Kochany Pamiętniczku, że dziś w nocy kitę odwalę.
Poszłam spać do małego pokoju, ale nie spuściłam wszędzie rolet. I zaczęło się.
Jeden sik, drugi sik, przekładanie się z miejsca na miejsce, nagle pięty zaczęły mnie boleć, jakbym znów ostrogę miała, potem palce u nóg, zwłaszcza te duże, potem zrobiło mi się gorąco, a w mieszkaniu jasno tak, że książkę można czytać, sik (pytanie czym?). Powlokłam się, rolety spuściłam, ale nie, wciąż jasno jak w dupie u Murzyna po czyszczeniu wybielaczem. Gorąco (na dworze może jakieś 8 stopni było). Sik, skok do łóżka, nic nie pomaga. Wzięłam więc kordełkę pod pachę i poszłam do dużego pokoju, w dupie mej mając słanie łóżka, oprócz okna balkon na uchył i co? Nic, dalej dupa. Więc do małego pokoju po poduszki, podkładam je pod nogi, bo bolą gorzej niż po całodziennej włóczędze. Godzina 0.13. Nic. Otwieram szeroko balkon, przekładam głowę w nogi i nic, chociaż zimno biedne giry chłodzi. Zmiana dup i nic. I tak do 3, a Księżyc napierdalał, jakby mu za to płacili, no a jak balkon otwarty, to jakby lampa była zapalona. Potem musiałam zasnąć, ale pierdoły mi się śniły, sen z tych, które cały dzień trawię, a i do końca strawić nie mogę, wciąż wraca w podświadomości... Niezbyt przyjemny, zastanawiam się, czy Umarlaki już na mnie z imprezą czekają, czy Ciocia ma mi jednak coś za złe (bo może)...
A ponieważ prowadzę cnotliwy tryb życia, to w domu nie było grama alkoholu na znieczulenie, nie licząc perfum (nie na to jest perfuma, byś ją pił) i dentoseptu.
Rano wstałam w charakterze upiora dziennego, o 8.45, a że wiedziałam, że na poczcie robota leży, to ledwo dychając powlokłam się prosto do kompika, do 9.30 miałam pustą pocztę, błogosławiąc home office i kulając się do łazienki, gdzie doprowadziłam się do stanu używalności...
I tak jest za każdą pełnią, jestem nie tylko meteopatą, ale i starą wariatką (bardzo słuszna diagnoza).
Wioska ma rozkopana jest. Dojazd do pracy mam albo autobusem, który teoretycznie powinien dojechać w 17 minut ode mnie do celu. Trzeba doliczyć jakieś 20 minut na dojście do jednego przystanku i z końcowego do pracy. Teoretycznie. Dziś okazało się, że jakiś tam remont (kolejny, ulica na której nie ma remontu nie jest ulicą) zaczęto i autobusy, żeby wjechać na pętlę, stoją kilkadziesiąt minut w korku. Wysiadka przystanek wcześniej to wędrówka jakieś pół godziny wzdłuż autostrady.
Wersja druga dojazdu - autobus spod chaty, potem dwie przesiadki na bimbę i po godzinie jestem u celu.Teoretycznie, albowiem okazuje się, że główna trasa mojej bimby może zostać zamknięta, ponieważ coś się szynom wygło mimo remontu przeprowadzonego tam niespełna dwa lata temu. Zatem opcja "zatramwaj", który też utkwi w korku, albo "trasa zmieniona" bimbą, która nie ma jak przejechać, albowiem nie wszystkie drogi prowadzą do celu, są poodcinane totalnie.
Opcja trzecia: rower albo hulajnoga. Pomijając fakt, że nie mam roweru (mam pod domem stację rowerów miejskich, ale nie opanowałam sztuki ich odpinania, nie jechałam na rowerze od lat co najmniej 35, a na hulajnodze nigdy), jestem już ślepawa i głucha i życie mi jeszcze miłe. Odpada.
Opcja czwarta: idziemy lewa, prawa, w stronę słońca. Jeszcze 4 lata temu chodziłam tak tam i z powrotem. Czas dojścia 53 minuty, tyle samo trwa dojazd z przesiadkami. Skończyły się już upały, teren jest bez cienia absolutnie, jedynie my Shadow się za mną wlecze, więc OK, teraz można. Nie wiem, ile bym teraz szła, nawet nie w głowie mi próbowanie.
Wiem, marudzę, ale wracanie do domu po ciemku, bo tam już teraz ciemno jak w dupie u Murzyna bez wybielacza, bez perspektywy ławeczki jakiejkolwiek i możliwości wskoczenia w transport jakiś, bo tam nic nie jeździ - odpada. Stara jestem, niestety.
Marudzę na zapas, bo... mam home office. Więc o dziwo, błogosławię i pandemię, i tę opcję. Żeby nie pandemia, pewno już bym nie pracowała.
Mój zawód jest taki fajny, że wszystko się da załatwić online :) A moje kalectwo jest doskonałą wymówką do nieuczestniczenia w nasiadówkach online (dla mnie zupełnie bez sensu, bo ja nie tworzę, tylko sprzątam). Nikt też się nie orientuje, że spokojnie można ze mną online pogadać, a ja się nie chwalę, bo po co.
Więc nawet jak kolejna noc będzie zielona, to jakoś sobie poradzę.
A, owocówki znów zaczęły szaleć, więc trzeba będzie działać.
A dziś zamiast filmu będzie książka, bo przy niej zasypiam, a siedzenie przed monitorami w połączeniu z Księżycem to jednak mogiła. Ciemna.
A sandałki, które kupiłam we Wrocławiu, gdy stare umarły i nie wchodziły już na kopyta, spadają mi z nóg, mimo że sznurowanie zaciągam na maksa. Siostry podartych zaś też z leksza się telepią na stópkach mych. To tylko pokazuje, jak bardzo dokuczają mi upały. I jak puchnę od nich. I trochę jak rasowa wariatka wyglądałam dziś, bo wokół pikowane kurteczki, mama pracowicie zapinała taką trzylatce, poprawiając jej czapeczkę, a ja... No co, kto bogatemu zabroni, 17 stopni to raj, taka temperatura na pewno tam jest.
A i całe lato w galerii nie była włączona klima, co powodowało, że było tam supergorąco (żal personelu), pewno ze względów na opłaty za prąd. Ciekawe, czy zimą, kiedy zawsze można tam było zemdleć z gorąca, teraz w kurteczkach będzie luksusowo?
A i w ramach mania w dupie całokształtu, bo dlaczego to ja mam się czuć odpowiedzialna za wszystko, nawet za cudzą niefrasobliwość, zanabyłam sobie to... Od razu przelewając kasę, bo nie chcę tego w prezencie, bo to wykpiwanie się (nie)małym kosztem z myślenia o mnie.
A co, zasłużyłam :) Tyle, że post factum stanął mi przed oczami Karol III.
Mam nadzieję, że mi przejdzie ten widok do czasu, aż dopieszczajka do mnie dojdzie :)
Nie, nie mam parcia na zmianę mojej samotności, bo taki model to już nie jest moja bajka, ale dlaczego nie mogę sobie oka pocieszyć? Zwłaszcza że z niecierpliwością czekam na kolejny sezon Outlandera, a i chciałabym kiedyś do Szkocji (i do Kornwalii też) skoczyć. Takie tam wish list, która nie będzie zrealizowana, ale nie szkodzi :) No chyba że dożyję wieku Elżbiety, a rodzina się do tego czasu ogarnie i pospłaca kredyty :)
https://www.amazon.pl/CA-1620-KILTY-PLEASURES/dp/1531916201/ref=sr_1_1?__mk_pl_PL=%C3%85M%C3%85%C5%BD%C3%95%C3%91&crid=DV79OMCO9F05&keywords=kalendarze%202023%20men%20in%20kilts&qid=1663148302&s=gift-cards&sprefix=kalendarze%202023%20men%20in%20kilts%2Cgift-cards%2C69&sr=1-1&fbclid=IwAR2padDqyBHnaN2ylO0XNW3G1kv3VNwZOhfiQjF6ymqyOzclO_pogIG5coc
O, to mam :) Jak pierwszy kalendarz z taką tematyką powiesiłam u siebie w pokoju w pracy, wszyscy przychodzili oglądać :) Ale byłam już w takim wieku, że nikt nie brał mnie na serio - wiadomo było, że pensja korektorki na pół etatu nie pozwoli na takie ekstrawagancje, zaś nie jestem MM, żeby leciały na mnie takie ciacha, zresztą oni raczej nie cenią mózgów, a ten mam niezły ;)
Tylko Boss przy okazji, w swoim gabinecie, bąknął: SJ, ale ten kalendarz. Spojrzałam na niego niewinnymi szarymi ślepiami i zapytałam: ale co z nim jest nie tak... No, roznegliżowani mężczyźni...
A, to, każdy ma to, co lubi, nieprawdaż - odrzekłam, wskazując wdzięcznie niepomalowanym i niewymanicurowanym pazurkiem wiszący u niego na ścianie kalendarz z dziewojami nie całkiem odzianymi, aczkolwiek w klimacie wsiowym, a przepraszam folkowo-rolniczym :) Dziwne byłoby, gdyby te kalendarze wisiały odwrotnie, co nie? :) I już więcej nie było dyskusji, a gdy pewnego roku zabrakło takiego kalendarza u mnie, zaczęło się śledztwo, dlaczego go nie ma. A, bo dostałam owego roku tylko jeden, wolałam go w domu powiesić, jak w pracy :)
Ale mi się dziś rozpisało, Kochany Pamiętniczku. I za to Cię lubię, że cierpliwie mnie słuchasz :)




.jpg)
.jpg)









































.jpg)



