ma jakiegoś bzika, Kochany Pamiętniczku.
Mam i ja.
Wczoraj wichura była, Ksawerym zwana. Chłop jak to chłop, szkód narobił i wcale sobie nie poszedł, bo i dziś jak w marcu: piździ i co kawałek leje, chwila słońca i znów sruuuu.
No nic.
Wstałam ci ja nie takim bladym świtem, bo o 10 (miałam być dziś w pracy, ale przezornie napisałam i odpisano mi, że owszem, pracują w pocie czoła i z zaparciem godnym lepszej sprawy, ale efekty będą dopiero w poniedziałek, więc z bólem serca, stęskniona za pracą stwierdziłam, że w taką pogodę, co to psa z domu nie wypędzi, to co - ja gorsza od psa?).
Zatem pokulałam się do kuchni, a tam.
Ojapierdolę.
Na mojej niedawno mytej szybie jak byk, kurde jak byk, przyklejony jest jakiś długi blond włos.
Ze wszystkich rzeczy na świecie nie cierpię kłaków, a już długich i blond to szczególnie nienawidzę.
Po każdej wizycie niewiast długowłosych przez długi czas mam odruch wymiotny, ściągając zewsząd kłaki.
Mówiłam sobie: spokój, luz, to tylko włos.
Ale nie dałam rady, pierdalec ruszył do ataku i...
Tadam, pierwsze październikowe mycie okien uskutecznione, choć za oknem dalej mały Ksawerek szaleje.
A kij mu w oko i niech spróbuje mi jeszcze jakiś kłak przywlec.
Zabiję gada i każdy sąd mnie uniewinni.
A jak ładnie widać jesień zza czystych szyb, a co.
Kto bogatemu zabroni? :)
A potem już poszło rzutem na taśmę i w sumie jutro tylko zakupy, bo w lodówce światło i chleb się kończy.
A tydzień leciał migusiem. We wtorek leząc do dentysty zauważyłam, że jeden aparat padł i nie pomogła nawet zmiana baterii, więc poleciałam do Geersa, ale okazało się, że to tylko wężyk. Ale diabeł mnie podkusił, jako że to już drugi raz się tak strachu najadłam. Zapytałam panią o nowe aparaty i... Umówiłam się na wizytę po zamknięciu. Pani obiecała w NFZ załatwić. Teraz refundują na każde ucho nawet po sześćdziesiątce (jak kupowałam pierwsze refundowali tylko do sześćdziesiątki i trzeba było pracować). Żaden postęp, w UK ubezpieczony dostaje je za darmo, jeszcze mu gratis dokładają baterie. Dopłaciliby mi 1400 zł. Pani oczywiście od razu, że aparaty superkuperfiufiu, ale spasowałam. Nie wydam 6 tys. albo i więcej.Skoro przez lata sprawdzają mi się najtańsze ekonomiczne aparaty, to na cholerę mi cuda wianki? Że nie widać. A kij, przyzwyczaiłam się na tyle, że rybka mi czy idę w aparatach czy bez. Baran mnie dobrze wytresował. Jak się komuś nie podoba, niech na mnie nie patrzy.
Wciąż mogę bez nich żyć, ale łatwiej mi z nimi. Trochę jestem zła, bo to nie jest odpowiedni moment na taki wydatek, ale chyba nigdy nie będzie odpowiedni :) Ostatecznie zawsze mogę nie kupić.
W środę wleciała banda Cyganów z dodatkami, wlecieli jak po ogień i wylecieli, tylko się przebrali na pogrzeb. Szkoda, bo mogli wlecieć choć na godzinkę. Ale trudno. No i Sikora tradycyjnie obiecanych grzybów nie przywiozła. Foch :)
I dentysta again, jestem bardzo zadowolona, choć znów 150 zł poszło w siną dal.
I jedna z blogowych podczytywaczek do mnie napisała, że chce moje cielsko tachać na cmentarze, furą, a jakże :)
Bardzo serdecznie dziękuję, potęga blogowych znajomości jest przeogromna :)
A w poniedziałek poleciałam z aparatem, na gwałt, bo w zeszłym roku, jak się zreflektowałam, to już gołe mury były.
I oto urobek tego lecenia
Za niecałe dwa lata będzie stulecie :)
W tym szacownym gmachu moi i Pierworodny absolutorium mieliśmy, bo to nasza Alma Mater.
A na Skośnej mieszkałam cały miesiąc, historia jak z bajki. Bo los spłatał mi figla i pod mostem miałam lądować. Zlitowała się nade mną moja ówczesna szefowa, jadąca właśnie na miesiąc na wakacje. Dała mi klucze, prosząc tylko o jedno: żebym nie odbierała telefonów. Bo jej mąż pracował w UB. Dla mnie nie było to trudne do spełnienia, a uratowała mi życie wtedy... I long story... Zakręcona jak świński ogonek. I nie, nie dam sobie powiedzieć, że ubecy to kanalie. Nie wszyscy. Są ludzie i są parapety.
I jesień coraz głośniej puka do drzwi... Dywany sprzedaje, skubana.
Na fioletowe pyry skusiłam się w Lidlu, internety pieją nad nimi z zachwytu, a mi dupy nie urwały.
Smak jak smak, jadałam lepsze pyry. A kolor? Jak do pyrów wrzucę parę jagód albo czarną porzeczkę, też będą fioletowe. Więc nie, więcej nie wydam 6 zł na kilo pyrów.
W mojej wsi wczoraj był istny Armagedon! Drzewa z korzeniami wyrywało, Klary trampolina poszybowała do sąsiadów...Prądu nie było do dzisiejszego wieczoru!
OdpowiedzUsuńZdjęcia, jak zwykle cudne!
Dobrze, że nic Wam się nie stało :)
UsuńDziękuję :)
Fajne te Twoje wędrówki :))
OdpowiedzUsuńA ten Ksawery to kawał drania...
Ja jestem taką "blondynom" i ostatnio coraz więcej włosów rozsiewam wszędzie :( a nie cierpię kudłów walających się :))
Chyba czas zmienić fryz :))
Też lubię swoje włóczęgi, zwłaszcza jak słońce świeci :D
Usuńa jakie grzyby miała Ci Sikora przywieźć ? suszone czy w słoiku ?
OdpowiedzUsuńbudynek w winorośli cudny ale pewnie zimno tam i wilgotno , co do włosów to yhm ,będziemy się umawiać na mieście bo mam długie i prawie blond :D
i tak blogowe znajomości wnoszą bardzo dużo dobrego w nasze życie ...Ty jesteś takim przykładem ...dziękuję że jesteś :*
Suszone.
UsuńNieprawda, nie jest zimno ani wilgotno. Winobluszcz osusza mury. A latem oszczędzasz na klimatyzacji :P
Też Cię kocham :*
Jedzo z klakami masz dokladnie jak moja Mama;)) ona jak zobaczyla gdziekolwiek klaka to natychmiast rzyganko bylo. Wszyscy bylismy na tym punkcie uczuleni, bo to przeciez tak latwo jak czlowiekowi klak z leba spadnie zostawic go w wannie czy umywalce, u nas grozila za to kara smierci:))))
OdpowiedzUsuńU mnie kary śmierci nie było, ale po prostu - nie lubię. Był okres, że Pierworodny miał włosy do pół pleców, a gęste ma do dziś, tośmy narzekali i ja, i Inżynier na te kudły. A jeszcze jak wyrzygał szampana z makowcem na te sploty (słabą głowę chłopak ma), tośmy się w Kopciuszka bawili ;)
Usuń... znowu okna myłaś? :( ...
OdpowiedzUsuńtym razem gorsza nie będę - choć to akurat na Włościach i tylko 2 szt. ale w piątek, na szybcika i ja popełniłam mycie okien, choć u nas Ksawerego już czuć nie było, acz chłodny powiew od gór w śniegu już owszem - się czuło.
Takie hobby mam. I w listopadzie też mam zamiar, już, już się czaję.
UsuńNienawidzę prasowania, ale okna myć - orgazm mam. A potem taka czysta szyba, rozkosz i odlot :D Ale tylko swoje okna lubię myć :)
Im dłużej czytam Twoje wpisy, tym częściej "widzę" obraz typowej poznanianki:) Jak mawia moja szefowa "w poznańskim (wielkopolskim) domu porządek musi być". Ależ Ci zazdroszczę systematyczności w "oporządzaniu" mieszkania. Pozdrawiam serdecznie. Renata.
OdpowiedzUsuńU mnie nie ma porządku, jest artystyczny nieład. Ale mój. I to nie znaczy, że wciąż sprzątam, ale okna lubię myć. Umyte okna to połowa sprzątania z głowy, od razu w domu porządniej :)
Usuń