środa, 23 listopada 2022

Jaś

 nie doczekał, Kochany Pamiętniczku, ale SJ doczekała wreszcie wizyty u lekarza, prywatnie, a jakże.

Najpierw jednak wpadła na genialny pomysł, żeby zaszaleć i wydać na badania laboratoryjne kasę z własnej kieszeni, nie oglądając się na skierowanie od rodzinnego i w ten piękny sposób została lżejsza o pół stówy, ale za to obsłużona jak nie przymierzając Elżunia. Do laboratorium dojechała bezpośrednio spod chaty autobusem, pani w rejestracji bez grymasów odmaseczkowa się, kolejka była niewielka i błyskawiczna, a wyniki już po 15 były dostępne online, zatem nie musiałam po nie lecieć.

Żyć nie umierać, co nie?

Inna bajka, że za kasę, ale oj tam, oj tam.

Kwas moczowy spadł dzięki diecie przecudnie w te dwa tygodnie, fakt, jeszcze zostało do zbicia 0,8 do górnej granicy, ale co to dla mnie, co nie.

Zero alkoholu, to jednak boli, bo lampka wina wieczorem to takie miłe, zwłaszcza po zamknięciu interesu, ale trudno. Może kiedyś. Wino w lodówce się chłodzi. (Chociaż doczytałam, że nowy lek w połączeniu z alkoholem obniża ciśnienie i trzeba uważać, żeby za nisko nie spadło, hahahahaha.)

Cholesterol ten dobry wzrósł, ten zły spadł, daleko im jeszcze do normy, ale spada, to się liczy (doktor rzekł, że z efektami spadku cholesterolu po diecie trzeba czekać co najmniej 2 miesiące bez wsparcia piguł, a tego nie chcę, znaczy się ręcami i nogami się przed statynami bronię, więc poczekamy). 

Tak więc zaopatrzona w stare wyniki, nowe wyniki, EKG i dzienniczek ucznia - tfuj, dzienniczek pomiarów ciśnienia, nieciekawy, udałam się dziś do Certusa.

Dojazd mam fajny, nawet z przesiadką, dojechałam prawie godzinę za wcześnie. Rejestracja pani miód na me serce, żadnych problemów z namordnikiem. Nawet się nie awanturniczyła, że telefonu nie podam, tylko emilka.

Pod gabinetami kolejki, ale pod moim pusto, wisi kurtka, czekać na wezwanie lekarza, więc uzbroiłam się w cierpliwość.

I wreszcie tadam, SJ doczekała.

Wizyta marzenie, no fakt, że za kasę, ale nawet ludzie za kasę są obsługiwaniu chamsko (vide - jedna z moich znajomych u mojego szwagra, wyszła tak zdegustowana, że głowa mała). Maseczkę zdjąć - żaden problem. Doktor spokojnie wysłuchał jojczenia SJ, zadając rzeczowe pytania, obmacał, osłuchał - w szoku byłam, bo strip-tease nie kazał robić, co jest regułą w polskich gabinetach (no może jestem AŻ tak nieatrakcyjna, że saute nie chciał mnie widzieć, ale to tym lepiej dla mnie).

Długo zastanawiał się, co zapisać, instrukcje rzeczowe podał tam, gdzie pani doktor z przychodni miała wyjebane, stary lek zostawił w niższej dawce, nowy zapisał (z tych najnowszych, ale jak sobie ulotkę poczytałam, to resztki włosów z głowy mi w podskokach spierdoliły, ale oj tam, oj tam, jak nie zejdę od leku, to zejdę od wylewu, więc coś trzeba wybrać, bo wartości powyżej 220 na ciśnieniomierzu to nie przelewki, co nie?). 

Następna wizyta po Nowym Roku, bo nie wiadomo, jak przychodnia będzie działała między świętami. Ponieważ nie pamiętałam pracowego harmonogramu, znów staram się załatwić wizytę emilkiem, jak nie, będę dusić I., mam już tam konto, powinno być łatwiej :)
No i dieta, jak się powoli ogarniam, nie jest źle. Dziś na szybko wrzuciłam do warzyw na patelnię płatki orkiszowe i wyszło całkiem pożywne danie. Skyr kupiłam, z płatkami i owocami jest całkiem całkiem.
Trochę mi kilogramy zleciały i to jest frajda, móc założyć skarpetki bez stękania.

Więc o ile lek mnie nie zabije, albo nie trzeba będzie szukać innego, to git majonez. I zmienić aptekę, bo moja ulubiona jednak ma za wysokie marże. W osiedlowej dostałam lek za niecałe 18 zł, w ulubionej kosztuje 22, a to już jest znacząca różnica, mam za to kilo jabłek.
Odżywiam się tak zdrowo, że aż mi niedobrze :) Sól odstawiłam zupełnie, starczy tej, co jest w przetworach, ja, kochająca sól namiętnie. Pozostaną po mnie zapasy soli na lata, różowej, morskiej, z siarką, w kryształkach, mielonej... Ha :)
Wczoraj włączyli pompę ciepła u Inżyniera.

MW wyszła ze szpitala i ta gałąź zamilkła, pies z kulawą nogą nie zapyta, czy SJ dycha. No cóż, znów wyszłam na idiotkę, ale co tam :)

Dopieściłam się


prawda, że pięknie być tak powitaną po powrocie do domu? Położyłabym na korytarzu, ale obawiam się, że długo by nie poleżała. A trochę kosztowała :)
Opady tego białego gówna i mróz przetrwałam, bratki kiblują pod folią bąbelkową, ale na dwoje babka wróżyła.

Więc w ramach dopieszczania funduję sobie



Gwiazdka i Wielkanoc w jednym, a kto bogatemu zabroni?

Aby do 16 grudnia, potem będzie chyba luz, bo o książce nic nie słychać, a nie pytam, bo już mi do roboty nie jest śpieszno :)

wtorek, 8 listopada 2022

Zdolna

 jestem niesłychanie, Kochany Pamiętniczku :)

Znaczy się online odebrałam wyniki badań laboratoryjnych, wydrukowałam, więc nie muszę lecieć do laboratorium znów.

I już wiem, gdzie jest pies pogrzebany, znaczy się, nie wiem, skąd mi taki jebany cholesterol skoczył, no gruba jestem wiem, zaczynam z tym walczyć. I nie dam się namówić na statyny, wolę jechać na tej postnej diecie do końca życia (hahahaha, to może być wkrótce, co nie?).

I dna się odezwała, to wiedziałam, ale nie sądziłam, że aż tak, po prostu boli to boli. Dnę mam zamiar zwalczyć dietą, bo leki na to są popierdolone i całkiem łysa będę.

W sobotę przyszłą (bo inaczej się w tygodniu nie da), skoczę sobie sama do laboratorium znów dnę zbadać po diecie i jak mi spadnie, będę miała argument, że nie leczymy, dietujemy.

No i tak to, jak mówi Dora, jest jak jest. 

Z ciśnieniem walczę, powoli spada, choć rano jest jak przez okno, już nawet mierzyć nie muszę, żeby wiedzieć, kiedy się stabilizuje, bo wtedy odpuszcza ściągnięcie skóry na tym łysym łbie. 

Trochę się obawiam przyszłego tygodnia, będzie jazda bez trzymanki z powodów pracowych, ale nie wybiegam tak daleko w przyszłość, bo po co?

Na razie w perspektywie rogalowy dzień (hahahahahaha, skojarzenie) z Inżynierem i Łobuzami, żona i matka rzeczonych idzie na randkę, więc są cali moi. Wymęczą mnie pewnie, ale oj tam, oj tam :)
Na noc nie zostają, to i położę się na kanapie i będę (z)dychała.

Szkoda tylko, że alkohol w odstawce, ale nic straconego, jak ogarnę, to lampką wina nie pogardzę.

To byłoby na tyle, Kochany Pamiętniczku.

Kasze nie są takie złe, żebym jeszcze solić mogła, ale soli mówię stanowcze nie, bo dzisiaj sól jest nawet w słodyczach. Czytam składy i włosy mi wypadają garściami z rozpaczy :) 

No, ale jest cudnie :)

niedziela, 6 listopada 2022

Dalej

 też się działo, Kochany Pamiętniczku :) 

W czwartek miałam zamiar odpocząć, zakupy porobiłam, wróciłam do domu z myślą o ogarnianiu siebie i chaty, gdy wtem koło14 Inżynier pisze, że dzwoniła babka, że wyniki są do odebrania. Jako że przebłyski miałam, że gabinet czynny do 16, poleciałam kurcgalopkiem i... pocałowałam klamkę, bo był czynny do 14 akurat. Pytam piguł, kręcących się po korytarzu, czy gdzieś można odebrać wyniki, ale jak w czeskim filmie nikt nic nie wiedział, nikt nie mógł mnie poinformować. Piszę do I., a ten odpisuje, że babka mówiła do której, ale on nie pamięta. Zaczynam się poważnie obawiać o stan jego umysłu.

Wróciłam więc do domu, a że korzystałam z bimby, nie z autobusu, to sobie w tym dniu natrzaskałam ponad 9 tys. kroków... 

Odsapnęłam.

Ale wieczorem naszła mnie znienacka myśl, że może coś pokręciłam z laboratorium. Jako że ciemno było już, w dupie miałam moją elegancję i tak jak stałam, poleciałam w dresiku sprawdzić laboratorium, bo strona internetowa nic o laboratorium nie mówiła, zresztą nie wierzę medycznym stronom już, bo kłamią jak najęte.

Szłam i kontemplowałam



urodę mojego osiedla, bo teraz bardzo rzadko wychodzę wieczorami... Było cudnie, Księżyc świecił jakby mu za to płacili...

A w domu


 

Tak dobiłam do 9 tys. bo do przychodni i z powrotem mam 2 tys. kroków, niczym nie dojadę, bo do przystanku i z przystanku wyjdzie mi tyle samo :) 

W piątek rano sik do pojemniczka i spacerkiem do osiedlowego laboratorium - w recepcji była przemiła piguła, nie ten wycieruch z poniedziałku, a pani w laboratorium była BEZ MASECZKI i przesympatyczna, mało tego, wkłuła się tak fachowo, że po komarze mam gorsze ugryzienie jak po igle i zero siniaka.

Do domu, śniadanko i sruuu po wyniki EKG. Kładę na biurku dużą milkę, a dziewczyna, że nie trzeba, na to ja, że mogę. W końcu mogła mnie spławić i wciąż bym szukała, gdzie zrobić EKG. Wiem, niemoralne jest dawanie łapówek. Trudno. Jeszcze mi powiedziała, że z opisu wynika, że nic złego się z sercem nie dzieje.

Do lekarki umówiłam się po12, żeby na spokojnie wszystko ogarnąć, ale wiele tam nie ugrałam. Uparła się znów, żeby mi zmierzyć ciśnienie tym samym zdezelowanym aparatem, a na moje, że nie, że ma dzienniczek, powiedziała, że zmierzy mi na prawej ręce. Jak żyję, nie słyszałam o tej metodzie, ale OK. Mierzenie na prawej ręce wytrzymałam, ale ręka zrobiła się jak balon i sina. I więcej nie dam sobie tam zmierzyć ciśnienia, mogą mnie w dupę pocałować. Zacukała się, że nie zapisałam się do instytutu, ale wyobrażam sobie już terminy i kolejki. Kazała odstawić piguły moczopędne, po raz pierwszy od czasów śp. prof. Fibaka lekarz schylił się mi do stóp, pomacał i orzekł, że nie mam opuchlizny (wczoraj kopyta mnie bolały, ale przypomniałam sobie, że przeżyłam bez tych piguł w UK miesiąc, bo zapomniałam je zabrać, więc pewno i teraz przeżyję, a zawsze jedna chemia mniej). Zostawiła stary lek, dodała nowy i ten nieszczęsny w razie W. Zaaplikowała mi też coś podjęzykowo, ale jak zmierzyłam w domu po godzinie ciśnienie to pomogło jak umarłemu kadzidło.

Wizyta kontrolna za 2 tygodnie. O ile pójdę, to później, bo teraz mam 2 tygodnie pracowe.

I... padł internet w przychodni. Nie mogła mi zapisać recepty, nie mogła wypisać zaleceń, bo nie było internetów.

Zalecenia napisała odręcznie na karteluszku, a receptę obiecała wysłać z domu, jak będzie miała internet...

Wchodzę do chaty, ping, jest SMS z receptą.

No to tylko rączki, sik, rączki, wody łyk i wio do apteki.

I tak się tego dnia ponad 8 tys. nastukało, może i 10, bo chatę sprzątałam jeszcze.

W sobotę obudziłam się w mej pięknej chałupce 


 

... ciesząc się z kolejnego dnia.

W południe, choć było szaroburo wyniosło mnie na kijki, na moje nieszczęście w pogoni za krokami wyniosło mnie na Dębinę, gdzie nie byłam od tego parkrunu


i tak jak cudnie to wygląda na zdjęciach, to w rzeczywistości przeklinałam ten pomysł, bo zamknęli tam ścieżki, którymi zawsze chodzę i znam, a z moją orientacją w terenie pobłądziłam i wpakowałam się w takie śliskie okolice, że cudem nie zaliczyłam gleby w tym błocku i wychodziłam zestresowana maksymalnie, że nie znajdę drogi do wyjścia. Zapisać w kajeciku: omijać Dębinę, zanim mróz ziemi nie zetnie.

Wieczorem była randka z Baranem na Skype, bo wreszcie znalazł czas. Tak słuchałam, co robi i jak robi i serio? Lepsza moja bieda. No ale to jest jego życie, jego bajka i jego marzenia :) Życzę mu powodzenia, choć wiem, że sama nie byłabym zdolna do takich poświęceń.

6,5 tys. przelazłam, ale licząc tę ślizgawkę na Dębinie, miałam dość :) No i NFZ już mnie nie sponsoruje, więc kicha ;) 

 Ciśnienie wciąż mam za wysokie, ale tego w razie W nie chcę brać.

Tak się uparłam.

Niedzielny poranek znów był mglisty, ale szybko wyszło słońce, a we mnie biły się dwie SJ- jedna chciała leźć, a druga chciała leżeć plackiem. Zwyciężyła ta, co jeszcze chce pożyć i wzięłam to w razie W, bo jednak czaszka mi pulsowała. Odczekałam godzinę, trochę spadło, więc lewa, prawa, poszłam opłotkami w siną dal.

Ledwo wyszłam poza "centrum" fyrtla i wlazłam między domki jednorodzinne, zaczęło mnie dusić, bo zgodnie z zaleceniem wuca ludziska palą czym się da. A to południe było.

Doszłam do pierwszego naszego domu, nie wiem, kto tam teraz mieszka i jest właścicielem, teściowa to dawno temu sprzedała.


Naszego poddasza nie widać, tak zarosły drzewa, pewno tam teraz cieniście i przyjemnie w upały :) 


Nad tą rynną jest miejsce, w którym byliśmy bardzo szczęśliwi i pełni nadziei...


To okno, właściwie nie okno, tylko drzwi balkonowe - tam były te piękne lata.

No nic, powzdychałam i poleciałam do chaty, zahaczając o Park Bambrów, tym razem sama, a pogoda była wymarzona...


... jeszcze goły i jak patelnia latem, ale drzewa powoli rosną i...

Może i doczekam cienia.

To była fajna niedziela. Chociaż tylko 6 tys. dziś zrobiłam, bo piję dużo i do domu wleciałam już na alarmowym zasilaniu :)

Dziękuję wszystkim za troskę i dobre rady, ale robię i ogarniam po mojemu. To, co dla Was jest normalne - telefon i załatwione, u mnie tak nie działa.

Muszę angażować innych. Synowa nienawidzi dzwonić, Inżynier jest tak zalatany, że powtarza mój stary scenariusz: nie wie, jak się nazywa.

Tak, wiem, zagrożenie życia itede.

Ale... gdybym nawet wezwała pogotowie, to: zrobiliby EKG, które nic by nie wykazało, bo mimo tego potwornego bólu - to nie serce. Obstawiam kręgosłup, mam swoje podejrzenia. Z nadciśnieniem nie biorą do szpitala, dostałabym coś na zbicie. A musiałabym czekać na pogotowie, a z tym różnie bywa. Siedzenie na SOR już przerabiałam kiedyś, teraz jest jeszcze gorzej, więc nie, podziękuję. Tak czy siak musiałabym iść do rodzinnego. Więc nie ominęłaby mnie ta cała latanina.

Mam wizytę u specjalisty zaklepaną, jak okaże się dobrym fachowcem (nasłuchałam się od jednej z dziewczyn, jacy są lekarze, nawet prywatnie, w tym mój szwagier, TEN, o czym wiedziałam od zawsze, dlatego nawet nie myślę o zwrócenie się do niego o jakąkolwiek pomoc, choć deklarował ją). Na razie mam leki i termin także u rodzinnego, lepszy czy gorszy, innego nie będzie.

Wdrożyłam dietę, choć tak naprawdę niewiele to zmienia w moim jadłospisie, poza tym że wywaliłam sól kompletnie, starczy to, co jest już w gotowych produktach.

Trochę ciałka, o dziwo, zgubiłam, co mnie cieszy, albowiem dotąd wskazówka wagi ani nie drgnęła o kilogram, choć kombinowałam, jak koń pod górkę.

Co ma być, będzie.

Więc teraz wieczorny relaksik, a jutro do pracy.

Ale tylko do 13, jak etat przewiduje, bo potem idę połazić. Tego się będę twardo trzymać, a w najgorszym tygodniu chociaż po chleb do piekarni polecę, żeby chodzić, mało, ale zawsze.

Siedzenie na fotelu też się mści.


 

sobota, 5 listopada 2022

Z góry

 przepraszam tych, którzy się martwili, tych, którzy tęsknili oraz tych, którzy się złościli o zamknięcie Ciebie, Kochany Pamiętniczku.

Zamknęłam, bo byłam pewna, że nie dożyję do ranka, a nie chciałam, żeby Inżynier od razu wlazł na bloga, bo wlezie. Wie, że piszę, ale nie chce czytać i ja to szanuję. Może też tak być, że skasuje wszystkie konta bez litości i to byłoby najlepsze wyjście, ale kto go tam wie. Mam zahasłowane, ale w moim kompie nie usuwam haseł, za dużo roboty z szukaniem.

A teraz do rzeczy.

W piątek miał być dzień gospodarczy, bo w sobotę Łobuzy miały przyjechać na balik halloweenowy na naszym osiedlu, a potem miały zostać u mnie na noc, bo rodzicie chcieli wyjść.

W międzyczasie wpraszała się jeszcze tego dnia mama małego T. z partnerką, szczerze, taka kupa ludzi w mojej biednej chaupce budziła we mnie przestrach, ale ja głupia jestem i nie umiem mówić nie.

Niby tylko Łobuzy miały być na obiedzie, reszta na kawę, ale to się tak mówi - tyle luda to sterta zmywania, ja w kuchni, Łobuzy w pokoju, masakra.

No nic. Poszłam do Lidla, patrzę, leży ciśnieniomierz nadgarstkowy, za niecałe 60 zł. Coś za mną chodziło, chuj wie, anioł, diabeł i mówiło: kup, kup. Jako że tego naramiennego nie mogę uzywac, bo mam za grube ramię i mówi mi error, a zegarkowemu, który pokazuje góra 120 na 74 nie za bardzo wierzę, kupiłam. 

Na Manhattanie też byłam i przywlokłam do domu przecudnej urody 


Przedtem jeszcze korytarz umyłam, bo mój dyżur był. Zabierałam się za sprzątanie kuchni, gdy nagle poczułam, jak lewe płuco ściska mi żelazna obręcz, zaciskająca się wokół serca.

Ból był przeszywający, ale po 5 minutach minął.

Wyciągnęłam ciśnieniomierz i pokazał 220 na 105.

Cudnie.

Piguły zażyłam dodatkowe i zastanawiałam się: dzwonić i jechać na SOR, czy odpuścić.

Po dłuższym namyśle odpuściłam, bo przerażała mnie perspektywa zamaskowanego SOR i szpitala, nosz, kurwa.

Poszłam wcześniej do łóżka. Ale zasnąć nie mogłam, więc wywlokłam to, co schowałam, zapisałam PIN na karteczce do wszystkiego, co się mają męczyć, no i zamknęłam bloga.

O dziwo, w sobotę się obudziłam, ciśnienie wciąż w Himalajach, a i ja mało, że zestrachana, to z bolącą głową (a mnie głowa od lat nie bolała).

Czekając na przyjazd Bandy, poszperałam, analizując, co zażywam, wyszło, że może to być przedawkowanie witaminy D, którą zażywam od początku pandemii, ja, która w życiu witamin nie jadłam, nawet w ciąży. 

Przyjechali, poszliśmy na ten balik. Dzieci bawiły się średnio na jeża, nie wiedziałam, że Alienek w towarzystwie obcych dzieci nie za dobrze się bawi, a Kalafiorkówna chodzi własnymi drogami. Przepraszając, powiedziałam, że źle czuję i nie wezmę dzieci na noc. Opierdol od Inżyniera dostałam za przepraszanie, okazało się, że to Inżynierowa idzie na spotkanie z koleżankami i jemu  nie zależy, weźmie Łobuzów. Siostrę Inżynierowej odmówiliśmy, zjedli rosołek, bo miałam gotowy i pojechali.

A ja starałam się przeżyć do poniedziałku i się udało.

Rano poleciałam do przychodni, byłam pierwsza, ale pani dr pracuje od 9. Strasznie nieprzyjemna piguła zapisała mnie na 9.15, no i w efekcie siedziałam do 9.30, normalka.
Pani dr rozgarnięta średnio na jeża, więcej gapiła się w komputer niż na mnie. Może pasjansa układała, chuj wie. Poszła po ciśnieniomierz, przyniosła taki jak ja mam, z za małym i postrzępionym mankietem, który kazała mi trzymać, żeby się nie odpiął. Kurwa, o takiej technice mierzenia ciśnienia jeszcze nie słyszałam. Napompowała, a ja poczułam wokół serca taki ucisk, że myślałam, że zemdleję, a dłońmi zsiniała, więc wrzasnęłam  Wyszedł ERROR :) I chuj :) Pani doktor zaczęła lamencić, że jak ma mnie zdiagnozować, skoro nie wie, jakie mam ciśnienie. Nosz, kurwa, ciśnieniomierz to chyba podstawowe wyposażenie u lekarza rodzinnego, powinni mieć też taki, jak kiedyś były, ręczne, ale zacisnęłam zęby, bo cóż mam rzec. Tylko do takiego lekarza jestem przypisana jak chłop pańszczyźniany do ziemi, bo w okolicy nie ma opcji zarejestrowania się do innego lekarza gdziekolwiek, wiem, bo ludzie ciągle szukają...

Dostałam dzienniczek


z poleceniem "niech pani tym swoim mierzy i zapisuje", skierowanie na badanie krwi i moczu, skierowanie na EKG oraz skierowanie do kliniki leczenia nadciśnienia. I receptę na lek,który mam brać, gdy ciśnienie mi skoczy powyżej 160 na 100. A, jak mam mniej niż 160 to mam więcej niż 100, i na odwrót, więc lek leży, bo chujwicojest :) 

Synowa, nienawidząca dzwonienia umawia mnie na EKG (płatne, a jakże, na 12 w środę w HCP). Zapisuję na kartce, godzinę i piętro, bo HCP to jest megakombinat. Szpital, a jakże, im. św. JPII.

Jako że na wszystko było już za późno, kochany NFZ, postanowiłam przeżyć do środy.

Pojechałam we wtorek tylko do wujka Mietka.

Pierworodny wiedział, że się źle czuję, bo napisał mi w niedzielę, że MW wyszła ze szpitala i napisałam mu, że sama mam kłopoty. Do dziś cisza w eterze, a przecież mogłam pięknie umrzeć, co nie? Nieważne.

Zanabyłam naczynko do sikania i w środę zła jak osa poleciałam na Opolską, głupia cipa, nie sprawdzając w necie, bo tam zawsze było laboratorium (w mojej przychodni jest tylko we wtorek i piątek).

Opolska to kombinat, informacja zerowa, wszyscy w maseczkach. Na schodach kolejka z parteru w górę. Pytam gościa, czy to kolejka do laboratorium, mówi, że tak. No to kwitnę i czuję, że zaraz zlecę, bo słonko przez okna napierdala, a ja na czczo... Po dotarciu na II piętro okazało się, że kolejka jest do rejestracji do przychodni specjalistycznych, a laboratorium jest na V piętrze. Ja na Opolskiej byłam jakieś 20 lat temu ostatni raz...
Lezę na V piętro, okazuje się, że laboratorium i owszem, jest, ale komercyjne i nie ma umowy z moją przychodnią. Przemiłe panie, zdjąwszy szmatę innstruują sierotę, że ma jechać do laboratorium do HCP.

Autobus mi zwiał, ale że to jeden przystanek, to mdlejąc z głodu kurcgalopkiem na pętlę i bimbą do HCP. A tam armagedon, sajgon i apokalipsa. Na korytarzach kłębią się setki ludzi, ratownicy, pielęgniarki, widać chorych po radioterapii, a w laboratorium kolejka gorsza niż za komuny po mięso. I biletomat, z którego ni chuj nie wiadomo, co wybrać, albowiem laboratorium, aczkolwiek z sieci, do której mam skierowanie jest komercyjne. Nie ma opcji ze skierowaniem, jest opcja lekarz/specjalista, tę wybieram, bo przecież lekarz wystawiał mi skierowanie. Ale nie ma kogo zapytać, czy realizują takie badania, a na dokładkę drzwi do laboratorium są otwierane po wywołaniu numerka...

Pierdolę, idę do domu, dobrze, że kupiłam rano baton i wodę. Z sikami maszeruję lewa, prawa, a słoneczko grzeje, siki też się grzeją.

W domu sik i śniadanko, przezornie przygotowane i już trzeba z powrotem jechać do HCP na to EKG. 

No to jadę, jedzie ze mną ojciec najlepszego kolegi I. z podstawówki, przemiłego chłopaka, ojciec to temat na powieść, rodzice rozstali się dawno, a M. nienawidzi ojca równie mocno jak moje dzieci swojego. Pan, a jakże Kulturalny. Też jedzie do HCP, więc usłyszałam historie wszystkich chorób w tej rodzinie, łącznie z aktualną żoną i szwagrami oraz pociotkami. 

Rozstajemy się, on idzie do innego budynku, ja do budynku D. Nad wejściem napis Budynek D, więc wchodzę. Winda w konserwacji. Wchodzę więc na V piętro, na III spotykam pielęgniarkę, która oczy kwadratowe robi na pytanie o EKG, ale mówi, że na V jest kardiologia. A to miał być prywatny oddział szpitalny (leżał tam lata temu I.), ale pani nie słyszała o takim oddziale ani o badaniach prywatnych. Na V piętrze przerażony personel kardiologii zwołał zebranie, bo nie mają EKG i sugerowali mi, że się pomyliłam dzwoniąc. Hmmm... jak mogłam się pomylić, skoro dzwoniła Synowa, pielęgniarka w szpitalu specjalnie przekierowała ją na oddział, gdzie poszukali najbliższy możliwy termin wolny...

Kurwa.

Mam iść głównym wejściem i zapytać na portierni...

Pan na portierni już mnie kojarzył. I oczy mu wyszły z orbit, gdy usłyszał o prywatnym EKG. Ale na I piętrze jest EKG mam tam iść. Ale najpierw zapytać w rejestracji. W rejestracji patrzą na mnie jak na wariatkę. 

Ale trafiam do pokoju EKG, gdzie siedzi młodziutka kobietka i też nic nie może, bo nie mają umowy z moją przychodnią. Ale że nie miała nikogo, zgodziła się zrobić EKG, jeżeli zapłacę w kasie 60 zł. Tyle miało kosztować EKG to prywatne, więc było mi wszystko jedno :) Zrobiła EKG. Ruszyłam w poszukiwaniu kasy, a na korytarzach wciąż tłumy zbolałych ludzi, szłam, pocieszając się, że skoro na V piętro wlazłam, zlazłam, wlazłam, zlazłam i lezę, to chyba nie był zawał.
Zapłaciłam, wracam, bierze telefon Inżyniera, da mu znać jak wyniki będą do odebrania :)

Tak minęła mi środa, 10 tys. kroków zrobiłam, fiu, fiu...

Ciąg dalszy nastąpi...



czwartek, 27 października 2022

Jak nie urok

 to sraczka, Kochany Pamiętniczku, no cóż.

Warzywka się spokojnie zamknęły, pogoda, pomijając poranne mgły, cudna jest, żyć, nie umierać.

Urlop mam podpisany, więc do 6 listopada leżę i pachnę, albo i śmierdzę, jak nie będzie mi się chciało kąpać.

W poniedziałek wpadłam w trans i


trzy godziny dzielnie walczyłam z pigwą i pigwowcem...

Dzisiaj już wyglądają tak


Jeszcze tylko Inżyniera trzeba wysłać po spirytus i za tydzień zalewamy.

A pogoda cudna jest, po porannych mgłach (a wstaję o 9 z trudem)...

... i liściach cudnych, przypominających mi, że życie mija jak sen


... i niespodziewanych tęczach, których nie zauważyłabym, gdybym nie robiła zdjęcia, te brązowe na tle zieleni mnie kręciły


We wtorek poszłam też do rybnego, bo chodzi za mną zamrożenie karpia na święta już...

Karp miał być w czwartek, więc we wtorek miałam obiad miszczów


inspirowany serialem (początkiem serialu) Do zera na Netflixie. I wielki gar rosołku nagotowany na sobotę, ale o tym później :)

W środę znów na dupie siedziałam, ale też czułam się nieszczególnie jakoś.

Dziś zaś kopnęłam się w tłuste, kubańskie dupsko i poszłam w stronę słońca i warto było, bo...

a jesień jest  piękna tego roku...



 

 Nie liczę, ile wydałam, ale zabezpieczona jestem na balangę w sobotę, bo moje wnuki kochane pójdą na balik halloweenowy, a nie na żadne chrystoteki :) 

Pojebało ze szczętem. Nie chcesz obchodzić Halloween, nie obchodź. Obca tradycja? OK. A na cholerę na siłę robić kontrę?

Dobry katolik myśli o Wszystkich Świętych, nie o żadnej chrystotece.

I tyle w temacie.

W rybnym byłam i zatkało.


I sandacz po 69 za kilo, ale okazało się, że mają też świeżego sandacza, więc kupiłam, bo przynajmniej nie płaciłam za lód. 

Wyszłam lżejsza o 80 zł, ale gwiazdkowe przygotowanie mam w sumie z głowy.

I pod postem na FB o tej drożyźnie, wpisuje mi się jedna cipa w R. Szycha, a jakże, pani derektor biblioteki. Zaprosiła mnie, młodsza ode mnie, ja jej nie pamiętam, ona mnie tak, bo ja byłam szychą wtedy - córką znanej i lubianej nauczycielki. W praniu okazało się, że pisiorówa aż śmierdziało mi na kilometr, ale dopóki opierdalała mnie za niski poziom inteligencji, bo inteligent nie jebie pis, to miałam na to wyjebane na maksa. Nie będzie mnie nikt pouczał, gdzie jest granica mojego chamstwa, bo sama ją ustanawiam, a pis będę jebała zawsze i wszędzie, razem z tą szmatą do podłogi i konfą oraz korwinkiem. 

Jebać i wypierdalać.

Ale gdy dziś wrzuciła mi pod tymi rybkami takie cudo:

Balcerowicz szybko opanował inflację, bezrobociem i wysokimi stopami procentowymi. Teraz najgorzej mają kapitaliści, bo tracą na zasobach bankowych. Ale ja bym nie chciała żeby moje dzieci płaciły 5000 raty kredytu mieszkaniowego i straciły dach nad głową być może. Wolę jak jest dorsz po 65,- , wszyscy mają pracę i raty możliwe do spłaty.

Ciśnienie mi wzrosło i wyjebałam ją ze znajomych. Moje dziecko właśnie powoli dobija do 5 tys. za kredyt, który miał być spłacany po jakieś 2-2,5 tys., na co w zupełności  wystarczała jego pensja i jeszcze im na hulanki zostawało.

Więc, kurwa, niech te pojeby odczepią się od Balcerowicza (co biedny Balcer im dziś winien?), Tuska i całej reszty i niech spierdalają w podskokach. Ja też, kurwa, tracę co miesiąc na zasobach bankowych i to tak, że orać będę pewno do usranej śmierci, żeby z głodu nie zdechnąć.

Nie ogarniam, jak można być tak głupim i pojebanym, mając wyższe wykształcenie.

Inżynier pogłaskał i napisał: jest mama najlepszą bibliotekarką... Miód na me serce :) 

A Łobuzy po baliku zostaną u babci na służbie i na noc :) 

Będzie się działo.

Ale gdy na MSG wyświetlił mi się Pierworodny, wiedziałam, że coś jebło.

No i jebło.

Mała Wiedźma leży w szpitalu ze wstrząsem mózgu. Dostała piłką w głowę.

A ja znów rozdarta jak ta wierzba u Żeromskiego.

Nie odpisałam od razu. Pożałowałam potem, znaczy się, wyraziłam żal z powodu zdarzenia, zapytałam, czy nie trzeba kasy, odpisał, że już ma wypłatę. Pewnie kłamał, jak zwykle, bo jemu ta wypłata to tak ruchomo wypada, ale mam wyjebane. Zostaje w szpitalu na obserwacji. 

Trudno.

Wiem, padlina ze mnie, gryzie mnie to, ale...

Nie, w razie W nie polecę po Papryczka do przedszkola.

I nie, nie pojadę na dyżur przy łożu MW.

Wiem, że jest Pierworodnemu ciężko, bo jest z tym sam, ale sam na to zapracował.

Pierdyliard razy pytałam, o co ma żal. O nic.

Skoro o nic, to dlaczego mam być tylko bankomatem i pogotowiem w razie W?

Nawet nie zapytał, co z Wszystkimi Świętymi. A przecież już najwyższy czas, co nie?

A do O. jeżdżą, bo  tam jest rodzina, babcia, dziadek (jej).

No to trudno, ja jestem zwykłą komórką społeczną, nie rodziną.

Amen.

Mieszkając 4 przystanki autobusem ode mnie, spacerkiem pół godziny, nie znaleźli przez ponad pół roku czasu, by do mnie zajrzeć. Albo zaprosić mnie do siebie. Żadnego dziękuję za prezenty z okazji, nie, nie chcę czołobitności, ale zwykłe dziękuję. Łobuzy jak coś dostaną, to mało, że zawsze dziękują, to jeszcze post factum, gdy ja już o tym zapominam, lecą i mówią: mam od babci.
MW mimo deklaracji nie znalazła czasu, by do mnie wpaść, choć ponoć chciała, nawet na czułe słówka, które jej pisałam nie odpisywała.

Wiem, jestem zacięta i nie po chrześcijańsku to, ale, ale... Zaraz, niewierząca jestem.

I jak Kuba bogu, tak bóg Kubańczykom.

Przykro mi.

C'est la vie.

 

A jutro będzie dzień gospodarczy.

Dziś zaś na poczcie emilek, że korekta, zaproszenia na event. A ja, kurwa, mam wolne.

Event przygotowywany od miesięcy.

Błąd na błędzie, błędem poganiał.

Ale nowa pani dyrektor marketingu to moja koleżanka z redakcji.

Co robi głupia SJ? Korekci zaproszenie i nie pisze emilka dp Bossa, że skandal, że jak tak można...

I co?

I nic. Nawet emilka zwrotnego z jednym dziękuje nie ma.

Więc jebać to wszystko, aż wióry polecą, jebać i się nie bać :) 




sobota, 22 października 2022

Zapomnieli

Kochany Pamiętniczku. A podobno to ja mam sklerozę.

No zapomnieli, że mają umówioną w sobotę wizytę w IKEA.

I tak wieczorkiem znienacka pytają, czy mogą Łobuzów podrzucić w sobotę o ÓSMEJ rano...

A ja nie wstałam w piątek i nie byłam na Manhattanie, więc w domu płacz i zgrzytanie zębów oraz światło w lodówce po ciężkim, pracującym tygodniu i gościach.

Wzdech.

Biorę na klatę.

Budzę się 7.15 z obłędem w oczach, ale ok, zdążyłam się ogarnąć, bo jak zwykle się spóźnili i włoski mi wyschły tak, że aparaty założyłam.

Od proga Kalafiorkówna (K) w me ramiona wpadła, co źle wróżyło, a Alienek (A) się alienował.

A potem już było z górki, pod górkę, z przytupem i półobrotem.

Bo i piłeczki do duszenia były


I upieczony w piątek z pierdalcem jabłecznik


pieczony dwie godziny, albowiem przepis był na dużą tortownicę, a ja wsadziłam to w małą... Co nie zmienia faktu, że A. jadł jak głupi i zjadł prawie cały, nie od razu, bo wydzielałam i zapakowałam resztę do domu...

Zostałam ochrzczona przez A: babcia stara, na co zaprotestowała K., rzucając się w me ramiona i krzycząc, że babcia nie jest stara :)

A potem masakra przy przekąskach.

Mam w lodówce dwa banany. Pytam, kto chce banana. K. chce, A. nie. A. chce gruszkę. Szykuję oba banany i gruszkę. K. nie chce banana ani gruszki. A. zjada banany i pół gruszki. K. płacze, bo chce banana. Nie mam banana już. K. nie chce gruszki. Odstawiam talerz. K. ryczy, bo chce gruszkę. Dostaje gruszkę. Chce jabłko. Mam jabłko i wiem, że K. je ze skórką. Daję ze skórką, chce obrane. Obieram. Chce pokrojone...
Kurtyna.
Dzieci są najlepsze z piekarnika, polane sosem paprykowo-czosnkowym. I podać do tego frytki z ketchupem.
Nie nadaję się na babcię.
Okazuje się, że jednak się nadaję, bo gdy wyrwałam z ich szponów słój z korkami, zbieranymi od ponad 15 lat i nie, że wszystkie wina sama obaliłam

 przesypałam je do kartonu, żeby słój się nie zbił, no to był pożytek z babci alkoholiczki. Ale porządnej, w czasie opieki nad dziećmi nie pije.
Rodzice pytają, czy mogą na zakupy, co kupić na obiad...
Mogą, ale dzieci z głodu mdleją, więc babcię olśniewa, że w zamrażalniku ma rosołek. Nie była na Manhattanie, więc nie ma opcji gotowania. Małolaty paluszkami próbują lodów rosołkowych i tak zostają uratowane od śmierci głodowej.
Na tych ekscesach jedzeniowych cierpi babcina koszula, wisząca w łazience na kołku, albowiem mimo tego, że każdy ma swój ręczniczek, do wycierania łapek służy babcina koszula nocna. Dobrze, że babcia fakt ten zauważa i ma inną koszulę :)
A w łazience tragedia. bo K. chce siusiu. I od wieków nie używa nakładki, ale tym razem stanowczo żąda nakładki albo nocnika.
Nocnik i nakładka właśnie schną na balkonie, obiecane dla przyszywanego ostatniego wnuka i babcia jest nieugięta. Dla zasady, of course...
Kalafiorkówna grozi wyniesieniem się do dziadka, który rzeczone utensylia posiada, albowiem ostatni wnuk jest naszym wspólnym, aczkolwiek dziadka rodzonym...
Na to bezlitosna babcia oznajmia, że drzwi są otwarte i K. może w siną dal, może też nasikać w gacie, albo jak człowiek załatwić się na kibelku.
Kalafiorkówna jest człowiekiem...
Rosołku mamy mało, ledwie starczyło na naszą trójkę, albowiem zamrożony był w porcji na babciny obiad. Zatem rodzice po konsultacji przywiozą danie z McD. Babcia odmawia, albowiem czuje się nieszczególnie, nie wie jeszcze, czy to przepracowanie, czy inny diabeł, ale ma 37, co dla niej, na co dzień mającej 35,5 jest temperaturą.
W czasie czekania Łobuzy się nudzą, więc robimy teatrzyk skarpetkowy, furorę robią stare, podarte skarpetki babcine... 
No a rodziców wciąż nie ma, więc babcia czaruje, że ma piosenkę o sobie.
I włącza na YT Ta Dorotka, ta malutka, bo śpiewać nie będzie, żeby uszu Łobuzów nie ranić, albowiem babcia ma nogi do opery, a słuch do baletu :) Na moje wtręty, gdy wrzeszczeli, że cicho, bo tam śpi Dorotka, odpowiadali, że nie ma tu Dorotki, a ja na to, jak nie ma, jak jest - no i ćwieka im zabiłam :)
Okazuje się, że ten kanał wciąga małolaty jak chodzenie po bagnach i w sumie zastanawiam się, dlaczego one zamiast tego wciąż oglądają te kretyństwa na Netflixie?
I wojna o kciuk w dół i w górę była, bo już te małolaty się tak komunikują. U mnie to zrobili pierwszy raz i dostali całe kazanie ze smrodkiem dydaktycznym, że z człowiekami się rozmawia, a nie pokazuje paluchów... Hmmm... środkowego palca nie włączałam jeszcze do dyskusji, ale kciuki będę tępiła. Co innego komunikatory, gdzie czasem człowiek odpisuje symbolami, bo nie ma czasu, a co innego normalna rozmowa. Uczyłam, że są ważne słowa: tak, nie, proszę, dziękuję, przepraszam. Że rozmawiamy, mówimy ludziom, że ich kochamy, że tęsknimy za nimi i przytulamy się. Ktoś musi, ich mama jest jeszcze większą introwertyczką niż ja, co potwierdziła jej rodzona siostra dziś. I. się stara, ale ile on może.
Więc będę drążyła, działa, bo i K. zrobiła się bardzo miziasta bez dopingu A.
Rodzice wlecieli, awantura o burgera w wykonaniu K., byłam przerażona reakcją I., ale też bym tak wybuchła na takie kręcenie... Ja mam to od święta, on na co dzień, a ma mój charakter.
Pogadaliśmy, wylałam żale, A. zebrał ochrzan za to, że mu u mnie tak smakuje.
I clou dnia...
Auć...wpadną w sobotę na osiedlowy Halloween i... zostaną na noc. Nie, nie dorośli. Banda Łobuzów. A.odrzekł, że on chce do dziadka, za co oberwał. 
Oznajmiłam, że po tym wszystkim, co miałam w ubiegły weekend, na serio myślę o niewyprowadzaniu się do L.
I powiedziałam, że to jest ich marzenie i wersja, nie moja. 
Kropla drąży skałę, zobaczymy, co dalej.
Przede mną kolejny ciężki weekend zatem, ale mam wolne do 6 listopada. O ile Boss mi podpisze urlop.
Wino dostałam, pierwsze, w uznaniu moich zasług. Gruzińskie, dobre, gruzińskie, bo Gruzja nie jest sojusznikiem Rosji.
Więc popijam.
I nie wyszła jutrzejsza randka z przyszywanym wnukiem, bo jego mamie coś wypadło.
Mnie to akurat na rękę, bo nie wiem, czy to zmęczenie materiału, czy inna franca... Wyśpię się do wypęku, wstanę, jak będę miała na to ochotę. I wszystko mogę, nic nie muszę. To się nazywa życie...
A Inżynierowa wysłała mi MSG:
Wyjeżdżamy z Dębca i Kalafiorkówna drze się w stronę tylnej szyby: Papa, babcia! Bardzo ciebie kocham, babcia!
Nie odprowadzałam ich na dół, więc chyba przebiłam dziadka w rankingach.
I tak mi ten czas leci...
Ha...
 
Te rodzinne, nudne historie, ale... Lubię je, Kochany Pamiętniczku. Zaczęłam ciebie pisać z myślą o Małej Wiedźmie, ale już sama nie wiem.
Pierworodny, rozmawiając z bratem, na pytanie, czy rozmawia z mamą odrzekł, że się odezwie :)
No i cisza w eterze jak makiem zasiał...
A może to ja już ze szczętem ogłuchłam?

Ale i tak, jest cudnie.
Ogarnęłam Notre Dame do końca i...
Mam takie samo uczucie jak do polskich seriali.
Amerykanie robią to lepiej.
Tym niemniej pozostaję z uczuciem, że zdążyłam zobaczyć Paryż.
Mój Paryż.
Wszystko inne to iluzja.
I fatamorgana...

czwartek, 20 października 2022

Na pysk

 padam, Kochany Pamiętniczku...

Z hukiem.

Cztery dni przepracowałam ciurkiem i już sama nie wiem, czy się tak zestarzałam, czy roboty wciąż w chuj.

No, dodatek był, pani M. na moje protesty powiedziała, że to tak jak budowlanka. Z tym że budowlanka to góra 4 strony, a  to były 32 strony, razy dwa to już 64. I to robione w dwa dni, oprócz normalnego zapieprzu, też od poniedziałku. I jeszcze pół warzywek, bo akurat na delegację pojechały...

W międzyczasie mail od Bossa, że literówkę znalazł. Nosz, kurwa, więc zapieprzam i faktycznie, na 4-stronicowy artykuł jest jedna literówka. Idę się powiesić.

Kilka godzin później wywiad Bossa i ministrem. W wywiadzie info, że cena prądu zamrożona na 785 zł za kWH...

Coś mi nie pasuje...

Podkreślam i piszę, że chyba za MWh.

Zero reakcji.

A ja, kurwa tego nie muszę wiedzieć, ja tylko kropki i przecinki, literówki i ortografy.

Żadnego dziękuję, a chyba to większy kiks niż moja jebana literówka w takim tempie? 

Bo ortografy wyłapałam, a trochę ich było, jak na przykład gródka. No cóż, wojsko może wejść do gródka, ale ziemi to jest raczej grudka, co nie?

Dziś skończyłam o 18 i jednak poszłam na zakupy, bo gdzie mogę iść po ciemku, zastanawiając się, czy zawroty głowy to stres, zawał, zmęczenie czy gorąco w markecie.

A, na coś w końcu trzeba zejść.

W sumie zostało mi jakieś 14 stron jutro, małe miki, problem tylko z tym, że nie wiem, kiedy to dostanę, ale luz, dzień gospodarczy sobie zrobię, na spokojnie chatę ogarnę.

A w poniedziałek tylko wstępniak - w sumie jakieś 15 minut pracy i kilka godzin czekania, ale są nowe seriale, więc spokojnie. 

A potem wolne, i wezmę pierwszy tydzień listopada urlop i w dupie będę miała wszystko przez dwa tygodnie.

Może się ogarnę wreszcie i nawet do lekarza dokulam.

I nie, nie będę dbała o zdrowie chodząc na kijkach, a już na pewno nie na parkrunie. 

L.już mnie co dzień egzaminuje, czy chodzę. No cóż, pracuję na etacie i nie ma tak, że mogę sobie wyjść kiedy chcę, nawet jeśli mam home office.

Zresztą nie pozwala mi na to uczciwość.

Na FB się dziś zaprezentowałam, czego zazwyczaj nie robię, bo nie warto się kopać z koniem. W sprawie pana Jerzego Stuhra, że w stanie wskazującym jechał. To, co wrzuciłam dla znajomych, nie budziło żadnych obiekcji, bo moi znajomi to normalni ludzie są. Poukładani i z olejem w głowie.

Za to na grupie broniącej rodziny Stuhrów i na innych, gdzie ośmieliłam się stwierdzić, że prawo jest jednakowe dla wszystkich, zostałam opluta, postawiona pod ścianą, uznana za pierdolonego pisiora i zmieszana z błotem.

Nie wzruszyło mnie to absolutnie, albowiem nie będę się zniżała do poziomu półgłówków. Ludzie, nieznający mnie absolutnie, nieczytający do końca postów, wiedzą wszystko o mnie, o moim życiu i o moim zachowaniu na postawie zdjęcia w tle. No cóż, taką mam fantazję, żeby takie zdjęcie wrzucić, bo jestem na nim cała ja.

Tak, pokazuję fuck you.

Tak, mam za plecami napis no entry.

Ale nie złamałam wtedy żadnego przepisu, złamałam sama siebie. Pokonałam prawie 400 stopni, wchodząc na wieżę w Warwick, schodami tak wąskimi, że czasem musiałam pokonywać je bokiem (ma się te gabaryty), gdzie można było iść tylko do wyjścia, nie można było się cofnąć. Przede mną kroczył Baran, z satysfakcją fotografujący mnie, czego delikatnie mówiąc, nie lubię. Na samej wieży trzymałam się kurczowo ściany, nie podchodząc do murku, albowiem podłoga była z lekka pochyła i miałam wrażenie, że zlecę. Kiedy już zlazłam, pokazałam fotografowi brzydki gest, który w naszych układach jest pełen czułości.

Więc nie, nie wlazłam tam, gdzie nie wolno. 

Ot, cała bajka.

Moja bajka. I tylko moja. 

I zdania nie zmienię. Dura lex sed lex. Tak samo potępiam rządzących, jeżdżących po alkoholu, jak i przeciwników rządu, chociażby najświętsi byli i najlepsi na świecie.

Eks, niepijący do bólu, abstynent wzorowy (dlatego za niego wyszłam, bojąc się losu mojej matki), dał się kiedyś skusić na  pół lampki koniaku na jakiejś imprezie. Ciotka Klotka z rodziny zażyczyła sobie podwózki do domu, właśnie od Eksa. Odmówił, zamówił jej taksówkę (za komuny to był cud, ale teściowa miała zaprzyjaźnionego taksiarza), naraził się na wykreślenie z testamentu, ale nie pojechał. Pił, nie jechał...

Nie tak, jak ja :) 



Ale oj tam, oj tam, samoloty tak nisko nie latają, drony też :)



wtorek, 18 października 2022

Zdziczałam

 i zdziwaczałam, Kochany Pamiętniczku. Poniekąd, niezaprzeczalnie...

Ale ab ovo usque ad mala...

L. poznałam gdzieś w internetach, jak wiele osób w moim życiu. Jechała do mojej wioski kilka lat temu i chciała się spotkać, bośmy z tej samej branży, a nam się dobrze gadało. I w momencie, gdy się umawiałyśmy (jechała do koleżanki), klops, bo napisałam, że niedosłyszę. A ona ma przykre doświadczenia z mężem, który ma wszczepiony implant.

Więc jakiegoś wielkiego entuzjazmu nie było, ale o dziwo, spotkanie okazało się udane, no i jakoś to leciało, choć nie spotkałam się już nigdy z A., koleżanką L.,  chociaż ta nalegała... Nie ukrywam - mea culpa, ale... nie lubię dzieci, a A.miała ich wtedy sztuk dwie, z tym jedno na cycku jeszcze.

W międzyczasie L. rozwiodła się, z przeszkodami to trwa do dziś, poznała T. i zakochała się w bieganiu.

Pisze, że będzie 14 w mojej wiosce, bo biegnie w maratonie. Czy się z nią spotkam? OK, nie widzę przeszkód, choć kontakty na MSG są takie, jak nie lubię, bo nie rozmawiamy, ale co kilka godzin jest suchy komunikat. Ja tam albo gadam, albo siedzę cicho na dupie, ale OK ;) 

W praniu już nie było tak ciekawie. Okazało się, że primo po pierwsze T. nie dojedzie, bo nie puszcza go szef (L. jedzie do mojej wioski z drugiego końca PL, T, z DE). Primo po drugie, L. nie ma z kim zostawić siedmiolatka, bo eksmąż powiedział nie, więc bierze go ze sobą. No a kwatera za 300 zł na noc to jednak przekracza jej finanse.

Cóż było robić, mówię OK, tym bardziej, że miała być tylko jedna noc, odbiór pakietu maratonowego.

Ale jak to mówią, życie płata niespodzianki.

Przyjechali, poszli do ZOO, nie pytając i okazało się, że poruszanie się po mojej wiosce to wyższa szkoła jazdy przez remonty, że nic nie jedzie, a jak jedzie, to nie wiadomo gdzie i za ile :)
No to minął mi dzień na czekaniu, ale OK.

Dojechali,  rączka, rączka, buzi, buzi, okazuje się, że z idealnego siedmiolatka niezłe ziółko jest, nie można słowa zamienić.
Więc dostaje mojego starego iPada, żebyśmy mogły chociaż ogarnąć tę kuwetę. Nie, nic nie zepsuł, ale poszły moje aplikacje, długo zbierane punkty, a ekran, gdy już go odzyskałam, wymagał długiego czyszczenia - nie mam zielonego pojęcia, czym go wysmarował, bo ja po miesiącu używania nie mam mojego w tak tragicznym stanie. Nevermind.

L. jest maniaczką biegania, jak wiadomo, przyjechała na maraton. I bieganie ma we krwi i...

Jak każda nadgorliwość prowadzi to do faszyzmu. Parkrun w naszym lasku, w sobotę, musiał być zaliczony, bo cała Polska biega z nami, o tej samej godzinie.

Cóż było mówić? Paweł ani pisnął, Wrócił do siebie i czapkę nacisnął. 

Wstałam o nieludzkiej porze, zestresowana jak cholera, bo mój organizm ma swój rytm, cykl, tak, na sikanie i sranie, wolną łazienkę, a obawiam się, że wyjście bezcyklowe może się w moim wieku zakończyć katastrofą... No nic, poradziłam sobie... Doprowadziłam ich na miejsce, bo i "syn uwielbia bieganie" (sądząc po awanturze o buty, skarpetki i inne  takie tam nie do końca prawda). Owszem, towarzystwo i organizacja super i hi-hip, hurrra, ale... Ja od wieków nie byłam na kijkach, cały tydzień spędziłam przy biurku, a poza tym moje zawroty głowy... Ale co tam... 5 km w trzech okrążeniach, zagrały trąbki ruszyłam, pewna, że idę szybko, ale gdy po jakichś 10 minutach zaczęli mnie mijać biegacze, wykonujący już pierwsze okrążenie, zaczęłam się stresować... Dochodząc do końca pierwszego okrążenia, czerwona jak burak i z cieknącym na maksa soplem pod nosem, stanęłam, bo nie miałam w kieszeni chusteczki i musiałam zdjąć plecak. I cudnie: kto leciał, pytał, czy nie pomóc, co moje ciśnienie windowało na szczyt... Rozumiem, że takie są reguły parkrunu, ale ja jestem samotnym białym żaglem w morza toni... Gdy doszła do mnie straż tylna, powiedziałam, że nie chcę angażować karetki i spieprzyłam z parkrunu, zła i wściekła, bo za moment wpadali na metę biegacze po 3. okrążeniu...

Nigdy nie byłam fanką gier zespołowych i takich działań, choć L. tłumaczyła mi, że ona i 2 godziny czekała na mecie na resztę uczestników parkrunu. Mnie to nie bawi, a szybciej nie polezę, bo wykorkuję. Tego dnia w sumie przeszłam "na liczniku" dokładnie 18 444 kroki, nie czując zmęczenia, więc nie jest ze mną źle, bo i po domu nadreptałam, ale... Parkrun to nie dla mnie, to nie są moje klimaty, a co się nasłuchałam, to ojapierdolę. I wstawać w sobotę o 6, żeby się ogarnąć na to? Bez Manhattanu? Nie, nie, nie... Mam inne priorytety w życiu.  Bawią mnie, są moje. M., syn L., wracał do domu dalej produkując bunt siedmiolatka.

Wreszcie udało jej się umówić z A. i ruszyłyśmy w wioskę.

A wioska


przecudnie jesienna (tu kościół dominikanów, akademicki, gdzie chodziłam na msze)






Hanka, w której spędziłam ostatni rok studiów, pomnika ani restauracji nie było, a to okno nad drzwiami to okno mojego pokoju, ile marzeń, ile wspomnień...

I tak szliśmy, a M. szalał, włażąc i skacząc na wszystko, udając, że się rzuca na jezdnię, L. była jak skała, a mnie ciśnienie rosło i rosło... Cóż, ten model tak ma...

Poszłyśmy do Zielonej Werandy na obiad, bo mnie się nie chciało gotować, a i karmienie M., który jak i moje wnuki: to je, tego nie ruszy, a jutro na odwrót - przerastało mnie. Przynajmniej ja zjadłam coś dobrego, czego sobie sama nie zrobię


Frytki rządzą i wymiatają, podesłałam już I., może się tam całą rodziną wybierzemy :) Tylko tym razem zamiast burgera wołowego wezmę wege, wołowina była lekko twardawa, aczkolwiek dało się ją zjeść.

Dobiła A., z kolejnym siedmiolatkiem i poszliśmy na plac zabaw koło Śródki, gdzie rzeczone egzemplarze poskakawszy niecałe pół godziny chciały do domu... Bo się nudzą. Kurwa, na placu zabaw, z urządzeniami, o których moje dzieci nawet w snach nie marzyły...

No nic, poszliśmy dalej, w stronę słońca






aż po horyzontu kres, dotarliśmy na Za Groblą, a tam



oprócz latarnika i Łukasiewicza było WIELKIE ODKRYCIE (i dobrze, że nie mam czasu codziennie tam dojechać, aczkolwiek autobus tam MAM).






Cukiernia BEZA. 

Nie mam na to słów. Aczkolwiek jestem fanką bezów od dzieciństwa, to ta cukiernia to GRZECH.

I tyle w temacie.

 Kto chce, niech googla, smaku się nie da wygooglować, zwłaszcza bezy z karmelem :)

A.odwiozła nas na moje włości, posiedziała, szczepki zabrała, małolaty znów zgwałciły mojego iPada, starego na szczęście...

A L. oznajmiła, że chciałaby biec w maratonie.

No ale kto zajmie się M.?

Wzdech. Podjęłam się tego zadania, cóż miałam rzec?

Jedno wiem, nigdy więcej nie zaopiekuję się cudzym dzieckiem.

Choćby było zachwalane pod niebiosa i najcudniejsze.

L. wie, bo nie owijałam w bawełnę.

Reasumując: współczesne dzieci są pojebane. Nawet ich rodzice nie dają sobie z nimi rady.

Moje dzieci były w tym wieku, mimo szaleństw i wariactw - idealne.

Reagowały na nakazy, zakazy i uwagi.

Obecne pokolenie nie (stwierdzam po dziecku i A,. i L.). 

Mają wyjebane, są głuche (ja, głucha na dźwięki reaguję, one na dźwięk swego imienia głuchną) na wszystko.

I nie, nie mam ochoty na kolejne przerabianie skakania po moich meblach i drżenia o badyle, durnostrojki i inne takie tam.

Na odpowiadanie za złamany kręgosłup, gdy delikwent znienacka wykonuje salto, przechodząc z pokoju do przedpokoju.

Na znajdowanie suchej kromki chleba i zaschniętego sera tudzież brudnego kubka w suszarce, bo mama każe mu sprzątać po sobie.

Na wysłuchiwanie, co je, a co nie je.

O ile jestem w stanie znieść to u moich OSOBISTYCH wnuków, to dalej nie...

A...

 Podczas gdy L. biegła w maratonie, a M. nie wykazywał najmniejszego zainteresowania tym faktem, smażyłam naleśniki, jedną z potraw, które M. RACZY jeść na sucho.



Naleśniki były z bananami, a tyle zostało z mojego dżemiku z antonówki z borówką...

Nie żebym się chwaliła.

Pojechali w poniedziałek rano, bladym świtem, miałam takie zawroty głowy, że myślałam, że zdechnę (i dobrze, ale Inżyniera i Łobuzów trochę żal)...

I już nie wiem, czy jestem na coś chora, czy za dużo stresu...

I jeszcze mam się z przyszywanym wnukiem w niedzielę następną spotkać...

Kurwa.

Poniedziałek minął w miarę,mimo zdychania, dziś 10 godzin pracy non stop, piszę, bo mnie to uspokaja, gdzieś żółci muszę utoczyć...

Jak bardzo w skali od 1 do 10 jestem kretynką?

A, pomieszałam tabletki uspakajające z winem.

No dobra, tabletki wzięłam bladym świtem, a wino piję do pisania.

A za oknem jesień już...



całą gębą :)

I nie, nie będę systematycznie chodziła na kijki.

Nie pójdę do lekarza, by wykonać wszystkie badania, łącznie z cukrem i innymi takimi tak.

My home is my castle.

Jestem szczęśliwa w nim, nic mi nie dolega.

Mam się wstydzić, że nie lubię cudzych dzieci, zachwalanych jako idealne?

Mam się czuć winna?

Niech ktoś we mnie rzuci kamieniem...

Przyjmę z pokorą, widocznie zasłużyłam na to :) 


UPDATE

Złe w państwie duńskim okazało się walką na szczytach. Władzy, of course. Więc może przeżyję, wg listu przewodniego, o ile mnie nie zabije proza życia.

Alarm odwołany, na razie, chyba że mnie szlag tak jak AS w zeszłym roku.

No cóż, bywa i na słuzbie...