Kochany Pamiętniczku.
Nie mam normalnego życia, nie ma opcji.
Spakowana jak na III wojnę światową, a tylko na dwa dni, bo to i baterie do aparatów, i pierdyliard bryli, pasta siaka, pasta nijaka, a i do mycia grobów Umarlakom jak zawsze - grabki, łopatki, inne zabawki, szczotka, śmietniczka, zapałki, rękawice, dobrze, że badyli nie kupiłam, bo choć wydawało się, że samochód jest wielki, po załadowaniu
nie mieściło się tam już nic, żeby wieńca nie zmiażdżyć. A piękny był, oczy rwał...
Inżynier wleciał z obłędem w oczach, bo dostał po drodze wiadomość, że krawata nie zabrał, na szczęście w pierdalniku SJ cudnej urody krawat wisiał, co ważne - zawiązany. Ani SJ ani dzieci jej wiązać krawatów nie umieją, za to chłopcy znaleźli sobie żony wiążące, a i byłe dziewczyny też wiążą. Eks wiązał jak mistrz, ale nie nauczył. A ja umiem tylko węzeł harcerski.
Inżynier rzucił SJ Ajpadzika, ale to musiało poczekać do powrotu do domu.
Jechaliśmy sobie zadowoleni, korek był w stronę Poznania, a my jak sarenki w promieniach porannego słoneczka jechaliśmy, gawędząc mile jak zawsze, a tematów nam nigdy nie brakuje.
Inżynier był tak podekscytowany, że nawet śniadania nie zjadł, a na moje: mówiłam, że zrobię kanapki obśmiał się, że sobie coś kupi.
Minęliśmy szczęśliwie zakręt w Jarocinie, gdzie nam onegdaj samochód dupnął (i tak, może w złą godzinę tam pomyślałam: uff), a 50 metrów dalej za zakrętem Inżynier, który dziobem przestał kłapać, bo zjazd był i rondo i musiał uważać i nawigacji słuchać, rzucił nagle soczystą kurwą, a na wyświetlaczu coś po angliczańsku wyskoczyło.
Silnik znów stracił moc. Zrestartowany ruszył i niby nic się nie działo, ale okazało się, że uczciwy był gość naprawiający ostatnio samochód, który rzeczony padający element wymienił, ale ostrzegał Inżyniera, że ni cholerę nie wie, co go uszkadza, a wymieniając wszystko nabijałby mu rachunek do 10 jak nie więcej tysięcy. Ostrzegał, że element pojeździ, albo padnie. No i pojeździł, we Wrocławiu byli, przegląd techniczny przeszło, aż tu dup...
I tak kombinowaliśmy, czy jechać na pogrzeb, czy tylko wlecieć na groby do K. Ja, wyśmiewana zawsze za to, że jak coś nie wychodzi to ma nie wyjść, byłam za powrotem, bo holowanie (i nie daj blog po nocy, bo wracać mieliśmy nocą, samochodu z Podkarpacia to raczej nie zabawa na nasze portfele), Inżynier sprawdził, że jego AC tego nie obejmuje.
Znając jego upór, wiedziałam, że się łamie, że pojedzie, ale przed samym K. kontrolka znów jebła. Stwierdziliśmy, że jednak nie będziemy ryzykować. Dojechaliśmy do cmentarza, Inżynier zadzwonił do Cioci i wyszło szydło z worka: ona mówiła mu od razu, że ma tak daleko nie jechać. No ale chciał dobrze, teraz okazało się, że z rodziny chyba nikt nie przyjedzie, bo im za daleko (a mają w chuj aut i wszyscy mają prawo jazdy, więc mogli spokojnie jechać, jprdl). Szwagierka wyżaliła się na męskim ramieniu Inżyniera, kazała mu wybić sobie z głowy dalszą jazdę, powiedziała, że przyjedziemy w lepszych okolicznościach przyrody, zapalimy Jasiowi świeczkę i też będzie OK. Pokazaliśmy jej fotkę wieńca, żeby nie było, że sobie jaja robimy...
Myślę (tak, jakbym powiedziała to dziecku, dałoby mi w łeb, rechocąc), że Jasiu jednak nad nami czuwał, że mogło coś być nie tak.
Ogarnęliśmy naszych Umarlaków
w czym dzielnie pomagał nam jebany sierściuch pchlarz
kręcący się jak gówno w przeręblu i miziający mnie tak między nogami, że prawie na seks nabrałam ochoty, a Inżynier szalał z radości, że kotełek jest... Tak jakoś nam było w tym Umarlakowie nieźle. Rasowe zboczuchy z nas, zabawa z kotełkiem na grobach.
Groby ogarnięte, kwiaty, mimo że stały dwa miesiące były wypłowiałe i brzydkie, więc wywaliłam, choć myślałam, że nie będę musiała. I nie, nie chodzi o kasę, ale o ekologię, bo fakt faktem, że to nieekologicznie wciąż nowy plastik na cmentarze pchać. No ale trudno, gdybym była na miejscu, kupiłabym żywe, ale tak żywe zdechną i nie ma ich kto wywalić.
Z wieńca zdjęliśmy szarfy (mówiłam zrozpaczona Inżynierowi, że co my z nim zrobimy, to jednak kilka stów na śmietnik, że może na jakiś świeży grób podrzucimy, a Inżynier: ta, a rodzina będzie kochanki Basi szukać..., ale olśniło mnie nagle) i położyliśmy wieniec pod pomnikiem, jeszcze nieumytym i niesprzątniętym, poświęconym ofiarom II wojny światowej z K. Jest na nim lista obozów, w tym Mauthausen, więc wieniec jest jak znalazł dla wujka Mietka.
Prawda, że ładny, o ile można tak powiedzieć o wieńcu... I kolorystycznie pasuje, rocznicowo, kwiaciarka mówiła, że takie wieńce leżą spokojnie 2 tygodnie, więc dotrwają do Wszystkich Świętych.
A my ruszyliśmy w drogę powrotną, na stacji benzynowej (Orlen!), ale w restauracji prywatnej zjedliśmy śniadanie (też się skusiłam)
omlet był przepyszny, za jedyne 15 zł polskich
i gawędząc miło i spokojnie, wywlekając na światło dzienne trupy ze szafy, bo jednak o wielu rzeczach Inżynier nie wiedział, dostał też wolną rękę co do dalszych losów grobów w K., jak ja już odejdę do lepszego świata, bo jednak teraz opłacę je jeszcze, na razie nie ma na nich karteczki, a wokół na grobach mnóstwo kartek jest, bo nie ma miejsca na cmentarzu w K.
I co do mnie też dostał wolną rękę, chce mnie wyćpnąć na Nowinie, bo tam jest rodzina Inżynierowej, żeby nie latać między pierdyliardem grobów, ale to raczej mało prawdopodobne, bo to cmentarz zabytkowy i tam nie ma opcji. Powiedział, że mnie w ogródku rozsypie, na co odrzekłam, że jak mu się uda uniknąć kary, niech sypie. Że cenię to, co daje mi teraz, że jestem dzięki maniu takich dzieci i wnuków spełniona i szczęśliwa i będę miała dokładnie wyjebane na to, gdzie mnie sypnie. Bo wiem, że nasze życie jest fajne i że będzie mnie pamiętał.
No cóż miałam więcej rzec, skoro taka jest naga prawda? Nie wiem, czy TAM coś jest, jak jest, nawet jak będzie OK, będę za TYM tęskniła, a jak nie ma, to i tak jestem szczęśliwa i to się tylko liczy.
Takie tam pierdolenie o Szopenie, ale co ja za to mogę, że tak jest.
Wróciliśmy do Koziołkowa. Dostał łapówkę dla Łobuzów, zęby na Halloween dla Łobuzów.
A mnie resztę dnia zajęła nowa zabawka, w sumie zadowoliłam się kanapką zamiast obiadu, choć rosołek miałam w lodówce, no wciągnęło mnie i... pękłam z dumy, bo sama ogarnęłam Ajpadzika, choć nie widział automatu i musiałam ręcznie konfigurować. Ale ogarnęłam sama, bez pomocy Magistra Inżyniera Certyfikowanego przez Apple'a i nawet udało mi się zgwałcić słuchawki, że się wgrały :) Niby prawie te same wymiary, co stary ma, ale obraz jest większy, no i chodzą Simpsonowie, których mam już na 460 którymś poziomie, a którzy na starym już nie ruszali.
I tak zgadza się, jestem starą wariatką.
Udała się wizyta Alienka u lekarza - Tomatis daje świetne efekty, co nie zmienia faktu, że dostali papierek konieczny do tego, żeby móc korzystać z opieki logopedycznej i innych bajek na NFZ, a nie płacąc z własnej kieszeni. W końcu i babcia, która prawie nie korzysta z tego płaci wyjebane w Kosmos składki, a będzie dzięki Polskiemu Ładowi płacić jeszcze większe...
Tomatisowa kuracja, zalecana do powtarzania co roku w przypadku Alienka to obecnie 3 tysiące za serię.
Oczywiście, jak będzie trzeba, nie kupię nowszego modelu Ajcośtam, ale...
Dlaczego mam dokładać do tych złodziei, kradnących już na chama?
Tematy sprawiedliwości społecznej też poruszyliśmy i miło mi, że moje dziecko zaczyna z lekka lewicować.
Nie jestem zwolenniczką władzy ludu, ale zawsze zbaczałam na lewo, uważając, że skoro lud pracujący jest rzeczywiście pracujący, płaci jednocześnie składki pod wszystkimi możliwymi hasłami: na fundusz ubezpieczeń, na emerytury, renty, zdrowie, do budżetu państwa to w imię UCZCIWOŚCI powinien mieć: edukację, opiekę zdrowotną, mieszkania i podstawowe usługi cywilizacyjne na wyciągnięcie ręki.
Ja, za niechlubnej komuny miałam.
Moja mama też wyszła na ludzi dzięki tak opluwanym rządom Polski Ludowej.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, albowiem tak jak niektóre dziewczyny pisały (a i ja miałam takie odczucie, nie ukrywam) - śmierć szwagra miała drugie dno.
Darowane dla mnie godziny z moim coraz mądrzejszym dzieckiem.
A jutro pojadę sobie sama do M., choć się skręcał, że pojedzie ze mną. Ma urlop. A jego rodzina też go potrzebuje. Dostałam swoją działkę, nie czuję się źle, ogarnę tamta opcję sama, jak mnie zabraknie będzie się ze wszystkim szarpał sam.
Osobiście też mam w dupie ten całokształt, ale jakoś lżej było odchodzić w K., po rozmowie z Umarlakami jak czekista z czekistą, bo modlić się już od dawna nie modlę...
Z nadzieją, że jednak COŚ jest i TAM też będę mogła pisać...
Cytując klasyka: nadzieja jest matką głupich, błogo mi, żem sierotą :)