sobota, 28 października 2017

Bardzo

się cieszę, Kochany Pamiętniczku, że się zmobilizowałam i załatwiłam wszystko wcześniej. Nie, żebym nie chciała jechać jeszcze, ale jak pogoda będzie taka, jak teraz, to po co?
Wiem, jak komuś pisane, to i w drewnianym kościele cegła mu na łeb zleci, ale po co dokładać kłopotu innym?
Nie pamiętam takich wichur, choć wiele rzeczy pamiętam.
Tu, w wiosce, władze rozważają zamknięcie cmentarzy. Nie dziwię się, bo na wielu z nich rosną naprawdę stare drzewa, a sądzę, że przez groby korzenie nie są za bardzo stabilne.
Ale to chyba nie przyhamuje tradycji i ludzie tłumnie ruszą na cmentarze.
Ja już od lat nie bywam we Wszystkich Świętych,  nie licząc wypraw na Samotną.
Ostatni raz byłam parę lat temu z Cynoberem, to była włóczęga, z Rataj, na Nowinę, z Nowiny na Miłostowo, na sam koniec cmentarza, z Miłostowa na Dębiec. Per pedes. To se ne vrati, chyba bym już nie dała radu.
A i z Pierworodnym przeszliśmy z domu na Miłostowo i z powrotem, ostatniego roku pzred jego wyjazdem.
Cynober zapowiedział się na jutro z grzybami i z nową miłością.
No nic :) 
Wczoraj dzień gospodarczy zarządziłam, pownosiłam badyle z balkonu do mieszkania, jakoś się upchnęły, ale nie ma opcji gości, bo... nie rozłożę posłania :P
Jako że nikt się nie wybiera, nie jest źle. Synowa będzie z Alienkiem w grudniu, ale to u siebie, a ja może w przelocie się z nimi spotkam, jeszcze nie wiem.
A dziś polazłam na Manhattan, chociaż piździło, bo pan od pomidorków powiedział, że będzie ostatni raz. Obkupiłam się jak na wojnę, płacę, a on, że będzie jeszcze w piątek :)
No to w piątek się znów obkupię, jak na wojnę.
A potem adios pomidory co najmniej do kwietnia...
Rachunek za prąd przyszedł, dobra zmiana, a jakże,
Znów 30 zł więcej niż zazwyczaj, a zużywam tyle samo. I nie świecę, bo wolę ledy, a te mam na baterie


i świeczuszki


 Więc skąd 30 zł więcej? Jak przejdę na emeryturę, za prąd się nie wypłacę.

A na dworze momentami jeszcze feeria barw


ale krok dalej już szaro-buro

Taka kolej rzeczy.
I na pocieszajkę mam

Happiness is a journey, not a destinatiom..
Prawda :)

A to, co uprawiam, ma już swoją nazwę. Nazywa się cocconing.
Bo skoro znakomicie się z tym czuję, dlaczego to zmieniać i dlaczego wielu ludzi nie chce zrozumieć, że nie czuję się źle sama ze sobą?
Mam swój świat.
Mój.
I już prawie nikt nie ma tam wstępu, bo i po co?

2 komentarze:

  1. Przedpołudnie miałam zajęte,ale po 16 wypusciłam sie z domu,chociaz wieje,ale kaptur na głowę i heja. Niedawno wrócilam:)

    No i tak ma byc ,sie ma sój swiat po to zeby nikt nie mial tam wstępu,bo i tak nie zrozumie. Co z ludźmi to z ludźmi,ale potrzbna jest taka wewnetrzna emigracja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam nosa z domu nie wysunę do jutra, a jutro wyjdę tylko dlatego, że muszę :)

    OdpowiedzUsuń