wtorek, 29 kwietnia 2014

Pijana

w trzy dupy do domu wróciłam z kijków. Musiałam zmienić trasę, bo ta, którą wybrałam, była nieocieniona i myślałam, że wykorkuję. A upiłam się zapachem bzów, hyczki, drzew owocowych i co tam jeszcze kwitnie. Dominował zapach bzów, zupełnie jakbym się oblała moimi kochanymi perfumami, a do tego nuta asfaltu i odrobiny spalin. Nie do podrobienia...
Kardiolog wziął urlop, więc nie wiem, czy wyniki są takie OK.
Wpadłam do pracy i okazało się, żem prorokiem, oprócz pracy, która miała być, podkładają mi dodatkową świnię. Ale palcem w bucie nie kiwnęłam i kazałam pogadać z Bossem. Trzech czasopism w jednym terminie nie będę robiła i nie obchodzi mnie, ile mają stron. A myśleli, że mnie z zaskoczenia wezmą, usiądę i zrobię. Nie ze mną te numery, Brunner, a jeszcze nie wiem, czy zaległa kasa wpłynęła, nie chce mi się iść do banku. Zresztą, wolne mam, więc pocałujcie dzieci, Starą Jędzę w dupę :D

Próbowałam sieciówkę, a przepraszam, PEKĘ załadować, w tym miesiącu co byłam w okolicy jakiegoś punktu, to kolejka jak prosięcy ogon (coś znów za mną chlewik chodzi), wiadomo, od 1 maja tylko PEKA . Kolejka, składa ktoś wniosek, wiadomo, z 15 min zejdzie, a za 10 min przerwa. Więc zrezygnowałam. Wychodzę z pracy i co ja paczę?? W kiosku RUCHU PEKE ładują, a kolejki nie ma. No to sruu... i banan, bo można płacić kartą. Nic to, że mi tramwaj wieje, będzie następny. I co się okazuje?? PEKA (ładowana już od paru miesięcy) ma jakiś błąd i w kiosku jej nie załadują, tylko w punkcie ZTM (już nie MPK). Fuck. Idę na inny przystanek, pokonując skrzyżowanie z piekła rodem,  i wracam na "moją" pętlę, na której byłam rano. Piętnaście minut w kolejce, pani męczy się z moją PEKĄ kolejne 20 minut, marmoląc coś pod nosem, że się nie da. Gówno mnie to, choć wiem, że to nie wina tej pani, więc się na niej nie wyżywam, bo widzę, że się stara. W końcu "coś" przechodzi, ale... Dostaję od pani fakturę VAT, a jakże, na papierku, żeby w razie czego kanary wiedziały, że Stara Jędza na gapę nie jechała, ale że uczciwie, na bilecik... Już nie wydruk z kasy fiskalnej, ale fakturę VAT...  Nosz... Kurwa i po co komu ta elektronika, skoro i tak muszę papiery wozić ze sobą i gromadzić??  Komu przeszkadzały tekturki z naklejanym co miesiąc znaczkiem?? No komu??

Nie denerwuję się, słońce świeci, bzy pachną, kijki zaliczone, obiad pyszny był, teraz slodkie nicnierobienie...

Szkoda tylko (troszkę, ale zawsze), że nie ma z kim wąchać po nocach tych bzów... Life is brutal...  :)

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Kasza

jaglana na nowo odkryta, dzięki Dorze i... Ugotowałam w sobotę małą garstkę kaszy, z myślą o sałatce, taki misz-masz z sałatą rzymską i innymi zabawkami.... Był z tego obiad na sobotę, niedzielę i jeszcze dziś zostało. A oprócz tego kaszy w bród,  a że można to 3 dni trzymać w lodówce, zagłówkowałam. Chciałam z marchewką, ale marchewkę szlag trafił (marchewka z marketu była), więc wymyśliłam coś innego. Kasza jaglana z avocado, selerem naciowym i koprem włoskim, plus z przypraw co się nawinie :0


Niebo w gębusi i już wiem, że będę kombinować w różnych konfiguracjach, jako że mam teraz czas bezmięsny, tzn. nie chodzi za mną mięso :D

Obżarłam się niesamowicie, a jeszcze na jutro zostało :)
Ale najpierw poleciałam na Manhattan i kupiłam


cztery sadzonki pomidorków koktailowych, każde innego koloru, ale who is who dowiem się, jak zaowocują... Sadzonka 2 zł, więc nie sądzę, że warto się męczyć z sianiem i pikowaniem, no bo.... i tak więcej miejsca na balkonie nie mam :)

Potem kijki, mniej więcej tą samą trasą, wracając wleciałam do Lidla i kupiłam osteospermum, bo myszka pusta stała, a to kolorki są do niej podchodzące :)


Teraz się na burzę zanosi, czy inne padanie, a ja od dobrego jedzenia mam lenia, więc będzie pół godzinki dla słoninki, co zamieni się pewno w leniwe popołudnie i wieczór...
Słodkie lenistwo...
Trzeba sił do pracy nabierać, a ta już niedługo zapuka....

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ani chybi

z przepracowania Inżynierowi się wygło pod kapturkiem. Chce, żebym przyleciała na przyszłą Wielkanoc. Tłumaczę mu jak dziecku, po polsku, po niemiecku, że najpierw muszę na Gwiazdkę dolecieć :D Ale napiera, aż mnie serce zabolało, że w tej pięknej główce się popierdoliło... W końcu bez bicia przyznaje, że on nie będzie mógł na Wielkanoc przylecieć, bo dwa tygodnie po Wielkanocy przylatuje na ślub... No to ja mu jak dziecku, że nieźle się bawiłam w tę Wielkanoc i nie boję się powtórki. Nie przetłumaczysz. Dotarło do niego dopiero, jak powiedziałam, że ja też pracuję i nie wiem, kiedy będę miała wolne.
Hmmm... Musiałam obiecać, że jak będę tęskniła, to dolecę zawsze, jak będą mieli już swoje mieszkanie.
Obiecałam.
Nie odmówię, jeszcze im się znudzić mogę.
Ale... Nowy etap życia rozpoczęty, naumiałam się go i... nie jest źle.
My echo, my shadow and me mamy się dobrze. Bo nie ma to, jak przebywanie w miłym i inteligentnym towarzystwie :D
Ale cieszę się, że mam miejsce na Ziemi także u tego Paskudnika (o innych miejscówkach też pamiętam i nie omieszkam skorzystać i cmokam kogo trzeba :*).
Co nie zmienia faktu, że nieźle mu się wygło ;)
Będę musiała z tym żyć :D

Kanonizacja

dziś.
Nie mam nic przeciw.
Tylko sobie tak myślę, że czasem człowiek grochem o ścianę rzuca, perły przed wieprze sypie i pisze na Berdyczów...
No bo

http://www.jp2wielki.za.pl/pomniki.htm

co fundatorzy i autorzy tych cudów zrozumieli z nauk JPII?? What?? Był też człowiekiem renesansu i teraz w trumnie się nie przewraca, ale rytmicznie wali w wieko, no bo jak to?? Takie maszkarony?? Zupełne bezguście??
I, to moje prywatne zdanie, nikt nie musi sie z nim zgadzać, ale... wydaje mi się, że On wolałby chociażby jakąś szpitalkę swojego imienia (szpitalka to był taki budynek w mojej wiosce rodzinnej, gdzie mieszkały starowinki bez rodziny, schorowane, Agata bez nosa, której baliśmy się jak cholera, opiekowały się nimi siostry zakonne, a my, przedszkolaki, im pomagaliśmy. I jakoś nikt nie ucierpiał w zetknięciu z biedą i starością, a pewne rzeczy w moim pokoleniu zostały), hospicjum może (godne umieranie to niełatwa rzecz) czy inny taki pomniczek.
Ale już jeden z wieszczy pisał:


Bo żywy student, to jest kłopot dziki.
A my, Polacy, my lubim pomniki.

Zamieńcie "studenta" na "papieża".

I co??
Prawda, że łatwiej walnąć kolejną figurkę, niż stosować się do nauk, a co więcej, studiować Jego słowa i zastanawiać się nad nimi.

Ten łomot to stukanie w wieko...

Amen...

sobota, 26 kwietnia 2014

Śniło mi się

na granicy jawy i snu. Pierwsze wydawnictwo, ale... nie kompiki, a maszyna do pisania. I redaktorką byłam, miałam opowiadanie napisać. Kalka mi wciąż wypadała, mama kalkę podawała, a Baran dzwonił, że mam do domu wracać, bo chce ze mną pogadać. W rzeczywistości Mama już nie żyła, a Baran słupki dodawał...
Wracam z Manhattanu, a tu pod blokiem jakiś dresik. O wyglądzie szczurka, spojrzenie rozlatane, wyciąga telefon, taki moje sto lat przed Murzynami i dzwoni, jedynki mu brak. Moja paranoja budzi się, drzwi od wiatrołapu otwarte, w wiatrołapie w kącie stoi doniczka z aloesem. Wjeżdżam na swoje piętro i ulga, wszystko ok. Wypróżniam wózeczek, siusiu, rączki, SMS, torebka, trochę zeszło. Dochodzę do przystanku i co ja paczę?? Koło wiaty rozwalona doniczka z aloesem, przy wiacie stoi donica z olbrzymią wężownicą, wielkie, ale zaschniete drzewko szczęścia i jakis aloesik mały... A na ławeczce siedzi toto szczerbate i nawija do telefonu, ale... nie wiem, co mówi, bo primo po pierwsze, nie będę się gapić na dresa, nawet tak mikrego, primo po drugie, usta zasłaniał ręką. Skończył gadać, wylazł z wiaty, kucnął obok tych badylków i skubie je, łypiąc na mnie spode łba. A mi w głowie szaleje. Nie zaczepię dresa, wokół pusto, boję się. To jednak młody facet, a skąd mam wiedzieć, co ma w kieszeni?? Nie zadzwonię na policję, bo co powiem: że podejrzewam, że facet zwinął badyle z korytarza na którymś piętrze?? I co? Amerykański film i zajadą z piskiem opon, wrzasną: gleba i skują?? W sumie podliczając wartość rynkową badyli nawet by go nie zwinęli, bo znikoma szkodliwość społeczna czynu. Czekałam 5 minut na autobus i to 5 minut było wiecznością. Autobus nadjechał, dresik z trudem zwinął badylki, zostawiając zwłoki aloesika, wskoczył do autobusu. Wysiadł parę przystanków dalej.
A moja paranoja działała w najlepsze. A może nie kradł, ale ktoś mu dał? Ale na co komu duży, ale kompletnie zasuszony grubosz??
Wróciłam do domu i co zrobiłam? Wniosłam na balkon moje badylki z korytarza.
Moja paranoja ma się znakomicie.
I wciąż mi dokucza.
A odebrałam

i Dziewczyna Inżyniera będzie go wkurzać :)

A ja się nie wkurzam, ale cieszę, bo mam

Nie było żadnych ciętych na Manhattanie, tom sobie w doniczce kupiła, a co?? :) I frezje w Lidlu :D

piątek, 25 kwietnia 2014

No to sobie polatałam

Tak się zgadałam z Dziewczyną Inżyniera, bo tak, jak mnie naszła ta tasakowa torebka, tak ją naszedł napis na t-shircie... i będzie miała :) Za niedługo ma urodziny, to mam problem z głowy.
A przy okazji włóczęgi odkryłam pinkową stronę mojej wioski

 Plac przed operą otulipaniony i ostokrotkowany cały :)



 Nosz, pinkowy welocyped...

 Na Świętym Marcinie dywan z bratków.
 Tu bratki jeszcze się trzymają, ale pieścichłopy już się żegnają. Do zobaczenia za rok... A co roku jesienią myślę, czy was jeszcze zobaczę :)


 I sklep dla kociar. Wszystko w koty, ojapierdolę. Zwariowałabym.

 Fara pinkowa...
 Kamienica na ulicy pinkowa...

Srajda na ścianie też pinkowa, żeby nie było, że mam przywidzenia, trzaśnięty dwa razy....
 ... a w sąsiednim oknie jej kolega, niepinkowy :>
 Hmmm... Zmienił się miejski konserwator zabytków, ale nowy też ma nie tenteges z kolorkami. Jakby piorun w rabarbar strzelił...
 A to specjalnie dla Sikorki :)
 I na Kolegiackim też pinkowo do bólu...


 Tylko koziołki niepinkowe :P

 To akurat mi się podobało, w słońcu wyglądało jak jedwab... Ale to kardynalski kolor, nie pink :)


 Winobluszcz prawie jak mój, mój też miejscami bardzo mizerny i zieleni sie tylko na końcach :( Nie wiem dlaczego, a Baran gdzieś wsiąkł :(

No to się pocieszyłam, robiąc obiadek. Ta kumpela, co mnie wkurwia orzekła, że szaleję w kuchni. Jakie szaleję? Że jaja ugotowałam... Rechot na sali :D
Prawie 10 tys. kroków dzisiaj, podobam się sama sobie :D

To był zwyczajny

szary dzień...

 ... ale kwitną bzy... No dobra, lilaki.... Choć jak to brzmi ;)
 I magnolie gdzieniegdzie wciąż...
 I znów w tym roku matura...
 I to coś, cudne, choć nie wiem, jak się zwie...
 No i bez, oczywiście...
 ... po naszemu hyczka....
 i ten lilak, co za serce chwyta, do bólu...
I
 I zapomniałam, co to ja atlas krzewów jestem?
 Kaczki stadami się wszędzie włóczą i sekszą...
 Kos...
 I? To nie rudzik, nie chce mi się szukac...
 Ale pozował cierpliwie...
 Upał był taki, że kosy bezwstydnie....
 ... taplały się...
 ... aż przyłapałam na gorącym uczynku....
 i znów serce mi zatrzepotało...
 Jakie cwane te ptasiory, ponumerowały sobie budki, żeby poczta do nich docierała ;)
 Wcale się człowieka nie boją...
 I już wiadomo, co potem zrobić z ciałem ;)
 Od podwórka...
 Urok miejskiej szarzyzny...
 Pozdrowienia dla niejakiej Zmorki narcyze ślą z mojej wioski...
A końca budowy nie widać....

Się poleci, się zobaczy :)