środa, 14 września 2022

Myślałam

 Kochany Pamiętniczku, że dziś w nocy kitę odwalę.

Poszłam spać do małego pokoju, ale nie spuściłam wszędzie rolet. I zaczęło się.

Jeden sik, drugi sik, przekładanie się z miejsca na miejsce, nagle pięty zaczęły mnie boleć, jakbym znów ostrogę miała, potem palce u nóg, zwłaszcza te duże, potem zrobiło mi się gorąco, a w mieszkaniu jasno tak, że książkę można czytać, sik (pytanie czym?). Powlokłam się, rolety spuściłam, ale nie, wciąż jasno jak w dupie u Murzyna po czyszczeniu wybielaczem. Gorąco (na dworze może jakieś 8 stopni było). Sik, skok do łóżka, nic nie pomaga. Wzięłam więc kordełkę pod pachę i poszłam do dużego pokoju, w dupie mej mając słanie łóżka, oprócz okna balkon na uchył i co? Nic, dalej dupa. Więc do małego pokoju po poduszki, podkładam je pod nogi, bo bolą gorzej niż po całodziennej włóczędze. Godzina 0.13. Nic. Otwieram szeroko balkon, przekładam głowę w nogi i nic, chociaż zimno biedne giry chłodzi. Zmiana dup i nic. I tak do 3, a Księżyc napierdalał, jakby mu za to płacili, no a jak balkon otwarty, to jakby lampa była zapalona. Potem musiałam zasnąć, ale pierdoły mi się śniły, sen z tych, które cały dzień trawię, a i do końca strawić nie mogę, wciąż wraca w podświadomości... Niezbyt przyjemny, zastanawiam się, czy Umarlaki już na mnie z imprezą czekają, czy Ciocia ma mi jednak coś za złe (bo może)...

A ponieważ prowadzę cnotliwy tryb życia, to w domu nie było grama alkoholu na znieczulenie, nie licząc perfum (nie na to jest perfuma, byś ją pił) i dentoseptu.

Rano wstałam w charakterze upiora dziennego, o 8.45, a że wiedziałam, że na poczcie robota leży, to ledwo dychając powlokłam się prosto do kompika, do 9.30 miałam pustą pocztę, błogosławiąc home office i kulając się do łazienki, gdzie doprowadziłam się do stanu używalności...

I tak jest za każdą pełnią, jestem nie tylko meteopatą, ale i starą wariatką (bardzo słuszna diagnoza). 

Wioska ma rozkopana jest. Dojazd do pracy mam albo autobusem, który teoretycznie powinien dojechać w 17 minut ode mnie do celu. Trzeba doliczyć jakieś 20 minut na dojście do jednego przystanku i z końcowego do pracy. Teoretycznie. Dziś okazało się, że jakiś tam remont (kolejny, ulica na której nie ma remontu nie jest ulicą) zaczęto i autobusy, żeby wjechać na pętlę, stoją kilkadziesiąt minut w korku. Wysiadka przystanek wcześniej to wędrówka jakieś pół godziny wzdłuż autostrady.
Wersja druga dojazdu - autobus spod chaty, potem dwie przesiadki na bimbę i po godzinie jestem u celu.Teoretycznie, albowiem okazuje się, że główna trasa mojej bimby może zostać zamknięta, ponieważ coś się szynom wygło mimo remontu przeprowadzonego tam niespełna dwa lata temu. Zatem opcja "zatramwaj", który też utkwi w korku, albo "trasa zmieniona" bimbą, która nie ma jak przejechać, albowiem nie wszystkie drogi prowadzą do celu, są poodcinane totalnie.

Opcja trzecia: rower albo hulajnoga. Pomijając fakt, że nie mam roweru (mam pod domem stację rowerów miejskich, ale nie opanowałam sztuki ich odpinania, nie jechałam na rowerze od lat co najmniej 35, a na hulajnodze nigdy), jestem już ślepawa i głucha i życie mi jeszcze miłe. Odpada.

Opcja czwarta: idziemy lewa, prawa, w stronę słońca. Jeszcze 4 lata temu chodziłam tak tam i z powrotem. Czas dojścia 53 minuty, tyle samo trwa dojazd z przesiadkami. Skończyły się już upały, teren jest bez cienia absolutnie, jedynie my Shadow się za mną wlecze, więc OK, teraz można. Nie wiem, ile bym teraz szła, nawet nie w głowie mi próbowanie.

Wiem, marudzę, ale wracanie do domu po ciemku, bo tam już teraz ciemno jak w dupie u Murzyna bez wybielacza, bez perspektywy ławeczki jakiejkolwiek i możliwości wskoczenia w transport jakiś, bo tam nic nie jeździ - odpada. Stara jestem, niestety.  

Marudzę na zapas, bo... mam home office. Więc o dziwo, błogosławię i pandemię, i tę opcję. Żeby nie pandemia, pewno już bym nie pracowała. 

Mój zawód jest taki fajny, że wszystko się da załatwić online :) A moje kalectwo jest doskonałą wymówką do nieuczestniczenia w nasiadówkach online (dla mnie zupełnie bez sensu, bo ja nie tworzę, tylko sprzątam). Nikt też się nie orientuje, że spokojnie można ze mną online pogadać, a ja się nie chwalę, bo po co. 

Więc nawet jak kolejna noc będzie zielona, to jakoś sobie poradzę.

A, owocówki znów zaczęły szaleć, więc trzeba będzie działać.

A dziś zamiast filmu będzie książka, bo przy niej zasypiam, a siedzenie przed monitorami w połączeniu z Księżycem to jednak mogiła. Ciemna. 

A sandałki, które kupiłam we Wrocławiu, gdy stare umarły i nie wchodziły już na kopyta, spadają mi z nóg, mimo że sznurowanie zaciągam na maksa. Siostry podartych zaś też z leksza się telepią na stópkach mych. To tylko pokazuje, jak bardzo dokuczają mi upały. I jak puchnę od nich. I trochę jak rasowa wariatka wyglądałam dziś, bo wokół pikowane kurteczki, mama pracowicie zapinała taką trzylatce, poprawiając jej czapeczkę, a ja... No co, kto bogatemu zabroni, 17 stopni to raj, taka temperatura na pewno tam jest.

A i całe lato w galerii nie była włączona klima, co powodowało, że było tam supergorąco (żal personelu), pewno ze względów na opłaty za prąd. Ciekawe, czy zimą, kiedy zawsze można tam było zemdleć z gorąca, teraz w kurteczkach będzie luksusowo?

A i w ramach mania w dupie całokształtu, bo dlaczego to ja mam się czuć odpowiedzialna za wszystko, nawet za cudzą niefrasobliwość, zanabyłam sobie to... Od razu przelewając kasę, bo nie chcę tego w prezencie, bo to wykpiwanie się (nie)małym kosztem z myślenia o mnie. 

A co, zasłużyłam :) Tyle, że post factum stanął mi przed oczami Karol III.

Mam nadzieję, że mi przejdzie ten widok do czasu, aż dopieszczajka do mnie dojdzie :)
Nie, nie mam parcia na zmianę mojej samotności, bo taki model to już nie jest moja bajka, ale dlaczego nie mogę sobie oka pocieszyć? Zwłaszcza że z niecierpliwością czekam na kolejny sezon Outlandera, a i chciałabym kiedyś do Szkocji (i do Kornwalii też) skoczyć. Takie tam wish list, która nie będzie zrealizowana, ale nie szkodzi :) No chyba że dożyję wieku Elżbiety, a rodzina się do tego czasu ogarnie i pospłaca kredyty :)

https://www.amazon.pl/CA-1620-KILTY-PLEASURES/dp/1531916201/ref=sr_1_1?__mk_pl_PL=%C3%85M%C3%85%C5%BD%C3%95%C3%91&crid=DV79OMCO9F05&keywords=kalendarze%202023%20men%20in%20kilts&qid=1663148302&s=gift-cards&sprefix=kalendarze%202023%20men%20in%20kilts%2Cgift-cards%2C69&sr=1-1&fbclid=IwAR2padDqyBHnaN2ylO0XNW3G1kv3VNwZOhfiQjF6ymqyOzclO_pogIG5coc


O, to mam :) Jak pierwszy kalendarz z taką tematyką powiesiłam u siebie w pokoju w pracy, wszyscy przychodzili oglądać :) Ale byłam już w takim wieku, że nikt nie brał mnie na serio - wiadomo było, że pensja korektorki na pół etatu nie pozwoli na takie ekstrawagancje, zaś nie jestem MM, żeby leciały na mnie takie ciacha, zresztą oni raczej nie cenią mózgów, a ten mam niezły ;)

Tylko Boss przy okazji, w swoim gabinecie, bąknął: SJ, ale ten kalendarz. Spojrzałam na niego niewinnymi szarymi ślepiami i zapytałam: ale co z nim jest nie tak... No, roznegliżowani mężczyźni...

A, to, każdy ma to, co lubi, nieprawdaż - odrzekłam, wskazując wdzięcznie niepomalowanym i niewymanicurowanym pazurkiem wiszący u niego na ścianie kalendarz z dziewojami nie całkiem odzianymi, aczkolwiek w klimacie wsiowym, a przepraszam folkowo-rolniczym :) Dziwne byłoby, gdyby te kalendarze wisiały odwrotnie, co nie? :)  I już więcej nie było dyskusji, a gdy pewnego roku zabrakło takiego kalendarza u mnie, zaczęło się śledztwo, dlaczego go nie ma. A, bo dostałam owego roku tylko jeden, wolałam go w domu powiesić, jak w pracy :) 

Ale mi się dziś rozpisało, Kochany Pamiętniczku. I za to Cię lubię, że cierpliwie mnie słuchasz :)


poniedziałek, 12 września 2022

Jest

 wrzesień, Kochany Pamiętniczku, najgorsze jego dni.

Przebrnęłam, sama, na trzeźwo, a to już jest sztuka.

Że nie zdołowałam się na amen.

Eks, mój brat, mama... Prawie dzień po dniu. 

Nie, nie pojechałam nigdzie, ani do Eksa, ani do K.

Do Eksa na złość sobie, a może i nie, bo akurat byłam w pracowym kotle, a połączenie do M., gdzie go kochająca rodzina pochowała po kosztach jest jakie jest.

Trudno.

Pamiętałam, nie wiem, jak dzieci, nawet nie pytałam.

W sumie w dupie już mam.

Do K.pojadę z I. w październiku, za jednym zamachem ogarnąć na Wszystkich Świętych. On teraz zakręcony jak słoik po ogórkach, bo bank mimo vipowskiego konta robi go w chuja, wypłata drugiej transzy idzie jak krew z nosa, poszły już całe moje oszczędności, więcej nie mam, a kraść nie pójdę. Trochę mi się nóż w kieszeni otwiera, że nie słuchali, jak mówiłam brać gotowca w PZ, no co z tego, że nie o takim marzyli? Nie zawsze można mieć to, co się chce. Wiedziałam, że gospodarka jebnie, więc... Ale będzie OK... No i są w czarnej dupie, już chciałam brać znów kredyt odnawialny na swoje konto jak osiem lat temu brałam na remont, ale okazało się, że za gówniany kredyt ściągną mi 1500 prowizji. Na całe szczęście Smerf Maruda (a tak go nie cierpię) zgodził się pomóc I., więc tylko czekać do drugiej transzy, to kilka tygodni.

Bo chałupa już ładnie stoi, aczkolwiek jeszcze wiele jest do zrobienia, I etap z poślizgiem zakończony.

Ja tu miałam na względzie moje życie, też wszystko się waliło i paliło, gdy byliśmy młodzi, młodsi o dekadę niż I. teraz.
Mieszkaliśmy na 16 m kw. we czwórkę, na poddaszu, a lokatorzy teściowej na 150 m kw. Miałam wielkie plany przerobienia strychu, bo obok był strych piękny, z piecami, na mieszkanie - moje niespełnione marzenie - belki, ale i tu lokatorzy postawili veto, że oni muszą mieć suszarnię i pralnię, i się nie zgadzają. Ni chujenki. Tak, kamienica  była własnością teściowej. Teoretycznie :)
Teściowa miała się wynieść na Wygwizdowo, gdzie szwagier budował dom dla siebie i dla niej. A nam kolega Eksa, mający chody w spółdzielczości zaoferował pomoc. Oj, było zbieranie zaświadczeń o chorobie Eksa (dodatkowe metry na nią przysługiwały, o grzybie na ścianach (był), o nocnym moczeniu P (lewe). Biedne dziecko, już wtedy czteroletnie w dzień wizyty komisji rano się spimpulkało do łóżeczka, co mu się od dawna nie zdarzyło. Na pytanie pana z komisji, dlaczego sika do łóżeczka, spuszczając główkę i szlochając odrzekł: ja już nie będę...

Dostaliśmy M3 na Łokietka, na parterze, po kimś. Jako zastępcze. Zaparłam się jak dziki osioł i powiedziałam, że nie wezmę, umrę, a nie wezmę.

Kolega Eksa znalazł kogoś, kto chciał mieszkanie tam i w zamian dawał mieszkanie w naszej spółdzielni. Też nie chciałam, ale mi wytłumaczył jak krowie na rowie, że brać. Nikt nie chciał wtedy tu mieszkania, bo to były nieocieplone bloki i końcówka rurociągu, zimno jak w psiarni, pierwszą zimę przechodziliśmy okutani jak Eskimosi i z zapaleniem płuc.

Miała być podłoga z desek, wysezonowanych, położona przez kogoś z moich bliskich, za 200 marek. Tych jeszcze z dobrych Niemiec. I tu wkroczył mój najmłodszy szwagier, mówiąc Eksowi: pojebało cię, dawać babie 200 marek na podłogę na mieszkaniu tymczasowym. Skończyło się na lenteksie, który potem pracowicie zmieniałam na panele, które mnie do dziś wkurwiają, a podłoga byłaby do dziś ekstra. 

Dziś rzadko odkręcam kaloryfery, mieszkanie, w którym przeżyliśmy tyle pięknych lat dzięki mojemu kombinowaniu jest własnościowe, dzięki dzieciom, które się ze mną nie szarpały, zrzekając się spadku (do grobu go nie zabiorę przecież), zostanie dla nich, co z nim zrobią to już nie moja bajka. Czasem mnie w sercu zakłuje, że tyle pójdzie na śmietnik, ale cóż, nie da się tego spakować ani zipem, ani rarem i wcisnąć do urenki. 

A po śmierci Eksa likwidowałam książeczkę mieszkaniową z pełnym wkładem z 1968 roku, którą potem latami uzupełniałam, na którą proponowano mi docelowe mieszkanie. 

I jak to zwykle w PL najtrwalsza okazała się prowizorka :) 

Więc tak myślałam: kupią, spłacą, okrzepną, ale nie...

Jest jak jest, dziś wylałam trochę żółci, nie odpyskował, ale chyba wie, że to ja miałam rację.

I krew mnie zalewa. Inżynierowa jest OK, ale nie tak do końca. Rozumiem, nie pracuje, jest jak jest, ale kolejne kursy za grubą kasę, ale potem nie, bo... Dzieci mają zabawek więcej niż ja mam włosów na głowie, wciąż nowe i to nie byle co, na Gwiazdkę będą prezenty za kilkaset złotych. Ona sama lubi puzzle, ja też. Ale ja gram na ajpadzie za darmo, a ona kupuje puzzle za kilkaset złotych. A teraz ma w planach takie z 9 tys. kawałków. Wygooglałam. Cena mnie powaliła. Śmieją się z P., że telefony się go nie trzymają, ale i jej też nie. Kolejny ajfon się stłukł. Tak po prostu. Mnie się jeszcze żaden nie stłukł, a telefonów bronię od dawna jak niepodległości, teraz dzieci dostają najstarszego ajfona, jak jebnie, to trudno. Ajpada też dostają starego, na czymś muszą oglądać filmy jak chcę ich spacyfikować. Teren biurka jest obszarem zakazanym.

I tak sobie myślę, że kurwa, są momenty, że trzeba spuścić z tonu. 

Na tym polega oszczędzanie.

Nie oszczędzam na butach, bo mam chore nogi. Ale nie muszę mieć wszystkiego, co mnie się zasmrodzi. I jak dzieciom się nie pokaże katalogów, to nie będą miały w czym wybierać. Nie umrą od tego.

Będę miała o czym rozmawiać z I. jak pojedziemy do Umarlaków, ale... to znów nie jest za bardzo temat do rozmów z takim zapaleńcem, jak prowadzi...

Wiem, jestem idiotką, moja teściowa na moje: nie musi mieć wszystkiego (chodziło o Eksa, a miewał zachcianki, kosztowne), odpowiadała: ale coś mu się od życia należy.

Problem w tym, że wszystkim się należało, tylko nie mnie.

I coraz częściej łapię się na tym, że dlaczego, kurwa, nie powiem NIE?

I nie dlatego, że czegoś komuś zazdroszczę, ale to się niesie razem.

Ja niosłam w pojedynkę.

I moje dziecko robi ten sam błąd. 

Ja niosłam, bo rolą kobiety jest cementowanie rodziny i dbanie o nią.

On niesie, bo założył, że wszystko udźwignie.

Kurwa mać, źle wychowałam dzieci.

A w międzyczasie, między moimi osobistymi Umarlakami odeszła moja znajoma-nieznajoma - żona mojego znajomego, ona mnie kojarzyła z R., ja ją nie bardzo, ale fejsbukowy kontakt był. Młodsza ode mnie o rok. Zawsze z dobrą radą ciotki Agaty dla mnie, mówiąca, co jeszcze mogę zrobić, co mnie wkurwiało. Krętymi fejsbukowymi drogami dotarł do mnie jej nekrolog - inaczej nie wiedziałabym, że odeszła. 

A potem Queen. 


Jebło mnie, i to nieźle. Ale wiadomo, nawet królowie nie są nieśmiertelni. To, co czuję, oddała Eleanor Tomlison. To jej rysunek.

Zabolało w jakiś sposób, bo tak.

Bo mogło, bo głupia jestem :) I tyle w temacie.

I mam nadzieję, że jeżeli ktoś jeszcze we wrześniu odejdzie, to już tylko wuc.

Wiem, nie życzy się ludziom źle, ale to nie jest ludź. To jest kurewska kanalia.



 A u mnie wszystko jak dawniej, kolejna jesień, kolejna pełnia. Wyniosłam się do małego pokoju, tam teraz pełnia nie świeci i mogę spać.

Coś trzeba w życiu zmienić, więc zmieniłam łóżko, luksusowa ze mnie kobieta.


I pewno już ostatnie mieczyki na pożegnanie tego lata. Nie tęsknię za nim, było okrutnie gorące i dało mi popalić.

A teraz wszyscy już w pikowanych kurteczkach, z szalikami, czapeczkami i gdzieniegdzie w kozaczkach.

A ja w bermudach, T-shircie, sandałkach (za ciasne w sierpniu, a teraz mi spadają z nóg) idę sama, zawsze sama...

No dobra, niekoniecznie, me and my Shadow.

A mój Spotify już wyświetla mi świąteczne melodie w propozycjach :) 

Sikora z Niespodziewajką jest już w domu, wszystko OK. Młodsze rodzeństwo zachwycone.

Doleciała na krótko Mama Sikory, dostałam dziś fotkę, jak kołysze wnuczkę Niespodziewajkę.

Identycznie wygląda, jak ponad 10 lat temu, gdy widziałyśmy się w H., a ona stojąc i patrząc na mnie ze zdziwieniem i zazdrością, bo nie ekscytowałam się maniem Małej Wiedźmy na maksa, składając ramiona, jakby kołysała w nich niemowlę, mówiła: a ja bym tak chciała...

Niektórym marzenia się spełniają na maksa :)

I to jest cudne :)


wtorek, 30 sierpnia 2022

Życie

 pisze scenariusze, o których nam się czasem w ogóle nie śniło, Kochany Pamiętniczku :)

Dziś rano pospałam sobie aż miło, nawet oczu nie chciało mi się otworzyć, leniwie sięgam po iPada, żeby zobaczyć, która godzina, bo słońce nie wyszło i straciłam orientację...

I co ja paczę?

Wiadomość z 6.10: mamciu, nie uwierzysz, co się stało...

Hmmm... Niektórzy pewno pamiętają Sikorę, moją przyszywaną córeczkę.Los nas tak posplatał, że i ona była dla mnie oparciem, a i ja podsunęłam jej memłon do wypłakania się, gdy rozpaczliwie pragnęła dziecka, wszyscy ją dobijali, a starałam się jej wytłumaczyć, że to jej nie określa jako człowieka... I w ten wieczór spadających gwiazd na Kujawach, gdy na tarasie piwko sączyliśmy i leciały gwiazdy stadami, tak sobie pomyślałam, że fajnie byłoby, gdyby marzenie Sikory się spełniło.

I tadam, pierwsze pisklę zaraz było...

Śmiałam się zawsze, że do szczęścia to jej drużyna piłkarska jest potrzebna. 

I tadam, szybciorem było drugie pisklątko.

Znów się śmiałam :) 

Nie minęło dużo lat i niespodziewajka była - trzecie pisklę, nieplanowane, ale co tam, kochane i słodkie.

A ja wciąż mówiłam: drużyna piłkarska i obie się zaśmiewałyśmy, choć Sikorka już się dystansowała.

Więc i dziś odpisuję: w ciąży jesteś.

Ba...

Nie, nie jest w ciąży.

W nocy koło 2.40 pojechała do szpitala z podejrzeniem wyrostka robaczkowego, a o 3.15 na świecie pojawiło się czwarte pisklątko :) Zatem mamy trzy dziewczynki i jednego chłopca w Sikorzej rodzinie.

Na razie wiem niewiele więcej, dziecko zabrano na neonatologię do sąsiedniego szpitala, bo w tym nie ma noworodkowego.

Pozostaje zatem prosić o trzymanie kciuków z najmłodsze z piskląt i za całą rodzinę.

Nie wiem więcej, nie chcę jej męczyć. Obiecałam tylko już więcej nie żartować na temat drużyny piłkarskiej i mam zamiar słowa dotrzymać.

I nie, nie jest nieogarnięta. Ale zawsze miała pełne kształty. Musiała nieźle ciążę znosić, skoro bez niczego do porodu dojechała.

Zestresowana jest, bo to burzy całą dotychczasową stabilizację, a dopiero niedawno wróciła do pracy po trzecim Sikorzątku. I pracowita jest jak ten mrówek, jak koło gospodyń wiejskich, bo i chata ogarnięta, i spiżarnia pełna, dzieci odpicowane, a ona zawsze ze śrubką w dupie wszystkim dyryguje...

Żona I. też ma takie kształty, aż mnie korci, żeby teraz im powiedzieć, żeby sprawdzili, ale nie chcę w łeb dostać.

Nikt mi nie powie, że życie nie zapiera tchu w piersi :) 

Idę się powoli pozbierać, z tego wszystkiego zaczęłam nowe zaprawy robić ;) 


poniedziałek, 29 sierpnia 2022

W sobotę

 niespodziewajka, Kochany Pamiętniczku :)

Znienacka bladym świtem podrzucono mi Łobuzów sztuk dwie, które aczkolwiek długo nie gościły i w sumie nawet nie nabałaganiły, to jednak dały mi popalić, tak że dochodziłam do siebie do poniedziałku.

W poniedziałek zaś wstawszy, pierwsze co zrobiłam, to odpaliłam pocztę i a jakże, robótka była, a że warzywkowa, tom szybko ogarnęła i kopnąwszy się w tę tłustą kubańską dupę...

Okna pomyłam :)

Wszystkie, z czego jestem niesamowicie dumna, ale wykąpać się musiałam drugi raz, bo woniałam jak onuca. Nie ruska, ale onuca jednak.

A teraz chodzę po chałupce i podziwiam czyste okna.

No ba, kiedyś myłam co miesiąc, a teraz co kilka miesięcy.

Ale cóż, SKS :)

A teściowa mówiła, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień, więc powinien być pracowity i dobrze, bo sporo się już nazbierało.

A teraz dupsko na fotel i odpalam Netflixa, a co, zasłużyłam :)


piątek, 26 sierpnia 2022

Rozdarta

  jestem, Kochany Pamiętniczku, jak ta brzoza u Żeromskiego.
Czasami mam żal do życia, że urodziłam się tak wcześnie, a czasami, że tak późno...

A ostatnio zapętliłam się tak, że sama już nie wiem, czego chcę.

Bo...

Jakby mi ktoś powiedział w czasie studiów, że będę miała w domu farmę komputerów (bo mam, long story, zostaną zabrane pewno jak umrę, ale w sumie mi to nie przeszkadza), że moja mp3 będzie miała pamięć większą, niż pierwszy komputer lądujący na Księżycu, że pan w ZETO, własną piersią broniący nam dostępu do komputera, odgrodzonego od studentów takimi słupkami z warkoczami, jak w muzeach stoją i proszący, by nic nie dotykać, bo się komputer zepsuje (komputer, zajmujący przestrzeń większą niż moje mieszkanie) nie miał pojęcia, że telefon, który wkrótce będę miała w kieszeni będzie miał większą pamięć niż całe ZETO wówczas... Zarechotałabym i wrzuciłabym to między bajki.

Ja, urodzona na wsi w latach pięćdziesiątych, do dziś oglądająca z zapartym tchem Mad Men. Bo takich samochodów i takich strojów, jak tam wtedy, to nawet moja wyobraźnia nie ogarniała.

I do dziś czasem, oglądając filmy i seriale, myślę, jak dziwny jest świat, w którym pracując w knajpie za najniższą krajową, można jeździć TAKIM autem.
Wiem, że to często są trupy, że to nie takie czarno-białe.

Że żyję w innej rzeczywistości, w innym świecie, że zawsze miałam ubezpieczenie zdrowotne, że nawet pobyty Eksa w szpitalu nie rujnowały mojego budżetu, że zawsze miałam dach nad głową.

Brak limuzyny to już drobiazg, zwłaszcza, że mieszkam w wiosce, gdzie zbiorkom jest w miarę OK (do czasu rządów JJ), a na taksówkę parę razy w roku mnie lekko stać.

Aż żal, że nie zobaczę, jak to dalej się rozwinie (mój wideowizjer, dzięki któremu odkryłam potencjalnego włamywacza, a śledząc historię dotarłam do tego, że u sąsiada z przeciwka jest jakaś zaraza, a long story, takich sąsiadów mam od ponad 30 lat - dystans, no i super). 

Ale...

Czytając wiadomości, oglądając newsy na necie, wspominając Mad Maxa i inne takie tam, które były tylko s-f, zastanawiam się, czy nie powinnam się cieszyć. Cieszyć z tego, że jestem już na zakręcie, no, może uda mi się jeszcze parę dziesiątek przeżyć, choć nie jest to moim marzeniem, ale Alienka na studiach bym chciała doczekać i Kalafiorkównę, choć może wybiorą inną ścieżkę kariery, wolno im. Ale co dalej, w tym coraz okrutniejszym i bardziej nieprzyjaznym świecie?

Gdzie może zabraknąć wody i Mad Mac okaże się realny, jak i parę innych - dotychczas sf?

Blackout wciągnęłam (książkę już dawno temu) na HBO.


To już nie jest abstrakcja, to się może stać w każdej chwili i nawet hackerów do tego nie potrzeba.

Więc tak skacząc z kwiatka na kwiatek, rozerwana jestem.

Na drobne kawałki.

A na razie byłam pełna pięknych planów, ale z powodu upału mi przeszło i okna nadal są nieumyte. Życie :) 

Za to w miarę ogarnięte są szafki w kuchni, do których w szale ubiegłorocznych wyczynów wsadziłam zakiszone pomidory. Są ok, nic się nie dzieje, ale wylądują w bio, bo nie chcę Inżynierowi zepsuć weekendu odwożeniem padłej matki do szpitala. Nic się tym kiszonkom nie dzieje, ale... Kiszonka po roku?

Półki zapełniły się tegorocznymi wytworami. Zostaną wykorzystane, albowiem w ramach oszczędności lądujące u mnie Łobuzy dostaną albo makaron z sosem, albo pomidorową. Nie pizzę za miliony monet, moje przetwory też zeżrą, animrumrając.

Miałam w planach ogarnięcie szaf, w których jest bajzel na kółkach, ale nie ma opcji, za gorąco. 

Więc póki nie leci z hukiem po otwarciu drzwiczek, jest OK ;)

Zatęskniłam za to za stołem zakrytym obrusem, wzdychając do czasów, gdyśmy we czwórkę jedli obiad z buraczkami i obrus wychodził z tego bez szwanku. Bo u mnie na stole leży od Gwiazdki serwetka  uniwersalna, ani się nie gniecie, ani się nie brudzi, albowiem stół służy również za miejsce czytania wydruków...



Zatęskniłam za obrusem i tadam, zmieniając dziś pościel (na taką, której nie używam od lat, ale dziś czuję potrzebę zmian), zmieniłam i stół


i od razu jakoś inaczej, co nie? :) 

Mała rzecz, a cieszy...
W szparze unijnej błyskawiczne pismo z ZUS, jako że niedawno tam zaniosłam zaświadczenie i olaboga...

Moja emerytura po roku uczciwej pracy wzrasta o niebotyczne ponad 50 zł z groszami.

Mała rzecz, a cieszy :)

Zaczynałam siedem lat temu od 1400 zł na rękę. I nie dlatego, że chciałam, ale takie mamy przepisy - jako rencistka - no cóż, kalectwo to nie moja zasługa, taki los, zostałam z automatu przeniesiona na nią, a że emerytura była dwukrotnością renty, nie protestowałam :) Zresztą nie miałam opcji protestu, nawet o tym nie myślałam, żeby na nią przejść, zakładając, że będę pracować do siedemdziesiątki (kłaniają się lata nieskładkowe, kiedy pracowałam na czarno, wychowując dzieci). Na to pracowanie do siedemdziesiątki spokojnie się zanosi, zakładając, że jej dożyję.

Więc podsumowując: czy i tak warto żyć, czy może wziąć dupę w troki i pora umierać, póki się nie zaczęło większe zło, zapowiadane wszędzie?

Bo jak to, piwa ma nie być, bo nie ma dwutlenku węgla?

A wczoraj, gdy w ramach zdrowotności tuptałam z Manhattanu okrężną drogą do domu, natknęłam się na MW z matką, bieżące na pociąg do O.

Matka MW powitała mnie słowami: co ty tu robisz?

Nosz, kurwa, włóczę się po moim fyrtlu.

A MW na moje, że pisałam do niej i na jej urodziny, i później, zapraszając ją do siebie, odrzekła, że jej się MSG zepsuł.

Serio?

A synowa na odchodne: to musimy się umówić.

Nie znaleźli czasu przez całe wakacje, żeby się ze mną umówić, choć mieszkam5 przystanków autobusowych bez przesiadki dalej. 

W sumie mam wyjebane na umawianie się.

Mam swój świat i dobrze mi w nim.

No i tak wciąż jestem rozdarta i nie do końca wiem, czego chcę...

A Łobuzy pojechały do ZOO. Ich matka miała je rzucić tygrysom na pożarcie (bo ogrodzenie niższe niż u lwów), ale oszczędziła. Tygrysy w końcu. Nie nażarłyby się, bo chude toto, a uśpiono by je za zeżarcie Kochanych Aniołków :)

Ale między nami, cieszę się, że dychają :) KA, a i poniekąd tygrysy :) 



 


środa, 24 sierpnia 2022

Koniec

 tematu, Kochany Pamiętniczku i koniec gównoburzy. Nie odpowiem na żaden komentarz w tej sprawie, bo jak powiedziała mi mądra osoba - ruszysz, będzie śmierdziało. I jak napisała Zmorka - winni się tłumaczą.

To mój blog, mój kawałek podłogi i mogę na nim wypisywać, co mi się zamarzy. Jeżeli komuś to nie odpowiada - po prostu może tu nie zaglądać, proste.

Wyrażone tutaj poglądy są li i jedynie moje - jak komuś się nie podoba, to niech to napisze i zamknie za sobą drzwi. Może być z wielkim hukiem, mnie to rybka.

Nie zależy mi ani na licznych czytających, ani na pochwałach czy obelgach.

Piszę, bo muszę, bo czasem odczuwam taką potrzebę.

Anonimowemu obrońcy (obrońcom) dziękuję, miło, że niektórzy widzą we mnie człowieka, aczkolwiek to nie do końca prawda :) 

Jedno tylko powiem: nie rozumiem podkreślenia, że ktoś nie musi dorabiać do emerytury. Mam się wstydzić tego, że mam pracę? Że jestem w niej dobra? Niby dlaczego? Nawet gdybym pracowała na mopie, nie byłoby to dla mnie powodem do wstydu - ktoś musi sprzątać po tych, którzy śmiecą. 

I fajnie, jak ktoś nie musi. Życie pisze różne scenariusze, mój jest od początku do końca życiem na mój własny rachunek.

Podoba mi się :)
I niech trwa.

Tak więc kończę gównoburzę, dziękując mądrej osobie, która mnie od niej powstrzymała, bo nie ukrywam, że czasem mam ochotę porozrabiać.

A więc revenons à nos moutons, jak to Francuzi mówią, bardzo zła kobieta, zwana SJ,


  poszła po zamknięciu kolejnego piśmidła na ulicę św. Trójcy, że też piorun z jasnego nieba mnie nie trzasnął, gdzie od znalezionej na FB kobiety kupiłam


 Tak, jak za dawnych lat. I tak tam pachniało, dzieciństwem i miłością. Nie za bardzo wychodzi mi pieczenie chleba na zakwasie, więc nawet nie żałowałam sporej kasy, wydanej na ten chleb. Piecze go na zamówienie, jak tylko czas pozwoli mi na odebranie, to będę kupowała. Chleb, nie tę sklepową chemię, bo nawet prywatne piekarnie oszukują.

Przy okazji zwiedziłam zakątki, w których wieki całe nie byłam, a gdzie pięknie jest i wsiowo...


 Malwy po chatach kwitną i bledną, po sześciu latach nic już nie jest tragedią.

Wczoraj były 72. urodziny Eksa... Nikt o tym nie wspominał, więc pewno tylko ja pamiętałam, no cóż, tak sobie zapracował. Ale przykre to jest.

A ja nawet za niego nie wypiłam nic, oprócz wody :)

A dziś poleciałam na Manhattan, rezultat stoi na kuchence


jeszcze mam do obrania 1,5 kg śliwek, wrzucę je do pomidorów i będzie sos słodko-kwaśny :) 

I tak mija mi wolny dzień, o rety, wolny dzień mam? 

PS A Zmorka i tak mnie kocha.

Kamień mi z serca spadł :) Mam nadzieję, że wszyscy słyszeli ten huk :)

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

A, żyję

 Kochany Pamiętniczku, ale co to jest za życie?

Szał by night, dobrze, żem w weekend się nie leniła i ogarniała robotę, pomna nauk babci, co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj.

A potem było już z górki, znaczy się Boss pewno seksa nie miał od dawna, bo najpierw przyjebał się, że raz jest z hedera zamiast z hederu, a potem, że jest zapis s. zamiast str. - oba są prawidłowe, byle w danym tekście konsekwentnie używane... Znaczy się zapis stron, ale konia z rzędem temu, kto wie jak odmienia się heder :) Skoro sami zainteresowani nie wiedzą...

A potem (wiem, potem się śmierdzi) ruszyła lawina trzeciej i czwartej korekty, wg umowy o pracę zobowiązana jestem do dwóch, a jakże, jego tekstów, w których okazywało się, że poprzednie nie są naniesione, mało tego, merytoryczne rzeczy, do których zobowiązana nie jestem absolutnie rozbiegają się, jak zające na łące... Nieobeznanych zapewniam, że czytając po raz czwarty tekst, po przeczytaniu którego po raz pierwsze zbiera się człowiekowi na rzyganie, na bank nie widzi się w nim błędów, ale cóż, za to mi płacą, żebym widziała, co nie zawsze się udaje.

A red. D. poszła w siną dal, więc...

W momencie gdy wszystko jebało na maksa, dostałam z warzyw, które pracowicie korekciłam w weekend (!), bo też im nie wychodzi czasowo jakoś, niebiosom dzięki, że pomna nauk babci to uczyniłam, że dziad od rynku hurtowego namieszał i tak zmieniając się między jednym a drugim pojebaniem, dotrwałam do emilka, że korekcie dziękujemy. Od samego Bossa.

Ha... Powinnam to odczytać dosłownie, że korekta jest zwolniona, zarzucić na ramię plecaczek, wsiąść na jakąś szkapę i odjechać w stronę zachodzącego słońca.

Tym pięknym sposobem u mnie już październik puka do drzwi, jeszcze jutro przebrnę przez spis treści, wstępniak warzyw i zapewne serwis, bo dziś nie doszedł i udam się po cuda wianki z chleba za miliony monet, nie wiadomo, czy warte tych milionów, no ale ruszać się trzeba, no i zjadłoby się chleb jak za dawnych lat, od tego piekarza, co to jego koń do legend opowiadanych moim dzieciom przeszedł, a od którego mama chleba kupować nie chciała, mówiąc, że za duży bochenek dla nas, a na który chleb łaziłam do sąsiadów.

Zaś po wiekach całych, słysząc, że mamy grób odwiedza wciąż miejscowy piekarz (nie ten rozwożący chleb z pobliskiej miejscowości z wozem), niejakich podejrzeń nabrałam, ale to chyba już moja wyobraźnia zaszalała, bo na trzeźwo patrząc, takiej opcji nie było. Nie w tej pipidówce. Zwłaszcza że rzeczony piekarz trzy córki miał. A może nawet i cztery, już dokładnie nie pamiętam, kto bogatemu zabroni?

Ale może, kto to wie?

Zatem jutro już na spokojnie, bez maila po 4 minutach od emilka z pdf na 2 strony: czy doszła strona (dojście do kompa z drukarką i wydrukowanie strony to jakieś 1,5 minuty kurcgalopkiem), a kto przeczyta ze zrozumieniem jakieś 7 tys. znaków, widząc błędy, skanując rzeczone strony w 2,5 minuty? Skaner nie jest z tych najszybszych... I jeszcze wlać skan do emilka i odpisać? 

No dobra, to już za mną. Prehistoria. Wino odpowiednio schłodzone.

Zaczynam szukać mityngów AA w okolicy.

 A, wybacz, kochana, muszę... Zapytałam Zmorkę o historię o Star, bo jako że ciekawa nie jestem, ale lubię widzieć, co nieco chciałam rozświetlić. Zmorka Kochana enigmatycznie odpowiadała, nie wnosząc do historii nic nowego, czego bym nie wiedziała, ale... Zapytała mnie o mojego informatora. No cóż, ani detektywi, ani dziennikarze nie zdradzają źródła informacji, tako i ja nie zdradziłam, aczkolwiek nie jestem ani detektywem, ani dziennikarzem.

Wybacz, Kochana, jednak podejrzewam, że to do wielkiej gwiazdy internetów dotarło, że jednak są przecieki z jej tajnego/łamanego przez poufne wielkiego bloga. I że wysłała Cię na przeszpiegi. Zatem zaświadczam, żeś Ty niewinna jak leluja, a przeciek jest gdzie indziej.

Nie, żeby mnie to specjalnie interesowało, mam swoje życie, ciekawe.

Ale po latach w internetach wiem, że dzieją się tam czasem niesamowite historie.

Z własnego doświadczenia wiem, mogłabym o tym książkę napisać, ale ledwo starcza mi czasu na bloga i realne życie :)

Niezapomniane czasy na czacie Onetu w Łodzi. W mieście Łodzi, w którym nigdy nie byłam, a który na mym życiu odcisnął znaczące piętno.

I pokój oldboyów na Onecie, który też realnie znam... No nie do końca, ale jakoś tak.

I Żaba... Sierściuchowa wariatka (w dobrym tego słowa znaczeniu), którą razem ze Zmorką u mnie gościłam, a która pamiętam mnie do dziś, a bo tak wyszło, choć w sumie zerowy kontakt teraz mamy. Była zaszokowana tym, że nie znając jej, posłałam jej kasę na leczenie mamy, którą zresztą zwróciła mi co do grosza.

A nie była to mała suma. Ale cóż - to była tylko kasa.

I inne takie tam...

Łącznie z gejowskim czatem, który jest materiałem na kolejną książkę.

Wszystko to już mnie dziś śmieszy.  

Jak raz wlazłeś między wrony, to i krakaj jak i one.

Nie ma prywatności w necie, co widzę po moim blogu - kojarzy mnie mająca na ulicy I. rodzinę, a i ktoś, kto ma rodzinę tam, gdzie I. się buduje.
Świat to internetowa dżungla.

Wino się schłodziło, więc znikam.

Zasłużyłam dziś nawet na jutrzejszego kaca z nawiązką :)



sobota, 20 sierpnia 2022

C'est la vie

 Kochany Pamiętniczku :)

Zaproszona na kawę wpadam znów... w objęcia Alienka i w suche Kalafiorkówny: cześć babcia....

Zlana potem tak, że nie mogę rąk na stole oprzeć, bo zostają mokre plamy.

Z Edkiem, mającym w pompie zakaz włażenia na stół.

Ale impreza się rozkręca, łącznie ze starym niedźwiedziem, który mocno śpi i z jeżykiem, siedzącym na podłodze, z wyjątkiem dla babci, która siedzi na kanapie jako jeż, albowiem nie ma w domu takiego dźwigu, który by  babcię z podłogi podniósł.

I nagle Kalafiorkównie odbija i się tuli, mizia i w ogóle szał, pewno ją z gorąca przegrzało.

Mówię do ŻI, zobacz, jaki mnie zaszczyt dziś kopnął.

I moje kolano odczuwa kopnięcie Kalafiorkówny, która wprowadza słowa w czyn :P

Ale ten buziak na pożegnanie i rzewne łzy Alienka, który nie chce, żebym do domu szła...

Sama się o mało nie popłakałam.

Zdążyłam przed burzą, a syn sąsiada zmarłego do komórki mnie wywlókł. Komórka wspólna, mama chłopaka (starszy od moich dzieci tak, że się razem nie bawili) ma ostatnie stadium alzheimera, mieszkanie wyremontowali, komórkę sprzątają, wyrzucają rzeczy stojące tam od bez mała dwudziestu paru lat, przy okazji tak samo chętny do wywalania wszystkiego, jak ich ojciec, zwłaszcza moich rzeczy, ale zastopowałam... Ale państwo trzymali w nim spacerówkę, używaną bez mała dwadzieścia lat temu. Punkt widzenia...

I burza się rozpętała, nie, nie ze sąsiadem.

Burza, prawdziwa, przywiodła niewielką ulgę, ale zawsze.

Następne tygodnie będą lajtowe, bo młodzi mają plany.

A na moje, że się nie wykąpię, żeby nie zmyć słodkich całusów Kalafirkówny z policzka i obślinionej przez Alienka całej ręki, Inżynier podleciał, powąchał mnie i rzekł: kąpiel wskazana.

Zdębiałam, refleks już nie ten.

I to był dobry dzień :) 

czwartek, 18 sierpnia 2022

No dobra

 Kochany Pamiętniczku, nie będzie już chronologicznie, tylko jak groch z kapustą, bo czas mi gdzieś w tym piekielnym upale zagina czasoprzestrzeń i na nic nie mam czasu... 

Statkiem sobie popłynęliśmy jednego dnia po Odrze, a choć to było już w czasie afery, nic nie czuliśmy i nic nie wiedzieliśmy. Nie śmierdziało nic, ludzie nogi moczyli, niektórzy nawet pływali przy brzegu. Smrodu nie było. Kupując bilety zaśmiałam się, że starość ma przywileje, bo mam ulgowy (za 5 osób zapłaciłam 130 zł, bo to ja zapraszałam na tę wycieczkę, oni płacili za mój wstęp w innych miejscach i słyszeć nie chcieli o rozliczeniach), a przemiły gość, sprzedający bilety, w mundurze, a jakże, rzekł grzecznie: przecież to studencki jest :) Wiem, śmieszne, ale dawno nikt się tak miło do mnie nie odezwał, i nie, nie mam nasrane i nie wyobrażam sobie, że jestem miss :)



Krasnalek na statku :)


Winobluszcz już się miejscami tam czerwienił.

W księgarni nieopodal naszej kwatery spał sobie kotełek na wystawie, wystawa odgrodzona była taśmą, a sierściuch jebany śpi na kartce, żeby nie stukać w szybę i nie denerwować futrzaków. 




To jest krasnal koło hotelu, w którym I. byli zeszłego roku.



Krasnali zresztą nałapaliśmy mnóstwo, oczywiście Łobuzy na każdego musieli wleźć, zleźć, pocałować, pokłócić się i takie tam :) 


Naklejki też cudne były...
I. mówił, że ten krasnal obrazuje rządy pisiorów, a kłódki to wszystkie obciążenia zwykłego człowieka...



Zza Łobuzów to krasnali nie było widać :) 


 Kolejkowo - to było dla mnie najfajniejsze. Można o nim poczytać w necie, ale trzeba to widzieć na własne oczy, żeby docenić. I iść tam na spokojnie, bez dzieci, które na wyprzódki starały się coś dotknąć, ściągnąć, zabrać... Podziwiałam precyzyjną i benedyktyńską pracę twórców.









Był nawet wyciągany z blokiem lodu zatopiony w nim dinozaur... :) I pomnik polskich prezydentów a la pomnik w Górach Skalistych :)

No ale Łobuzy...

Miałam dzień odpoczynku jak poszli na trampoliny, bo żadna trampolina nie udźwignie mego ciężaru. W Klockowie zaś dobrze, że była klimatyzacja, kawiarenka i spokój - szaleli w milionie klocków (ponoć faktycznie jest ich milion), a ja odpoczywałam znów. Łażenie w ponadtrzydziestostopniowym upale na rozżarzonym bruku to jednak średnia zabawa. Bruk był tak gorący, że gdy K dotknęła go balonem, który dostała w knajpie - balon pękł, więc kolejny wydatek, ryk niósł się po wrocławskim rynku tak, że zjeżdżały już na sygnale wszystkie służby społeczne, więc nie było wyjścia - dostała nowy balon. Za całe 20 zeta. I nie, nie ja go kupiłam. A też balon pękł i nie, nie ja kupiłam nowy :) Tak się lody kręci :) 

Na wystawie pająków byliśmy i tak, wzięłam ptasznika żywego do ręki - to było jak seks. Delikatne, czułe, miękkie i słodkie. 

Wiem, miękkie w seksie to nie do końca OK, ale cóż :) Mnie się podobało.

Dzieci momentami tak wkurzały I., że przez to chodziłam z gołą głową, cierpiąc, bo gdy chciałam w centrum wejść po kapelusz, I miał pianę na ustach, więc spasowałam. Potem przepraszał, a nic, przetrwałam. To, co dla mnie jest powodem do śmiechu, jego rozwala, ale nie mam mu tego za złe - przeciwnie, boję się o niego.

Nie ma letko.

A i też nie mówi mi do końca wszystkiego - kładłyśmy obie leki w kuchni, no cóż, każdy ma swojego mola, a ja jestem jednak jak Szwajcaria. Czasami, ale coraz częściej.


W temacie jedzeniowym jeszcze - takie pierogi z pieca wciągnęłam, boskie. I śmieszą mnie paragony grozy na FB - cóż, jedzenie w knajpach kosztuje. Tymi pierogami napchałam się po kokardkę i kucyki (ze szpinakiem i fetą), ale gdyby ktoś zaproponował mi robienie czegoś takiego w domu (z pieca), kazałabym mu się wypchać pakułami. 

I jak już wspominałam, Wrocław był dla mnie replayem z Paryża. Nie liczyłam kasy. Płaciliśmy na zmianę, zapytałam na koniec I, czy nie są pokrzywdzeni, to mnie skrzyczał. Zapłaciłam osobno tylko za mieszkanie i za bilet kolejowy, a reszta poszła na żywioł. Po powrocie sprawdziłam konto i zdziwiłam się, że wcale nie wydałam tak dużo. Nie mogłam sprawdzić wcześniej, bo... tragedia i alzheimer.

Zapomniałam numeru do konta. Kołatały mi się po łbie różne zestawy cyfr, ale żadnego nie byłam pewna. Jako że karta działała, a płatności miałam ogarnięte, nie ryzykowałam włażenia na konto. iPad nie ma klawiatury numerycznej, na której stukam z pamięcią palcową. Potem okazało się w domu, że nie wiadomo skąd wzięła mi się na początku numeru szóstka i uparcie trzymała :) Alzheimer albo gorąco, będę monitorowała :) 

W dniu wyjazdu okazało się (nieoceniony FB), że pociągi na skutek tego, że gałąź z powodu burzy spadła przed Opolem mają na naszej trasie 600 minut opóźnienia. 

Niebiosa strzegły i nasz miał tylko kilkanaście minut na trasie, na peron podjechał punktualnie, sama podróż była OK, klima, serial, dzieci udupione przez rodziców.

A, gdy czekaliśmy na możliwość wejścia do apartamentu, w drodze do niego na ławeczce siedziała ekipa


 i co dzień w różnym składzie na tej samej ławeczce siedziała. Czasami miałam wrażenie, że nie tylko ja ich kojarzę, ale i oni mnie... Ale nie było okazji do zagadania, pomijając mój introwertyzm i napoje przez nich popijane, bo KA leciały z prędkością nadświetlną.

Rozwalił mi się sandał, podeszwa odpadała, ale zabrałam te stare, choć identyczny model mam nówkę nieśmiganą w szafie, albowiem myślałam, że wytrzymają jeszcze trochę, a wszystko mi obciera nogi.

Ale i stare, rozciągnięte, ledwo w tym upale wlazły mi na stopy, do tego rozwarstwienie i obawa, że się potknę i padnę...

Po drodze do domu był outlet Vansa, wlazłam i...

Zostawiłam prawie 300 zł, ale za to mam sandały, babciny fason wprawdzie (no cóż, babcią jestem od 12 lat), z felerem - trzeba się schylać i wiązać, kupiłam numer większe i z trudem w ten upalny dzień w nie wlazłam (nie było opcji miska z wodą i moczenie, a i nie piłam, bo sikanie w publicznych kiblach), ale mimo popylania z zaparciem NIC MI SIĘ NIE OBTARŁO.

Więc warte grzechu i swojej ceny, mimo że teraz, gdy dbam znów o kopytka, zapinam na ostatnią dziurkę i dociągam sznurowadła :)

Dwa wieczory młodzi mieli wychodne, wrócili szczęśliwi jak świnia w błocie. Inżynierowa (ma u mnie plusa) sugerowała przed drugim wyjściem, że wieczór jest mój z I, nie ukrywam, spodobało mi się to, zrobiło mi się ciepło pod cyckiem, chętnie poszłabym pod wrocławskie gwiazdy z moim wciąż ulubionym menem, ale to był ciężki dzień.

Dla niego. No cóż, może kiedyś, spędziliśmy i tak miły wieczór razem :) Tak to jest, ale oczami duszy wciąż widzę ten filmik. Może i nie okazuje uwielbienia dla mnie, ale jakoś mnie docenia. Dziękuję Ci tu, w oczy tego nie powiem. A może i powiem, kto wie :)

Wrocław boli mnie do dziś.

A mijają już prawie dwa tygodnie.

Bolą mnie nieodwiedzeni ludzie, niewydeptane zaułki, niepoodwiedzane miejsca (Podwale, Grabiszyńska, biblioteka).

Boli mnie pamięć o ludziach, których już tam nie ma.

Może jeszcze mi się uda, może będę miała jeszcze szczęście.

Może nawet sama pojadę, żeby się powłóczyć, w końcu jak się uprę, to i za jedynkę w hotelu zapłacę.

Wrocław - moja niespełniona miłość.

A powrót do rzeczywistości zagotował mi krew w żyłach.

Po tym darciu szat, że jak my bez pani damy radę nic na mnie do roboty nie czekało, a i tak daliśmy radę.

Kurwa, JA dałam, chuj im w plecy - no dobra, płacą, ale nie aż tyle by takie cyrki robić, biorąc pod uwagę byki, które poprawiam.

Wleciałam do redakcji, odebrałam zestaw antywampirowy 


w tym roku wzięłam mniej, raz, że oszczędzam, dwa, że już nie szaleję z rozdawaniem, skoro rodzina chce żreć chiński, niech żre, rybka mi to :)

Ale... Powiesiłam to na grubej recepturce w przewiewnym miejscu, na recepturkach wieszam wszystko, co ma schnąć.

Idę do kuchni, a tu pęczek na podłodze leży. Podnoszę, pracuję, drugi znajduję (nie słyszę jak spada, bo pracuję bez aparatów), podnoszę, trzeci leży i bukiet zatrwianu... Wpadam w panikę, że Eks szaleje... Ale..

Gumki szlag trafił od upału...

I szlag mnie po przejrzeniu kolejnego zaświadczenia do ZUS, po które w zasadzie poszłam, bo czosnek by mi G. dowiózł do chaty.

Że co? JA TYLE ZARABIAM? To dlaczego na moim koncie lądują takie dziadowskie w sumie kwoty?

Zarobki brutto... Kurwa mać.

 Na piątek I potrzebują niańki, bo mają randkę z ludźmi niewidzianymi od wieków. Ale to już spadło na barki dziadka (o ile to wziął, nie dopytuję). Sama, po zapierdalaniu dziś przez 9 godzin w tym upale (uczciwym zapierdalaniu), z perspektywą nie wiadomo do której jutro (chyba jednak wino kupię, dla zdrowia psychicznego),  nie mam siły na nawet najukochańsze Kochane Aniołki...

A w międzyczasie - jak to w internetach - doszły do mnie z różnych źródeł słuchy, że Stardust wdową została.

No cóż, po ludzku współczuję.

Ale nie sądzę, że odpychanie od siebie ludzi i wynoszenie się ponad pospólstwo ma sens.

Trzymam się zatem plebsu, korzeni i miłych ludzi, spotykanych na mej ścieżce.

Z poważaniem

SJ



czwartek, 11 sierpnia 2022

I'm back

 Kochany Pamiętniczku :)

Czas nie z gumy, nie rozciągnie się, ale nadrobimy, co nie?

Sceny balkonowe były od maszynek, że jak to, że mnie tydzień nie będzie, że padną, że umrą, że zginą śmiercią męczeńską.

Wracam po tygodniu i co? Dupa... A potem cztery dni ślęczenia i czekania, aż się ogarną, a dziś, w dniu zamykania, sajgon i armagedon, wszystko na kolanie tak, że ojaciepierdolę, a jak z ostatnimi stronami zawisłam, bo ni chuja dojść nie mogłam, co to jest Toluze, to emilek, że się przypominają, a potem że myśleli, że się zdrzemnęłam.

Kurwa.

Wie ktoś, co to jest Toluze?

Bo ja wiem - Touluse. Spolszczone Tuluza. Siedziba firmy, której nazwę też schrzanili. To się nazywa "korekta". A to jest, kurwa, redakcja merytoryczna, tyle że niezapłacona. Gdybym tego nie sprawdziła i poszłoby, byłoby sprostowanie i przepraszanie firmy.

Więc, jestem, kurwa, warta większej kasy niż ważę. Ulało mi się.

A na dokładkę pamiętam o o zmianach personalnych, co MUSI być odnotowane w stopce, nie mówiąc już o tym, że sprawozdanie z LIPCOWEJ ważnej wizerunkowo dla firmy imprezy pisali dziś, na kolanie, sadząc byka na byku, w tym w nazwach firm sponsorujących.

No i podsumowuję - kurwa mać.

A jeszcze redaktorzy idący na urlop, bo długi weekend, w dupie mają moje godziny pracy, bo wiadomka, oni na urlop idą.

Tak, kurwa, jasna niesprawiedliwość, ale morda w kubeł, jest jak jest, a ja wciąż jestem nyrolem.

Ale ab ovo ad mala.

Na dworzec polazłam, gdzie Alienek (zwany dalej A) przywitał mnie entuzjastycznie, o mało nie łamiąc mi kręgosłupa po tym, jak potwierdziłam, że jadę  z nimi i że będę go kąpała :) Za to Kalafiorkówna (K) z lekceważeniem pokiwała mi łapką i zapytała, co dla niej mam, po czym straciła zainteresowanie moją osobą (i tak jej do końca zostało, choć nie powiem, w czasie kąpieli byłam jej boginią i nie protestowała). 

Pierwsze koty za płoty, w jakimś barze na dworcu Inżynier (I) zostawił sporo kasy, ja podziękowałam, mając na uwadze sikanie (słusznie, żaden z odwiedzonych przymusowo nielicznych publicznych kibli nie grzeszył czystością, zwłaszcza po podniesieniu deski - sikam na Małysza, w razie przymusowej sytuacji siedzenia miałam nakładki, ale niebiosa strzegły, siadać nie musiałam). Nienawidzę od dziecka publicznych kibli i to mnie wstrzymuje od wędrówek. Może i z mojego jeść nie można, ale jest mój :) 

Podróż IC była luksusowa, miałam swój internet z telefonu i dwa odcinki Gotowych na wszystko ogarnęłam, co ustrzegło mnie od namolnej towarzyszki z sąsiedniego siedzenia, chcącej gawędzić o dzieciach i wnukach :)

Porównując podróż sprzed lat osobowym - wypas. Wtedy jechałam 5 godzin, tu trochę ponad dwie.

No i miałam I do wkładania walizki na półkę, co niestety w drodze powrotnej skończyło się urwaniem rączki do ciągnięcia, ale nieważne :) 

Zatrzepotało mi serce na widok pierwszego wielkiego mostu - mimo oglądania filmu dostrzegłam go...

Most Rędziński... Po tylu latach pamiętałam...

A potem wyjście z pociągu i... na schodach  I wyrwał mi walizkę, choć dźwigał genialnie spakowaną przez swoją Żonę (ŻI) JEDNĄ na cztery osoby, ŻI jest niesamowita.

Jako że apartament mieliśmy od 16, poszliśmy w miasto, co skwapliwie wykorzystały Łobuzy (Ł), włażąc na co się dało i nie dało.

A upał był tego dnia niezły, więc zanim znaleźliśmy knajpę, gdzie podawali i rosół, i pomidorową


trochę trwało.

Zaczęłam urlop z założeniem, że będzie replay z Paryża, że będę żyła, nie oglądając wydawanej kasy, że nic mnie nie zniechęci, przy tej knajpie więc powiedziałam: jemy, ja płacę, i nie, nie mam zamaru publikować paragonu grozy. Jedzenie było warte swojej ceny, choć K zjadła rosół, A wciągnął pomidorową (za 17 zł miseczka, serio? mnie tyle cały gar nie kosztuje), a pizzą (sic!) się podzielili wyjątkowo zgodnie :)

Za to ja zeżarłam gołąbki ziemniaczane (przymierzam się do zrobienia takich, to po prostu puree ziemniaczane) z sosem grzybowym, ojeżu kolczasty


popiłam wspaniałym piwem lwowskim z beczki

a I umarł po zeżarciu tego


Apartament 5-osobowy na zdjęciach wyglądał lepiej niż w realu, ale był czysty, a post factum okazało się, że pościel była dziewicza, znaczy się nie była krochmalona, jak sądziłam, ale wyjęta prosto z opakowania fabrycznego i z lekka zalatywała chemią. Sama świadomość jednak, że nikt w niej przede mną nie spał, była rekompensatą. Na mnie wypadło 485 zł za nocleg, co nie jest kwotą wygórowaną, zważywszy ceny dób hotelowych. Mieliśmy do dyspozycji łazienkę i kuchnię. Jedyny mankament to brak krzeseł, a z jedynego fotela zleciałam już pierwszego dnia, okazał się klejony, siniaka na ręce mam do dziś, dzięki niebiosom nie złamałam sobie NIC, znaczy się mam zdrowe gnaty, bo spadłam w wielkim hukiem, siedzenie zaś na kanapie, na której spałam nie było luksusem dla mego kręgosłupa, ale przeżyłam.

Pobyt we Wrocku miał dwa felery: upał nieziemski i... zwiedzanie wszystkiego pod kątem Ł, które lały się i kochały na przemian  na zabój, za co podziwiam ich rodziców. Gdyby moje dzieci były takie, po prostu poukręcałabym im łebki, łagodnie i delikatnie, i każdy sąd by mnie uniewinnił.

Ale wiem jedno: BLW jest metodą idiotyczną do bólu (kto nie wie, co to, niech googla).

Day two: zoo.

Nie mogę ogarnąć, jak ktoś, kto odsądza mnie od czci i wiary, bo nie mam w domu kotków, kto mówi, że nawet jej idealny mąż nie zasługuje na bycie kotkiem w następnym wcieleniu, może chodzić do zoo.

Dla mnie zoo to zuo.

Ale nieważne.

Bilety cenowo poza zasięgiem przeciętnej rodziny, kolejka jak za komuny, gdybym miała z mojej pensji iść we czwórkę, nie zdzierżyłabym. No, może teraz miałabym pińcetplus. Weszliśmy bocznym wejściem. Z automatami, bez kolejki. Przejazd bimbą przez Wrocław - bajka, poznawałam dawno zwiedzane kąty. I za friko, bo dla osób od 65. roku życia są tam darmowe przejazdy (młodzi za tygodniowe bilety zapłacili ponad 100 zł, nie wiem, czy wyjeździli, ale mieli spokój. Pomijając, że żadnych kanarów nie spotkaliśmy). 

ZOO to pogoń za A i K, którzy wiali gdzie się dało i nie dało, jak się nie tłukli i inne takie tam.

Dla mnie traumą była wizyta w oceanarium, gdybym wiedziała, jak tam jest, klapnęłabym na ławeczce przed. Dzikie tłumy w korytarzach takich jak moja piwnica z dzieciństwa, w której nabawiłam się klaustrofobii, tłumy, przez które nie dało się przejść,  z wiejącą z prędkością świetlną K, a i A dotrzymywał jej tu kroku...


... tylko tu odetchnęłam, pomijając schody po których musiałam się wspinać.

Schodami w górę, schodami w dół.

Próbowaliśmy się dodzwonić do M., ale nie udało się, nie udało się do końca pobytu, więc nie spotkałam się z ostatnią żoną wujka, któremu w życiu dużo zawdzięczam. 

Żal.

Obiad w pierogarni


w menu placki ziemniaczane, I strofuje mnie, że nie mam mówić plędze. Mówię plędze i o dziwo, nie ma problemu. Dzieci standardowo: rosół i pomidorowa, plus pizza.

 Wieczorem młodzi idą na rynek zaszaleć, po to mnie zabrali, ale spoko - wykąpałam Ł, co mnie kręci, oni je uśpili, poszli, ja mam serial - żyć, nie umierać.

Oni szczęśliwi, a i ja nie narzekałam :)

Next day: trampoliny. Nie poszłam, bo żadna trampolina nie udźwignie mego gabarytu. Ległam na kanapie, rozkoszując się ciszą i lecząc biedne, spuchnięte kopyta. Wrócili nadzwyczaj szybko, bo dzieci poobijały się na trampolinach, nie słuchając rodziców... Posiniaczone, zniesmaczone.

Obiad w Whisky Jar, albowiem K zażyczyła sobie zaraz po dojechaniu do W. burgera...


Dzieci zjadły, a jakże, rosołek i pomidorową oraz pizzę sobie zamówili, a ja takiego wypasionego burgera ( z dorszem). Zainkasowali po balonie, jeden padł od razu, więc K dostała następnego, a A padł zaraz po dotknięciu bruku, bo bruk był rozgrzany do ekstremum, więc też dostał następnego :) I tak turystyczny interes się kręci :) 

A na rynku, rozgrzanym tak, że można na nim jaja smażyć, oprócz mimów, fontanny, w których I nie pozwalał się Ł kąpać, a ŻI im na to pozwalała, ja byłam jak Szwajcaria (morda w kubeł)


pręgierz, pod którym kilkakrotnie gościliśmy, a long story, w tle Feniks, dom towarowy, w którym zakupy za moich młodych lat, w czasie praktyk to była poezja, a dziś żenua...


 

i ta wieża widokowa, na którą młodzi poszli, a K śmigała tam z prędkością światła po tych ponad dwustu stopniach, poganiając ledwo dyszącą część familii, żeby szła szybciej, a z której I znosił A, nienawidzącego schodzenia po kratkowanych schodach. Ja spoczywałam wtedy na ławeczce obok uroczej zielistki...

Ale o tym jutro, dziś już padam na ten mord...

Ciąg dalszy nastąpi, a działo się, oj działo :)