czwartek, 18 sierpnia 2022

No dobra

 Kochany Pamiętniczku, nie będzie już chronologicznie, tylko jak groch z kapustą, bo czas mi gdzieś w tym piekielnym upale zagina czasoprzestrzeń i na nic nie mam czasu... 

Statkiem sobie popłynęliśmy jednego dnia po Odrze, a choć to było już w czasie afery, nic nie czuliśmy i nic nie wiedzieliśmy. Nie śmierdziało nic, ludzie nogi moczyli, niektórzy nawet pływali przy brzegu. Smrodu nie było. Kupując bilety zaśmiałam się, że starość ma przywileje, bo mam ulgowy (za 5 osób zapłaciłam 130 zł, bo to ja zapraszałam na tę wycieczkę, oni płacili za mój wstęp w innych miejscach i słyszeć nie chcieli o rozliczeniach), a przemiły gość, sprzedający bilety, w mundurze, a jakże, rzekł grzecznie: przecież to studencki jest :) Wiem, śmieszne, ale dawno nikt się tak miło do mnie nie odezwał, i nie, nie mam nasrane i nie wyobrażam sobie, że jestem miss :)



Krasnalek na statku :)


Winobluszcz już się miejscami tam czerwienił.

W księgarni nieopodal naszej kwatery spał sobie kotełek na wystawie, wystawa odgrodzona była taśmą, a sierściuch jebany śpi na kartce, żeby nie stukać w szybę i nie denerwować futrzaków. 




To jest krasnal koło hotelu, w którym I. byli zeszłego roku.



Krasnali zresztą nałapaliśmy mnóstwo, oczywiście Łobuzy na każdego musieli wleźć, zleźć, pocałować, pokłócić się i takie tam :) 


Naklejki też cudne były...
I. mówił, że ten krasnal obrazuje rządy pisiorów, a kłódki to wszystkie obciążenia zwykłego człowieka...



Zza Łobuzów to krasnali nie było widać :) 


 Kolejkowo - to było dla mnie najfajniejsze. Można o nim poczytać w necie, ale trzeba to widzieć na własne oczy, żeby docenić. I iść tam na spokojnie, bez dzieci, które na wyprzódki starały się coś dotknąć, ściągnąć, zabrać... Podziwiałam precyzyjną i benedyktyńską pracę twórców.









Był nawet wyciągany z blokiem lodu zatopiony w nim dinozaur... :) I pomnik polskich prezydentów a la pomnik w Górach Skalistych :)

No ale Łobuzy...

Miałam dzień odpoczynku jak poszli na trampoliny, bo żadna trampolina nie udźwignie mego ciężaru. W Klockowie zaś dobrze, że była klimatyzacja, kawiarenka i spokój - szaleli w milionie klocków (ponoć faktycznie jest ich milion), a ja odpoczywałam znów. Łażenie w ponadtrzydziestostopniowym upale na rozżarzonym bruku to jednak średnia zabawa. Bruk był tak gorący, że gdy K dotknęła go balonem, który dostała w knajpie - balon pękł, więc kolejny wydatek, ryk niósł się po wrocławskim rynku tak, że zjeżdżały już na sygnale wszystkie służby społeczne, więc nie było wyjścia - dostała nowy balon. Za całe 20 zeta. I nie, nie ja go kupiłam. A też balon pękł i nie, nie ja kupiłam nowy :) Tak się lody kręci :) 

Na wystawie pająków byliśmy i tak, wzięłam ptasznika żywego do ręki - to było jak seks. Delikatne, czułe, miękkie i słodkie. 

Wiem, miękkie w seksie to nie do końca OK, ale cóż :) Mnie się podobało.

Dzieci momentami tak wkurzały I., że przez to chodziłam z gołą głową, cierpiąc, bo gdy chciałam w centrum wejść po kapelusz, I miał pianę na ustach, więc spasowałam. Potem przepraszał, a nic, przetrwałam. To, co dla mnie jest powodem do śmiechu, jego rozwala, ale nie mam mu tego za złe - przeciwnie, boję się o niego.

Nie ma letko.

A i też nie mówi mi do końca wszystkiego - kładłyśmy obie leki w kuchni, no cóż, każdy ma swojego mola, a ja jestem jednak jak Szwajcaria. Czasami, ale coraz częściej.


W temacie jedzeniowym jeszcze - takie pierogi z pieca wciągnęłam, boskie. I śmieszą mnie paragony grozy na FB - cóż, jedzenie w knajpach kosztuje. Tymi pierogami napchałam się po kokardkę i kucyki (ze szpinakiem i fetą), ale gdyby ktoś zaproponował mi robienie czegoś takiego w domu (z pieca), kazałabym mu się wypchać pakułami. 

I jak już wspominałam, Wrocław był dla mnie replayem z Paryża. Nie liczyłam kasy. Płaciliśmy na zmianę, zapytałam na koniec I, czy nie są pokrzywdzeni, to mnie skrzyczał. Zapłaciłam osobno tylko za mieszkanie i za bilet kolejowy, a reszta poszła na żywioł. Po powrocie sprawdziłam konto i zdziwiłam się, że wcale nie wydałam tak dużo. Nie mogłam sprawdzić wcześniej, bo... tragedia i alzheimer.

Zapomniałam numeru do konta. Kołatały mi się po łbie różne zestawy cyfr, ale żadnego nie byłam pewna. Jako że karta działała, a płatności miałam ogarnięte, nie ryzykowałam włażenia na konto. iPad nie ma klawiatury numerycznej, na której stukam z pamięcią palcową. Potem okazało się w domu, że nie wiadomo skąd wzięła mi się na początku numeru szóstka i uparcie trzymała :) Alzheimer albo gorąco, będę monitorowała :) 

W dniu wyjazdu okazało się (nieoceniony FB), że pociągi na skutek tego, że gałąź z powodu burzy spadła przed Opolem mają na naszej trasie 600 minut opóźnienia. 

Niebiosa strzegły i nasz miał tylko kilkanaście minut na trasie, na peron podjechał punktualnie, sama podróż była OK, klima, serial, dzieci udupione przez rodziców.

A, gdy czekaliśmy na możliwość wejścia do apartamentu, w drodze do niego na ławeczce siedziała ekipa


 i co dzień w różnym składzie na tej samej ławeczce siedziała. Czasami miałam wrażenie, że nie tylko ja ich kojarzę, ale i oni mnie... Ale nie było okazji do zagadania, pomijając mój introwertyzm i napoje przez nich popijane, bo KA leciały z prędkością nadświetlną.

Rozwalił mi się sandał, podeszwa odpadała, ale zabrałam te stare, choć identyczny model mam nówkę nieśmiganą w szafie, albowiem myślałam, że wytrzymają jeszcze trochę, a wszystko mi obciera nogi.

Ale i stare, rozciągnięte, ledwo w tym upale wlazły mi na stopy, do tego rozwarstwienie i obawa, że się potknę i padnę...

Po drodze do domu był outlet Vansa, wlazłam i...

Zostawiłam prawie 300 zł, ale za to mam sandały, babciny fason wprawdzie (no cóż, babcią jestem od 12 lat), z felerem - trzeba się schylać i wiązać, kupiłam numer większe i z trudem w ten upalny dzień w nie wlazłam (nie było opcji miska z wodą i moczenie, a i nie piłam, bo sikanie w publicznych kiblach), ale mimo popylania z zaparciem NIC MI SIĘ NIE OBTARŁO.

Więc warte grzechu i swojej ceny, mimo że teraz, gdy dbam znów o kopytka, zapinam na ostatnią dziurkę i dociągam sznurowadła :)

Dwa wieczory młodzi mieli wychodne, wrócili szczęśliwi jak świnia w błocie. Inżynierowa (ma u mnie plusa) sugerowała przed drugim wyjściem, że wieczór jest mój z I, nie ukrywam, spodobało mi się to, zrobiło mi się ciepło pod cyckiem, chętnie poszłabym pod wrocławskie gwiazdy z moim wciąż ulubionym menem, ale to był ciężki dzień.

Dla niego. No cóż, może kiedyś, spędziliśmy i tak miły wieczór razem :) Tak to jest, ale oczami duszy wciąż widzę ten filmik. Może i nie okazuje uwielbienia dla mnie, ale jakoś mnie docenia. Dziękuję Ci tu, w oczy tego nie powiem. A może i powiem, kto wie :)

Wrocław boli mnie do dziś.

A mijają już prawie dwa tygodnie.

Bolą mnie nieodwiedzeni ludzie, niewydeptane zaułki, niepoodwiedzane miejsca (Podwale, Grabiszyńska, biblioteka).

Boli mnie pamięć o ludziach, których już tam nie ma.

Może jeszcze mi się uda, może będę miała jeszcze szczęście.

Może nawet sama pojadę, żeby się powłóczyć, w końcu jak się uprę, to i za jedynkę w hotelu zapłacę.

Wrocław - moja niespełniona miłość.

A powrót do rzeczywistości zagotował mi krew w żyłach.

Po tym darciu szat, że jak my bez pani damy radę nic na mnie do roboty nie czekało, a i tak daliśmy radę.

Kurwa, JA dałam, chuj im w plecy - no dobra, płacą, ale nie aż tyle by takie cyrki robić, biorąc pod uwagę byki, które poprawiam.

Wleciałam do redakcji, odebrałam zestaw antywampirowy 


w tym roku wzięłam mniej, raz, że oszczędzam, dwa, że już nie szaleję z rozdawaniem, skoro rodzina chce żreć chiński, niech żre, rybka mi to :)

Ale... Powiesiłam to na grubej recepturce w przewiewnym miejscu, na recepturkach wieszam wszystko, co ma schnąć.

Idę do kuchni, a tu pęczek na podłodze leży. Podnoszę, pracuję, drugi znajduję (nie słyszę jak spada, bo pracuję bez aparatów), podnoszę, trzeci leży i bukiet zatrwianu... Wpadam w panikę, że Eks szaleje... Ale..

Gumki szlag trafił od upału...

I szlag mnie po przejrzeniu kolejnego zaświadczenia do ZUS, po które w zasadzie poszłam, bo czosnek by mi G. dowiózł do chaty.

Że co? JA TYLE ZARABIAM? To dlaczego na moim koncie lądują takie dziadowskie w sumie kwoty?

Zarobki brutto... Kurwa mać.

 Na piątek I potrzebują niańki, bo mają randkę z ludźmi niewidzianymi od wieków. Ale to już spadło na barki dziadka (o ile to wziął, nie dopytuję). Sama, po zapierdalaniu dziś przez 9 godzin w tym upale (uczciwym zapierdalaniu), z perspektywą nie wiadomo do której jutro (chyba jednak wino kupię, dla zdrowia psychicznego),  nie mam siły na nawet najukochańsze Kochane Aniołki...

A w międzyczasie - jak to w internetach - doszły do mnie z różnych źródeł słuchy, że Stardust wdową została.

No cóż, po ludzku współczuję.

Ale nie sądzę, że odpychanie od siebie ludzi i wynoszenie się ponad pospólstwo ma sens.

Trzymam się zatem plebsu, korzeni i miłych ludzi, spotykanych na mej ścieżce.

Z poważaniem

SJ



czwartek, 11 sierpnia 2022

I'm back

 Kochany Pamiętniczku :)

Czas nie z gumy, nie rozciągnie się, ale nadrobimy, co nie?

Sceny balkonowe były od maszynek, że jak to, że mnie tydzień nie będzie, że padną, że umrą, że zginą śmiercią męczeńską.

Wracam po tygodniu i co? Dupa... A potem cztery dni ślęczenia i czekania, aż się ogarną, a dziś, w dniu zamykania, sajgon i armagedon, wszystko na kolanie tak, że ojaciepierdolę, a jak z ostatnimi stronami zawisłam, bo ni chuja dojść nie mogłam, co to jest Toluze, to emilek, że się przypominają, a potem że myśleli, że się zdrzemnęłam.

Kurwa.

Wie ktoś, co to jest Toluze?

Bo ja wiem - Touluse. Spolszczone Tuluza. Siedziba firmy, której nazwę też schrzanili. To się nazywa "korekta". A to jest, kurwa, redakcja merytoryczna, tyle że niezapłacona. Gdybym tego nie sprawdziła i poszłoby, byłoby sprostowanie i przepraszanie firmy.

Więc, jestem, kurwa, warta większej kasy niż ważę. Ulało mi się.

A na dokładkę pamiętam o o zmianach personalnych, co MUSI być odnotowane w stopce, nie mówiąc już o tym, że sprawozdanie z LIPCOWEJ ważnej wizerunkowo dla firmy imprezy pisali dziś, na kolanie, sadząc byka na byku, w tym w nazwach firm sponsorujących.

No i podsumowuję - kurwa mać.

A jeszcze redaktorzy idący na urlop, bo długi weekend, w dupie mają moje godziny pracy, bo wiadomka, oni na urlop idą.

Tak, kurwa, jasna niesprawiedliwość, ale morda w kubeł, jest jak jest, a ja wciąż jestem nyrolem.

Ale ab ovo ad mala.

Na dworzec polazłam, gdzie Alienek (zwany dalej A) przywitał mnie entuzjastycznie, o mało nie łamiąc mi kręgosłupa po tym, jak potwierdziłam, że jadę  z nimi i że będę go kąpała :) Za to Kalafiorkówna (K) z lekceważeniem pokiwała mi łapką i zapytała, co dla niej mam, po czym straciła zainteresowanie moją osobą (i tak jej do końca zostało, choć nie powiem, w czasie kąpieli byłam jej boginią i nie protestowała). 

Pierwsze koty za płoty, w jakimś barze na dworcu Inżynier (I) zostawił sporo kasy, ja podziękowałam, mając na uwadze sikanie (słusznie, żaden z odwiedzonych przymusowo nielicznych publicznych kibli nie grzeszył czystością, zwłaszcza po podniesieniu deski - sikam na Małysza, w razie przymusowej sytuacji siedzenia miałam nakładki, ale niebiosa strzegły, siadać nie musiałam). Nienawidzę od dziecka publicznych kibli i to mnie wstrzymuje od wędrówek. Może i z mojego jeść nie można, ale jest mój :) 

Podróż IC była luksusowa, miałam swój internet z telefonu i dwa odcinki Gotowych na wszystko ogarnęłam, co ustrzegło mnie od namolnej towarzyszki z sąsiedniego siedzenia, chcącej gawędzić o dzieciach i wnukach :)

Porównując podróż sprzed lat osobowym - wypas. Wtedy jechałam 5 godzin, tu trochę ponad dwie.

No i miałam I do wkładania walizki na półkę, co niestety w drodze powrotnej skończyło się urwaniem rączki do ciągnięcia, ale nieważne :) 

Zatrzepotało mi serce na widok pierwszego wielkiego mostu - mimo oglądania filmu dostrzegłam go...

Most Rędziński... Po tylu latach pamiętałam...

A potem wyjście z pociągu i... na schodach  I wyrwał mi walizkę, choć dźwigał genialnie spakowaną przez swoją Żonę (ŻI) JEDNĄ na cztery osoby, ŻI jest niesamowita.

Jako że apartament mieliśmy od 16, poszliśmy w miasto, co skwapliwie wykorzystały Łobuzy (Ł), włażąc na co się dało i nie dało.

A upał był tego dnia niezły, więc zanim znaleźliśmy knajpę, gdzie podawali i rosół, i pomidorową


trochę trwało.

Zaczęłam urlop z założeniem, że będzie replay z Paryża, że będę żyła, nie oglądając wydawanej kasy, że nic mnie nie zniechęci, przy tej knajpie więc powiedziałam: jemy, ja płacę, i nie, nie mam zamaru publikować paragonu grozy. Jedzenie było warte swojej ceny, choć K zjadła rosół, A wciągnął pomidorową (za 17 zł miseczka, serio? mnie tyle cały gar nie kosztuje), a pizzą (sic!) się podzielili wyjątkowo zgodnie :)

Za to ja zeżarłam gołąbki ziemniaczane (przymierzam się do zrobienia takich, to po prostu puree ziemniaczane) z sosem grzybowym, ojeżu kolczasty


popiłam wspaniałym piwem lwowskim z beczki

a I umarł po zeżarciu tego


Apartament 5-osobowy na zdjęciach wyglądał lepiej niż w realu, ale był czysty, a post factum okazało się, że pościel była dziewicza, znaczy się nie była krochmalona, jak sądziłam, ale wyjęta prosto z opakowania fabrycznego i z lekka zalatywała chemią. Sama świadomość jednak, że nikt w niej przede mną nie spał, była rekompensatą. Na mnie wypadło 485 zł za nocleg, co nie jest kwotą wygórowaną, zważywszy ceny dób hotelowych. Mieliśmy do dyspozycji łazienkę i kuchnię. Jedyny mankament to brak krzeseł, a z jedynego fotela zleciałam już pierwszego dnia, okazał się klejony, siniaka na ręce mam do dziś, dzięki niebiosom nie złamałam sobie NIC, znaczy się mam zdrowe gnaty, bo spadłam w wielkim hukiem, siedzenie zaś na kanapie, na której spałam nie było luksusem dla mego kręgosłupa, ale przeżyłam.

Pobyt we Wrocku miał dwa felery: upał nieziemski i... zwiedzanie wszystkiego pod kątem Ł, które lały się i kochały na przemian  na zabój, za co podziwiam ich rodziców. Gdyby moje dzieci były takie, po prostu poukręcałabym im łebki, łagodnie i delikatnie, i każdy sąd by mnie uniewinnił.

Ale wiem jedno: BLW jest metodą idiotyczną do bólu (kto nie wie, co to, niech googla).

Day two: zoo.

Nie mogę ogarnąć, jak ktoś, kto odsądza mnie od czci i wiary, bo nie mam w domu kotków, kto mówi, że nawet jej idealny mąż nie zasługuje na bycie kotkiem w następnym wcieleniu, może chodzić do zoo.

Dla mnie zoo to zuo.

Ale nieważne.

Bilety cenowo poza zasięgiem przeciętnej rodziny, kolejka jak za komuny, gdybym miała z mojej pensji iść we czwórkę, nie zdzierżyłabym. No, może teraz miałabym pińcetplus. Weszliśmy bocznym wejściem. Z automatami, bez kolejki. Przejazd bimbą przez Wrocław - bajka, poznawałam dawno zwiedzane kąty. I za friko, bo dla osób od 65. roku życia są tam darmowe przejazdy (młodzi za tygodniowe bilety zapłacili ponad 100 zł, nie wiem, czy wyjeździli, ale mieli spokój. Pomijając, że żadnych kanarów nie spotkaliśmy). 

ZOO to pogoń za A i K, którzy wiali gdzie się dało i nie dało, jak się nie tłukli i inne takie tam.

Dla mnie traumą była wizyta w oceanarium, gdybym wiedziała, jak tam jest, klapnęłabym na ławeczce przed. Dzikie tłumy w korytarzach takich jak moja piwnica z dzieciństwa, w której nabawiłam się klaustrofobii, tłumy, przez które nie dało się przejść,  z wiejącą z prędkością świetlną K, a i A dotrzymywał jej tu kroku...


... tylko tu odetchnęłam, pomijając schody po których musiałam się wspinać.

Schodami w górę, schodami w dół.

Próbowaliśmy się dodzwonić do M., ale nie udało się, nie udało się do końca pobytu, więc nie spotkałam się z ostatnią żoną wujka, któremu w życiu dużo zawdzięczam. 

Żal.

Obiad w pierogarni


w menu placki ziemniaczane, I strofuje mnie, że nie mam mówić plędze. Mówię plędze i o dziwo, nie ma problemu. Dzieci standardowo: rosół i pomidorowa, plus pizza.

 Wieczorem młodzi idą na rynek zaszaleć, po to mnie zabrali, ale spoko - wykąpałam Ł, co mnie kręci, oni je uśpili, poszli, ja mam serial - żyć, nie umierać.

Oni szczęśliwi, a i ja nie narzekałam :)

Next day: trampoliny. Nie poszłam, bo żadna trampolina nie udźwignie mego gabarytu. Ległam na kanapie, rozkoszując się ciszą i lecząc biedne, spuchnięte kopyta. Wrócili nadzwyczaj szybko, bo dzieci poobijały się na trampolinach, nie słuchając rodziców... Posiniaczone, zniesmaczone.

Obiad w Whisky Jar, albowiem K zażyczyła sobie zaraz po dojechaniu do W. burgera...


Dzieci zjadły, a jakże, rosołek i pomidorową oraz pizzę sobie zamówili, a ja takiego wypasionego burgera ( z dorszem). Zainkasowali po balonie, jeden padł od razu, więc K dostała następnego, a A padł zaraz po dotknięciu bruku, bo bruk był rozgrzany do ekstremum, więc też dostał następnego :) I tak turystyczny interes się kręci :) 

A na rynku, rozgrzanym tak, że można na nim jaja smażyć, oprócz mimów, fontanny, w których I nie pozwalał się Ł kąpać, a ŻI im na to pozwalała, ja byłam jak Szwajcaria (morda w kubeł)


pręgierz, pod którym kilkakrotnie gościliśmy, a long story, w tle Feniks, dom towarowy, w którym zakupy za moich młodych lat, w czasie praktyk to była poezja, a dziś żenua...


 

i ta wieża widokowa, na którą młodzi poszli, a K śmigała tam z prędkością światła po tych ponad dwustu stopniach, poganiając ledwo dyszącą część familii, żeby szła szybciej, a z której I znosił A, nienawidzącego schodzenia po kratkowanych schodach. Ja spoczywałam wtedy na ławeczce obok uroczej zielistki...

Ale o tym jutro, dziś już padam na ten mord...

Ciąg dalszy nastąpi, a działo się, oj działo :) 




wtorek, 26 lipca 2022

Zakręcone

 jak świński ogonek,Kochany Pamiętniczku.

Jak mrówka okres przeżywałam wczoraj wiadomość, że pani K., naczelna warzywek na emeryturę się wybiera, a jedyna dziennikarka, pani M. nie za bardzo jest chętna na stanowisko naczelnej.

Takie układy, long story i jak zawsze w tle pieniądze, dupy nieurywające i inne takie tam.

Więc noc koszmarna i Umarlaki z Eksowej ekipy w mych snach stadami gościły i takie tam.

A rano grzanie kotła wody, bo dziś ciepłą wyłączyli, a ja jak na złość na badania okresowe z medycyny pracy (a jakże, w prywatnym czasie, bo w służbowym, mimo Kodeksu pracy nie mam opcji).

I takie tam...

I maszynki nie do końca zadowolone z tego, że mnie tydzień nie będzie...

Ale ab ovo ad mala.

Na czas dojechałam do lekarza medycyny pracy i o dziwo: w tym roku poszło jak z płatka.

Ludzie pod gabinetem (przesympatyczna pani) powiedzieli, że jak okulista wywoła panią B., to powie.

I powiedziała :) 

A zamiast suchego jak wiór okulisty, badającego mnie tam od lat była jakaś laska, która stwierdziła, że mam oczy jak złoto.

Znaczy się, wady mam jak miałam, starczowzroczność też stwierdziła,  nie zaprzeczam, wiem, że mam, ale...

MAM ZDROWE OCZY.

Znaczy się: nie mam jaskry, wąskiego kąta przesączania, nie mam też zwyrodnienia plamki żółtej.

I tu wszyscy gromko krzyczymy: HURRA :)

Mam astygmatyzm, za MOCNE okulary (a tego mi nigdy żaden optyk ani okulista nie powiedział), więc jak na lata pracy oczyma, bo to są moje narzędzie pracy...

JEST CUDNIE...

Antydepresanty dobrane, więc pora dobrać szkła :)

Lekarz orzecznik ten sam od lat, w miarę szybko poszło, nawet mnie nie macał, nie sprawdzał słuchu, chyba mnie jednak zapamiętał z ubiegłego roku, wzdech i powiedział, że jeszcze dużo przede mną, bo ja dopiero siedem lat na emeryturze, a on już dwadzieścia.

Zatem dogadaliśmy się jak czekista z czekistą i do redakcji się wybrałam, żeby zawieźć orzeczenie i mieć ten bajzel z głowy, ale bimba się na skrzyżowaniu rozkraczyła i trochę zeszło.

Pani K. namiętnie konwersowała na głośnomówiącym, więc poszłam do kadr, ale te zamknięte na głucho.

Poszłam do macierzystego memłona (do byłego pokoju nie dotarłam, a może szkoda?), było cicho, spokojnie, bo Bossa nie było. Niedobitki redakcyjne mnie pomiziały, nowy nabytek techniki poznałam, kadry się otworzyły, oddałam papiery, aneks podpisałam, z panią K. pogadałam na maksa, ona bardziej zagubiona jak ja, w sumie wiem, że do grudnia mam te kilkaset zł więcej w kasie, co będzie później, zobaczymy. Będę jak Scarlet - pomyślę o tym jutro. Sądzę, że jeśli przetrwa gazeta - przetrwam i ja.

Jeżeli nie, wola boska i skrzypce. Pomyślę o tym pod koniec roku.

Po drodze na górczyńskiej poczcie, gdzie NIGDY nie ma kolejek, kupiłam kartkę dla Baraniej mamy.

Złapałam autobus, dogadałam się z Pierworodnym, że mi badyle podleje, ale jeszcze nie do końca są lody przełamane.

Na szybko zjadłam pół paczki pierogów z pieczarkami.

Poszłam kartkę do Baraniej mamy wysłać, mam nadzieję, że dojdzie do 1 sierpnia.

Kaski trochę wypłaciłam, fryzjer mi się kłania.

Małe biedronkowe zakupy i prawie 100 zł z głowy, ale co to jest, jak podliczając netto - mam więcej z emeryturą niż średnia krajowa, nie wiem, mam się śmiać, czy płakać?

A, w aptece zostawiłam 70 zł - dentosept, witamina D3 i desmosan, żeby mi nogi w kapcie właziły.

Od wczoraj "dusi mnie w dołku", co będzie, gdy będę musiała zrezygnować z pracy?

Nigdy nie byłam od nikogo zależna, nawet gdy ojciec wywalił mnie z domu, którego nie chciałam mu prowadzić, z 5 złotymi w kieszeni.

Te 5 zł uratowało mi życie.

I nie, nie chcę NIGDY być od nikogo zależna.

Ten model tak ma :)

A na włościach


I za to trzeba kciuki trzymać, bo jak się sprężą, będzie druga transza kredytu i skończą chałupę. Spłacanie tego to już nie jest moja bajka.

Moja bajka to jest ostrzyżony i wypiękniony Alienek, z którym mam zamiar zaszaleć.

Jak Kalafiorkówna będzie chciała, może dołączyć do ekipy. Jej wybór, musu nie ma :)

Już za parę dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę :)

piątek, 22 lipca 2022

Jutro

 możemy być szczęśliwi, jutro możemy tacy być,jutro by mogło być w tej chwili, gdyby w ogóle mogło być, Kochany Pamiętniczku :) 


Tak sobie tłumaczę, jednocześnie pamiętając, że 

Ciągle to jutro, jutro i znów jutro wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia, aż do ostatniej głoski czasokresu.

No nic.

U mnie już wrzesień za rogiem.

Przepraszając, że nie odpisał na emilka, z bólem serca naczelny maszynek udzielił mi  rozgrzeszenia, biadoląc, że nie wie, jak się wyrobią. Sorry, Winnetou, umowa z maszynkami była taka, że jeden dzień na wydruczkach, drugi na zamknięciu i do widzenia ślepa Genia.

Więc w końcu to wykorzystałam. Od 12 lat jestem na urlopie "pod kompem".

Wszystkie lata, nawet te 2 z miesięcznym urlopem, gdy miałam sześćdziesiątkę i gdy czekaliśmy na Kalafiorkównę pracowałam z dodatkami.

Teraz też będę (warzywka jeszcze nie wiedzą), ale że oni będą mieli tym razem mniej komfortu, że na każde piernięcie o każdej porze nie będzie zwrotnego emilka?  Trudno.

Przeżyją, będą musieli, albo znajdą sobie inną lepszą korektorkę :)

Przede mną jeszcze medycyna pracy we wtorek i jak na złość we wtorek nie będzie w ogóle ciepłej wody, ale co tam... :) 

I tak dziś wracając z Manhattanu, zlana potem, mimo że to blady świt był


podziwiałam, bo tak, bo całe homo sapiens szlag trafi, a przyroda? Będzie wciąż... Jest wszechmocna...


To mój ostatni portret, w końcu dobrałam antydepresanty i jest cudnie, co nie? :)

Momentami tęsknię za klimą w już nie moim, bom go wypowiedziała - pokoju, bo powiedziałam Bossowi, że niech z nim robi, co chce, bo nie wrócę tu, ale widok na Sekwanę i bez klimy daje radę, zwłaszcza gdy pachnie opium :) Tylko Murzyn łajdak z wachlarzem gdzieś znów polazł, pewno do sąsiadki, a prąd za drogi, więc na razie daję radę bez wentylatora ;) 


I znalazłam. Tak, to TEN ksiądz. Pamiętam tylko tyle, że jedna z dziewczyn miała na imię Nina, reszta to czarna plama. Ktoś zgadnie, która to ja? :) 

A dziś Mała Wiedźma ma urodziny. Dwunaste. Wrzuciłam na FB film. Tak, może mnie za to znienawidzić. Posłałam jej życzenia na MSG - jak wiadomo, nie dzwonię, głucha jestem, ale ponoć nie odbiera telefonu nawet od rodziców. Nie odbiera też SMS. Posłałam Pierworodnemu na konto dwie stówy rano,  z prośbą o przekazanie. Napisał OK.

Jest 21, a ja nie usłyszałam jednego słowa: dziękuję.

Może to i niewiele, bo dziadostwo dało 8 tysięcy na laptopa, ale to nie moja bajka i nie moje możliwości finansowe.

I nawet ja nie kupiłabym sobie laptopa za taką kwotę, bo nie potrzebuję.

Mam jeszcze trójkę wnuków na składzie i jestem sprawiedliwa.

Kurwa, z czego ja się tłumaczę?

Że jestem biedna?

Tylko dlaczego jest mi tak przykro?

Na cholerę mi to jutro?

Kiedyś było fajniej 22 lipca.

Byłam młoda, zakochana z wzajemnością i szczęśliwa.

To był magiczny dzień przez parę lat. 22 lipca.

Dobra, aby do jutra, jutro będzie 23 i nic już nie będzie bolało...



piątek, 15 lipca 2022

To jebnie

 Kochany Pamiętniczku, prędzej czy później jebnie w wielkim hukiem. Amen.

Myślałam, że tylko Papryczka ufarbowali, ale nie, MW też. Pierwsze zdjęcia znad morza tak mi sugerowały, ale dopiero dziś, wrzucone z bliska, potwierdziły moje podejrzenia.

I tak, wychowywałam dzieci tak samo, co do joty, bez różnicy, a tu jeb i jest jak jest.

Dopóki Pierworodny był w domu, szło jak szło, lżej, ciężej, ogarniany, stawiany do pionu, trzymał się, bo nie miał wyjścia.

Poszedł wtedy do UK znienacka, doszła ta harpia i jest jak jest. Ona jeszcze gorzej pojebana, bo mało, że syfiara, to jeszcze łba nie myje, olejkami go smaruje i tak z tym łazi, myśląc, że jest seksi. Ich dzieci, lądując u mnie nigdy nie mają ze sobą szczoteczki do zębów, ale chuj z tym, babcia ma zawsze pełno szczoteczek nówek nieśmiganych, kurwa.

I tak farbowany Papryczek 



tu Papryczek oryginalny

Przypominam, dziecię ma 7 lat. 

Kto farbuje 7-letnie dziecko - pomijając względy estetyczne, kto wali siedmiolatkowi taką ciężką chemię?

I jeszcze mi wmawiali, że to szampon.

A i MW też ufarbowali.


 

Ma po ojcu swym gęste, piękne, ciemne włosy, jak są umyte i nie wiszą w strąkach, cut, mjut i orzeszki laskowe, czesałabym, splatałabym, ale nie pozwala dotknąć, a myje od wielkiego dzwonu. Ma to po ojcu, który w pewnym momencie dostał klapsa w dupę, bo gość myślał, że laskę ma przed sobą - miał włosy do pół pleców. Ale goniony był bezlitośnie do mycia przez ekipę w składzie matka i Inżynier. Do dziś ma gęste, zajebiste, czarno-siwe (u faceta to seksowne), znów ma ogon, ale... niedomyte. Kurwa.

A tu dzisiejsza MW


znad morza. Wygląda jak stara maleńka, ma 12 lat a wygląda na? Ma cycki większe niż ja, mimo że ja mam wagę słonia i nie, nie jest już moją Małą Wiedźmą. Jest jakąś maszkarą i szczerze? Nie mam specjalnej ochoty na wyjście z nią gdziekolwiek, a na pewno nie mam ochoty na przytulenie jej i pogłaskanie po główce. Bo włoski tłuste i ohydne. Pachną zjełczałym tłuszczem. I jakbym była facetem, prędzej poszłabym za jakimś zadbanym gościem, niż za taką laską (wiem, że to tak nie działa, żartuję).

Za to - tak, faworyzuję - Alienek i Kalafiorkówna pachną zawsze jakimś tam szamponem, Kalafiorkówna ma koński ogon (nie mam końskiego ogona, nie mam) jak z jedwabiu, Alienek jak mały jeżyk - mogłabym miziać i miziać.

Taka zboczona jestem.

Ja, stara baba, wychowana w chacie bez żadnej kanalizacji, zapieprzająca od najmłodszych lat do sławojki i to do szkolnej sławojki (mieliśmy swoją osobną, przylepioną do ogólnej, czyściutką, szorowaną, wapnowaną), kąpana w balii raz na tydzień, bo wodę pracowicie dygano z pompy, potem podgrzewano na piecu, ale na co dzień myta od stóp do głów misce (ta sztuka została mi do dziś), z pomyjami pracowicie znoszonym znów na dół - mieszkaliśmy na poddaszu.

Nie ogarniam, jak ludzie, którym po odkręceniu kurka leci ciepła woda, której potem nie muszą wynosić nie czują potrzeby umycia się codziennie. 

Wakacje na polu namiotowym w Mikołajkach, codzienne mycie łba w lodowatej wodzie, bo innej nie było. Pod kranem, w kolejce ludzie ze szczoteczkami, w dresach, szczękający zębami (a lato było chłodne i deszczowe tego roku), ale jak to: głowy nie umyć? Nawet nie kichnęłam :) 

I nie, nie chcę już rozmawiać z Pierworodnym. Za późno na wszystko, jest w pętli tego, co uczyłam zawsze, że żona ma pierwszeństwo. Sama byłam poniewierana przez teściową, więc...

Sama sobie bicz na skórę ukręciłam, jak widać.

Życie.

A z rzeczy milszych?

Ogarnęłam dziś na spokojnie wszystko. Wstała skoro świt i polazłam na Manhattan, skąd wróciłam spłukana.


I to jest paragon zgrozy, nie te znad morza. czy z gór. Nie muszę tam jechać. Tak mi w życiu wyszło, że nie jeździłam, wysyłałam dzieci na kolonie, za granicę, jak się dało, a sama siedziałam na dupie kubańskiej. I nie, nie czuję się z tego powodu pokrzywdzona. Teraz dzięki internetom mogę być wszędzie i choć to nie jest to samo, mnie to odpowiada.
Ale zostawienie 40 zł za nic w sumie (choć Zmorka mnie trąciła, czy ten Lazur Lazurowe Wybrzeże mi zastąpi) to dla mnie groza.

Niedawno za 40 zł robiłam wypasione zakupy warzywne na Manhattanie.

Mnie tam wiele do szczęścia nie trzeba, pyry, gzika, rosołek - pełnia szczęścia i hasta manana.

Ale zwłoki z 1,50 skoczyły na 3, włoszczyzna ze 1,5 na 4,5 albo i 5, więc jak żyć?

I tak, miałam szczęście żyć w trudnych czasach, lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte i dalej, pod górkę i pod wiatr, bez internetów i z odkrywaniem prawdy o Katyniu i innych zawirowaniach historii nie tak prosto i nie tak łatwo, nie jednym kliknięciem... Kłaniam się tu moim profesorom głęboko i z szacunkiem, zwłaszcza Dyziowi K., już nieżyjącemu, niestety.

W czasach kartek niemal na wszystko.

I nie bałam się tak, jak boję się dziś.

Pamiętam płacz po tym, jak wróciłam do domu ze sztangą jednych z pierwszych papierosów bez kartek, bułgarskich Veg, za które zapłaciłam 50 tysięcy... Siadłam na środku salonu teściowej i zaniosłam się łkaniem, a rodzina śmiała się ze mnie, że nieważne, że tyle kasy poszło, można palić bez kartek :) Palili wszyscy, łącznie ze mną, tylko ja przeżywałam jak mrówka okres...

Dziś nie palę od 30 lat, ale ceny przerażają mnie jeszcze bardziej niż wtedy.

I myślę, co by było, gdybym  wydawała dalej na 3 paczki dziennie, bo tyle w końcu paliłam? Jak żyłabym, wydając na ćmiki 1350 zł z 2000 renty :)

Wesołe, co nie?

I tak mi się dziś ulało, do bólu i do szpiku kości.

I ten sen, najokrutniejszy z moich snów, który dopadł mnie nad ranem, w wersji hard porno.

Pozostaje mieć nadzieję, że to był TYLKO sen. 

I ja, w wersji hard, jeszcze farbowanej :)


Jednak jest różnica w farbowaniu starej baby, a dwunastolatki czy siedmiolatka, co nie? :)





środa, 13 lipca 2022

W tym

 roku umówienie się na badania okresowe nie poszło już tak gładko, Kochany Pamiętniczku.

Dwa emilki, odpowiedź z respondera i cisza w eterze.

Ja, jak to ja, nakręcałam się niemiłosiernie, gotowa byłam już Inżyniera męczyć o telefon (nawiasem mówiąc, w poniedziałek minęło dokładnie 38 lat, odkąd gości na tym padole łez, dokładnie dwa razy dłużej, niż ja miałam okazję cieszyć się moją mamą), ale pomyślałam, że i tak zalatany i ledwo dycha, a przecież to moja pracowa sprawa.

Napisałam do sekretariatu i jakoś, już nie tak gładko, jak za czasów Danusi, na wizytę się umówiłam. Wisi to nade mną jak miecz Damoklesa, ale mam nadzieję, że jednak podpiszą mi zdolność do pracy.

Bo różnie te tematy przerabiałam, byli lekarze, którzy upierali się, że skoro w orzeczeniu mam "praca niewymagająca kontaktu z ludźmi" to mi zdolności nie podpiszą.

Trzymając się litery tego orzeczenia, to nawet gdybym banany na bezludnej wyspie hodowała, to i tak dupa, bo sprzedaż ich wymagałaby kontaktu z ludźmi.

Pomogło dopiero grożenie wezwaniem kierownika przychodni.

A jeden porządny lekarz, oglądnąwszy to orzeczenie zapytał: co za chuj to pani wpisał?

No więc jeszcze wszystko przede mną.

Takie fajne lato jest, jak z mojego dzieciństwa, gdy popylałam w sweterku, bo było ciepło, aczkolwiek chłodnawo. A noce takie zimne, że jak kopytko spod kordełki wysunę, to mrozi...

Było, dziś znów gorąc, poszłam po zakupy, musiałam, bo i zielsko, i leki się skończyły, myślałam, że zdechnę, zakładałam, że jest 21, a było 29... Nie wiem, jak przeżyję Wrocław, jeżeli będą takie klimaty, zaczynam żałować, że się zgodziłam, bo tam między nami to młodzi chcą wieczorem wyjść, a ja zostaję do pilnowania Łobuzów. Co nie znaczy, że w dzień mnie odstawiają, nie jesteśmy razem, ale... 

No cóż, taki już los staruchów, a memy z FB, że możesz z mamą to jednak tylko memy.

Zobaczymy, nie piszę scenariuszy na zapas.

Jednak z przeglądania FB mam dreszcze, albowiem... MW puścili z kobietą, hmmm, od razu miałam wąty na tym tle, ale mówię sobie: SJ nie pierdol. 

Po kolejnej porcji newsów z FB mam jeszcze gorsze dreszcze i piszę popierdolone scenariusze, albowiem pan tej pani jest...

Zawsze człowiekowi raźniej, kiedy nie ma wyobraźni.

I nie, nie puściłabym mojej nastoletniej, seksownej córki na wczasy z gościówą, będącą od 4 lat w związku z kimś z kibolskich memów. Może i jest złotym człowiekiem, ale nie znam go, nie znam też jej, nikt nie poczuwa się do rozwiania moich obaw. Gość z brakami w przednim uzębieniu - jak po mordobiciu, z idiotyczną koszulką, łysą głową i bogoojczyźnianymi hasłami na profilu nie jest dla mnie towarzystwem. 

Tak, Inżynier też się kiedyś golił na łyso, pakował się na siłowni, bo był mikry i go kroili. Ale z oczu mu dobrze patrzy, wiedziałam, kim jest.
Więc rozdarta jestem, bo rozmowa z Pierworodnym prowadzi donikąd, jego żona jest jaka jest.

A MW na zdjęciach nie wygląda na szaloną, zadowoloną małolatę.

I nie wiem, czy znów jej coś nie boli.

Kurwa mać.

Więc... Nie zaczyna się zdania od więc, ale co tam...

Więc wróciłam do Gotowych na wszystko po latach i boję się, że życia mi nie starczy na te 180 odcinków. Pierwszy sezon już za mną, jednak wiele rzeczy uleciało mi z pamięci, a serial wart grzechu, no pokazuje jak nic w życiu nie jest pewne i oczywiste. 

W moim również nie ma pewników, a myślałam, że na stare lata spocznę na liściu bobkowym, otoczona kochającymi wnukami, ciesząca się każdym dniem bez pracy.

No i jak nie urok, to sraczka. Na razie zamknięte dwa ekstrasy, jeszcze do 25 orka na ugorze, potem ten jebany lekarz medycyny pracy, aaaa, nowe pismo do ZUS, bo nawet te kilkanaście złotych więcej w emeryturze się liczy, życie pędzi coraz prędzej... Potem urlop, maszynki i znów kierat, i tak da capo al fine...