

Tym bardziej że mieszczę się w żałobną odzież z pogrzebu Eksa, a Inżynier - lepiej spuścić zasłonę milczenia na całokształt.
Nie mam czarnych butów, pójdę w ciemnowiśniowych, nie widzę sensu kupowania czarnych butów na tę okoliczność, których być może więcej nie założę, mam dobrych butów pełno, nie mam kiedy ich wydrzeć. Nie jestem pogrążoną w żałobie wdową, a poza tym, jakie ma znaczenie mój ubiór?

Rezultaty home office. 

A, nieważne. Jest, jak jest. 

Wicher pozwalał mi donice z parapetu, ale za bardzo nie sprzątam bajzlu, bo i tak za niedługo wszystko pójdzie się jebać.

A Księżyc dziś jeszcze upiorniejszy niż wczoraj, gdy świecił na maksa tak, że pospuszczałam wszystkie rolety, co rzadko czynię


 Sny koszmarne miałam znów, fizycznie czułam, jak ktoś mnie w ramię trąca i moja stała obsesja, czuję fizycznie, że ktoś wali w drzwi...

Zaś.... realnie, krupnik ugotowałam, pokrywkę odstawiłam na palnik, na którym gotowałam pyry, ale maszynka ma taki urok, że nie widać płomienia, a ja bez aparatów nie słyszę, że gaz się pali. I w ten cudny sposób



 ugotowałam pokrywkę, choć czułam smród, ale tłumaczyłam sobie: SJ znów masz wrażenie, że masz guza mózgu i czujesz dziwne zapachy.

Jak to pozory mylą, co nie? Dobrze, że chaty nie sfajczyłam :) 

Obie gazetki zamknięte, dla mnie już grudzień w pracy, ale hip hip hurra mam jeszcze 9 dni urlopu po 4 godziny, znaczy się, mam dużo urlopu. Do pracy wracam 12 listopada, ze zwykłej przyzwoitości, tym razem oni będą mieli przesrane, ale cóż...

I tak bywa.

Dobrze mi życzący - trzymajcie kciuki, bo naprawdę mam pietra.

A ty, co źle mi życzą wybaczam, cóż...

Sayonara...

A tym, co mają czas i ochotę, polecam


takie tam, koronawirusowe, z przymrużeniem oka, ale nie tak całkiem do końca...

Wspominajcie mnie dobrze albo wcale jak coś.

Wiadomo, życie nie składa się z oddychania.

czwartek, 21 października 2021

Zmarł

 szwagier, Kochany Pamiętniczku. Wyprowadzili się na drugi koniec Polski, 7 godzin jazdy samochodem w jedną stronę. Ale Inżynier chce jechać, bo to jedyni ludzie z rodziny Eksa, którzy byli dla nas zawsze życzliwi. Jeszcze nie wiadomo, kiedy będzie pogrzeb. Młodszy ode mnie był, 1959 rocznik, ale od lat bardzo schorowany. Pojechałaby Inżynier ze mną, Łobuzy za małe na taką eskapadę.No nic, zobaczymy, co będzie, dobrze, że akurat mam tydzień wolny.

Ale jeszcze stare Umarlaki do ogarnięcia, mówię I., że weźmiemy usługę, ale nie, uparte to moje dziecko jak cholera.

A dziś piździ tak, że szkoda gadać, oczywiście nie poszłam rano na kijki, bo jak mi coś na ten głupi łeb zleci, to kolejny kłopot gotowy.

I tak się życie plecie..

środa, 20 października 2021

Wstałam

 dziś skoro świt, Kochany Pamiętniczku.

IPada nie tknąwszy, kąpiel poczyniłam, śniadanie zjadłam i poleciałam na kijki.

I tylko dzięki temu żyję, po 12 godzinach w pracy. 

A tak ogólnie to chujowo jest, jak zawsze.

Ale jeszcze będzie dobrze.

Pierworodny nie może.

Inżynier chce przejąć wszystkie obowiązki.

A może tak, kurwa, powinniśmy my, obowiązkowi, z tatuażem na czole: trzeba i muszę, mieć na wszystko wyjebane?

Tak po prostu.

Tylko jak to zrobić, nie fundując sobie bezsennych nocy?

Zwłaszcza takich, jakie mam ja:  jak już przysnę śnią mi się wciąż gruzy rodzinnego domu i wszyscy Umarlacy.

Moi i Eksowi.

Kurwa mać...