A siedzieć w domu w taki dzień to grzech. Śmiertelny. Gorszy jak życie w konkubinacie :)
Inżynier dorwał mnie w ostatniej chwili, bo słońce świeciło jak głupie, a że wiele się nie dzieje, nie gadaliśmy długo, i poleciałam.
Chciałam najpierw do wujka Mietka, ale autobus podjechał od dupy strony i stwierdziłam, że logiczniej najpierw na Kaziuka, potem do wujka Mietka i stamtąd autobusem, który nie nadjechał od razu do domu. I to był genialny pomysł.
Już na przystanku uskuteczniłam strip-tease, żałując, że nie poszłam w sweterku, ale jak wiadomo, zszokowałabym społeczeństwo :)
I tak
Już na Garbarach z daleka było widać, że miasto imprezuje :)
Na placu Kolegiackim myślałam, że pawia puszczę. Trawnik jeszcze nie odżył po zimie, tu fotka tylko pasa skopanego i obsadzonego kwiatami, jeszcze parę dni i jak pogoda nie zeświruje będzie bajeczny dywan. A sam trawnik zaminowany tak, że żaden saper by sobie z tym nie poradził. A najlepszy kawał, że tu mieści się Urząd Miasta i zdaje się, że Straż Miejska też tu jest. A zasrane do potęgi... Ojapierdolę.
No i potem uliczkami
dotarłam na Stary Rynek...
który powitał mnie po staropolsku: chlebem i oscypkami :)
Chleb dla bogatych, ponad 15 zł za pół bochenka :) Może bym się i skusiła, ale patrząc na przewalające się tłumy policzyłam sobie, ile świństwa w powietrzu lata i spasowałam :D
Zlądowałam tuż przed 12, więc ruszyłam w stronę koziołków, punkt dwunasta pozdrawiając je serdecznie od Zmorki, która jest ich zagorzałą fanką.
Nie planowałam być równo o 12, a na Rynku działy się dantejskie sceny. Zrobienie fotki graniczyło z cudem, do tego w kieszeni miałam telefon, na brzuchu torbę, w dłoni aparat, nie, nie, nie, w którymś momencie zabrakło mi powietrza, zrobiło mi się goraco i słabo, więc wycofałam się szybko, chociaż miał być przemarsz Jagiellonów. Nie dla mnie takie rozkosze, ja tłumów po prostu nie znoszę :D
Było wszystko; koszyczki, pierniczki, rury, pańska skórka...
... palmy, świeczniki, pojemniczki i nie wiadomo co, biżuteria...
Do wędlin dopchać się nie można było, kolejki jak za PRL :)
Piffko też było :) Ale co kawałek ktoś lazł w kadr...
... no i chałwa, jak to jarmark bez chałwy??
... I balony...
A tu Jagiellonowie na ratuszowym balkonie...

... bo jak w cieniu było 15 stopni to nawet taka promocja nie zachęcała do kupna :)
Cieszyły się oczy...
...radowało serce...
... czegóż tu nie było :)
I koszmarki prima sort też... Jakieś żaby i ślimaki i inne robale ze snu pijanego rzeźbiarza :)
I cudeńka wiosenne... Bazie :)
A nad wszystkim górował najkoszmarniejszy koszmar mojej wioski - "odrestaurowany" zamek Przemysła...
Były też takie wirujące cuda...
A te jeszcze piękniejsze. Niestety drogie. Maleństwo takie kosztowało 35 zł, potem już cena tylko rosła...
To się nazywa biznesmen :D
I te kwiaty. Wiosenne, wytęsknione. Kwiatów było zatrzęsienie w całym mieście, bo wiadomo, 8 marca. A ceny z sufitu. 13 zł za dużą różę?? Co z tego, że duża? Na co dzień kosztuje 7 zł.
I miody były, deski, firlejki, beczki, łatwiej napisać, czego nie było :) I ten wszechobecny smród grilla, bo to w tym stężeniu nie jest zapach, tylko już smród. Bigosy, kiełbasy i cepeliny. Na cepelina ostatecznie się skusiłam, bo jak to, tak nietradycyjnie, ale że serwowali je w miejscu, gdzie hmm... spuśćmy na to zasłonę milczenia, a i jedzenie w kurtce, z wielką torbą i aparatem oraz Panem Kurczakiem czy też Zającem (cholera wie, wygląda jak kurczak, a uszy ma jak zając) to przekracza już moje zdolności, choć dawniej ogarniałam do tego jeszcze sztuk dzieci dwie :D Zabrałam cepelina na wynos do domu.
I ruszyłam w stronę wolności, dosłownie, bo na plac Wolności :)
A na drodze stanęła mi... kamienica.
Ojapierdolę.
Za komuny była tu Moda Polska, jeden z najbardziej ekskluzywnych sklepów w mojej wiosce.
Potem budynek kupił niejaki Świtalski, ten od Elektromisu (jak ktoś ciekawy, niech googla dziada), mój ówczesny chlebodawca. Miała tam być redakcja. Miała, bo gość zlikwidował interes z dnia na dzień, przerzucił się na Biedronki (tak, on zakładał Biedronki, Żabki i inne pająki...). A kamienica??
Proszę...
Moda też jest.
Wiszą gacie na szpagacie...
No i oczywiście, jesteśmy za :) Jak najbardziej. Może znów pojedziemy walczyć do Hiszpanii?? Wyklęty powstań ludu ziemi...
A że Paderewskiego pod górkę, a tego nie lubię, na placu Wolności zlądowałam już spokojna, bo cała para poszła w gwizdek :)
A tam bratkowo...
Pusto... Cicho (chyba, bo słuchawki miałam w uszach), ludzie piegi na słoneczku grzeją, a kobieta mi się podobała... Fantazyjny kapelutek miała :)
Potem sruuu do wujka, świeczuszka i na przystanek. Wylądowałam vis a vis Hanki i serce mi zatrzepotało, bo tu za oknem między środkowymi kolumnami na I piętrze spędziłam piękny rok życia. Ostatni rok beztroski. Stąd wkroczyłam w świat dorosłych... Więc zatrzepotało, ale nie zamarło, dobre i to, co nie??
I w domu, głodna jak wilk zjadłam cepelina... Jak już mówiłam, wybornego i nawet to, że kapusta była ciut za kwaśna mi nie przeszkadzało :)
Nie chce wyjść na zdjęciu, w ogóle to ni pies ni wydra, ale ma zajebisty rudy kolorek, taki jak lubię. To żólte na górze to uszy z liści kukurydzy :) Miało nie być kurzołapów, ale oj tam, oj tam... Kosztował 6 zł (zastanawiam się, jak komuś się opłaca tyle roboty za taką kasę) i nastrój robi :)
A ten widok (fotkę robiłam po powrocie, koło 15, słońca nie ma u mnie od 11) rozgrzał do reszty moje serce.
To jest to, co Stare Jędze lubią najbardziej i nawet perspektywa, że jutro poniedziałek nie psuje mi humoru :D
Kijków jeszcze nie ruszyłam, ale za parę dni kto wie :)
Prawda, że fajny dzień, Kochany Pamiętniczku?? :)











































