do dziadów obiboków, dostałam zlecenie, to pracuję, siedzę już kamieniem od rana i nie paczę, że święto i że mam ochotę na piwo...
A żeby nie zwariować, przerwa na koty :)
Dla znajomych kociar wyszukałam :D
http://kociharlem.pl/
Miłej zabawy :D
czwartek, 15 sierpnia 2013
środa, 14 sierpnia 2013
Chuj bombki strzelił
świąt nie będzie.
Koło 12 dostaje SMS, że do nocy zabalował z rodziną i nie przyjdzie dziś. I na końcu SORY. Co mnie wkurwiło na maksa, jak cholera, kurwa mać. Żeby jeszcze napisał: przepraszam, zrozumiałabym, ludzka rzecz. Ale wciąż się nadyma, głupie, dwuznaczne SMS pisze bez potrzeby, myśli, że jest dowcipny, że taki męski i w ogóle. Dziad jeden. Zrobi, co ma zrobić, a potem ja mu powiem: szoruj... Płacę mu od godziny, a rękawów sobie nie wyrywa, wiedział, że chcę wreszcie coś ruszyć. Nie zobaczy ode mnie ani złotówki więcej, jak poda, kij mu w oko. Zmorka ma rację, pieprzyć dziadów, są do niczego. Nie wyobrażam sobie, że wysyłam SMS szefowi, że zabalowałam i ma mnie w pompę pocałować. Chodzę chora do pracy, wczorajsza też, ale nie tak!!! Terminu jeszcze nigdy nigdzie nie zawaliłam, choćby siekiery z nieba leciały. Więc leserów nie rozumiem ani trochę. Szoruj, dziadu...
Ma u mnie przerąbane, jak w ruskim czołgu i żadne zasługi tego nie zmienią.
Zatem dalej siedzę na ruinach i zgliszczach i świąt nie będzie...
Malarz naruszał moją przestrzeń osobistą, klepał po ramieniu, kurwa, co oni mają?? Że jak sama jestem to polecę na każde gacie?? Choćby te dziady ze złota były, u mnie nic nie ugrają. Chcę z powrotem mój dom, do którego będą wchodzić tylko ci, których chcę widzieć, bo taką mam fantazję, a cała reszta won.
Nie na darmo jestem Starą Jędzą...
W pracy uprzejmie zapytali, w jakim t-shircie przyjdę w poniedziałek, bo robimy zdjęcie grupowe i nie chcą, żebym miała z napisem: Fucck Google, ask me. Powiedziałam, że założę bluzę bez napisów (wrrrrr... i nadęłam się jak indor, aż się rzucili przepraszać, nie szorować, że lubią, że ich bawią moje hasła, ale rozumiem, portret we wnętrzu). Oczywiście, że rozumiem, fajnie, że na co dzień mogę być sobą (na rozmowę kwalifikacyjną poszłam w bluzie z napisem mniej więcej treści: alkohol Twój wróg, lej go w mordę, łudząc się, że naczelny nie zna angielskiego. Zna perfekt :) Tak wyszło, bo interview miał być za dwa dni, ale mu coś wypadło i tak znienacka mnie wziął, nie bylo czasu na jechanie do domu i zmianę garderoby ;) I przyjął, mimo obscenicznego napisu.). I będzie zonk, bo pójdę w sukience, nie poznają mnie, nikt mnie tam w sukience nie widział.
Humor mam zjebany doszczętnie i nie wiem, kiedy mi przejdzie.
Howgh...
Inżynier zdał dziś egzamin na 98,75%. Zdolny po mamusi :) Chociaż tyle miłego w życiu :)
Koło 12 dostaje SMS, że do nocy zabalował z rodziną i nie przyjdzie dziś. I na końcu SORY. Co mnie wkurwiło na maksa, jak cholera, kurwa mać. Żeby jeszcze napisał: przepraszam, zrozumiałabym, ludzka rzecz. Ale wciąż się nadyma, głupie, dwuznaczne SMS pisze bez potrzeby, myśli, że jest dowcipny, że taki męski i w ogóle. Dziad jeden. Zrobi, co ma zrobić, a potem ja mu powiem: szoruj... Płacę mu od godziny, a rękawów sobie nie wyrywa, wiedział, że chcę wreszcie coś ruszyć. Nie zobaczy ode mnie ani złotówki więcej, jak poda, kij mu w oko. Zmorka ma rację, pieprzyć dziadów, są do niczego. Nie wyobrażam sobie, że wysyłam SMS szefowi, że zabalowałam i ma mnie w pompę pocałować. Chodzę chora do pracy, wczorajsza też, ale nie tak!!! Terminu jeszcze nigdy nigdzie nie zawaliłam, choćby siekiery z nieba leciały. Więc leserów nie rozumiem ani trochę. Szoruj, dziadu...
Ma u mnie przerąbane, jak w ruskim czołgu i żadne zasługi tego nie zmienią.
Zatem dalej siedzę na ruinach i zgliszczach i świąt nie będzie...
Malarz naruszał moją przestrzeń osobistą, klepał po ramieniu, kurwa, co oni mają?? Że jak sama jestem to polecę na każde gacie?? Choćby te dziady ze złota były, u mnie nic nie ugrają. Chcę z powrotem mój dom, do którego będą wchodzić tylko ci, których chcę widzieć, bo taką mam fantazję, a cała reszta won.
Nie na darmo jestem Starą Jędzą...
W pracy uprzejmie zapytali, w jakim t-shircie przyjdę w poniedziałek, bo robimy zdjęcie grupowe i nie chcą, żebym miała z napisem: Fucck Google, ask me. Powiedziałam, że założę bluzę bez napisów (wrrrrr... i nadęłam się jak indor, aż się rzucili przepraszać, nie szorować, że lubią, że ich bawią moje hasła, ale rozumiem, portret we wnętrzu). Oczywiście, że rozumiem, fajnie, że na co dzień mogę być sobą (na rozmowę kwalifikacyjną poszłam w bluzie z napisem mniej więcej treści: alkohol Twój wróg, lej go w mordę, łudząc się, że naczelny nie zna angielskiego. Zna perfekt :) Tak wyszło, bo interview miał być za dwa dni, ale mu coś wypadło i tak znienacka mnie wziął, nie bylo czasu na jechanie do domu i zmianę garderoby ;) I przyjął, mimo obscenicznego napisu.). I będzie zonk, bo pójdę w sukience, nie poznają mnie, nikt mnie tam w sukience nie widział.
Humor mam zjebany doszczętnie i nie wiem, kiedy mi przejdzie.
Howgh...
Inżynier zdał dziś egzamin na 98,75%. Zdolny po mamusi :) Chociaż tyle miłego w życiu :)
wtorek, 13 sierpnia 2013
Kurz i rozpiździel - again...
Naiwna, myślałam, że najgorsze już za mną, ale nie. Anioł, jak to Anioł, Anioły wieczność mają, nie spieszy się z robotą. Zaczął kuchnię montować w sobotę, a jak będzie jutro, będzie CUD W BETLEJEM... I kurz, kurde, będzie, nie na darmo śniły mi się moje koszmary - brudne łazienki, Łomatkozcórkom, jak nienawidzę tych snów... Położyłam kafelki na podłodze?? Położyłam, no i?? Stopa życiowa mi wzrosła. Wysokość szafek też, a że nowe mają grubszy blat, zatem trzeba rżnąć stare kafelki, inaczej szafki nie wejdą i ojapierdolę...
Z tego powodu najpierw dostałam od Anioła SMS, a potem punktualnie o 19.30 dzwonek, otwieram i co ja pacze?? Dziewczyna KB :) Przyjechali zabrać śmietnik z korytarza... I zaraz potem zjawił się Anioł i dałam mu wszelkie pełnomocnictwa na grzebanie, cięcie, usuwanie, niech robi co chce, żebym tylko mogła wreszcie wstawić naczynia do kuchni...
Ojapierdolę.
Prowizorycznie kuchnia wygląda tak:
A szafki są wielkie, wielgachne i wszystko się w nich zmieści...
I rosołek pyszny stoi na kuchence... A te kable będą wyćpnięte, bo brudne jak świnie i będą nowe, umocowane jak należy i inne cuda wianki... Będą...
I płakalam Sikorce w mankiet, że... no właśnie, Stolarz nie odpisuje na emilki, na SMS, że umrę nieopólkowana. Sikora wzięła sprawy w swoje ręce, zadzwoniła do Stolarza i dzięki Jej osobistemu urokowi okazało się, że Stolarz jak najbardziej myśli o wykonaniu tych półeczek, że je wykona, może z parodniowym opóźnieniem, ale zrobi, że UWAGA: nie chce zaliczki, bo jestem z polecenia (ale skąd miałam to wiedzieć), że jemu łatwiej gadać, jak SMS, choć się nie przyznał, że szanuje każdy siwy włos na łysej głowie SJ, że do kontaktów dodał oprócz KB Sikorę i że SJ będzie miała swoje półki...
Ojapierdolę, czasem dzwonienie stwarza życiowe kłopoty (vide: biedna Dora), a czasem niedzwonienie komplikuje życie (vide: moi)... Dobrze mieć na składzie Sikorkę z Fafałkiem, KB z Dziewczyną. Dobrze mieć dobrych ludzi wokół siebie.
I gotować rosołek, nawet bez lubczyku i goździka...
Wywieźli gratowisko z korytarza.
Zostały tylko kultowe drzwi Inżyniera, czekające na nową tapicerkę. KB skakał, walił kluczem od skręcania rusztowań, który nieletni potomkowie skradli z budowy, jak ocieplali bloki i który wciąż trzymam na zasadzie przydasię i akrobacje wyczyniał, żeby rozwalić plecki szafy, która wywaliliśmy z komórki. Przedwojennej. Nie dawała się, nie mam zielonego pojęcia, jak sąsiad ją na 3. piętro wtaszczył... KB jednak twardy był i ją złamał...
Kłamię, mówiąc, że tylko praca mnie kocha :D
Ale... Hmmm....
Kasa o której chłop nie wie znów na horyzoncie, to dobrze, bo trzeba jakoś remontowe szaleństwa pokryć.
A w Matki Boskiej Kwietnej ( moje ukochane święto, jedyne, co mi z wiary zostało) będę pracowała.
Zajebiście, nieprawdaż??
Nawet Biedronkę zamkną, a ja będę zapitalać z motorkiem w dupie.
No nic...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Z tego powodu najpierw dostałam od Anioła SMS, a potem punktualnie o 19.30 dzwonek, otwieram i co ja pacze?? Dziewczyna KB :) Przyjechali zabrać śmietnik z korytarza... I zaraz potem zjawił się Anioł i dałam mu wszelkie pełnomocnictwa na grzebanie, cięcie, usuwanie, niech robi co chce, żebym tylko mogła wreszcie wstawić naczynia do kuchni...
Ojapierdolę.
Prowizorycznie kuchnia wygląda tak:
A szafki są wielkie, wielgachne i wszystko się w nich zmieści...
I rosołek pyszny stoi na kuchence... A te kable będą wyćpnięte, bo brudne jak świnie i będą nowe, umocowane jak należy i inne cuda wianki... Będą...
I płakalam Sikorce w mankiet, że... no właśnie, Stolarz nie odpisuje na emilki, na SMS, że umrę nieopólkowana. Sikora wzięła sprawy w swoje ręce, zadzwoniła do Stolarza i dzięki Jej osobistemu urokowi okazało się, że Stolarz jak najbardziej myśli o wykonaniu tych półeczek, że je wykona, może z parodniowym opóźnieniem, ale zrobi, że UWAGA: nie chce zaliczki, bo jestem z polecenia (ale skąd miałam to wiedzieć), że jemu łatwiej gadać, jak SMS, choć się nie przyznał, że szanuje każdy siwy włos na łysej głowie SJ, że do kontaktów dodał oprócz KB Sikorę i że SJ będzie miała swoje półki...
Ojapierdolę, czasem dzwonienie stwarza życiowe kłopoty (vide: biedna Dora), a czasem niedzwonienie komplikuje życie (vide: moi)... Dobrze mieć na składzie Sikorkę z Fafałkiem, KB z Dziewczyną. Dobrze mieć dobrych ludzi wokół siebie.
I gotować rosołek, nawet bez lubczyku i goździka...
Wywieźli gratowisko z korytarza.
Zostały tylko kultowe drzwi Inżyniera, czekające na nową tapicerkę. KB skakał, walił kluczem od skręcania rusztowań, który nieletni potomkowie skradli z budowy, jak ocieplali bloki i który wciąż trzymam na zasadzie przydasię i akrobacje wyczyniał, żeby rozwalić plecki szafy, która wywaliliśmy z komórki. Przedwojennej. Nie dawała się, nie mam zielonego pojęcia, jak sąsiad ją na 3. piętro wtaszczył... KB jednak twardy był i ją złamał...
Kłamię, mówiąc, że tylko praca mnie kocha :D
Ale... Hmmm....
Kasa o której chłop nie wie znów na horyzoncie, to dobrze, bo trzeba jakoś remontowe szaleństwa pokryć.
A w Matki Boskiej Kwietnej ( moje ukochane święto, jedyne, co mi z wiary zostało) będę pracowała.
Zajebiście, nieprawdaż??
Nawet Biedronkę zamkną, a ja będę zapitalać z motorkiem w dupie.
No nic...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
niedziela, 11 sierpnia 2013
Niedziela upłynęła
miło. Spokojnie. Cicho.
Pojechałam do M1, odkąd jest połączenie tramwajowe, to całkiem szybka wycieczka. W marketach dzikie tłumy, jak by wojna miała być, wykupują wszystko. Chciałam z Ikei taką plastikową podkładkę pod krzesło, ale... ostatni egzemplarz jakiś facet wziął przede mną i dupa. A drogie to, 100 zł kosztuje. W Obi nie mogłam tego znaleźć, a w Praktikerze, w którym byłam na poczatku zapomniałam szukać :)
Ale za to kupiłam dwa fajne kubły do segregowania śmieci i już nie będzie toreb rozwalonych po mieszkaniu.
Zmęczona wróciłam do domu, zjadłam kultową pomidorówkę i po krótkim odpoczynku wzięłam się za przeglądanie papierów po Cioci. Znalazłam listy wujka Mietka z obozu, ale... po niemiecku, więc niewiele rozumiem, nie ma ich dużo, więc może znajoma w pracy mi przetłumaczy, mam germanistkę. Zawiadomienie o śmierci wujka, wypis z obozu w Buchenwaldzie męża Cioci, dowód osobisty dziadka z czasów wojny, Kenkartę Cioci... Jej świadectwo czeladnicze z 1949 roku... I całą masę świętych obrazków i książeczek, sumienie nie daje mi tego wyrzucić na makulaturę, a sklepu z dewocjonaliami nie mam zamiaru otwierać... I tona zdjęć, znalazłam fotkę Pierworodnego, jakiej w domowym archiwum nie posiadam, pełno obcych twarzy, niektóre ze zdjęć znam z albumów rodzinnych. Zdjęcia rodziny wujka z Ameryki od razu wywaliłam, żadna to dla mnie pamiątka, nie znam ludzi, w życiu nie widziałam i nie zobaczę. Ale nie mam serca wyrzucić starych, czarno-białych zdjęć. Różne śluby, przedwojenne, powojenne, nie wiem czyje. I perełkę znalazłam - jedyne pełne zdjęcie moich dziadków z dziećmi - z przyrodnim bratem mojej Mamy, Mamą, Ciocią i wujkiem Mietkiem...
I potem odezwał się Inżynier. Powiedziałam mu o tym znalezisku, że to może do jakiegoś muzeum, a on na to, że może kiedyś, bo... on to chce, bo to też Jego życie. Zrobiło mi się ciepło na sercu, że jednak. W miarę możliwości będę chciała te zdjęcia poskanować i opisać. Jak we wrześniu wleci, namówię go na kupno skanera.
I uruchomiliśmy Face Time w ajfoniku, taki telefoniczny Skype i pokazałam mu chałupkę. Spodobało mu się. Zlewem jest zachwycony, powiedział, że nareszcie porządna kuchnia ;)
Pogadaliśmy o Jego planach.
To była bardzo miła niedziela. Jak rzadko kiedy...
W tej metalowej puszce zamkniete są dzieje mojej rodziny.
Rodzina Fralów w komplecie, Babcia Franciszka siedzi z małą Kazią, stoi moja Mama i wujek Mietek, z tyłu dziadek Ludwik, ten z wąsem i jego syn z pierwszego małżeństwa, Marian.
Nie znałam tego zdjęcia, moja Mama go nie miała, to z papierów po Cioci Kazi...
Dziesięć marek wysłanych wujkowi Mietkowi do obozu... Nie wiem, czy tylko tyle było wolno wysłać, czy też więcej nie mieli. Już się chyba nie dowiem.
Listy wujka z obozu. Po niemiecku...
Pojechałam do M1, odkąd jest połączenie tramwajowe, to całkiem szybka wycieczka. W marketach dzikie tłumy, jak by wojna miała być, wykupują wszystko. Chciałam z Ikei taką plastikową podkładkę pod krzesło, ale... ostatni egzemplarz jakiś facet wziął przede mną i dupa. A drogie to, 100 zł kosztuje. W Obi nie mogłam tego znaleźć, a w Praktikerze, w którym byłam na poczatku zapomniałam szukać :)
Ale za to kupiłam dwa fajne kubły do segregowania śmieci i już nie będzie toreb rozwalonych po mieszkaniu.
Zmęczona wróciłam do domu, zjadłam kultową pomidorówkę i po krótkim odpoczynku wzięłam się za przeglądanie papierów po Cioci. Znalazłam listy wujka Mietka z obozu, ale... po niemiecku, więc niewiele rozumiem, nie ma ich dużo, więc może znajoma w pracy mi przetłumaczy, mam germanistkę. Zawiadomienie o śmierci wujka, wypis z obozu w Buchenwaldzie męża Cioci, dowód osobisty dziadka z czasów wojny, Kenkartę Cioci... Jej świadectwo czeladnicze z 1949 roku... I całą masę świętych obrazków i książeczek, sumienie nie daje mi tego wyrzucić na makulaturę, a sklepu z dewocjonaliami nie mam zamiaru otwierać... I tona zdjęć, znalazłam fotkę Pierworodnego, jakiej w domowym archiwum nie posiadam, pełno obcych twarzy, niektóre ze zdjęć znam z albumów rodzinnych. Zdjęcia rodziny wujka z Ameryki od razu wywaliłam, żadna to dla mnie pamiątka, nie znam ludzi, w życiu nie widziałam i nie zobaczę. Ale nie mam serca wyrzucić starych, czarno-białych zdjęć. Różne śluby, przedwojenne, powojenne, nie wiem czyje. I perełkę znalazłam - jedyne pełne zdjęcie moich dziadków z dziećmi - z przyrodnim bratem mojej Mamy, Mamą, Ciocią i wujkiem Mietkiem...
I potem odezwał się Inżynier. Powiedziałam mu o tym znalezisku, że to może do jakiegoś muzeum, a on na to, że może kiedyś, bo... on to chce, bo to też Jego życie. Zrobiło mi się ciepło na sercu, że jednak. W miarę możliwości będę chciała te zdjęcia poskanować i opisać. Jak we wrześniu wleci, namówię go na kupno skanera.
I uruchomiliśmy Face Time w ajfoniku, taki telefoniczny Skype i pokazałam mu chałupkę. Spodobało mu się. Zlewem jest zachwycony, powiedział, że nareszcie porządna kuchnia ;)
Pogadaliśmy o Jego planach.
To była bardzo miła niedziela. Jak rzadko kiedy...
W tej metalowej puszce zamkniete są dzieje mojej rodziny.
Rodzina Fralów w komplecie, Babcia Franciszka siedzi z małą Kazią, stoi moja Mama i wujek Mietek, z tyłu dziadek Ludwik, ten z wąsem i jego syn z pierwszego małżeństwa, Marian.
Nie znałam tego zdjęcia, moja Mama go nie miała, to z papierów po Cioci Kazi...
Dziesięć marek wysłanych wujkowi Mietkowi do obozu... Nie wiem, czy tylko tyle było wolno wysłać, czy też więcej nie mieli. Już się chyba nie dowiem.
Listy wujka z obozu. Po niemiecku...
sobota, 10 sierpnia 2013
I gdzie to ochłodzenie??
Będę miała
taką
kuchnię :)
Ale na razie jest tylko szafka pod zlew i wszystko pozostałe jest jedną wielką niewiadomą, bo...
meble są w paczkach...
Idę...
Wiem, bałagan, ale :) Mam nowy, wymarzony biały zlew. Jeszcze nieosilikonowany, będzie dopieszczony, ale jest :) Nawet brudny jest cudny w przeciwieństwie do srebrnego badziewia :)
piątek, 9 sierpnia 2013
Ciągnęło mnie
do marketów, jak wilka do lasu i słusznie. Nalatałam się, ale... dostałam ostatnią tapicerkę do drzwi w mieście, w kolorze w jakim chcę, zostały już tylko popielate i koloru jajecznicy, moja była ostatnia, więc wzięłam, nie bacząc na to, że nie znam wymiarów drzwi (tak, tak, jestem pod tym względem technicznym geniuszem) i mam... dobrze kupiłam.
KB przywiózł kuchnię, kochany jest, ma tyle na głowie, a zawsze mogę na niego liczyć.
Jutro przyjdzie Anioł i będzie się działo.
W pracy przywitał mnie na murze kotecek.
Znajdź kotecka :D
A na drzwiach bloku kwitnie sąsiedzka korespondencja. Myślałam, że ktoś się mnie czepia, ale... co dzień myję korytarz, sąsiadów z góry przeprosiłam, zresztą sama przeżyłam dwa sąsiedzkie remonty, no i nie mam kontenera, a w bloku jest więcej remontów... Ale przykro...
I nie ja odpisywałam, wychodzę z założenia, że jak ktoś coś do mnie ma niech zadzwoni do drzwi i porozmawia...
A teraz mając to w pompie idę do dentysty wieczorową porą, bo zęby po tatusiu nie pasują :D :)
KB przywiózł kuchnię, kochany jest, ma tyle na głowie, a zawsze mogę na niego liczyć.
Jutro przyjdzie Anioł i będzie się działo.
W pracy przywitał mnie na murze kotecek.
Znajdź kotecka :D
A na drzwiach bloku kwitnie sąsiedzka korespondencja. Myślałam, że ktoś się mnie czepia, ale... co dzień myję korytarz, sąsiadów z góry przeprosiłam, zresztą sama przeżyłam dwa sąsiedzkie remonty, no i nie mam kontenera, a w bloku jest więcej remontów... Ale przykro...
I nie ja odpisywałam, wychodzę z założenia, że jak ktoś coś do mnie ma niech zadzwoni do drzwi i porozmawia...
A teraz mając to w pompie idę do dentysty wieczorową porą, bo zęby po tatusiu nie pasują :D :)
czwartek, 8 sierpnia 2013
Na złość postanowiłam żyć
Jak nie ma po co żyć, żyje się na złość.
I takoż postanowiłam życ na złość Paprule i Demolce.
Chuj wie, o której przyszli, bo o 16 niewiele było zrobione, jeden siedział i gapił się w sufit, a drugi latał jak kot bez pęcherza.
Zastosowałam Zmorczą metodę, opierdol po całości....
Papruła próg przykręcił w kuchni tak, że szpara była na 5 mm różnicy. Na moje protesty powiedział, że klienci wydziwiają, kupują co chcą, a potem mają za złe. Że kupiliśmy złe listwy podłogowe, bo od różnych producentów. Spokojnie odrzekłam, że wczoraj pytaliśmy, jakie kupić, nic nie mówił, że mają być od tych samych producentów. Że jestem głucha, nie głupia, posłuchałabym. Kazałam zrobić po mojemu i co?? Listwa leży jak ta lala.
To samo było z listwą w łazience.
Miauczał, jęczał, ale zrobił i mówi: ale szefowa ostra.
Rzuca młotkiem i wiertarką na panele. Proszę grzecznie, żeby kładł, nie rzucał. A on na to: takie drogie i mocne, nic im nie będzie...
Kij mu w oko, w dupę by miał przyjemności. I to zaostrzony...
Okazało się, że pękł kolejny kafelek w łazience i lodówka jest opaprana farbą. Demolka do lodówki się poczuwał, do kafelka nie. Kafelek pękł, jak wszystko u mnie "ze starości".
Płacę, żądam pokwitowania. On na to, że żaden klient nie żądał. Ja na to rozkosznie: zatem jestem pierwszym, który żąda. Wyskakuje z pretensjami, że na VAT nie zarobił, bo faktury bierze KB. Ale KB bierze faktury, żeby mi oddać kasę, a Demolka żadnej faktury za usługi mi nie dał, zresztą nie mówił, że chce VAT :) Podaję odliczoną kasę, żada 2 tys. więcej :) Roześmiałam się szeroko i mówię: mam pokwitowania, mam świadków, na jaką kwotę się umawialiśmy, proszę mnie nie rozśmieszać. Nadął się i zaczął pieśn godową, że gdzieś tam dali mu 12 tys., ówdzie 8, spokojnie pytam: mam się czuć winna?? Nie wydusi pan ze mnie więcej, bo nie mam, dostał pan tyle, na ile się umawialiśmy i koniec bajki...
Nie dałam nawet ekstra na piwo. Niech sobie kupi sam :)
Dołóżyłam do interesu: 3 baterie do zlewu, 3 lampy, nie wiadomo kiedy polecą kafelki, ale o to będę się martwić później.
A teraz, popijając zimną łomżę miodową (zasłużyłam), chodzę NA BOSO po moim królestwie i oprócz ludzi do dopieszczania tegoż NIKT KURWA NIE BĘDZIE MI SIĘ SZWĘDAŁ JAK SMRÓD PO GACIACH....
Na kartonach, w bałaganie, ale nareszcie na swoim.
Teraz muszę zająć się KB. Bo ma ciężko i pod górkę, i nikomu nie życzę tego, co przeżywa.
To złoty chłopak, choć zagubiony.
I będę o niego walczyła i nie dam go skrzywdzić.
Jak mi się te dzieci rozmnażają przez pączkowanie :)
A teraz bonus:
Kupiłam dziś nową miotłę, tylko jeszcze nie wiem... Odlatuję, czy zamiatam??
Zniknął kultowy napis z Dziennika Poznańskiego, pewnie Zmorka ma zdjęcie w archiwum, ja nie wiem czy gdzieś mam... Ale... nowa epoka starych drzwi...
Z przedpokoju krok do kuchni...
Linia demarkacyjna pokój - przedpokój...
Widok ogólny, drzwi jeszcze nie mają stałych okuć...
Mogę łazić na boso, nie martwiąc się, że rozwalę sobie nogę...
Więc na złość, żyję dalej...
I takoż postanowiłam życ na złość Paprule i Demolce.
Chuj wie, o której przyszli, bo o 16 niewiele było zrobione, jeden siedział i gapił się w sufit, a drugi latał jak kot bez pęcherza.
Zastosowałam Zmorczą metodę, opierdol po całości....
Papruła próg przykręcił w kuchni tak, że szpara była na 5 mm różnicy. Na moje protesty powiedział, że klienci wydziwiają, kupują co chcą, a potem mają za złe. Że kupiliśmy złe listwy podłogowe, bo od różnych producentów. Spokojnie odrzekłam, że wczoraj pytaliśmy, jakie kupić, nic nie mówił, że mają być od tych samych producentów. Że jestem głucha, nie głupia, posłuchałabym. Kazałam zrobić po mojemu i co?? Listwa leży jak ta lala.
To samo było z listwą w łazience.
Miauczał, jęczał, ale zrobił i mówi: ale szefowa ostra.
Rzuca młotkiem i wiertarką na panele. Proszę grzecznie, żeby kładł, nie rzucał. A on na to: takie drogie i mocne, nic im nie będzie...
Kij mu w oko, w dupę by miał przyjemności. I to zaostrzony...
Okazało się, że pękł kolejny kafelek w łazience i lodówka jest opaprana farbą. Demolka do lodówki się poczuwał, do kafelka nie. Kafelek pękł, jak wszystko u mnie "ze starości".
Płacę, żądam pokwitowania. On na to, że żaden klient nie żądał. Ja na to rozkosznie: zatem jestem pierwszym, który żąda. Wyskakuje z pretensjami, że na VAT nie zarobił, bo faktury bierze KB. Ale KB bierze faktury, żeby mi oddać kasę, a Demolka żadnej faktury za usługi mi nie dał, zresztą nie mówił, że chce VAT :) Podaję odliczoną kasę, żada 2 tys. więcej :) Roześmiałam się szeroko i mówię: mam pokwitowania, mam świadków, na jaką kwotę się umawialiśmy, proszę mnie nie rozśmieszać. Nadął się i zaczął pieśn godową, że gdzieś tam dali mu 12 tys., ówdzie 8, spokojnie pytam: mam się czuć winna?? Nie wydusi pan ze mnie więcej, bo nie mam, dostał pan tyle, na ile się umawialiśmy i koniec bajki...
Nie dałam nawet ekstra na piwo. Niech sobie kupi sam :)
Dołóżyłam do interesu: 3 baterie do zlewu, 3 lampy, nie wiadomo kiedy polecą kafelki, ale o to będę się martwić później.
A teraz, popijając zimną łomżę miodową (zasłużyłam), chodzę NA BOSO po moim królestwie i oprócz ludzi do dopieszczania tegoż NIKT KURWA NIE BĘDZIE MI SIĘ SZWĘDAŁ JAK SMRÓD PO GACIACH....
Na kartonach, w bałaganie, ale nareszcie na swoim.
Teraz muszę zająć się KB. Bo ma ciężko i pod górkę, i nikomu nie życzę tego, co przeżywa.
To złoty chłopak, choć zagubiony.
I będę o niego walczyła i nie dam go skrzywdzić.
Jak mi się te dzieci rozmnażają przez pączkowanie :)
A teraz bonus:
Kupiłam dziś nową miotłę, tylko jeszcze nie wiem... Odlatuję, czy zamiatam??
Zniknął kultowy napis z Dziennika Poznańskiego, pewnie Zmorka ma zdjęcie w archiwum, ja nie wiem czy gdzieś mam... Ale... nowa epoka starych drzwi...
Z przedpokoju krok do kuchni...
Linia demarkacyjna pokój - przedpokój...
Widok ogólny, drzwi jeszcze nie mają stałych okuć...
Mogę łazić na boso, nie martwiąc się, że rozwalę sobie nogę...
Więc na złość, żyję dalej...
Umrę za chwilę
Papruły jeszcze siedzą, obie. I wszystko dalej rozbabrane i rozpiździel wielki jest, wszędzie leżą narzędzia, jeszcze kladą listwy i jeszcze malowanie futryny łazienki. Nie mam drzwi od domu i nie mam drzwi od łazienki, fuck. Na podłodze plątanina kabli i narzędzi ojapierdolę, deski, deseczki, poniszczyli dobre płytki wyciszające, a mi wmawiali, że za mało kupiłam. I upaprał farbą deski w przedpokoju, dobrze, że wróciłam wcześniej z pracy i zauważyłam.
Nie wytrzymam, mało że upał nieziemski, to jeszcze FUCK, papruły!!!!
Niech mnie ktos przytuli, albo i pogłaszcze... :(
Nie wytrzymam, mało że upał nieziemski, to jeszcze FUCK, papruły!!!!
Niech mnie ktos przytuli, albo i pogłaszcze... :(
środa, 7 sierpnia 2013
Szanuj majstra swego...
... możesz mieć gorszego.
Święte słowa.
Wracam ci ja padnięta w tym upale z Castoramy, gdzie oddałam powiew mięty i kupiłam dark chocolate do chaupki, gdzie co ja paczę?? Urzęduje ten od paneli, co go majster zostawił. W autobusie w tym upale najpierw na fotel koło mnie, choć inne były wolne wcisnęła się jakaś kolubryna, w tym upale to i dotyk kochanka by mnie w szał wprawił, a co dopiero obce, spocone udo, więc przesiadłam się, kij w oko babusowi, a za chwilę na następnym przystanku klapnął koło mnie śmierdziel macho, jechał takimi przetrawionymi ćmikami, ale wrzuciłam na luz i pomyślałam: jak rzygnę, będziesz miał za swoje... Do domu dojechałam z ogromnym bólem głowy, a tam ten majster od siedmiu boleści czeka, aż KB dowiezie brakujące panele i piwko popija. Piwko jak piwko, ale gość na kilometr śmierdzi wczorajszą gorzałą, a wokół porozwalane narzędzia tak, że trzeba skakać. Wchodzę do kuchni, a tam w kartonie po panelach leżą niedopałki, na mój ryj wydarty gość mówi, że zmiótł je w przedpokoju. Tak, pijana w trzy dupy siedziałam wczoraj w przedpokoju i paliłam, kurwa... Jak to człowiek nie wie czasem, co robi... Nadął się, że ja jestem wariatka, a on niewinny. Rzekłam mu, że ma się cieszyć, że syna nie ma w domu, boby go z trzeciego piętra spuścił, ja za słaba jestem. A dupek na to, że to nieludzkie... Wrrrrrrrrr....
Potem pojechałam z KB po drzwi, ale okazało się, że drzwi za 98 zł są tylko lewe, a my potrzebujemy prawe, wobec tego mimo protestów KB kupiłam drzwi za 188 zł i dobrawszy do nich farbę na futrynę (trzeci już odcień, dwa do zwrotu), wyrzuciłam KB z drzwiami do domu, choć upierał się, że i ja się zmieszczę do auteczka. Poleciałam na nóżkach do Red Black White i kupiłam trzy lampy: dwie białe i jedną przezroczystą, ale pomarańczową :)
I autobusem wróciłam do domu, a że od rannego śniadania o 6 nie miałam w ustach nic oprócz wody, rzuciłam się do robienia jajecznicy i wtem dzwonek do drzwi. Majster demolka po narzędzia wleciał. Zmieszałam tego drugiego flejtucha z błotem i w dupie mam to, że jest dobrym fachowcem. Też nim jestem, piję może więcej jak on, ale: nie śmierdzę sfermentowanym alkoholem nazajutrz i nie pracuję po piciu!!!
Jutro ma być koniec.
Koniec, nawet sobie tego nie umiem wyobrazić.
I zarazem początek nowej drogi pod górkę, uklepywania, rozpakowywania, montowania.
Ale to już z inną ekipą.
I całkiem inna bajka.
A na razie mam:
I jaki bajzel w tle!!! Wychodząc zostawiłam równo ułożone szmatki...
Szanuj majstra swego...
Święte słowa.
Wracam ci ja padnięta w tym upale z Castoramy, gdzie oddałam powiew mięty i kupiłam dark chocolate do chaupki, gdzie co ja paczę?? Urzęduje ten od paneli, co go majster zostawił. W autobusie w tym upale najpierw na fotel koło mnie, choć inne były wolne wcisnęła się jakaś kolubryna, w tym upale to i dotyk kochanka by mnie w szał wprawił, a co dopiero obce, spocone udo, więc przesiadłam się, kij w oko babusowi, a za chwilę na następnym przystanku klapnął koło mnie śmierdziel macho, jechał takimi przetrawionymi ćmikami, ale wrzuciłam na luz i pomyślałam: jak rzygnę, będziesz miał za swoje... Do domu dojechałam z ogromnym bólem głowy, a tam ten majster od siedmiu boleści czeka, aż KB dowiezie brakujące panele i piwko popija. Piwko jak piwko, ale gość na kilometr śmierdzi wczorajszą gorzałą, a wokół porozwalane narzędzia tak, że trzeba skakać. Wchodzę do kuchni, a tam w kartonie po panelach leżą niedopałki, na mój ryj wydarty gość mówi, że zmiótł je w przedpokoju. Tak, pijana w trzy dupy siedziałam wczoraj w przedpokoju i paliłam, kurwa... Jak to człowiek nie wie czasem, co robi... Nadął się, że ja jestem wariatka, a on niewinny. Rzekłam mu, że ma się cieszyć, że syna nie ma w domu, boby go z trzeciego piętra spuścił, ja za słaba jestem. A dupek na to, że to nieludzkie... Wrrrrrrrrr....
Potem pojechałam z KB po drzwi, ale okazało się, że drzwi za 98 zł są tylko lewe, a my potrzebujemy prawe, wobec tego mimo protestów KB kupiłam drzwi za 188 zł i dobrawszy do nich farbę na futrynę (trzeci już odcień, dwa do zwrotu), wyrzuciłam KB z drzwiami do domu, choć upierał się, że i ja się zmieszczę do auteczka. Poleciałam na nóżkach do Red Black White i kupiłam trzy lampy: dwie białe i jedną przezroczystą, ale pomarańczową :)
I autobusem wróciłam do domu, a że od rannego śniadania o 6 nie miałam w ustach nic oprócz wody, rzuciłam się do robienia jajecznicy i wtem dzwonek do drzwi. Majster demolka po narzędzia wleciał. Zmieszałam tego drugiego flejtucha z błotem i w dupie mam to, że jest dobrym fachowcem. Też nim jestem, piję może więcej jak on, ale: nie śmierdzę sfermentowanym alkoholem nazajutrz i nie pracuję po piciu!!!
Jutro ma być koniec.
Koniec, nawet sobie tego nie umiem wyobrazić.
I zarazem początek nowej drogi pod górkę, uklepywania, rozpakowywania, montowania.
Ale to już z inną ekipą.
I całkiem inna bajka.
A na razie mam:
I jaki bajzel w tle!!! Wychodząc zostawiłam równo ułożone szmatki...
Szanuj majstra swego...
wtorek, 6 sierpnia 2013
Tu musi być jakaś cywilizacja...
... myślę i...
Podłoga już jest, jutro przykręcą listwy, trochę mnie martwi, że majster w południe spada na pogrzeb i zostawia w mieszkaniu tego swojego pomagiera, ale nie mam wyjścia.
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc)
tak wygląda duży pokój z podłogą, obiektyw był brudny, więc jest jak jest ;)
Ta szmata to podkład pod książki... :)
Tak wygląda pokój po eksporcie gratów z przedpokoju, w którym jutro będą kładzione panele...
A tu bonus: KB ze swoją dziewczyną.
Mała dzielnie pomagała dziś przy przenoszeniu rupieci.
I znalazłam w Internecie szafkę do łazienki, jaką chciałam, zamówię, w sklepach są od 400-500 zł w górę.
http://www.art-decoration.pl/product_info.php?cPath=34&products_id=192
czy jakoś tak :D
Podłoga już jest, jutro przykręcą listwy, trochę mnie martwi, że majster w południe spada na pogrzeb i zostawia w mieszkaniu tego swojego pomagiera, ale nie mam wyjścia.
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc)
tak wygląda duży pokój z podłogą, obiektyw był brudny, więc jest jak jest ;)
Ta szmata to podkład pod książki... :)
Tak wygląda pokój po eksporcie gratów z przedpokoju, w którym jutro będą kładzione panele...
A tu bonus: KB ze swoją dziewczyną.
Mała dzielnie pomagała dziś przy przenoszeniu rupieci.
I znalazłam w Internecie szafkę do łazienki, jaką chciałam, zamówię, w sklepach są od 400-500 zł w górę.
http://www.art-decoration.pl/product_info.php?cPath=34&products_id=192
czy jakoś tak :D
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Padłam
jak byk po rodeo...
Bolą mnie stopy, nieznające kremu od dwóch miesięcy, no bo jak wmasować w nie cokolwiek, skoro od razu po postawieniu kroku robi się skorupa z pyłu kredowego i innych świństw.
Nie zabrał "kultowej" kurwa drabiny, ale mam nadzieję, że ją jutro wyniesie, nawet jak musiałabym poświęcić moją na ewentualne poprawki...
Widziałam dziś, wracając znienacka, jak wymył kubek i zamiast go wytrzeć (ma pod ręką i lniane ściereczki i papierowe ręczniki), wytrząsał krople na moją świeżo pomalowaną kuchnię... Boże, daj mi jeszcze te parę dni cierpliwości, i nie pozwół go zabić.
Gadaliśmy o balkonie, że jak odłożę kasy, wyremontuję go. Pisał się na to. A chuj, jak go jeszcze do mieszkania wpuszczę. Nie przekroczy więcej mojego progu, chyba że usterki poprawiając.
Musiałabym na łeb dostać.
Z KB pojechałam po listwy przypodłogowe i po drzwi i oczywiście skończyło się na marudzeniu, że... nie pasuje.
Drzwi dobraliśmy, farbę do futryn pi razy drzwi, wiedziałam, że jest jak na szpilkach, więc wzięłam, co pasowało najlepiej, ale jak znam życie, będzie szukał innej...
Jeszcze parę dni, a potem padnę na ruinach i zgliszczach mego dawnego śmietnika.
Wciąż się z nim oswajam.
Nie wszystko jest idealne, ale...
Od czegóż wyobraźnia i marzenia??
Nie mam już siły na idealizowanie.
Jest: czysto.
Inaczej.
Wystarczy,
Kupowałam dziś nowy worek do odkurzacza, bo... worki są niewiadomogdziewktorymkartoniemożenaszafieamożezupełniegdzieindziej... Nie, nie zepsuła mi się spacja :)
Kupno worka do odkurzacza w dzisiejszych czasach to operacja na miarę bitwy o Stalingrad. Trzeba wiedzieć, jakiej marki jest odkurzacz i wiele, wiele innych rzeczy. Dzięki ajfonikowi udało mi się przeprowadzić tę skomplikowaną operację logistyczną i nowy worek w Admirale czeka na śmieci.
Kiedyś życie było znacznie prostsze....
Ale i tak je... kocham. Za to, że jest,
Za całokształt...
Bolą mnie stopy, nieznające kremu od dwóch miesięcy, no bo jak wmasować w nie cokolwiek, skoro od razu po postawieniu kroku robi się skorupa z pyłu kredowego i innych świństw.
Nie zabrał "kultowej" kurwa drabiny, ale mam nadzieję, że ją jutro wyniesie, nawet jak musiałabym poświęcić moją na ewentualne poprawki...
Widziałam dziś, wracając znienacka, jak wymył kubek i zamiast go wytrzeć (ma pod ręką i lniane ściereczki i papierowe ręczniki), wytrząsał krople na moją świeżo pomalowaną kuchnię... Boże, daj mi jeszcze te parę dni cierpliwości, i nie pozwół go zabić.
Gadaliśmy o balkonie, że jak odłożę kasy, wyremontuję go. Pisał się na to. A chuj, jak go jeszcze do mieszkania wpuszczę. Nie przekroczy więcej mojego progu, chyba że usterki poprawiając.
Musiałabym na łeb dostać.
Z KB pojechałam po listwy przypodłogowe i po drzwi i oczywiście skończyło się na marudzeniu, że... nie pasuje.
Drzwi dobraliśmy, farbę do futryn pi razy drzwi, wiedziałam, że jest jak na szpilkach, więc wzięłam, co pasowało najlepiej, ale jak znam życie, będzie szukał innej...
Jeszcze parę dni, a potem padnę na ruinach i zgliszczach mego dawnego śmietnika.
Wciąż się z nim oswajam.
Nie wszystko jest idealne, ale...
Od czegóż wyobraźnia i marzenia??
Nie mam już siły na idealizowanie.
Jest: czysto.
Inaczej.
Wystarczy,
Kupowałam dziś nowy worek do odkurzacza, bo... worki są niewiadomogdziewktorymkartoniemożenaszafieamożezupełniegdzieindziej... Nie, nie zepsuła mi się spacja :)
Kupno worka do odkurzacza w dzisiejszych czasach to operacja na miarę bitwy o Stalingrad. Trzeba wiedzieć, jakiej marki jest odkurzacz i wiele, wiele innych rzeczy. Dzięki ajfonikowi udało mi się przeprowadzić tę skomplikowaną operację logistyczną i nowy worek w Admirale czeka na śmieci.
Kiedyś życie było znacznie prostsze....
Ale i tak je... kocham. Za to, że jest,
Za całokształt...
Widać
koniec.
Poprosiłam, żeby zabrał graty.
Pakuje.
Zmarł mu teść, nie wiadomo, kiedy będzie pogrzeb, co najwyżej mi się jeden dzień opóźni.
Ale widać, że chce skończyć, bo ma następnych klientów.
I dobrze.
Też chcę koniec...
Poprosiłam, żeby zabrał graty.
Pakuje.
Zmarł mu teść, nie wiadomo, kiedy będzie pogrzeb, co najwyżej mi się jeden dzień opóźni.
Ale widać, że chce skończyć, bo ma następnych klientów.
I dobrze.
Też chcę koniec...
niedziela, 4 sierpnia 2013
Black Red White
Pojechałam w przerwie między deszczami.
Kupiłam kuchnię, pani w punkcie mnie zapamiętała i myślała, że KB to mój syn. Nie wyprowadzałam z błędu, bo KB to przeciez syn. Przyszywany, ale zawsze :D
Kupiłam też kanapę.
Obicie będzie inne, brązowe i boki brązowe... Inżynierowi się podoba.
I w elektrycznym oczopląsu dostałam, ale jednak zielonej lampki nie kupię, bo co za dużo to niezdrowo ;)
Prosta biała podłużna do dużego pokoju, czy podwójna kremowa z mazajami?? Kolorowe lampy są poglądowe, nie kupię. Ale był wybór nie tylko kryształów dla bogaczy... :) Lampy mają całkiem przywoite ceny, do 60 do 200 zł, zatem kupię nowe, bo szkoda czasu na mycie zmasakrowanych przez majstra opraw... A i wiklina zaczynała się już sypać powoli...
Kupiłam kuchnię, pani w punkcie mnie zapamiętała i myślała, że KB to mój syn. Nie wyprowadzałam z błędu, bo KB to przeciez syn. Przyszywany, ale zawsze :D
Kupiłam też kanapę.
Obicie będzie inne, brązowe i boki brązowe... Inżynierowi się podoba.
I w elektrycznym oczopląsu dostałam, ale jednak zielonej lampki nie kupię, bo co za dużo to niezdrowo ;)
Grzesznica
ze mnie wielka, jako że nie pamiętam, aby dzień święty święcić.
Mam dość wszechobecnego brudu, kurzu i syfu, zarazem nic zrobić nie mogę, bo... no właśnie, nawet okna nie mogę umyć w małym pokoju, bo fruwać nie umiem.
Ale...
Otwieram rano szafkę w łazience, po przerzuceniu wszystkich dostępnych misek i kubełków i co widzą szczęśliwe oczy Starej Jędzy??? Jest, jest, jest, znalazłam, nie zginęła. Najważniejsza rzecz w tym domu :) Wiekowa, ale wciąż niezastąpiona (nie przymierzając jak Stara Jędza). Bez niej nie udałoby się poremontowe sprzątanie. Ale jest... Kochana...
Moja łapka do mycia okien :) Nie umiem myć niczym innym, miałam setki takich ustrojstw i nic, albo krzywe były, albo jakieś dziwne, albo szyby rysowały. Pożyczyłam ją jeszcze na pierwszym naszym mieszkaniu od szwagra z samochodu, a że się nie upominał o zwrot... to pożyczyłam na wieczne nieoddanie :)
No i polazłam do kuchni i zębami zgrzytam, co paczę na te moje nieszczęśliwe okna, ale wykombinowałam, że mimo stołu i innych rupieci, w kuchni do okna się dostanę, zatem wziąwszy gąbkę w garść, pracowicie wyczyściłam kafelki, kuchenkę i na koniec umyłam okna. Zatem pierwsze mycie kuchennych okien za mną, potem będzie łatwiej, bo będę miała do nich dostęp. I od razu mi lepiej.
I hahahahaha :) Mam moc, moc jest ze mną. W mojej wiosce kilka minut po tym, jak umyłam rzeczone okienko - lunęło. Lunęło tak, że jak nie przestanie, to nie pojadę kupić mebli do kuchni i na inne cuda wianki też nie pojadę popaczeć.
Ale co tam, z kuchni tylko się wywali panele, wstawi meble, myje podłogę i tadam, gotowe :D :)
Jestem cała mokra, zaraz idę wziąć drugi już dziś prysznic, a włosy mi wcale nie schną :O
Ojapierdole ;)
Mam dość wszechobecnego brudu, kurzu i syfu, zarazem nic zrobić nie mogę, bo... no właśnie, nawet okna nie mogę umyć w małym pokoju, bo fruwać nie umiem.
Ale...
Otwieram rano szafkę w łazience, po przerzuceniu wszystkich dostępnych misek i kubełków i co widzą szczęśliwe oczy Starej Jędzy??? Jest, jest, jest, znalazłam, nie zginęła. Najważniejsza rzecz w tym domu :) Wiekowa, ale wciąż niezastąpiona (nie przymierzając jak Stara Jędza). Bez niej nie udałoby się poremontowe sprzątanie. Ale jest... Kochana...
Moja łapka do mycia okien :) Nie umiem myć niczym innym, miałam setki takich ustrojstw i nic, albo krzywe były, albo jakieś dziwne, albo szyby rysowały. Pożyczyłam ją jeszcze na pierwszym naszym mieszkaniu od szwagra z samochodu, a że się nie upominał o zwrot... to pożyczyłam na wieczne nieoddanie :)
No i polazłam do kuchni i zębami zgrzytam, co paczę na te moje nieszczęśliwe okna, ale wykombinowałam, że mimo stołu i innych rupieci, w kuchni do okna się dostanę, zatem wziąwszy gąbkę w garść, pracowicie wyczyściłam kafelki, kuchenkę i na koniec umyłam okna. Zatem pierwsze mycie kuchennych okien za mną, potem będzie łatwiej, bo będę miała do nich dostęp. I od razu mi lepiej.
I hahahahaha :) Mam moc, moc jest ze mną. W mojej wiosce kilka minut po tym, jak umyłam rzeczone okienko - lunęło. Lunęło tak, że jak nie przestanie, to nie pojadę kupić mebli do kuchni i na inne cuda wianki też nie pojadę popaczeć.
Ale co tam, z kuchni tylko się wywali panele, wstawi meble, myje podłogę i tadam, gotowe :D :)
Jestem cała mokra, zaraz idę wziąć drugi już dziś prysznic, a włosy mi wcale nie schną :O
Ojapierdole ;)
Monotematyczna jestem
wiem.
Ściana ma mniej więcej taki kolor, jak tło pod wieżą Eiffla, u góry. Łamię się, czy nie przemalować. I dobrze, że zrobiłam zdjęcia, na suficie jest plama, nie wiem, co on tam zmalował, fakt faktem, że plama jest jak wół.
Buuu... będzie się wlokło.
A u mnie pada deszcz i dobrze, niech pada...
I jak tu odcień uchwycić??
Ściana ma mniej więcej taki kolor, jak tło pod wieżą Eiffla, u góry. Łamię się, czy nie przemalować. I dobrze, że zrobiłam zdjęcia, na suficie jest plama, nie wiem, co on tam zmalował, fakt faktem, że plama jest jak wół.
Buuu... będzie się wlokło.
A u mnie pada deszcz i dobrze, niech pada...
I jak tu odcień uchwycić??
sobota, 3 sierpnia 2013
Life is a journey
not a destination, is not??
Parę dni temu w Castoramie jadłam obiad, zła, że tyle zapłaciłam, choć wart był swojej ceny. Podeszła do mnie kobieta w moim wieku i zapytała, czy mogę jej też kupić taki obiad. Wiem, świnia jestem, mam pieniądze, ale... ponad 30 zł?? Przeprosiłam i powiedziałam, że nie, przykro mi. Obkolędowała jeszcze parę stolików i trafiła na parkę. Ona otworzyła portfel i dała jej jakiś banknot. Kobieta poszła do lady i oglądała dania. Na to podleciał gość i powiedział, że ma sobie wybrać, co chce, zapłaci. Zapłacił, ponad 40 zł. Nie wiem, czy para miała faktycznie kasę i dobre serce, czy też facet chciał pokazać gest. Nie wnikam, fajnie, że nakarmili potrzebującą, ich plus tam do góry...
Zastanawiałam się, jakbym ja zrobiła w takiej sytuacji, gdybym musiała prosić o jedzenie. Na pewno nie prosiłabym w tak drogim barze, raczej w jakimś barze mlecznym, czy bistro. Ale nie oceniam, może to sposób tej pani na życie.
Wyszłam zła na siebie, że nie kupiłam jej obiadu.
Tak jest za każdym razem, jak mnie ktoś tak zaczepia, a ostatnio coraz częściej, np. pod Lidlem, mężczyźni w sile wieku pytają, czy zrobię im zakupy jedzeniowe...
Czuję się winna, że mam na zakupy.
Że mam pracę.
Że mogę sobie nawet na ekstrawagancję pozwolić.
Dziś na Manhattanie stoję pod budką z kurczakami i facet za mną pyta, czy kupię mu zwłoki. Coś we mnie trzasnęło i mówię, że OK. To śmieszne pieniądze - 1,50, ale OK. Dałam mu te 1,50 i czekam, aż z nimi zniknie, a on... tup, tup, omija kolejkę i co ja paczę?? Kupuje te zwłoki. Jako że kolejka się wiła, z nudów patrzyłam na targowisko. U jednej pani wyprosił włoszczyznę, na kolejnym straganie ktoś mu kupił pomidora... Idę potem do Biedronki i skojarzyłam, skąd znam gościa. Z towarzystwa wzajemnej adoracji na murku pod Biedronką. Ale... Nie wnikam, czy przepija w całości swoje źródło dochodu, czy też gniecie go faktycznie bieda. Miał dwie wypchane reklamówki i obiad na parę dni na pewno.
Jeśli jeszcze raz poprosi o zwłoki, kupię mu.
Dla uspokojenia mojego parszywego sumienia.
Że jakieś resztki człowieczeństwa we mnie tkwią.
Bohaterka za 1,50 ;)
A wracając do naszych baranów, czyli do remontu, działo się. Majster przyszedł, a jakże, rękawów nie wyrywał, ale pomalował już dwie ściany, jeden raz, więc to jeszcze nie jest efekt ostateczny, u nas zaś tak gorąco, że nie miałam sumienia go popędzać. I tak szybciej nie zrobi. Pewno liczył na zaliczkę, ale nie dostał, choć powoli wypłacam kasę, bo nie lubię z dużą kwotą latać :D Przyniósł też stertę fotografii z remontów sprzed 8 lat i kazał mi podziwiać, jakby mnie to cokolwiek obchodziło!!! I nawijał, jaki to on Majster przez duże M, jak się wszystkiego sam nauczył i jakim Mistrzem jest. Ojapierdolę. Ofiarował mi też zdjęcie nieletniego KB, nie poznałam, że to on :) Wzięłam, bo lubię KB i kiedyś mu zrobię kawał, pokazując tę fotę. Bo nie znam KB z tego okresu, znam go od jego szkoły średniej :)
Zmorka mówi, że ściana ciemna, ale mi się podoba.
Więc teraz gratisy, czyli remontu cd.
Kolor absolutnie nie jest uchwycony, o czym świadczy chociażby sufit, który jest bieluteńki, a na focie jest jaki jest :)
Na pierwszym planie pierwszego zdjęcia jest kawał ściany w przedpokoju, jest kremowobiała, a na zdjęciu wygląda jak jakiś pomarańcz.
Do kultowych skarpetek i kapci dołączyły tym razem spodnie ;)
Miłego weekendu, u mnie piwo w lodówce się chłodzi... Wleci ktoś?? Zapraszam :D
Parę dni temu w Castoramie jadłam obiad, zła, że tyle zapłaciłam, choć wart był swojej ceny. Podeszła do mnie kobieta w moim wieku i zapytała, czy mogę jej też kupić taki obiad. Wiem, świnia jestem, mam pieniądze, ale... ponad 30 zł?? Przeprosiłam i powiedziałam, że nie, przykro mi. Obkolędowała jeszcze parę stolików i trafiła na parkę. Ona otworzyła portfel i dała jej jakiś banknot. Kobieta poszła do lady i oglądała dania. Na to podleciał gość i powiedział, że ma sobie wybrać, co chce, zapłaci. Zapłacił, ponad 40 zł. Nie wiem, czy para miała faktycznie kasę i dobre serce, czy też facet chciał pokazać gest. Nie wnikam, fajnie, że nakarmili potrzebującą, ich plus tam do góry...
Zastanawiałam się, jakbym ja zrobiła w takiej sytuacji, gdybym musiała prosić o jedzenie. Na pewno nie prosiłabym w tak drogim barze, raczej w jakimś barze mlecznym, czy bistro. Ale nie oceniam, może to sposób tej pani na życie.
Wyszłam zła na siebie, że nie kupiłam jej obiadu.
Tak jest za każdym razem, jak mnie ktoś tak zaczepia, a ostatnio coraz częściej, np. pod Lidlem, mężczyźni w sile wieku pytają, czy zrobię im zakupy jedzeniowe...
Czuję się winna, że mam na zakupy.
Że mam pracę.
Że mogę sobie nawet na ekstrawagancję pozwolić.
Dziś na Manhattanie stoję pod budką z kurczakami i facet za mną pyta, czy kupię mu zwłoki. Coś we mnie trzasnęło i mówię, że OK. To śmieszne pieniądze - 1,50, ale OK. Dałam mu te 1,50 i czekam, aż z nimi zniknie, a on... tup, tup, omija kolejkę i co ja paczę?? Kupuje te zwłoki. Jako że kolejka się wiła, z nudów patrzyłam na targowisko. U jednej pani wyprosił włoszczyznę, na kolejnym straganie ktoś mu kupił pomidora... Idę potem do Biedronki i skojarzyłam, skąd znam gościa. Z towarzystwa wzajemnej adoracji na murku pod Biedronką. Ale... Nie wnikam, czy przepija w całości swoje źródło dochodu, czy też gniecie go faktycznie bieda. Miał dwie wypchane reklamówki i obiad na parę dni na pewno.
Jeśli jeszcze raz poprosi o zwłoki, kupię mu.
Dla uspokojenia mojego parszywego sumienia.
Że jakieś resztki człowieczeństwa we mnie tkwią.
Bohaterka za 1,50 ;)
A wracając do naszych baranów, czyli do remontu, działo się. Majster przyszedł, a jakże, rękawów nie wyrywał, ale pomalował już dwie ściany, jeden raz, więc to jeszcze nie jest efekt ostateczny, u nas zaś tak gorąco, że nie miałam sumienia go popędzać. I tak szybciej nie zrobi. Pewno liczył na zaliczkę, ale nie dostał, choć powoli wypłacam kasę, bo nie lubię z dużą kwotą latać :D Przyniósł też stertę fotografii z remontów sprzed 8 lat i kazał mi podziwiać, jakby mnie to cokolwiek obchodziło!!! I nawijał, jaki to on Majster przez duże M, jak się wszystkiego sam nauczył i jakim Mistrzem jest. Ojapierdolę. Ofiarował mi też zdjęcie nieletniego KB, nie poznałam, że to on :) Wzięłam, bo lubię KB i kiedyś mu zrobię kawał, pokazując tę fotę. Bo nie znam KB z tego okresu, znam go od jego szkoły średniej :)
Zmorka mówi, że ściana ciemna, ale mi się podoba.
Więc teraz gratisy, czyli remontu cd.
Kolor absolutnie nie jest uchwycony, o czym świadczy chociażby sufit, który jest bieluteńki, a na focie jest jaki jest :)
Na pierwszym planie pierwszego zdjęcia jest kawał ściany w przedpokoju, jest kremowobiała, a na zdjęciu wygląda jak jakiś pomarańcz.
Do kultowych skarpetek i kapci dołączyły tym razem spodnie ;)
Miłego weekendu, u mnie piwo w lodówce się chłodzi... Wleci ktoś?? Zapraszam :D
piątek, 2 sierpnia 2013
Weekend again
Sama siebie nie poznaję, wytrzymałam 10 godzin bez jedzenia :) Inna para kaloszy, że trochę mi się w tym głupim łbie kręciło, ale to pewno z gorąca.
Nareszcie dostałam się do dentysty, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo ile można chodzić. Teraz mam czas do wtorku wieczora, żeby moje usta znów doprowadzić do stanu "usta jak maliny" ;)
Majster się dziś spóźnił godzinę, już zaczęłam molestować KB, okazało się, że pojechał do klienta, który "juz czwarty raz go zamawia, tak zadowolony z jego usług". Nie skomentowałam, chce, niech bierze, to wolny kraj :) Majster zaczął zwijać się jak w ukropie i dziś "wybiałkował, skuł, wyrównał, pomalował na biało". Ojaciepierdolę. Nie wiem, czy przyjdzie jutro, bo nie mógł się zdecydować przed moim wyjściem do pracy, ale mi to rybka :) We wtorek KŁADZIE podłogę, jak dobrze pójdzie i to nie dwa dni, ale jeden :D
A teraz ostatnie obrazy remontowe, nie będzie się juz nic kurzyło, wiało i pierdziało, malowanko, podłogi, drzwi i adios amigos...
Kultowa drabinka tym razem bez czaderskich dodatków, nigdzie ich nie ma, albo też tak przemyślnie schował, że znaleźć nie mogę...
I lalalalalalala :)
Te cienie w kątach to jakieś cuda wianki kątowe, w tle stara jeszcze biblioteka...
I balkon, prawie jak na początku, kiedy okna wymieniałam.
Prawie, bo rośliny padają, a winobluszcz prawie tak siwy, jak ja, a swoich gratów jeszcze nie zabrał.
Ale nic to, nic to, nic to...
Oddycham w papierową tytkę, popijam pintę Carlsberga z Biedronki i świat nabiera kolorów.
W pracce urządzili taniec radości z powodu, że nie biorę urlopu i zamknę technikę...
Jakbym im mogła takie świństwo zrobić?? ;)
Miłego weekendu, dziś padam zaraz na kanapę i odrobię zaległości serialowe, a jutro od rana będę zarabiać kaskę na resztę imprezy :)
Co poniektórzy balują, takie mnie słuchy doszły, ale ja jestem kobieta pracująca ;)
Nareszcie dostałam się do dentysty, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo ile można chodzić. Teraz mam czas do wtorku wieczora, żeby moje usta znów doprowadzić do stanu "usta jak maliny" ;)
Majster się dziś spóźnił godzinę, już zaczęłam molestować KB, okazało się, że pojechał do klienta, który "juz czwarty raz go zamawia, tak zadowolony z jego usług". Nie skomentowałam, chce, niech bierze, to wolny kraj :) Majster zaczął zwijać się jak w ukropie i dziś "wybiałkował, skuł, wyrównał, pomalował na biało". Ojaciepierdolę. Nie wiem, czy przyjdzie jutro, bo nie mógł się zdecydować przed moim wyjściem do pracy, ale mi to rybka :) We wtorek KŁADZIE podłogę, jak dobrze pójdzie i to nie dwa dni, ale jeden :D
A teraz ostatnie obrazy remontowe, nie będzie się juz nic kurzyło, wiało i pierdziało, malowanko, podłogi, drzwi i adios amigos...
Kultowa drabinka tym razem bez czaderskich dodatków, nigdzie ich nie ma, albo też tak przemyślnie schował, że znaleźć nie mogę...
I lalalalalalala :)
Te cienie w kątach to jakieś cuda wianki kątowe, w tle stara jeszcze biblioteka...
I balkon, prawie jak na początku, kiedy okna wymieniałam.
Prawie, bo rośliny padają, a winobluszcz prawie tak siwy, jak ja, a swoich gratów jeszcze nie zabrał.
Ale nic to, nic to, nic to...
Oddycham w papierową tytkę, popijam pintę Carlsberga z Biedronki i świat nabiera kolorów.
W pracce urządzili taniec radości z powodu, że nie biorę urlopu i zamknę technikę...
Jakbym im mogła takie świństwo zrobić?? ;)
Miłego weekendu, dziś padam zaraz na kanapę i odrobię zaległości serialowe, a jutro od rana będę zarabiać kaskę na resztę imprezy :)
Co poniektórzy balują, takie mnie słuchy doszły, ale ja jestem kobieta pracująca ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































