wciąż nic nie mam, a miał mi wysłać wzór pełnomocnictwa, Kochany Pamiętniczku.
Nie lubię tego, nienawidzę czekania. Dla mnie coś co mam zrobić, robię natychmiast. O to nie jest tak, że nie mam co robić.
Mam.
Ale mniejsza z większym. Znów epoka czekania na chujwico.
Tak się wszyscy na pogrzebie deklarowali, a tu niedługo miną dwa miesiące. Jutro Wszystkich Świętych, a pies z kulawą nogą się nie odezwał.
Tacy wszyscy życzliwi, zainteresowani, a nikt nie zapytał, czy nie pojechałabym. A może nikt nie pojedzie?
W sumie dla mnie to nieważne, życie nauczyło mnie liczyć na siebie.
I tak też czynię.
Do redakcji po jajeczka skoczyłam, bo się kończyły.
Wracam, w autobusie kontrola.
Kanary przyłapały taki idealny model patrioty. Cały na biało-niebiesko (Lech Kolejorz) i biało-czerwono.
A jak męskimi częściami płciowymi rzucał i paniami lekkich obyczajów, to uszy więdły.
A mnie się zawsze wydawało, że patriotyzm polega na płaceniu. Za wszystko. Podatków, opłat, bo przecież z tego się żyje. Nie ma nic za darmo.
Widać, żem głupia i się nie znam :)
A znów uległam pokusie, ale efekt - jak dla mnie cudny :P
I krupniczek zagrzybiony popełniłam na dwa dni, jakoś muszę te grzyby zużyć :D
Emilek przyszedł z warzywek. Z harmonogramem i uwagami, że mamy poważniej traktować swoją pracę. OK. Understand. Przez śmierć Eksa miałam zwisy, ale na litość boską, przecież nie szłam na bal. A harmonogram znów tak ułożony, że jakbym za rok chciała jechać na święta, to znów nie zrobię na miejscu. Nie wiem, jak można narzekać na swoje obowiązki, a jednocześnie nie brać pod uwagę innych? Nie jestem na etacie tam, jakbym była, wzięłabym urlop. Jestem dyspozycyjna cały rok, o każdej porze i każdego dnia. Ale i tak jadę na oparach, bo nigdy nie jest nic na czas. Więc pierdolę.
Dla mojego zdrowia psychicznego czasem odpuszczam i opuszczam.
Nie samą pracą człowiek żyje.
Już nie.
wtorek, 31 października 2017
poniedziałek, 30 października 2017
Wszyscy
mają grzybki, Kochany Pamiętniczku.
Mam i ja :)
Wpadł Cynober ze swoim nowym chłopakiem i naniósł mi grzybów, jak obiecał. W życiu nie miałam tylu grzybów, w sumie chyba jakiś kilogram tego jest :)
Mało, że porządnie zapakowane, to jeszcze opisane :D Nigdy bym na coś takiego nie wpadła. No ale on jest dokładny, zorganizowany i systematyczny i pała żądzą uporządkowania mojego księgozbioru. Ale na to nigdy nie pozwolę, bo mój bałagan świadczy o mnie :)
Ma zakaz zbliżania się do półek.
Tknęło mnie dziś rano i zimowy płaszczyk wzięłam.
I błogosławie to natchnienie, bo aczkolwiek w rozpiętym, ale przepękałam wichrzysko spokojnie, bo nadal duje. Od trzech dni piździ i przestać nie może, a jak wracałam do domu na przystanku wypatrzyłam parę płatków śniegu, ale zaraz stopniały :)
U adwokata zabawiłam pół godziny. Zaszalałam, zostawiłam tam 250 zł, coraz lepiej.
A na razie tylko podpisałam pełnomocnictwo i wystosuje pismo do szwagra z prośbą o podanie masy spadkowej.
Co będzie dalej, nie wiadomo, się okaże, czy faktycznie będzie odkupienie Jacka Soplicy, czy inny ostatni zajazd na Litwie.
Zatem wszystko jeszcze przed nami.
Teraz pozostaje mi czekanie, bo muszę wszystko zgłosić do US, a nie wiem, co to obejmuje.
Życie naprawdę stara się, żebym się nie nudziła.
Pani od warzywek, pogrążona w niemocy i depresji, a powody ma, orzekła, że jak zabiorę laptopa (nie tłumaczyłam, ze laptopa nie mam, bo po co?) i zrobię, to ten jeden raz mogę zrobić w PDF. Przerasta ją szukanie korektorki, bo łamaczkę ma z doskoku i co miesiąc nowe jaja. No nic, życie. A jak muszę tyle wydawać na papugę, to jednak zależy mi na każdej złotówce.
Dorwali mnie w macierzystej części i chcieli do kolejnego ekstrasa, ale zaśmiałam się szyderczo i powiedziałam, że ja nic o tym nie wiem, nie ma mnie, ten co mnie widzi ma przywidzenia i że wracam w poniedziałek, według harmonogramu. Ten tydzień mam z urzędu wolny. Na pytanie, czy to zrobię, nie odpowiedziałam nic. Powiedziała, że w takim razie musi pogadać z Bossem. A miłej pogawędki życzę.
To ta pinda, co mi na odcisk wlazła. Robić będę musiała, bo to moje pracowe godziny, pewno znów za jeden uśmiech albo i nie. Ale tym razem będzie tak, jak mi przypasuje, nie tak, jak im się chce... Pracuję od do, odsiedzę swoje, ale...
W dupie mam całą resztę.
Mam i ja :)
Wpadł Cynober ze swoim nowym chłopakiem i naniósł mi grzybów, jak obiecał. W życiu nie miałam tylu grzybów, w sumie chyba jakiś kilogram tego jest :)
Mało, że porządnie zapakowane, to jeszcze opisane :D Nigdy bym na coś takiego nie wpadła. No ale on jest dokładny, zorganizowany i systematyczny i pała żądzą uporządkowania mojego księgozbioru. Ale na to nigdy nie pozwolę, bo mój bałagan świadczy o mnie :)
Ma zakaz zbliżania się do półek.
Tknęło mnie dziś rano i zimowy płaszczyk wzięłam.
I błogosławie to natchnienie, bo aczkolwiek w rozpiętym, ale przepękałam wichrzysko spokojnie, bo nadal duje. Od trzech dni piździ i przestać nie może, a jak wracałam do domu na przystanku wypatrzyłam parę płatków śniegu, ale zaraz stopniały :)
U adwokata zabawiłam pół godziny. Zaszalałam, zostawiłam tam 250 zł, coraz lepiej.
A na razie tylko podpisałam pełnomocnictwo i wystosuje pismo do szwagra z prośbą o podanie masy spadkowej.
Co będzie dalej, nie wiadomo, się okaże, czy faktycznie będzie odkupienie Jacka Soplicy, czy inny ostatni zajazd na Litwie.
Zatem wszystko jeszcze przed nami.
Teraz pozostaje mi czekanie, bo muszę wszystko zgłosić do US, a nie wiem, co to obejmuje.
Życie naprawdę stara się, żebym się nie nudziła.
Pani od warzywek, pogrążona w niemocy i depresji, a powody ma, orzekła, że jak zabiorę laptopa (nie tłumaczyłam, ze laptopa nie mam, bo po co?) i zrobię, to ten jeden raz mogę zrobić w PDF. Przerasta ją szukanie korektorki, bo łamaczkę ma z doskoku i co miesiąc nowe jaja. No nic, życie. A jak muszę tyle wydawać na papugę, to jednak zależy mi na każdej złotówce.
Dorwali mnie w macierzystej części i chcieli do kolejnego ekstrasa, ale zaśmiałam się szyderczo i powiedziałam, że ja nic o tym nie wiem, nie ma mnie, ten co mnie widzi ma przywidzenia i że wracam w poniedziałek, według harmonogramu. Ten tydzień mam z urzędu wolny. Na pytanie, czy to zrobię, nie odpowiedziałam nic. Powiedziała, że w takim razie musi pogadać z Bossem. A miłej pogawędki życzę.
To ta pinda, co mi na odcisk wlazła. Robić będę musiała, bo to moje pracowe godziny, pewno znów za jeden uśmiech albo i nie. Ale tym razem będzie tak, jak mi przypasuje, nie tak, jak im się chce... Pracuję od do, odsiedzę swoje, ale...
W dupie mam całą resztę.
sobota, 28 października 2017
Trochę
prywaty, Kochany Pamiętniczku.
Nie wiem, dlaczego nie ma tego w komentarzach, ale jest na poczcie...
Cytuję:
Mam prosbe wielka - po porzadkach jakie Stardust zrobila nie moge czytac Jej bloga,a lata cale zagladalam tam regularnie. Wyslalm maila na blog kulinarny, ale nadal jestem zablokowana. Wybor, a moze nie przeczytala? Albo ja jestem taka madra i robiecos zle? Prosze, daj to przeczytac Stardust.Do Ciebie tez trafilam z bloga Stardust i zatrzymalam sie do dzisiaj.Pozdrowienia z Italii.
Ale mam to nadesłane jako anonimowe i nijak nie mogę pomóc, bo jeśli przekażę Stardust, to ona też chyba nie będzie wiedzieć.
Podałabym emilka Stardust, ale skoro blog zamknięty, to nie wiem, czy mogę go podawać tu?
Więc albo Miły Anonimie, napisz do mnie ze swojego emilka, a może lepiej, ze Stardust się tu odezwie w komentarzach i jakoś się dogadacie?
Nigdy nie myślałam, że będę robić za pogotowie blogowe :D
Nie wiem, dlaczego nie ma tego w komentarzach, ale jest na poczcie...
Cytuję:
Mam prosbe wielka - po porzadkach jakie Stardust zrobila nie moge czytac Jej bloga,a lata cale zagladalam tam regularnie. Wyslalm maila na blog kulinarny, ale nadal jestem zablokowana. Wybor, a moze nie przeczytala? Albo ja jestem taka madra i robiecos zle? Prosze, daj to przeczytac Stardust.Do Ciebie tez trafilam z bloga Stardust i zatrzymalam sie do dzisiaj.Pozdrowienia z Italii.
Ale mam to nadesłane jako anonimowe i nijak nie mogę pomóc, bo jeśli przekażę Stardust, to ona też chyba nie będzie wiedzieć.
Podałabym emilka Stardust, ale skoro blog zamknięty, to nie wiem, czy mogę go podawać tu?
Więc albo Miły Anonimie, napisz do mnie ze swojego emilka, a może lepiej, ze Stardust się tu odezwie w komentarzach i jakoś się dogadacie?
Nigdy nie myślałam, że będę robić za pogotowie blogowe :D
Bardzo
się cieszę, Kochany Pamiętniczku, że się zmobilizowałam i załatwiłam wszystko wcześniej. Nie, żebym nie chciała jechać jeszcze, ale jak pogoda będzie taka, jak teraz, to po co?
Wiem, jak komuś pisane, to i w drewnianym kościele cegła mu na łeb zleci, ale po co dokładać kłopotu innym?
Nie pamiętam takich wichur, choć wiele rzeczy pamiętam.
Tu, w wiosce, władze rozważają zamknięcie cmentarzy. Nie dziwię się, bo na wielu z nich rosną naprawdę stare drzewa, a sądzę, że przez groby korzenie nie są za bardzo stabilne.
Ale to chyba nie przyhamuje tradycji i ludzie tłumnie ruszą na cmentarze.
Ja już od lat nie bywam we Wszystkich Świętych, nie licząc wypraw na Samotną.
Ostatni raz byłam parę lat temu z Cynoberem, to była włóczęga, z Rataj, na Nowinę, z Nowiny na Miłostowo, na sam koniec cmentarza, z Miłostowa na Dębiec. Per pedes. To se ne vrati, chyba bym już nie dała radu.
A i z Pierworodnym przeszliśmy z domu na Miłostowo i z powrotem, ostatniego roku pzred jego wyjazdem.
Cynober zapowiedział się na jutro z grzybami i z nową miłością.
No nic :)
Wczoraj dzień gospodarczy zarządziłam, pownosiłam badyle z balkonu do mieszkania, jakoś się upchnęły, ale nie ma opcji gości, bo... nie rozłożę posłania :P
Jako że nikt się nie wybiera, nie jest źle. Synowa będzie z Alienkiem w grudniu, ale to u siebie, a ja może w przelocie się z nimi spotkam, jeszcze nie wiem.
A dziś polazłam na Manhattan, chociaż piździło, bo pan od pomidorków powiedział, że będzie ostatni raz. Obkupiłam się jak na wojnę, płacę, a on, że będzie jeszcze w piątek :)
No to w piątek się znów obkupię, jak na wojnę.
A potem adios pomidory co najmniej do kwietnia...
Rachunek za prąd przyszedł, dobra zmiana, a jakże,
Znów 30 zł więcej niż zazwyczaj, a zużywam tyle samo. I nie świecę, bo wolę ledy, a te mam na baterie
i świeczuszki
Więc skąd 30 zł więcej? Jak przejdę na emeryturę, za prąd się nie wypłacę.
A na dworze momentami jeszcze feeria barw
ale krok dalej już szaro-buro
Taka kolej rzeczy.
I na pocieszajkę mam
Happiness is a journey, not a destinatiom..
Prawda :)
A to, co uprawiam, ma już swoją nazwę. Nazywa się cocconing.
Bo skoro znakomicie się z tym czuję, dlaczego to zmieniać i dlaczego wielu ludzi nie chce zrozumieć, że nie czuję się źle sama ze sobą?
Mam swój świat.
Mój.
I już prawie nikt nie ma tam wstępu, bo i po co?
Wiem, jak komuś pisane, to i w drewnianym kościele cegła mu na łeb zleci, ale po co dokładać kłopotu innym?
Nie pamiętam takich wichur, choć wiele rzeczy pamiętam.
Tu, w wiosce, władze rozważają zamknięcie cmentarzy. Nie dziwię się, bo na wielu z nich rosną naprawdę stare drzewa, a sądzę, że przez groby korzenie nie są za bardzo stabilne.
Ale to chyba nie przyhamuje tradycji i ludzie tłumnie ruszą na cmentarze.
Ja już od lat nie bywam we Wszystkich Świętych, nie licząc wypraw na Samotną.
Ostatni raz byłam parę lat temu z Cynoberem, to była włóczęga, z Rataj, na Nowinę, z Nowiny na Miłostowo, na sam koniec cmentarza, z Miłostowa na Dębiec. Per pedes. To se ne vrati, chyba bym już nie dała radu.
A i z Pierworodnym przeszliśmy z domu na Miłostowo i z powrotem, ostatniego roku pzred jego wyjazdem.
Cynober zapowiedział się na jutro z grzybami i z nową miłością.
No nic :)
Wczoraj dzień gospodarczy zarządziłam, pownosiłam badyle z balkonu do mieszkania, jakoś się upchnęły, ale nie ma opcji gości, bo... nie rozłożę posłania :P
Jako że nikt się nie wybiera, nie jest źle. Synowa będzie z Alienkiem w grudniu, ale to u siebie, a ja może w przelocie się z nimi spotkam, jeszcze nie wiem.
A dziś polazłam na Manhattan, chociaż piździło, bo pan od pomidorków powiedział, że będzie ostatni raz. Obkupiłam się jak na wojnę, płacę, a on, że będzie jeszcze w piątek :)
No to w piątek się znów obkupię, jak na wojnę.
A potem adios pomidory co najmniej do kwietnia...
Rachunek za prąd przyszedł, dobra zmiana, a jakże,
Znów 30 zł więcej niż zazwyczaj, a zużywam tyle samo. I nie świecę, bo wolę ledy, a te mam na baterie
i świeczuszki
Więc skąd 30 zł więcej? Jak przejdę na emeryturę, za prąd się nie wypłacę.
A na dworze momentami jeszcze feeria barw
ale krok dalej już szaro-buro
Taka kolej rzeczy.
I na pocieszajkę mam
Happiness is a journey, not a destinatiom..
Prawda :)
A to, co uprawiam, ma już swoją nazwę. Nazywa się cocconing.
Bo skoro znakomicie się z tym czuję, dlaczego to zmieniać i dlaczego wielu ludzi nie chce zrozumieć, że nie czuję się źle sama ze sobą?
Mam swój świat.
Mój.
I już prawie nikt nie ma tam wstępu, bo i po co?
czwartek, 26 października 2017
Przeżywałam
jak mrówka okres, Kochany Pamiętniczku.
Bo autobusu nie ma nigdzie.
Tylko na tabliczkach na przystanku, a tak to widmo, w necie ani śladu, ani w Translubie, ani w MPK.
No, jeszcze widziałam, jak jeździ, ale może to moja wyobraźnia?
Synowa mnie dobiła, pisząc, że ona do Swarzędza jeździ z biletem, nie na PEKĘ.
Więc kurcgalopkiem poleciałam na pętlę, ledwo nóg nie połamałam.
Nie wiadomo, po kie licho.
Autobus podjeżdża, tłum się rzuca.
Pytam kierowcę, który sobie na papieroska wyszedł, czy mogę z PEKI płacić.
Mogę, a jakże, biletomaty są.
No to przytykam PEKĘ, a tam mi wyświetla: wejście odnotowano.
Ki czort?
Przytykam drugi raz: wyjście odnotowano.
Khe?
Kierowca wraca, ale też nie rozumie.
I nagle mnie olśniło. Mam sieciówkę, do granicy miasta i strefy A dwa przystanki. Wduszam ABC i przyciskam kartę i jeeeeest.
Pobrało.
Całe 1,94.
WTF?
Kierowca mówi, że jak mam ulgowy to spoko cena.
Zatem, jedziem, panie Biedronka.
Autobus jechał jakimiś zawijasami po Puszczykowie i Puszczykówku, tak że zamiast 20 minut jechał 40. Ale pięknie tam, jesiennie i przy drogach wystawione dynie, całe przyczepy dyń, jak nie przymierzając u Stardust, a nie w PL.
Ale nie miałam jak fot robić, a nie wybiorę się znów, bo wskoczyłam w okienko pogodowe, od jutra ma lać.
Droga na końcu języka, więc na cmentarz trafiłam spokojnie, godzinę odjazdu miałam na telefonie, bo sfociłam sobie rozkład jazdy.
Grób Eksa jeszcze byle jak oklepany, zastanawiam się, czy postawią z powrotem pomnik? Bo płyt nie widziałam, ale może wzięli do przeszlifowania? A z tego, co pamiętam, ziemia musi się uleżeć, bo pomnik będzie się zapadał. Kolejna rzecz do sprawdzenia i do załatwienia. Nie ma zmiłuj.
Ktoś u Eksa był, bo jedne dąbki już były i znicz się dopalał.
Też kupiłam dąbki.
Pogadałam z nim, ale niewiele mi lżej. Za świeże to i za dużo się dzieje. Ale wysłuchał cierpliwie, chociaż przedtem rzadko mnie słuchał.
Taki już urok.
Zgarnęłam liście, sprzątanie wielkiego sensu nie ma. bo pod drzewami jest grób, więc znów naleci, ale same liście to też ocieplająca kordełka, co nie...
Na przystanek wróciłam i po drodze, już na spokojnie kontemplowałam :D
Zdjęcie pod światło, z telefonu, ale żyrafa jak malowanie :D
Ponad pół godziny czekania na autobus, bo nie miałam dziś weny na spacer po nieznanym mi mieście, z moją orientacją w terenie to masakra, cud, że drogę powrotną na przystanek znalazłam, nawet nie wiedziałam, jak się nazywa ulica, na której jest.
Next time, na spokojnie, zwiedzę i miasteczko, choć niewiele tam jest do zwiedzania.
Ważne, że już wiem, jak się ogarnąć.
Ale co napanikowałam, to moje, nie byłabym sobą :D
Powrót do domu to już wypas, a i za każdym razem oddawali mi 6 groszy, zatem mam 12 groszy w kieszeni.
Z roku na rok ludzie coraz bardziej głupieją ze Wszystkimi Świętymi. Chodzi mi o ceny. Wieńce za 20 zł nie do znalezienia, a i chryzantemy, chociaż przepiękne są i cieszą oko, ceny mają z Kosmosu wzięte. No bo 50 zł za doniczkę, a jak ktoś ma kilka grobów do ogarnięcia? A znicze? Dojazd i czas?
Sama o Umarlakach myślę niemal każdego dnia. Nie muszę mieć do tego święta. Światełko też im zapalam, nieważne przecież, gdzie świeci, ważne, że dla nich.
Ale może się mylę?
Nie wiem. I raczej nie pójdę na żaden wielki cmentarz w tym dniu, jeżeli już, to pójdę na Samotną, jak co roku. A do Eksa pojadę w Dzień Zaduszny... Taki jest plan. Bo w dni świąteczne autobus jeździ co dwie godziny. Co ja tam będę dwie godziny na ulicach robiła, w tłumie pędzącym na cmentarz. Bo moja dwugodzinna obecność nad grobem nie jest mu chyba do niczego potrzebna. Do dziś pamiętam sterczenie na grobach godzinami i te szepty: patrz, z kim on jest, patrz, jakie ona ma futro, widziałeś, jak się odpindrzyła? I moje przemarznięte do szpiku kości nogi, zawsze było mi zimno, lodowato zimno. I ojciec, wsadzający mi nogi do miski z zimną wodą, żeby mi odmarzły. I ten przeszywający ból. Z tym mi się ten dzień kojarzy.
Ciekawe, czy odezwie się ktoś z rodziny Eksa, proponując mi podwózkę na cmentarz? Bo jak dotychczas, to oprócz szwagierki, która wleciała z przekazem, że mam się udać do sądu, pies z kulawą nogą do mnie się nie odezwał,
Rybka mi to.
Nie byłam sama, byli przy mnie ludzie.
Tacy, którym na mnie zależy.
A mój grudzień za chwilę wybuchnie
Bo autobusu nie ma nigdzie.
Tylko na tabliczkach na przystanku, a tak to widmo, w necie ani śladu, ani w Translubie, ani w MPK.
No, jeszcze widziałam, jak jeździ, ale może to moja wyobraźnia?
Synowa mnie dobiła, pisząc, że ona do Swarzędza jeździ z biletem, nie na PEKĘ.
Więc kurcgalopkiem poleciałam na pętlę, ledwo nóg nie połamałam.
Nie wiadomo, po kie licho.
Autobus podjeżdża, tłum się rzuca.
Pytam kierowcę, który sobie na papieroska wyszedł, czy mogę z PEKI płacić.
Mogę, a jakże, biletomaty są.
No to przytykam PEKĘ, a tam mi wyświetla: wejście odnotowano.
Ki czort?
Przytykam drugi raz: wyjście odnotowano.
Khe?
Kierowca wraca, ale też nie rozumie.
I nagle mnie olśniło. Mam sieciówkę, do granicy miasta i strefy A dwa przystanki. Wduszam ABC i przyciskam kartę i jeeeeest.
Pobrało.
Całe 1,94.
WTF?
Kierowca mówi, że jak mam ulgowy to spoko cena.
Zatem, jedziem, panie Biedronka.
Autobus jechał jakimiś zawijasami po Puszczykowie i Puszczykówku, tak że zamiast 20 minut jechał 40. Ale pięknie tam, jesiennie i przy drogach wystawione dynie, całe przyczepy dyń, jak nie przymierzając u Stardust, a nie w PL.
Ale nie miałam jak fot robić, a nie wybiorę się znów, bo wskoczyłam w okienko pogodowe, od jutra ma lać.
Droga na końcu języka, więc na cmentarz trafiłam spokojnie, godzinę odjazdu miałam na telefonie, bo sfociłam sobie rozkład jazdy.
Grób Eksa jeszcze byle jak oklepany, zastanawiam się, czy postawią z powrotem pomnik? Bo płyt nie widziałam, ale może wzięli do przeszlifowania? A z tego, co pamiętam, ziemia musi się uleżeć, bo pomnik będzie się zapadał. Kolejna rzecz do sprawdzenia i do załatwienia. Nie ma zmiłuj.
Ktoś u Eksa był, bo jedne dąbki już były i znicz się dopalał.
Też kupiłam dąbki.
Pogadałam z nim, ale niewiele mi lżej. Za świeże to i za dużo się dzieje. Ale wysłuchał cierpliwie, chociaż przedtem rzadko mnie słuchał.
Taki już urok.
Zgarnęłam liście, sprzątanie wielkiego sensu nie ma. bo pod drzewami jest grób, więc znów naleci, ale same liście to też ocieplająca kordełka, co nie...
Na przystanek wróciłam i po drodze, już na spokojnie kontemplowałam :D
Zdjęcie pod światło, z telefonu, ale żyrafa jak malowanie :D
Ponad pół godziny czekania na autobus, bo nie miałam dziś weny na spacer po nieznanym mi mieście, z moją orientacją w terenie to masakra, cud, że drogę powrotną na przystanek znalazłam, nawet nie wiedziałam, jak się nazywa ulica, na której jest.
Next time, na spokojnie, zwiedzę i miasteczko, choć niewiele tam jest do zwiedzania.
Ważne, że już wiem, jak się ogarnąć.
Ale co napanikowałam, to moje, nie byłabym sobą :D
Powrót do domu to już wypas, a i za każdym razem oddawali mi 6 groszy, zatem mam 12 groszy w kieszeni.
Z roku na rok ludzie coraz bardziej głupieją ze Wszystkimi Świętymi. Chodzi mi o ceny. Wieńce za 20 zł nie do znalezienia, a i chryzantemy, chociaż przepiękne są i cieszą oko, ceny mają z Kosmosu wzięte. No bo 50 zł za doniczkę, a jak ktoś ma kilka grobów do ogarnięcia? A znicze? Dojazd i czas?
Sama o Umarlakach myślę niemal każdego dnia. Nie muszę mieć do tego święta. Światełko też im zapalam, nieważne przecież, gdzie świeci, ważne, że dla nich.
Ale może się mylę?
Nie wiem. I raczej nie pójdę na żaden wielki cmentarz w tym dniu, jeżeli już, to pójdę na Samotną, jak co roku. A do Eksa pojadę w Dzień Zaduszny... Taki jest plan. Bo w dni świąteczne autobus jeździ co dwie godziny. Co ja tam będę dwie godziny na ulicach robiła, w tłumie pędzącym na cmentarz. Bo moja dwugodzinna obecność nad grobem nie jest mu chyba do niczego potrzebna. Do dziś pamiętam sterczenie na grobach godzinami i te szepty: patrz, z kim on jest, patrz, jakie ona ma futro, widziałeś, jak się odpindrzyła? I moje przemarznięte do szpiku kości nogi, zawsze było mi zimno, lodowato zimno. I ojciec, wsadzający mi nogi do miski z zimną wodą, żeby mi odmarzły. I ten przeszywający ból. Z tym mi się ten dzień kojarzy.
Ciekawe, czy odezwie się ktoś z rodziny Eksa, proponując mi podwózkę na cmentarz? Bo jak dotychczas, to oprócz szwagierki, która wleciała z przekazem, że mam się udać do sądu, pies z kulawą nogą do mnie się nie odezwał,
Rybka mi to.
Nie byłam sama, byli przy mnie ludzie.
Tacy, którym na mnie zależy.
A mój grudzień za chwilę wybuchnie
wtorek, 24 października 2017
Polazłam
do NFZ w poniedziałek, Kochany Pamiętniczku.
I wstydziłam się, że ja taka nieogarnięta i sto lat za Murzynami, bo babcie i dziadki o kulach, na wózkach i innych takich tam śmigały jak torpedy, a ja dupa.
No ale 5 lat temu nie było EKUZ tam, gdzie jest, a i biletomatów w kącie z fałszywą strzałką nie było.
I drzwi otwieranych skanem z biletu też nie.
Ale...
W pokoju wydającym EKUZ ludzie siedzieli i siedzieli... A ja weszłam, słowa nie zamieniłam poza dzień dobry, dziękuję i do widzenia i wyszłam z kartą :D
Tylko ni huhu nie wiem, dlaczego znów na 5 lat, skoro emeryturę mam bezterminową?
Jak umrę wcześniej, nikt tej karty nie zwróci, jak pożyję, znów im będę głowę zawracała.
W UK załatwia się to online, przysyłają do domu.
No nic.
Na dworzec pobieżywszy, bilety do K. zanabyłam :D
Podróż retro. Na korytarzu ktoś ćmiki jarał, jak za PRL. I ten peerelowski zapaszek pociągów. A wokół za oknem mgła jak mleko i już kombinowałam, jak koń pod górkę...
K. senny jak zawsze, leniwy, można spać na środku ulicy. Za moich licealnych czasów tętnił życiem.. Teraz niby odrestaurowany, burzą stare kamienice, ale...
Dworzec autobusowy o 14.30 wygląda tak
Żywego ducha oprócz mnie... A i ja zastanawiałam się głęboko, czy czekanie tu ma sens? Na chwilę ruszyło, podjechały lokalne autobusy wiozące młodzież do szkół, ale ja pamiętam autobusy, które nie zabierały wszystkich chętnych w dni targowe.
Nevermind.
Umarlaki się postarały, a i Eks pewno swoje trzy grosze dołożył, bo pogodę miałam w sam raz. Ani kropli deszczu, a i nie za gorąco. 10 stopni.
Na cmentarzu niespodziewajka.
Lucy, jak mówiła, ogarnęła tę kuwetę, nie poznaję dziewczyny.
Chyba jednak ludzie zmieniają się na starość. Nawet piaseczkiem mi obsypała rodziców mych i brata grób, tak że zero chwastów, trochę liści zgrabiłam i grób umyłam. Ale co to za robota, skoro wszystko pianką i chusteczkami nawilżanymi z Biedronki? Polecam, zawsze kupuję, jak mi wpadną w szpony, szybko, łatwo, bezboleśnie, zwłaszcza jak ktoś ma gładką płytę, niewymagającą szorowania.
Lucy kupiła kwiaty dla Cioci, miło z jej strony. Ona też wzięła kasę :D Ale po powrocie do domu zgwałciłam ją i posłałam kasę na kwiaty i znicze. Dla mnie liczy się, że nie zarżnęłam się tym razem sprzątając, bo Cioci grób był ogarnięty.
I wiem, że moje osobiste Umarlaki dogadały się wreszcie z Eksem. I że i one będą miały w ten dzień światełko, chociaż ja do nich nie pojadę. A skąd wiem? Bo wiem :P
No dobra. Bedą miały :D
Kupiłam wrzosy dla moich, baba zerżnęła ze mnie, jak za zboże. I jeszcze o 5 zł podniosła cenę, tłumacząc się pokrętnie. To była ostatnia doniczka, a nie chciałam dąbków, bo mróz jakby co je zwarzy, już mi się tak zdarzyło. Dlatego nalegałam, żeby Lucy wzięła kasę i kupiła w samo święto. Ma 10 minut do cmentarza.
Dobrze, że zakopałyśmy topór wojenny, na co komu wojna?
Do apteki wleciałam, lekarstwo o 8 zł droższe jak w mojej wiosce...
Nosz, kurka wodna...
Do knajpki poleciałam, ale tam znów stypa za moment. Tyle że pani pozwoliła mi do kibelka, super, bo jeszcze trochę i wybuchłabym (na dworcu nie ma kibelka, jest toi-toi, jak żyję w tym nie byłam i mam nadzieję, że nie będę).
Oddawszy hołd naturze poszłam do Atuta, a tam...
TADAM
Polędwiczki z grilla w sosie meksykańskim z pyrami i surówką za jedyne 11 zł polskich.
I nie, że niedobre, zjadłam prawie wszystko, biorąc poprawkę na dojazd do domu...
A za 19 zł mam cztery devolejopodobne kotleciki z różnymi nadzieniami :) Czyli cztery obiady z głowy.
I nic a nic nie przypomina mi się stary olej, ani nie chciało mi się po tym pić, jak na kacu...
Jakbym tam mieszkała, nie gotowałabym obiadów, bo po co?
Dla jednej osoby zawsze bajzel i nadmiar, a tu pierogów pierdyliard, surówek milion, napleśniki i inne cuda wianki.
300 zł miesięcznie na jedzenie bez roboty?
Wchodzę w to.
I szare kluski mają, i śląskie...
Kolejka pań domu się wiła, a mężowie pewno w rączki całują za smaczne obiadki :)
A czasu miałam wciąż od groma i polazłam sobie lewa prawa na rynek.
Po drodze na parapecie sklepu z odzieżą (sic!)... I nikt tego nie pilnuje!
Magia...
Patrzę na zegarek i co ja paczę?
Przez Lucy nie mam co robić z czasem.
Zakwitła mi po drodze kafejka, tom wlazła...
A tam znów, ojapierdolę...
Za 18 zł. Miętowa herbatka, gorąca jak piekło i szatani, kawał sernika na ciepło z lodami, mrozonymi malinami i bitą śmietaną...
Za te pieniądze?
Niech mnie ktoś uszczypnie!
I kibelek czyściuteńki był, tak że życie ocaliłam i potem w spokoju do domu dojechałam, aczkolwiek do końca drogi płynów unikałam już.
Po drodze na dworzec stip-tease zrobiłam, tak słońce grzało.
Na dworcu już na przemian było gorąco i lodowato, aż nadjechał Woźniak bus, z nielubianym przeze mnie kierowcą.
I wróciłam po raz kolejny do domu, doceniając po jednym dniu, że home, sweet home...
Sikora nogę złamała, pechowo, złamanie otwarte. Jest w szpitalu. Ma supermęża, pracuje z domu i opiekuje się Cyganiątkami z bostonką.
Uprasza się o trzymanie kciuków, przed Sikorą ciężka i daleka droga.
A ja mam parę rzeczy do ogarnięcia, ale to już pikuś.
Za bilety zaakceptowali, więc jednak dostanę się w ich szpony.
O ja biedna :)
UPDATE
I nie będę więcej narzekała na smog w mojej wiosce. W K. w samo południe dusiłam się od dymu z kominów.
W mojej wiosce duszę się tylko na osiedlach domków jednorodzinnych, ale przecież mogę je omijac.
Wiem, że szkodliwe związki są wszędzie, ale dusić się w samo południe?
Gdy jest tak ciepło na dworze, że zdejmuję sweterek (bo nie byłam w kurtce)?
A po drodze za oknem nw każdej wsi widziałam wijący się dymek...
NIE!
Kocham wielkie miasto z jego spalinami :)
I wstydziłam się, że ja taka nieogarnięta i sto lat za Murzynami, bo babcie i dziadki o kulach, na wózkach i innych takich tam śmigały jak torpedy, a ja dupa.
No ale 5 lat temu nie było EKUZ tam, gdzie jest, a i biletomatów w kącie z fałszywą strzałką nie było.
I drzwi otwieranych skanem z biletu też nie.
Ale...
W pokoju wydającym EKUZ ludzie siedzieli i siedzieli... A ja weszłam, słowa nie zamieniłam poza dzień dobry, dziękuję i do widzenia i wyszłam z kartą :D
Tylko ni huhu nie wiem, dlaczego znów na 5 lat, skoro emeryturę mam bezterminową?
Jak umrę wcześniej, nikt tej karty nie zwróci, jak pożyję, znów im będę głowę zawracała.
W UK załatwia się to online, przysyłają do domu.
No nic.
Na dworzec pobieżywszy, bilety do K. zanabyłam :D
Podróż retro. Na korytarzu ktoś ćmiki jarał, jak za PRL. I ten peerelowski zapaszek pociągów. A wokół za oknem mgła jak mleko i już kombinowałam, jak koń pod górkę...
K. senny jak zawsze, leniwy, można spać na środku ulicy. Za moich licealnych czasów tętnił życiem.. Teraz niby odrestaurowany, burzą stare kamienice, ale...
Dworzec autobusowy o 14.30 wygląda tak
Żywego ducha oprócz mnie... A i ja zastanawiałam się głęboko, czy czekanie tu ma sens? Na chwilę ruszyło, podjechały lokalne autobusy wiozące młodzież do szkół, ale ja pamiętam autobusy, które nie zabierały wszystkich chętnych w dni targowe.
Nevermind.
Umarlaki się postarały, a i Eks pewno swoje trzy grosze dołożył, bo pogodę miałam w sam raz. Ani kropli deszczu, a i nie za gorąco. 10 stopni.
Na cmentarzu niespodziewajka.
Lucy, jak mówiła, ogarnęła tę kuwetę, nie poznaję dziewczyny.
Chyba jednak ludzie zmieniają się na starość. Nawet piaseczkiem mi obsypała rodziców mych i brata grób, tak że zero chwastów, trochę liści zgrabiłam i grób umyłam. Ale co to za robota, skoro wszystko pianką i chusteczkami nawilżanymi z Biedronki? Polecam, zawsze kupuję, jak mi wpadną w szpony, szybko, łatwo, bezboleśnie, zwłaszcza jak ktoś ma gładką płytę, niewymagającą szorowania.
Lucy kupiła kwiaty dla Cioci, miło z jej strony. Ona też wzięła kasę :D Ale po powrocie do domu zgwałciłam ją i posłałam kasę na kwiaty i znicze. Dla mnie liczy się, że nie zarżnęłam się tym razem sprzątając, bo Cioci grób był ogarnięty.
I wiem, że moje osobiste Umarlaki dogadały się wreszcie z Eksem. I że i one będą miały w ten dzień światełko, chociaż ja do nich nie pojadę. A skąd wiem? Bo wiem :P
No dobra. Bedą miały :D
Kupiłam wrzosy dla moich, baba zerżnęła ze mnie, jak za zboże. I jeszcze o 5 zł podniosła cenę, tłumacząc się pokrętnie. To była ostatnia doniczka, a nie chciałam dąbków, bo mróz jakby co je zwarzy, już mi się tak zdarzyło. Dlatego nalegałam, żeby Lucy wzięła kasę i kupiła w samo święto. Ma 10 minut do cmentarza.
Dobrze, że zakopałyśmy topór wojenny, na co komu wojna?
Do apteki wleciałam, lekarstwo o 8 zł droższe jak w mojej wiosce...
Nosz, kurka wodna...
Do knajpki poleciałam, ale tam znów stypa za moment. Tyle że pani pozwoliła mi do kibelka, super, bo jeszcze trochę i wybuchłabym (na dworcu nie ma kibelka, jest toi-toi, jak żyję w tym nie byłam i mam nadzieję, że nie będę).
Oddawszy hołd naturze poszłam do Atuta, a tam...
TADAM
Polędwiczki z grilla w sosie meksykańskim z pyrami i surówką za jedyne 11 zł polskich.
I nie, że niedobre, zjadłam prawie wszystko, biorąc poprawkę na dojazd do domu...
A za 19 zł mam cztery devolejopodobne kotleciki z różnymi nadzieniami :) Czyli cztery obiady z głowy.
I nic a nic nie przypomina mi się stary olej, ani nie chciało mi się po tym pić, jak na kacu...
Jakbym tam mieszkała, nie gotowałabym obiadów, bo po co?
Dla jednej osoby zawsze bajzel i nadmiar, a tu pierogów pierdyliard, surówek milion, napleśniki i inne cuda wianki.
300 zł miesięcznie na jedzenie bez roboty?
Wchodzę w to.
I szare kluski mają, i śląskie...
Kolejka pań domu się wiła, a mężowie pewno w rączki całują za smaczne obiadki :)
A czasu miałam wciąż od groma i polazłam sobie lewa prawa na rynek.
Po drodze na parapecie sklepu z odzieżą (sic!)... I nikt tego nie pilnuje!
Magia...
Patrzę na zegarek i co ja paczę?
Przez Lucy nie mam co robić z czasem.
Zakwitła mi po drodze kafejka, tom wlazła...
A tam znów, ojapierdolę...
Za 18 zł. Miętowa herbatka, gorąca jak piekło i szatani, kawał sernika na ciepło z lodami, mrozonymi malinami i bitą śmietaną...
Za te pieniądze?
Niech mnie ktoś uszczypnie!
I kibelek czyściuteńki był, tak że życie ocaliłam i potem w spokoju do domu dojechałam, aczkolwiek do końca drogi płynów unikałam już.
Po drodze na dworzec stip-tease zrobiłam, tak słońce grzało.
Na dworcu już na przemian było gorąco i lodowato, aż nadjechał Woźniak bus, z nielubianym przeze mnie kierowcą.
I wróciłam po raz kolejny do domu, doceniając po jednym dniu, że home, sweet home...
Sikora nogę złamała, pechowo, złamanie otwarte. Jest w szpitalu. Ma supermęża, pracuje z domu i opiekuje się Cyganiątkami z bostonką.
Uprasza się o trzymanie kciuków, przed Sikorą ciężka i daleka droga.
A ja mam parę rzeczy do ogarnięcia, ale to już pikuś.
Za bilety zaakceptowali, więc jednak dostanę się w ich szpony.
O ja biedna :)
UPDATE
I nie będę więcej narzekała na smog w mojej wiosce. W K. w samo południe dusiłam się od dymu z kominów.
W mojej wiosce duszę się tylko na osiedlach domków jednorodzinnych, ale przecież mogę je omijac.
Wiem, że szkodliwe związki są wszędzie, ale dusić się w samo południe?
Gdy jest tak ciepło na dworze, że zdejmuję sweterek (bo nie byłam w kurtce)?
A po drodze za oknem nw każdej wsi widziałam wijący się dymek...
NIE!
Kocham wielkie miasto z jego spalinami :)
sobota, 21 października 2017
Kolejny
szalony dzień, Kochany Pamiętniczku.
Jak to zobaczyłam, od razu musiałam sfocić dla Stardust :)
Liści ci u nas dostatek ;)
A potem wlazłam do KiK, szukając walizki, ale znalazłam
Synowej się podobały, jak była, bo ona kolekcjonuje jakieś fikuśne laleczki. Ale Inżynier jojczył. Pytam ją, a ona się wykręca, że nie, że śrutututu majtki z drutu...
Kupiłam jej i to dwa modele, ten większy i ten mniejszy. Pierwszy raz się z czegoś ucieszyła :) To groszowe sprawy, więc jak jej któryś nie przypasuje, może spokojnie wyrzucić.
A w Biedronce znalazłam miód z drzew iglastych, a taki chciał przed rokiem Postman
Zanabyłam więc, dls siebie też, nie że miód, ale słoik...
Każdy ma jakiegoś bzika. Mam i ja. Naparstki, puszki i słoiki :P
Poleciałam potem do Malty, bo Synowa poleciła mi walizki Puccini, a tylko tam jest sklep. Było jeszcze taniej niż w necie, a w ramach rozpieszczania siebie kupiłam torbę podręczną, też w promocji i jestem happy, bo wlezie tam cała elektronika spokojnie. Bez upychania, jak w moim kochanym szmatłowym Paryżu :)
Bo...
Przyznam się bez bicia, wynoszę się poza ojczyzny łono.
No wiem, wiem, słaba jestem i upadła :)
Ale jeszcze się podnoszę.
Poszłam kupować bilety, bo uzgodniliśmy ramy czasowe, jako że wyjadę zepsuta, bo gość jak ryba psuje się od głowy po trzech dniach, a ja znów będę tam kwitła... Do dzieci wlecę na sekundę albo dwie, a tak będę męczyła tych nieszczęśników tańcząc na rurze, więc to nie podlegało wątpliwości. Nawet się upierali, że mam dzień później wracać, ale to już przegięcie.
No i szlag.
Kupuję bilety ładnie pięknie, a tu zonk: zamiast karty wyskakuje mi przelew, WTF?
Wpadam w panikę, bo i SWIFT i inne cuda wianki...
Zaczynam żałować, że nie pozwoliłam sobie zapłacić :p
Męczę Inżyniera, a ten jak zwykle wrzuca na luz i mówi, że przecież przelew krajowy ogarnąć i żadnych cudów wianków nie trzeba...
Synowa też tak wtopiła, jak ja.
Moja karta stara straciła ważność i na początku powinnam była wklepać nową kartę. A że tego nie zrobiłam, to zażyczyli sobie przelew.
Ufff....
Zapłaciłam :)
Full wypas, z bagażem, priorytetem i innymi hopsasa do lasa, mniej niż rok temu.
Tak więc będę tarzała się w rui i poróbstwie do upadłego, aczkolwiek zarzekałam się, że w tym roku będę się dobrze prowadziła :)
No cóż, tak wyszło...
Znów będę rozerwana, ale...
Trzeba brać te chwile z bliskimi, które zapierają dech, bo coraz mniej ich w zapasie.
Dziękuję, chłopcy, że wciąż mam w Waszych sercach i w domu miejsce.
Przyszedł list do Eksa.
Z Amunu.
Jak od lat. Mimo że pisałam do nich, że proszę o adresowanie do mnie, bo od zawsze ja płacę, wciąż ślą do Eksa.
Pierwszy raz zamówiła to teściowa, na Eksa, of course, choć kasę trzymałam ja...
Dziwne uczucie: wyciągać przesyłkę do kogoś, kogo już nie ma...
Ale zapłacę, jak co roku.
Niech chociaż tak w pamięci świata będzie.
Jak to zobaczyłam, od razu musiałam sfocić dla Stardust :)
Liści ci u nas dostatek ;)
A potem wlazłam do KiK, szukając walizki, ale znalazłam
Synowej się podobały, jak była, bo ona kolekcjonuje jakieś fikuśne laleczki. Ale Inżynier jojczył. Pytam ją, a ona się wykręca, że nie, że śrutututu majtki z drutu...
Kupiłam jej i to dwa modele, ten większy i ten mniejszy. Pierwszy raz się z czegoś ucieszyła :) To groszowe sprawy, więc jak jej któryś nie przypasuje, może spokojnie wyrzucić.
A w Biedronce znalazłam miód z drzew iglastych, a taki chciał przed rokiem Postman
Zanabyłam więc, dls siebie też, nie że miód, ale słoik...
Każdy ma jakiegoś bzika. Mam i ja. Naparstki, puszki i słoiki :P
Poleciałam potem do Malty, bo Synowa poleciła mi walizki Puccini, a tylko tam jest sklep. Było jeszcze taniej niż w necie, a w ramach rozpieszczania siebie kupiłam torbę podręczną, też w promocji i jestem happy, bo wlezie tam cała elektronika spokojnie. Bez upychania, jak w moim kochanym szmatłowym Paryżu :)
Bo...
Przyznam się bez bicia, wynoszę się poza ojczyzny łono.
No wiem, wiem, słaba jestem i upadła :)
Ale jeszcze się podnoszę.
Poszłam kupować bilety, bo uzgodniliśmy ramy czasowe, jako że wyjadę zepsuta, bo gość jak ryba psuje się od głowy po trzech dniach, a ja znów będę tam kwitła... Do dzieci wlecę na sekundę albo dwie, a tak będę męczyła tych nieszczęśników tańcząc na rurze, więc to nie podlegało wątpliwości. Nawet się upierali, że mam dzień później wracać, ale to już przegięcie.
No i szlag.
Kupuję bilety ładnie pięknie, a tu zonk: zamiast karty wyskakuje mi przelew, WTF?
Wpadam w panikę, bo i SWIFT i inne cuda wianki...
Zaczynam żałować, że nie pozwoliłam sobie zapłacić :p
Męczę Inżyniera, a ten jak zwykle wrzuca na luz i mówi, że przecież przelew krajowy ogarnąć i żadnych cudów wianków nie trzeba...
Synowa też tak wtopiła, jak ja.
Moja karta stara straciła ważność i na początku powinnam była wklepać nową kartę. A że tego nie zrobiłam, to zażyczyli sobie przelew.
Ufff....
Zapłaciłam :)
Full wypas, z bagażem, priorytetem i innymi hopsasa do lasa, mniej niż rok temu.
Tak więc będę tarzała się w rui i poróbstwie do upadłego, aczkolwiek zarzekałam się, że w tym roku będę się dobrze prowadziła :)
No cóż, tak wyszło...
Znów będę rozerwana, ale...
Trzeba brać te chwile z bliskimi, które zapierają dech, bo coraz mniej ich w zapasie.
Dziękuję, chłopcy, że wciąż mam w Waszych sercach i w domu miejsce.
Przyszedł list do Eksa.
Z Amunu.
Jak od lat. Mimo że pisałam do nich, że proszę o adresowanie do mnie, bo od zawsze ja płacę, wciąż ślą do Eksa.
Pierwszy raz zamówiła to teściowa, na Eksa, of course, choć kasę trzymałam ja...
Dziwne uczucie: wyciągać przesyłkę do kogoś, kogo już nie ma...
Ale zapłacę, jak co roku.
Niech chociaż tak w pamięci świata będzie.
piątek, 20 października 2017
Gotowa
byłam dziś na gnicie, Kochany Pamiętniczku.
Bo od rana mgła i zaczęło się moje "nielatanie". Że nie lecę, bo co będzie, jak będzie mgieł?
Że chłopakom się udało...
I takie tam.
A że dorwałam Barana, tośmy się nagadali.
Od zawsze nam fantastycznie wychodzą internetowe pierdoły, a zaczęło się na Ś.P. GG :)
I nagle wyszło słońce i stwierdziłam, że w mordę jeża, lecę na kijki, bo inaczej będę musiała się kopać w dupę.
Warto było polecieć...
Myślałam, że wichury wyrządziły większe szkody, ale nie, po drodze widziałam tylko dwa połamane drzewa, to nieźle na tle klęski w kraju. Na pewno jest ich więcej, ale nie obleciałam całego lasku.
Mgiełka była cały czas, taka duszoszczypatielna, słońce grzało, liściowe kobierce ścieliły się pod nogami i pachniały jesiennie, nostalgią, tęsknotą, angelologia i dal...
Tęsknota, psiakrew, tęsknota, tak czasem duszę omota...
I gwiazdy nad drogą, gwiazdy też nie pomogą.
Znów wyszła mgła, więc z obserwacji Orionidów nici.
Dostałam kieyś szczepkę i tak mi kwitnie. Ale nie wiem, co to jest :) Podoba mi się.
A i grudzień szykuje się, by zakwitnąć.
Indianie chrust zbierają.
Winter is coming :)
Bo od rana mgła i zaczęło się moje "nielatanie". Że nie lecę, bo co będzie, jak będzie mgieł?
Że chłopakom się udało...
I takie tam.
A że dorwałam Barana, tośmy się nagadali.
Od zawsze nam fantastycznie wychodzą internetowe pierdoły, a zaczęło się na Ś.P. GG :)
I nagle wyszło słońce i stwierdziłam, że w mordę jeża, lecę na kijki, bo inaczej będę musiała się kopać w dupę.
Warto było polecieć...
Myślałam, że wichury wyrządziły większe szkody, ale nie, po drodze widziałam tylko dwa połamane drzewa, to nieźle na tle klęski w kraju. Na pewno jest ich więcej, ale nie obleciałam całego lasku.
Mgiełka była cały czas, taka duszoszczypatielna, słońce grzało, liściowe kobierce ścieliły się pod nogami i pachniały jesiennie, nostalgią, tęsknotą, angelologia i dal...
Tęsknota, psiakrew, tęsknota, tak czasem duszę omota...
I gwiazdy nad drogą, gwiazdy też nie pomogą.
Znów wyszła mgła, więc z obserwacji Orionidów nici.
Dostałam kieyś szczepkę i tak mi kwitnie. Ale nie wiem, co to jest :) Podoba mi się.
A i grudzień szykuje się, by zakwitnąć.
Indianie chrust zbierają.
Winter is coming :)
czwartek, 19 października 2017
Jedenasty
numer tego roku za mną, Kochany Pamiętniczku.
Zatem w następnym miesiącu zamykamy kolejny rok.
Rano Boss znów jak za dawnych lat i o dziwo, wszystko od niego w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie.
Koło 11 wyjechał.
O 11 mój ulubiony dziennikarz przychodzi i mówi, że mam olać emilka od wice, bo... on ogarnia tę kuwetę.
Bo wice wymiotło.
I co?
Spokojnie, bez nerwów, wolnym walcem, 14.28 wszystko szło do drukarni na amen, a jeszcze na papieroska skoczyłam z łamaczką. Nie, że jaram, ale czasem trzeba wyjść na papieroska. Nie palę od 1992 roku :)
Według rozpiski miało iść 14.30.
Brak naczalstwa łagodzi atmosferę w pracy, wszyscy pracują, jak fabryka nakazała.
To lubię.
Polazłam potem do warzywek, ale nie było naczelnej.
Zamykają się w grudniu 18 i 19, a jak życie da, nie będzie mnie wtedy. Napisałam do niej, zobaczymy. Przebolałabym jedną pensję, aczkolwiek można to inaczej rozwiązać, ale... Nie ode mnie to zależy :)
Z Il Divo w słuchawkach polazłam do domu, lewa, prawa, rozkoszując się spacerkiem w T-shircie w ostatnich promieniach jesiennego słońca...
Zatem w następnym miesiącu zamykamy kolejny rok.
Rano Boss znów jak za dawnych lat i o dziwo, wszystko od niego w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie.
Koło 11 wyjechał.
O 11 mój ulubiony dziennikarz przychodzi i mówi, że mam olać emilka od wice, bo... on ogarnia tę kuwetę.
Bo wice wymiotło.
I co?
Spokojnie, bez nerwów, wolnym walcem, 14.28 wszystko szło do drukarni na amen, a jeszcze na papieroska skoczyłam z łamaczką. Nie, że jaram, ale czasem trzeba wyjść na papieroska. Nie palę od 1992 roku :)
Według rozpiski miało iść 14.30.
Brak naczalstwa łagodzi atmosferę w pracy, wszyscy pracują, jak fabryka nakazała.
To lubię.
Polazłam potem do warzywek, ale nie było naczelnej.
Zamykają się w grudniu 18 i 19, a jak życie da, nie będzie mnie wtedy. Napisałam do niej, zobaczymy. Przebolałabym jedną pensję, aczkolwiek można to inaczej rozwiązać, ale... Nie ode mnie to zależy :)
Z Il Divo w słuchawkach polazłam do domu, lewa, prawa, rozkoszując się spacerkiem w T-shircie w ostatnich promieniach jesiennego słońca...
==> Forget everything while you dance Angelina,
==> until the dawn or dying of thirst.
I tak dokulałam się do chaupki, gdzie zlikwidowałam resztki żurku i zapadłam w letarg...
Pierworodny dostał pracę, o której marzył, 5 minut od domu.
Jednak czekali na niego.
Dostał dzięki temu, że ma paszport.
Jest jebnięty, zakręcony, okropny, nie do zniesienia, ale to dobry człowiek.
Jak jego ojciec.
Inżynier dzielnie stoi na posterunku, aczkolwiek moje matczyne serce przepełnione jest troską o jego zdrowie,
Bo kto, jak nie matka się o to martwi?
Synowa jest zapatrzona w siebie do bólu, w swoje cierpienie, w uciążliwość bycia matką karmiącą... Ale to młode pokolenie, ma czas na FB, zakłada Instagrama, bo FB to przeżytek, nie wypełnia życia, a... Nie ma czasu na codzienną prozę życia, choć nie stoi w kolejkach za srajtaśmą, masłem, herbatą, cukrem...
Mimo "mania" pralki, zmywarki, wszystkich tych cywilizacyjnych wynalazków (mam i ja, żeby nie było, że się skarżę, ale nie miałam, gdy tego potrzebowałam), samochodów, prawa jazdy, fotelików, chust, wszystkiego, co śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje - nie ogarnia.
Ale planuje: więcej i więcej.
Nevermind...
Parę dni wrzucę na luz i nie pęknę, zaliczę - tak planuję - Umarlaków, bo zaniedbani okrutnie. Aczkolwiek kuzynka, z którą koty darłam napisała, że ona Cioci grób ogarnie, bo Ciocia i jej chrzestną była.
Bezinteresownie, ojapierdolę.
Zatem zostaje mi tylko mój grób (mój przyszły, of course), za co jestem L. niewymownie wdzięczna.
No i potem wizyta u Eksa, gdzie nie wiadomo co zastanę.
Ale nieważne.
Świeczkę zapalę, a co ja o nim myślę, to on chyba dobrze wie.
Pogadamy jak czekista z czekistą, taką mam nadzieję.
W sobotę będą mnie zaś maglowali.
I znów się łamię, zwłaszcza że Baran ma focha, a wiadomo, że Barani foch to ojapierdolę.
No nic, życie pędzi coraz prędzej.
Adwokat, EKUZ (jednak) i inne takie tam.
A choć chciałam się umówić z tym od jerychonki, delikatnie ominął temat.
Szanuję.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech..
A utkwiłam dziś, wracając z pracy na zamkniętym przejeździe kolejowym.
A utkwiłam dziś, wracając z pracy na zamkniętym przejeździe kolejowym.
Nie zdążyłam sfocić, bo towarowy jednak jechał, a nie wlókł się, a telefon w kieszeni dżinsów, wyciągnąć, odblokować, przycisk się zacina, kod, nie było szans.
Na wagonie cudny napis: USA über alles. Karel Gott mit uns.
Życie naprawdę zaskakuje czasami :)
środa, 18 października 2017
Ci odlatują
ci zostają, Kochany Pamiętniczku...
I ja żegnałam nieraz kogoś...
Przylecieli wczoraj, opóźnieni, ale przylecieli.
Znów wparowało do przedpokoju dwóch wariatów, zakręcili mną, przytulili, a najbardziej tulił się ten nieczuły, a na moje wyśmiewanie powiedział: przecież mamy rok nie widziałem.
Na własne i nie na własne życzenie, ale co tam. Żurek wciągnęli, a jakże, piwko też otworzyliśmy i gadaliśmy do północy, a żeby nie to, że musiałam następnego dnia iść do pracy, to pewnie siedzielibyśmy do rana.
Wciąż jesteśmy tą samą rodziną.
Nigdy się nie kłóciliśmy i niech tak zostanie.
Kocham ich, aczkolwiek opcja wyskrobania zawsze pozostaje.
Poleciałam do pracy wcześniej, ale a jakże, wszyscy przyszli później, bo tak.
Mimo moich próśb, że tym razem bez żartów.
Mimo zapisków w rozpisce, że pliki do drukarni o 12.
Chciałam wyjść o 14.
Zapisałam w kajeciku, kto wpadł o 13.58.
Bo to, że ktoś dostarczył materiał przed 14, nie znaczy, że ja nie muszę zostać dłużej, żeby go zrobić.
Chuj im w oko i nie, nie będzie opcji: proszę szybciutko, bo mnie jutro nie ma. No to masz gościu problem.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Nieważne.
U notariusza kiblowaliśmy dwie godziny, bo wypisywane były trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
I...
Inżynier mnie obśmiał, że to przypadek, ale...
Tak wiem, jestem głupia i zabobonna.
Miałam przygotować PESEL wszystkich i NIP. Tak mówił adwokat. Znalazłam, PESEL chłopcy znają. Ale nie miałam nigdzie PESEL męża. Na pewno gdzieś w papierach jest, ale nie wiem gdzie. Adwokat powiedział, że nie szkodzi, kancelaria znajdzie. Dziś rano SMS od adwokata, że jednak nie mają PESEL Eksa. Czy mogę znaleźć? Wpadłam w panikę, już chciałam pisać, żeby chłopcy rzucili się na papiery (byli jeszcze w domu). Ale coś mnie tknęło i wywlekłam z torebki czarną teczkę, ciężką jak cholera, w której mam papiery wrzucona na zasadzie: a nuż się przyda do sprawy Eksa.
Na wierzchu leży koperta z ZUS. Zaklejona. Stempel z 2008 roku. Odklejam. Standardowe pismo z ZUS o kapitale Eksa. Widać nie odebrał wtedy. I w piśmie... PESEL.
Nie mam zielonego pojęcia, jak to pismo znalazło się w czarnej teczce i dlaczego leżało na samym wierzchu.
Ale myślę, że Eks jest jednak za nami. Jeżeli nie za mną, to za swoimi dziećmi.
Zawsze był dobrym człowiekiem.
Inżynier po tej konkluzji obśmiał się jak norka, że to zwykły przypadek.
Ale ja myślę, że dzięki takim przypadkom życie jest piękne, bo przydziału na mieszkanie szukałam 10 lat, a znalazłam przypadkiem, gdy był kwestią życia i śmierci. I leżał dokładnie tam, gdzie miał być, a gdzie go nie było.
No nic.
Notarialne nabycie spadku stwierdzone. Ma taką samą wagę, jak postępowanie sądowe, do którego namawiał mnie szwagier, ale ma jedną zaletę - jest szybsze :) I droższe, of course, dziesięciokrotnie droższe. Ale mogę już załatwiać sprawy w US i w spółdzielni, choć nadal nie wiemy, co zostało. Oprócz mieszkania, o które nam tak naprawdę chodzi. Nie ze względu na wartość rynkową, bo status nieuregulowany, ale na pewność, że nikt mnie pod most nie wyśle.
O to dzieciom chodziło.
Kocham je.
WIem, wiem, mogły być bardziej kochane i wziąć mnie do siebie, ale...
Nie chcę tego.
Chcę być wolna, niezależna i zwariowana do końca.
Na moich warunkach.
Jeszcze obiad w knajpie i pojechali na lotnisko.
Samolot ma godzinę opóźnienia, zatem Inżynier będzie spał góra 6 godzin.
Teraz latanie już na mojej głowie, no i foch Barana też.
Co za Baran :D
I ja żegnałam nieraz kogoś...
Przylecieli wczoraj, opóźnieni, ale przylecieli.
Znów wparowało do przedpokoju dwóch wariatów, zakręcili mną, przytulili, a najbardziej tulił się ten nieczuły, a na moje wyśmiewanie powiedział: przecież mamy rok nie widziałem.
Na własne i nie na własne życzenie, ale co tam. Żurek wciągnęli, a jakże, piwko też otworzyliśmy i gadaliśmy do północy, a żeby nie to, że musiałam następnego dnia iść do pracy, to pewnie siedzielibyśmy do rana.
Wciąż jesteśmy tą samą rodziną.
Nigdy się nie kłóciliśmy i niech tak zostanie.
Kocham ich, aczkolwiek opcja wyskrobania zawsze pozostaje.
Poleciałam do pracy wcześniej, ale a jakże, wszyscy przyszli później, bo tak.
Mimo moich próśb, że tym razem bez żartów.
Mimo zapisków w rozpisce, że pliki do drukarni o 12.
Chciałam wyjść o 14.
Zapisałam w kajeciku, kto wpadł o 13.58.
Bo to, że ktoś dostarczył materiał przed 14, nie znaczy, że ja nie muszę zostać dłużej, żeby go zrobić.
Chuj im w oko i nie, nie będzie opcji: proszę szybciutko, bo mnie jutro nie ma. No to masz gościu problem.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Nieważne.
U notariusza kiblowaliśmy dwie godziny, bo wypisywane były trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
I...
Inżynier mnie obśmiał, że to przypadek, ale...
Tak wiem, jestem głupia i zabobonna.
Miałam przygotować PESEL wszystkich i NIP. Tak mówił adwokat. Znalazłam, PESEL chłopcy znają. Ale nie miałam nigdzie PESEL męża. Na pewno gdzieś w papierach jest, ale nie wiem gdzie. Adwokat powiedział, że nie szkodzi, kancelaria znajdzie. Dziś rano SMS od adwokata, że jednak nie mają PESEL Eksa. Czy mogę znaleźć? Wpadłam w panikę, już chciałam pisać, żeby chłopcy rzucili się na papiery (byli jeszcze w domu). Ale coś mnie tknęło i wywlekłam z torebki czarną teczkę, ciężką jak cholera, w której mam papiery wrzucona na zasadzie: a nuż się przyda do sprawy Eksa.
Na wierzchu leży koperta z ZUS. Zaklejona. Stempel z 2008 roku. Odklejam. Standardowe pismo z ZUS o kapitale Eksa. Widać nie odebrał wtedy. I w piśmie... PESEL.
Nie mam zielonego pojęcia, jak to pismo znalazło się w czarnej teczce i dlaczego leżało na samym wierzchu.
Ale myślę, że Eks jest jednak za nami. Jeżeli nie za mną, to za swoimi dziećmi.
Zawsze był dobrym człowiekiem.
Inżynier po tej konkluzji obśmiał się jak norka, że to zwykły przypadek.
Ale ja myślę, że dzięki takim przypadkom życie jest piękne, bo przydziału na mieszkanie szukałam 10 lat, a znalazłam przypadkiem, gdy był kwestią życia i śmierci. I leżał dokładnie tam, gdzie miał być, a gdzie go nie było.
No nic.
Notarialne nabycie spadku stwierdzone. Ma taką samą wagę, jak postępowanie sądowe, do którego namawiał mnie szwagier, ale ma jedną zaletę - jest szybsze :) I droższe, of course, dziesięciokrotnie droższe. Ale mogę już załatwiać sprawy w US i w spółdzielni, choć nadal nie wiemy, co zostało. Oprócz mieszkania, o które nam tak naprawdę chodzi. Nie ze względu na wartość rynkową, bo status nieuregulowany, ale na pewność, że nikt mnie pod most nie wyśle.
O to dzieciom chodziło.
Kocham je.
WIem, wiem, mogły być bardziej kochane i wziąć mnie do siebie, ale...
Nie chcę tego.
Chcę być wolna, niezależna i zwariowana do końca.
Na moich warunkach.
Jeszcze obiad w knajpie i pojechali na lotnisko.
Samolot ma godzinę opóźnienia, zatem Inżynier będzie spał góra 6 godzin.
Teraz latanie już na mojej głowie, no i foch Barana też.
Co za Baran :D
poniedziałek, 16 października 2017
Łeb
mi za chwilę spadnie z karku razem z uszami, Kochany Pamiętniczku.
Dzień był szalony.
A ja ledwo pysk otwierałam, bo mam pokaleczone dziąsło na dole.
W każdym razie, jako że Pierworodny rano poinformował mnie o wiekopomnym fakcie mania paszportu, o czym wiedziałam od dawna, napisałam mu awesome.
I cisza w eterze.
U Bossa byłam i poprosiłam o wolne w środę od 14.
Dostałam. Zespół lojalnie uprzedziłam, ale śmichy chichy. No to się z ręką w nocniku obudzą, może im to jest potrzebne?
Stary scenariusz, leciało dziś wszystko, a do tego warzywka.
Kto to ogarnie, jak nie ja?
Ogarnęłam, jeszcze się oberwało bydłu, bo wleciało 17.20. Z tekstem: może być na jutro. Nie naumiało się jeszcze, że rzecz na poczcie i rzecz na biurku, nieważne która godzina, zrobione być musi tego dnia, jeżeli korektorka jest w zasięgu :D
A w domu na poczcie, grubo po 19 tekst od praktykantki (sic!), że pierwsza korekta w pdf, a druga jutro na wydruku. Zignorowałam totalnie. To, że dałam mój prywatny emilek, to ze względu na to, że ona online ma pracować. Ale skoro dziś od rana była w redakcji, a ja w godzinach pracy też, to sorry Batory, kto mi płaci za pracę po godzinach? Ja się już na żadne szczyty nie pnę. Jestem wyrobnikiem.
Przeczytam jutro, dla mojej wygody w InCopy :D
Wychodziłam przed 18, po drodze wpadłam na genialny pomysł.
Napisałam Inżynierowi, że będzie krupnik, zgodził się, ale olśniło mnie, że nie jest wielkim fanem krupniku.
Ale żurek.
Żurek po sandomiersku z grzybami.
Wszystko mam, oprócz zakwasu.
Zakwas mieli w piątce.
Ale mój stragan się zepsuł. W wielkim pęku włoszczyzny 3/4 to zielsko do wyrzucenia. Dwie nędzne marchewki (sic!) i pasternak, zamiast pietruszki. Szukam pasternaku, ale niekoniecznie we włoszczyźnie...
Na szczęście w piątce była też mrożona włoszczyzna...
Nic nie pisałam Inżynierowi, niech ma niespodziewajkę.
A Pierworodny?
Hmmm. Głodnego nakarmię. I tyle w temacie :D
Ofelia nie poszła do klasztoru, ale szaleje, jednak i Słonko, i Baran, i Inżynier twierdzą, że nie jest źle.
Tylko Baran, zbierający grzyby (ta, osobnik nietykąjący grzyba kijem, zbierający grzyby, Postmana będzie nimi karmił, brzmi podejrzanie, gdzie on w UK grzyby znalazł?) mówi, że wszystko w sepii jest.
Ale nie fotkowal.
A ja mam po wczoraj zakwasy, boli mnie każdy mięsień pod pachami, no cóż, trzy godziny stania i klikania, naciągania itede, itepe...
Spadam w objęcia Morfeusza, jutro ciężki dzień i znów czekanie, tym razem na lądującego orła i glapę.
Kciuki mile widziane :P
Dzień był szalony.
A ja ledwo pysk otwierałam, bo mam pokaleczone dziąsło na dole.
W każdym razie, jako że Pierworodny rano poinformował mnie o wiekopomnym fakcie mania paszportu, o czym wiedziałam od dawna, napisałam mu awesome.
I cisza w eterze.
U Bossa byłam i poprosiłam o wolne w środę od 14.
Dostałam. Zespół lojalnie uprzedziłam, ale śmichy chichy. No to się z ręką w nocniku obudzą, może im to jest potrzebne?
Stary scenariusz, leciało dziś wszystko, a do tego warzywka.
Kto to ogarnie, jak nie ja?
Ogarnęłam, jeszcze się oberwało bydłu, bo wleciało 17.20. Z tekstem: może być na jutro. Nie naumiało się jeszcze, że rzecz na poczcie i rzecz na biurku, nieważne która godzina, zrobione być musi tego dnia, jeżeli korektorka jest w zasięgu :D
A w domu na poczcie, grubo po 19 tekst od praktykantki (sic!), że pierwsza korekta w pdf, a druga jutro na wydruku. Zignorowałam totalnie. To, że dałam mój prywatny emilek, to ze względu na to, że ona online ma pracować. Ale skoro dziś od rana była w redakcji, a ja w godzinach pracy też, to sorry Batory, kto mi płaci za pracę po godzinach? Ja się już na żadne szczyty nie pnę. Jestem wyrobnikiem.
Przeczytam jutro, dla mojej wygody w InCopy :D
Wychodziłam przed 18, po drodze wpadłam na genialny pomysł.
Napisałam Inżynierowi, że będzie krupnik, zgodził się, ale olśniło mnie, że nie jest wielkim fanem krupniku.
Ale żurek.
Żurek po sandomiersku z grzybami.
Wszystko mam, oprócz zakwasu.
Zakwas mieli w piątce.
Ale mój stragan się zepsuł. W wielkim pęku włoszczyzny 3/4 to zielsko do wyrzucenia. Dwie nędzne marchewki (sic!) i pasternak, zamiast pietruszki. Szukam pasternaku, ale niekoniecznie we włoszczyźnie...
Na szczęście w piątce była też mrożona włoszczyzna...
Nic nie pisałam Inżynierowi, niech ma niespodziewajkę.
A Pierworodny?
Hmmm. Głodnego nakarmię. I tyle w temacie :D
Ofelia nie poszła do klasztoru, ale szaleje, jednak i Słonko, i Baran, i Inżynier twierdzą, że nie jest źle.
Tylko Baran, zbierający grzyby (ta, osobnik nietykąjący grzyba kijem, zbierający grzyby, Postmana będzie nimi karmił, brzmi podejrzanie, gdzie on w UK grzyby znalazł?) mówi, że wszystko w sepii jest.
Ale nie fotkowal.
A ja mam po wczoraj zakwasy, boli mnie każdy mięsień pod pachami, no cóż, trzy godziny stania i klikania, naciągania itede, itepe...
Spadam w objęcia Morfeusza, jutro ciężki dzień i znów czekanie, tym razem na lądującego orła i glapę.
Kciuki mile widziane :P
niedziela, 15 października 2017
Dzisiejszy
dzień sponsorowała jesień i maraton, Kochany Pamiętniczku.
Więc bez słów, niech każdy sobie opowie swoją bajkę :D
To był przepiękny dzień, choć namęczyłam się, by ogarnąć fotki i je przekonwertować. Windows 10 nie jest miły ;)
A trzasnęłam 414 zdjęć, więc miałam co robić i z czego wybierać :D
Więc bez słów, niech każdy sobie opowie swoją bajkę :D
To był przepiękny dzień, choć namęczyłam się, by ogarnąć fotki i je przekonwertować. Windows 10 nie jest miły ;)
A trzasnęłam 414 zdjęć, więc miałam co robić i z czego wybierać :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)
