środa, 23 sierpnia 2023

Cud

 Kochany Pamiętniczku, że nie zwariowałam jeszcze do reszty.

Jednak moja praca jest zabójcza, ze względu na jej (dez)organizację, co przyznają wszyscy.

Może i oni są zapracowani jak te mrówki, ale u mnie 80% czasu to czekanie i to w sumie czekanie nieopłacone.
Dziś myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, z trudem dotrwałam do końca. 

A, rękawów sobie nie wyrywałam, to nie ulega wątpliwości, ale czasem wolałabym załatwić wszystko w dwie godziny, bo tyle realnie zajęła mi praca, a nie tracić na to godzin 10.

No cóż, morda w kubeł.

Ale gacie opadywają, jak dostaję non stop teksty, że fun shop... Kurwa, wiem, że to marketing, ale oni mają pensje co najmniej 3 razy takie jak ja. Pytam, za jakie grzechy. Nie mamy fun shopu, ale fan shop - dla naszych fanów. I nie mamy fun club, ale fan club.

To wiem nawet ja, która nawet koło języka angielskiego przez swą głuchotę nie stała :) Jak ktoś do mnie w tym języku mówi, to ja ani be, ani me, ani kukuryku, no poza podstawowymi zwrotami, ale ludzie...
Błędy w języku pisanym, tzn. literówki widzę od razu.

I poprawiam, poprawiam, bo nawet nie znając języka wiem, że corss to coś nie tak, że chodzi o cross. A w takich z kolei błędach lubuje się moja ukochana technika...

Dobra, SJ, numer poszedł do drukarni, oddychaj w tytkę i miej wyjebane, będzie ci dane.

Do 4 września nawet na pocztę nie wejdę, jak ktoś chce, niech mnie szuka.

Mam wyjebane. A urlopu nie mogę wziąć na dłużej, bo a jakże, ekstrasy będą, a że się przesuną, znów będę szukała seriali...

Mam prawie cały urlop za ten rok, ale nie mam jak go wypisać, godziny na ten miesiąc mam wyrobione, z nadgodzinami, których nigdy nie odbiorę i nawet nie zapisuję, szkoda nerwów.

Ale jakby nie liczyć - 12 dni wolnego, kiedy wszystko mogę, nic nie muszę.

I tego się trzymajmy.

Wczoraj z rozpaczy i wściekłości na to czekanie pomyłam okna w kuchni i w małym pokoju - no dobra, nie do końca są dopieszczone, są smugi, ale jebać to. Nie ma tej warstwy kurzu i cętek z brudu i deszczów. Jest cudnie, wieczorem mam wrażenie, że jak wyciągnę rękę, to przejdzie na wylot. Został duży pokój, ale nic na siłę, wszystko młotkiem :) Przyjdzie i na niego pora. 

A w języku teściowej niespodziewajka rosła - zobaczyłam, jak zdjęłam doniczkę z parapetu, bo rosła sobie w stronę okna :) 


Jakieś sierotki bratki, cholera wie skąd sobie tam znalazły mieszkanko :) Fajnie pachną, czuję to, znaczy się, żaden wariant COVID-19 z tych nowych się nie przypałętał.

Aczkolwiek po tej łaźni w korku w Inżynierowym samochodzie zaatakowała mnie opryszczka wczoraj (mam tak po przegrzaniu się i po przemarznięciu), ale gdy miotałam się, wściekła, że nie mogę wyjść do apteki, smarując ust korale czosnkiem, co pomagało jak umarłemu kadzidło, dobry duch mego życia kazał mi zajrzeć do lodówki, a tam na półce z lekami leżał hascovir i tralalalala, ważny do grudnia. Napoczęty, ale zadziałał błyskawicznie, więc już nie miotałam się, a i opryszczki nie mam :) 

Zovirax i inne cuda na mnie nie działają hascovir jest genialny :) 

A dziś rano lecę po gatki do szafy i co ja paczę? Pod beniaminkiem się rozgościł


pachniał nieziemsko, grzybowo, tak się kończy ekologiczny tryb życia i podlewanie wszystkiego wodą po płukaniu warzyw :) 

Na balkonie mam trzy krzewy dupomirków, właśnie kwitną, może zaowocują, może nie, zależy jaka będzie pogoda, ale i tak cieszą :)
Grzybki oczywiście zostały eksmitowane, nie znam się, pewno pieczarki, ale strzyc się należy u fachowca, więc nie ryzykowałam dodania do jajeczniczki :) 

Z Manhattanu przywlokłam znów dupomirki, bo Pan od Pomidorków ma promocję, grzech nie skorzystać, dorwałam też węgierki, więc trochę czekania urwało mi przygotowywanie ich do smażenia, ale oj tam, oj tam, człowiek musi się jakoś rozerwać, co nie? Kto bogatemu zabroni :P 

A jutro pójdę na Manhattan posuwistym krokiem, nie patrząc na godzinę i mając wyjebane na to, że dochodzi 9. 

A, taki tam luksus.

Potem muszę ogarnąć jakieś kolędowanie po sklepach w poszukiwaniu okryjbidy na ten zjazd, nie za bardzo mam na to ochotę, ale cóż, jak mus to mus.

A, i wracając z pizzy na włościach przejeżdżałam obok


starych śmieci, już nie wyglądają tak, ale ku pamięci: tu minęły najszczęśliwsze moje lata pracowe, nie licząc oczywiście filii w BG AR...

To se ne vrati, c'est la vie.

A G. poromansował ze mną na MSG, na WA przesłał mi fotki, z notką, że podobałam mu się wtedy:


 - kto zgadnie, gdzie SJ na tej fotce jest, że też nie wiedziałam wtedy, że mam branie :) I tak przeglądam tę fotkę, nazwisk niewiele pamiętam, ale imiona tak. Jak wybiórcza jest pamięć. I jest tu chłopak, z którego żoną jakimś dziwnym trafem nawiązałam kontakt i to fajny na FB, chociaż jej nie znam osobiście, a on już nie żyje... Jak to się dziwnie plecie, co nie?

I że ma w szpargałach 

 


 


laurkę malowała moja Mama, malowała takie cuda, na wesela, na chrzciny, na komunie. 

Namalowała też święty obraz (kopia - nie mam zielonego pojęcia, jakiego mistrza, na którym była święta rodzina), wisiał u rodziców nad łóżkiem, ale nie było to mistrzostwo w kopiowaniu i... wywaliłam kiedyś. Mam gdzieś zachomikowane kotki jej autorstwa, miała je na ścianie jej siostra, ale to też jest - patrząc w kategoriach bez pochlebstw - bohomaz. I tak wyląduje na śmietniku, jak odejdę, bo chłopcy nawet nie wiedzą, że to ona malowała, nie wieszałam na ścianie, zaraz po przywiezieniu z K. 

Niech leży, wywalając będą mogli na mnie psioczyć.

I tak sobie pogawędziliśmy, przy czym przyznał się, że jest absolutnie nieinternetowy.

Poszłam spać, nie żegnając się, bo taka już messengerowa netykieta, to nie nieodżałowane GG :) 

(Najbardziej brakuje mi ikonki <sex> z tego ustrojstwa, załatwiała wszystko, Inżynier do dziś pisze do mnie <przytul> i <głaszcze>, Sikora też mnie <głaszcze>, ktoś pamięta te kultowe ikonki, bo ja tak i za nimi tęsknię, wtedy wszystko było prostsze.)
A on jeszcze pisał, z czego wnioskuję, że albo jest nocnym markiem, albo nie musi wstawać do pracy, a ja muszę :P 

A na wieczorne refleksje odpisałam rankiem, że dla mnie wczoraj to historia, jutro to tajemnica, a dzisiaj to dar. No i wziął i znikł...

W międzyczasie Inżynier, będący na bieżąco, zaczął się o matkę niepokoić, choć latami powtarzał, że matka wolna jest i niech robi co chce :)

Nawet na Barana nie protestował, na randki, spotkania, wyjazdy, rozjazdy, szaleństwa, bo były - a wręcz przeciwnie, popierał, a nagle zaczął się stawiać i obawiać o moją cześć niewieścią, choć zabawa nie wyszła jeszcze za komunikator :) 

No i dobrze, że znikł.
Na serio nie kręci mnie wspominanie tego, co było i rozważanie, że zmieniliśmy się bardzo.
No cóż, dla mnie ważne jest dzisiaj i dożycie jutra.

Może też być opcja, że lubi PiS i przestraszył go mój wall.

Nie szkodzi :) 

I właśnie zewsząd wyskakują mi wiadomości, że katastrofie uległ samolot, którym rzekomo leciał Prigożyn.

Życie pędzi coraz prędzej.

Banda z włości baluje nad morzem.

A ja, wbita w kąt...

Dobra, oddycham w tyteczkę, odreagowuję kolejny numerek ukochanej gazetki.

Czekam na ochłodzenie, na jesień, na tę pogodną, polską jesień, na dobry los, dobre dni i na jutro.

I tak da capo al fine...


niedziela, 20 sierpnia 2023

Jeżu

 kolczasty, Kochany Pamiętniczku :)

Sobota minęła spokojnie, aż tu pod wieczór wyskakuje mi na MSG wiadomość od Grzegorza. Takie ą, ę, bułkę przez bibułkę i że cytuję: Przepraszam, że przeszkadzam ! Jestem Grzegorz K. uczeń Twojej Mamy. Mieszkałem w Cegielni i naprawiałem samochody Twojemu Bratu Pawłowi. U Pani H.j bawiłem się z Tobą pod stołem. Czuję jakąś wewnętrzną potrzebę kontaktu z Tobą. Oczywiście nic na siłę. Faceboka mam od Tygodnia i nie specjalnie się w nim czuję. Uwielbiam Whats App, bo jest dla mnie najprostszy. Ładne zdjęcie masz z rodzicam. Jacy Oni młodzi tu są. Czas niestety, zbyt szybko płynie. Pozdrawiam serdecznie.

Akurat Grzesia dobrze pamiętam, choć tej zabawy pod stołem nie, ale nie bawiliśmy się jeszcze wtedy w doktora :) Jest ode mnie 3 lata starszy i jego klasę najlepiej pamiętam, bo przesiadywałam w niej, jak mama miała z nimi lekcje, a nie miała mnie z kim zostawić. Byłam grzecznym dzieckiem (czasami). Kilka lat temu odezwał się do mnie na FB chłopak z tamtej klasy i mówił, że Grześ mnie szuka, ale... chciał dzwonić. Powiedziałam, że dam maila, ale nie chciał go przekazać i sprawa umarła śmiercią naturalną, ale jak widać, Grzegorz zaczął powoli oswajać internety. Odpisałam, poprosił o telefon na wszelki wypadek, no i na razie zobaczymy. Nic na siłę, wszystko młotkiem. Synowa pyta, o czym będę rozmawiała z kimś, z kim przez ponad pół wieku nie miałam kontaktu. No i? Jak się nie będzie kleiło, to się nie sklei, mnie to rybka. Ale miłe, szalenie miłe, że ktoś po tylu latach pamięta jeszcze moich rodziców i mnie...
No a w tę niedzielę pojechałam na włości na tę pizzę, bo Inżynier robi genialną. Ja się w życiu nie zhańbiłam pizzą, może kiedyś kupiłam gotowca, ale żeby się bawić w swoją, to nie. Nie jestem fanką tej części włoskiej kuchni i makaronu, zjeść, zjem, ale żebym nie musiała robić. A dziecko sobie zażyczyło do kamienia do pizzy, który dostało w prezencie na Gwiazdkę specjalnych łopatek do pizzy i takie ode mnie dostało :) 

Jechał do mnie i nie zauważył, że w odwrotną stronę jest megakorek, no cóż, upał... Twierdzi, że jak jechał po mnie, to korka jeszcze nie było. I utknęliśmy, nawigacja też milczała jak zaklęta, wciąż z nią jeździ właśnie na taki wypadek i tylko dobry los sprawił, że jednak nasz zjazd był otwarty, bo gdyby nie, to musielibyśmy kilka kilometrów jechać płatną autostradą (tak, tak pisiory obiecały bezpłatną, ale jest jak jest). I takie dwa wiadukty minęliśmy, wlekąc się żółwim tempem, co mnie rozśmieszyło, a dziecko mnie mitygowało, że remonty są potrzebne. No są. Ale ekipa pomarańczowych akurat w cieniu cała stała, patrząc z politowaniem na tych, co w korku. I tych dziecko tłumaczyło, że może przerwa na lunch, że może czekają na sprzęt albo na materiały. 

Ja tam taka łagodna i wyrozumiała nie jestem.


Potem wyściskana nawet przez Kalafiorkównę, o Alienku nie wspominając, spędziłam miłe popołudnie. Na pizzę dojechał jeszcze Z. ze swoją flamą, bo po klucze wleciał - będzie ogarniał sierściuchy, jak oni wyjadą. Mnie uratowała właśnie praca, bo przenieść się musiałabym z drukarką, bo to firmowy sprzęt i nie da się do niego podłączyć innej drukarki bez hasła. Za co dzięki niebiosom i partii, bo ogarnianie sierściuchów to dla mnie średnia zabawa, a i moje badyle w tym czasie padłyby od upału. Nie ma tego złego... :)

Zaproponowali mi podwózkę, bo chciałam wracać autobusem, ale podziękowałam. Z. ma jakieś małe, dwudziestoletnie autko, jeździ jak wariat, a na dokładkę bierze leki, po których nie powinien prowadzić. Raz z nim jechałam i w miejscu, gdzie 3 dni temu był wypadek, o którym mu mówiłam i ograniczenie prędkości (gość się właśnie dlatego rozbił, że jechał jak wariat), Z. dodał gazu i jechał nieprzepisowo. Sorry, Winnetou, śmierć to małe miki, ale wylądować na wózku? Jako że już wiem, gdzie jedzie autobus, PEKĘ odzyskałam, to mimo obaw rodziny, że zabłądzę, umrę z upału, że dojadę do Berlina, zamiast do wioski, zaryzykowałam, pomaszerowałam lewa, prawa, wysyłając im fotki, że wiem, gdzie lezę. Dolazłam, sporo za wcześnie, ale to nic, stanęłam nieopodal przystanku w cieniu i dotrwałam. Autobus miał klimę, huuuurra, miejsce moje ulubione, na przodzie i pod klimą było moje, bilet kosztował 2,27... W słuchawkach leciała muzyczka, picie miałam, więc do domu dotarłam. 1,5 godziny, ale sama i bez szwanku, jestem z siebie dumna jak paw :) Będą ze mnie jeszcze ludzie.

Pizza była przepyszna, jak zawsze 


tylko zapomniał o szpinaku, a zorientowałam się dopiero przy przedostatnim kawałku, ale może to i lepiej, bo szpinaku nie powinnam jeść.

A dąb Alienka żyje i ma się dobrze, nawet mu to przygryzienie posłużyło, nie wiem, czy to, czy też fakt, że ma swobodę, bo rośnie w ziemi, więc ma duuużo miejsca na korzenie. Ma kilkanaście liści, w doniczce miał marne 3. A i - prowizorycznie, ale zawsze - Inżynier zabezpieczył go choć tak :) 

 


 

No i teraz rozpuszczając się powoli, czekam na jutro, wciąż nie wiedząc, ile dni będę jeszcze pracować.


 

piątek, 18 sierpnia 2023

Od rana

 znieczulam się muzyką, Kochany Pamiętniczku.

Moje bulgotanie w uchu (choroba Meniere'a) staje się coraz upierdliwsze, ale dzięki muzyce da się z tym żyć.

Słyszę muzykę, nie to jebane bulgotanie wody w strumyku po kamieniach. W zasadzie nie za bardzo wiem, jak ta woda bulgoce, ale tak mi się to kojarzy.

Do tego dochodzą piski z wahań ciśnienia i można naprawdę ocipieć.

A dziś jeszcze wariatkowo pracowe się włączyło i tylko ta muzyka w słuchawkach pozwoliła mi dożyć do napisania tej notki, aczkolwiek zmęczona jestem tak, że nie wiem, czy uda mi się zasnąć.

Różnych w życiu miałam szefów i jedno wiem - najgorszym szefem jest mężczyzna z andropauzą. Tego żadna baba nie przebije, nawet najgorsza jędza.

W Auschwitz takiego miałam i wrogowi nie życzę. W latach transformacji awansował na szefa fotoskładu, bo miał chody w drukarni. Zielonego pojęcia nie miał o pracy. Kiedyś gdy odwalający za niego wszystko grafik poszedł na urlop, o mało nie oszalał, bo nie umiał zapisać słowa "marzec" na okładce. Wychodziło mu "maryec". Uchroniłam go przed zejściem na zawał, ale nie wiedział jak wpisałam to zasrane r... 
Myślicie, że docenił? Nie, gnoił mnie dalej, bo mógł. To były czasy, kiedy nie miałam w domu neta, a odkryłam niedosłyszących w sieci - Kakafonię. Żeby mieć z nimi kontakt, przychodziłam do pracy godzinę wcześniej, żeby emilka skrobnąć. Gdy mu to przypasowało, z pomocą znajomego informatyka wyciągnął moje emilki z Kakafonii (nie z poczty), wydrukował i polazł do góry, by pokazać, że SJ nie pracuje. 

Taki, kurwa, cwaniak, a nie wiedział, czym się różni klawiatura programisty od maszynisty.

I gdzieś w czeluściach mojego pierdalnika mam wydruk, że mam jeszcze raz przeczytać "artykół", bo robię dużo błędów :)

Gość już po czterdziestce, ćpał i pił z małolatami, zdradzał żonę, wszystkim się chwalił i był bogiem do chwili aż się czasy zmieniły, pomagający mu grafik poszedł w siną dal, a on spadł na stanowisko magazyniera. Nie wiem, co dalej, rybka mi to. Gdy odeszłam z Auschwitz, był już FB, przysłał mi zaproszenie, czym prędzej go zablokowałam.

W moim życiu nie ma miejsca na zwykłe kanalie.

Niektórzy z Auschwitz, z tych, co odeszli, wciąż mają z nim kontakt. Nie odczuwam takiej potrzeby.

Kolejnego z andropauzą mam właśnie na tapecie. I nawet mi się już nie chce o tym pisać, bo po co?

Ale coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wszystkie moje dolegliwości fizyczne mają podłoże somatyczne. W momencie, kiedy zaczynam pracę w ukochanej gazetce, moje ciśnienie  wpada w szał, skacze od granic najwyższych do najniższych, za nic ma mój zdrowy tryb życia i wyczynia takie hołubce z obrotem i przytupem, że ojapierdolę.

A wczoraj już żegnałam się z tym najlepszym ze światów, mając wszystkie objawy klasycznego zawału i nie mając prawa przeżyć, ale cóż, pomyślałam, że co najwyżej biedny Inżynier, zamiast pomykać nad morze w aucie bez klimy (bo im się nie opłaca naprawiać), z rozkoszą będzie siedział w kostnicy... W chłodku :)

I co? I guzik, rano wstałam nówka nieśmigana i na Manhattan poleciałam. Co nie zmienia faktu, że gdy rozkręciła się karuzela, ja, pracująca znów czułam, że zdechnę, tym bardziej że w tym upale nogi mam grubsze niż słoń.

A pod koniec szalonego dnia okazało się, że Boss, który przedłużył (sic!) wysyłanie ukochanej gazetki do drukarni o dwa dni, nagle zażyczył sobie zamknięcia I składki dziś, a biedna DM napisała mi, że miś jest bardzo zły dziś...

Nosz, kurwa, miś ma właśnie andropauzę i przez niego, zamiast mieć 4 dni wolnego z moich pierdolonych nieodebranych nadgodzin, na jego "prośbę" kiblowałam w poniedziałek nad tym, co mogłam spokojnie ogarnąć w środę...

A dziś kiblowałam, bo ON może.

Więc tak, w moim referendum pytanie brzmiałoby, czy facetów z objawami andropauzy wysyłać na emeryturę.

Żeńska menopauza to przy tym małe miki.

A, nieważne.

Wracając do naszych baranów - napisałam do D., dzięki za wszystkie rady i to bardzo. A to znów temat na nową historię, bo wysyłam SMS, a mi znów wyświetla "niedostarczone". WTF? Płacę za nowy numer, doładowuję go tylko dlatego, żeby mieć z nią kontakt, bo mój telefon niechcący zablokowała, a nie umie odblokować...

I znów niedostarczone.

Wzdech, wydech, wzdech.

Analizuję. Brak sieci. Jaki, kurwa, brak sieci, jak mam środki na koncie, co sprawdzam online...

Wzdech, wydech, wzdech.

Inżynier uczył, że wszystko się restartuje. A ten ajfonik leży i nic nie robi.

Więc restart i YES :)

Mam sieć, SMS idzie, D. momentalnie odpisuje, że odezwie się z lepszymi nowinami.

Wiem, że lepszych nie będzie, ale wiem też, że ona wie, że nie zapomniałam o niej.

I o to chodziło. Nie jojczyłam, nie pisałam, że będzie lepiej, że sranie w banie.

Walczy dzielnie od ponad 3 lat. Nie potrafiłabym tak, poddałaby się na starcie, właśnie po to, by nie przerabiać tego ostatniego etapu.

No cóż, każdy ma swoje piekło. Nie zgadzałyśmy się w zasadzie nigdy. Zawsze mówiła, że zbyt pobłażam moim chłopakom, pozwalając im na życie w ich sposób. Sama swoim córkom, bliźniaczkom notabene, chciała układać życie na swój sposób. Wiały po całej Europie... Nie wiem, jak teraz, kto się nią opiekuje, bo córek, z tego co wiem, na miejscu nie ma. Obrywałam od niej, bo lekkomyślnie wydawałam swoje mizerne finanse na zabawki. Złoto kup, złoto, mam pierścionek z wyprzedaży... Co ci z tej elektroniki przyjdzie... Kolejny złoty łańcuszek i oszczędności takie, że nowy samochód kupi, a ja co? Nic. I bezgraniczne uwielbienie dla PiS i Macierewicza, o mało mi ślepków nie wydrapała, gdy się z niego śmiałam, bo jak to, taki mądry człowiek.

I wieczne strofowanie, że ja taka gruba i o siebie nie dbam, a ona, proszę, kilogramy gubi i jest jak panienka. I jak ja mogę taka gruba się nie wstydzić.

Ale coś nas łączyło, dbała o mnie na swój sposób, dzwoniła, gdy trzeba było coś załatwić dzwoniąc.

Gdy zbierano na jakieś pierdalnięto firmowe, brała ode mnie dychę, mówiąc, że to starczy, że więcej nie trzeba (miała dostęp do ściśle tajnych list z zarobkami).

Pomogła mi, gdy zdychając na zawał wpadłam do redakcji, po otrzymaniu pisma, że komornik ściga mnie na 8 tysięcy (dla mnie wtedy, mającej na koncie debet to był Kosmos) za długi mojego zmarłego 10 lat temu brata... Zadzwoniła do komornika (nie był z wioski), rzeczowo go spławiła i pokierowała dalej...

Tak, wiele jej zawdzięczam, choć nie było nam nigdy razem po drodze i nigdy nie poszłyśmy na to wino, na które miałyśmy razem iść.

I już nigdy nie pójdziemy. 

U mnie wszystko jak dawniej...



Jesień na alejce wiodącej do Manhattanu coraz wyraźniejsza.

Cieszyły mnie te dni chłodu, choć martwiłam się o Pierworodnego, który w ogromnej burzy jechał do pracy... I powiedziałam mu wtedy, że go kocham. Bo kocham, co ja za to mogę?



W domu już też takie jesienne akcenty, choć jeszcze słoneczniki, więc niby jest lato ;) A zupka z kiszonej cukinii i papryki smakuje jak rasowa ogórkowa, więc w sumie...



Po drodze na Manhattan rośnie grzybów mrowie, ale że się na nich nie znam, to nie zbieram, a może powinnam?

Najlepsze na świecie mleko, na dokładkę w półlitrowych opakowaniach, idealnych dla singla, kosztuje jak za zboże, ale ja mleka nie piję, kawy ostatnio też nie, a pyry z nim to poezja :) Tylko że to mleko to takie cyk i znikł...


W aptece lizaka dostałam, przeterminowanego, ale jak napisała Zmorka na FB, dostałam, bo rokuję...

I tak mija dzień za dniem, a z litości zaprosili w niedzielę na włości, na pizzę we własnoręcznym wykonie Inżyniera.

Bo mnie dwie ominęły, tak wyszło.

A potem spadają, a jak wrócą, będzie się działo, oj będzie...

Ale trzeba jeszcze tego dożyć.

Zatem ciąg dalszy nastąpi, o ile autorka niniejszych wypocin dożyje...

 

piątek, 11 sierpnia 2023

No i cały

 pogrzeb na nic, Kochany Pamiętniczku. Długiego weekendu nie będzie.

I to nie z mojej winy, ale z pojebanej organizacji pracy.

Nawet emilka skrobnęłam do Bossa, że jak to, ja przecież dodatkowo dwa dni będę pracowała, że w tym tygodniu i tak siedzę w nadgodzinach, ale wszystko jak grochem o ścianę.

Ja pierdolę, będę później bimbała, niech mi ktoś słowo powie, to zamorduję. 

A ten El Komandante tabelki mi każe robić, żeby wiedzieć, kto pracuje.

No to robię, pracowicie, w Excelu. Dla mnie jasne: imię, nazwisko, tytuł wypocin, I korekta, II korekta.

Miałam wpisywać, kiedy robię I i II. No to wpisuję - 8, 9, 10 - dla mnie jasne - 8, 9, 10 danego miesiąca.

A ten geniusz organizacji tabelkowej odpisuje mi, czy to znaczy, że tekst ma 8 czy 10 stron.

Jprdl, co mnie strony obchodzą? Dostaję teksty w Wordzie, ustawiam sobie czcionkę tak, żebym widziała dobrze jako ślepa kura i nie mam zielonego pojęcia ile to stron, nie liczę nigdy ani na strony, ani na znaki ze spacjami, mam płacone za całokształt, a nie tak jak ludzie na zleceniach za zzs (znaki ze spacjami - 1800 zzs to standardowa miara, do tego odnosi się kwota, którą ustalają ze zleceniodawcą). Ja dostaję tę samą kasę, niezależnie od tego, ile gazetka ma stron i jebanych zzs.
Moja pierwsza szefowa podnosiła wielki alarm, gdy dostawała o 21.00 10 tys. zzs do czytania, a numerek musiał być o 22 w drukarni. Cała redakcja chodziła na palcach, a czytanie trwało w nieskończoność. Skład jej nienawidził. A ja, dostając o 21.45 10 tys. zzs spokojnie mówiłam: zaraz będzie i było. To 10 minut roboty, jak tekst dobrze wyczyszczony :) I mogli hałasować do woli, no może bez bicia w szamański bęben. Dlatego składacze z mojej historii zawsze mnie kochali miłością wielką jak cały świat.

Więc jak krowie na rowie odpisuję, że to daty, a ile to stron, to nie wiem, bo to Word, a nie złamane. Po złamaniu można tekst upchnąć na jednej stronie, albo rozwlec na pięć, zależy od talentu łamacza, od fotek, od wielkości czcionki...

Kolejny emilek, że mam do 12 napisać raport, ile dzisiaj zeszło.

Posyłam, ale dostaję zwrotkę, że nie wie, jak to ogarnąć.

Ojacierpiędolę.

Bo doszedł jeden tekst w międzyczasie i nie ogarnia.

Nie ogarnia, kurwa, jak wpisać jeden tekst w Excela obok nazwiska, które zna.

Więc mam dosłać Excela z uzupełnieniem.

Dosyłam, dla jasności zaznaczam dzisiejsze teksty kolorkiem.

Od tego Excela zależą losy tego, kto będzie miał wolny poniedziałek i długi weekend, a kto nie.

Już wiem, że ja nie będę, bo tekstów jest rozpaczliwie mało, z niektórych działów nie ma żadnego.

I wiem też, że poniedziałek to na straty, bo ci, którzy będą musieli pracować, rękawów sobie nie powyrywają.

I dlatego pracuję znów po godzinach, bo i tak czekam na maszynki, którym tym razem idzie jak krew z nosa, a muszą dziś jechać do drukarni. Pracuję w czynie społecznym, pomna nauk babci, która mówiła, że co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro. Mądrą kobietą była, dobrze mnie uczyła :) 
Tym pięknym sposobem, mimo zastrzeżeń w emilkach, że niekoniecznie dziś (boją się mnie, respekt mają), ogarnęłam wszystko i o 18 (sic!) skończyłam robótkę. Dzięki mojej głupocie nie zarżnę sięw przyszłym tygodniu do końca, choć i tak się zarżnę, nie ma innej opcji. Mamy 236 stron, a ogarnęłam góra 50, i to w pierwszej korekcie, a korekty są dwie. W normalnych czasach (kto je jeszcze pamięta) żadna szanująca się korektorka (widocznie ja się nie szanuję), nie czytała tekstu po sobie. W mojej pierwszej pracy 16 stron codziennej gazety (tych takich wielkich płacht, jak Trybuna Ludu) korekciło 10 korektorek, a błędy i tak chodziły :) A ja tu sama co miesiąc jadę kilkaset stron - w tym miesiącu 472. I to w zasadzie w ciągu tygodnia, bo tak do mnie spływają materiały. Siedząc po 12 godzin, albo i więcej, są dni, że godzinami czekam na tekst, a są takie, że nie mam czasu się wysikać i dobrze, że wciąż mam zdrowy pęcherz. 

Ostatni emilek od Bossa - dobrze, żeby pani była na posterunku.

No będę, bo nie wiem, ile jeszcze pociągnę, a kasę chcę. Co z tego, że marną, ale dołożona do emerytury pozwala mi na spokojne życie, nawet przy tej inflacji.

Tak, jestem pieprzoną materialistką.

I uświadomiłam sobie, że z kasą z FSP z mojej ukochanej AR i tą jebaną czternastką, będącą zwrotem za ukradzione mi wcześniej pieniądze, spokojnie opędzę zjazd, nawet jak będzie niewypałem.

Pomijając, że we wrześniu to i licencja na Microsoft, i ubezpiecznie mieszkania i znów muszę czynsz zapłacić. Będzie dobrze :) 

A dziś poza pracą dzień gospodarczy był, całkiem udany :) 

No bo zmiana pościeli, dwie pralki, wizyta na Manhattanie, gdzie stówę lekką ręką zostawiłam, ale...

Ostatnio Pan od Pomidorków nie miał dupomirków na przetwory (a i te u niego niemało kosztują, bo 5 zł za kilo, normalne ma najtańsze po 9,90, a te, które ja jem bez grymaszenia po 14,90 chodzą, a na straganach są już po 2,50), pokusiłam się na zwykłe za 5 zł, niby wypas, ale w garnku było coś bezsmakowego, więc dziś, gdy dorwałam te na przetwory, wywaliłam bez zmrużenia oka prawie 40 zł i tadam...

... wyżerałam, wyżerałam i nażreć się nie mogłam, tym bardziej że byłam pierwsza i nie miałam żadnego spleśniałego zgniłka. A i do mizernych śliwek dołożyłam kolejne 2 kilo i


moja kolacyjka. Chleb żytni (nie za bardzo mi służy, ale cóż, sama jestem więc i bąki swobodnie puszczam, niech latają) na maślance z czarnuszką (nie, nie piekłam, kupiłam w Faworze) i niech się kawior i inne cuda schowają... :) 

Chleb jak ustawa przewiduje, klejki, ciężki, nóż po nim trudno domyć. Taki, że w piekarni, gdzie wszystko kroją, tego nie kroją, bo maszyna by się im zatkała.

Pokrojony na skibeczki z należytą czcią i szacunkiem, nadmiar zamroziłam, ostatnio mrożę chleb i nic się nie marnuje. No i zawsze mam świeży, bo kupuję rano w Faworze, prosząc o pokrojenie (gdzie te czasy, że samemu się kroiło chleb) i podzielenie na połówki, połówki mrożę i jest super - jem orkiszowy.

Bo ja chleb szanuję, dopóki go mam, z głodu nie zginę.

A  kwiatami to jednak przeginają.

W zeszłym roku o tej porze za bukiet astrów płaciłam 2,50.

Potem ceny poleciały w Kosmos, nawet w marketach. 

A ja, jak wiadomo, bez badyli żyć nie mogę.

No ale 10-12  zł za bukiet astrów to jednak lekkie przegięcie.

Aż tak rozrzutna nie jestem, więc poskracałam mieczyki i dalej mam badyle, o :) 


A juterko polatam po marketach, może coś trafię. Mogą być nawet róże czy goździki, goździków nie lubię, bo narobiłam się sztucznych, ale stoją długo i za 10 zł mam wiecheć na 2 tygodnie, jak nie dłużej.

I parę innych rzeczy planuję ogarnąć, albowiem dziś dzień gospodarczy zakończyłam zwycięsko, wszystko gra i buczy :)

Nawet rosołek w lodówce jest i po nażarciu się pomidorówką z lanymi kluseczkami na przecierze, który w jednym słoiczku się nie zamknął, mam chytry plan. Zamiast klasycznej ogórkowej zrobić zupę z kiszonej cukinii, która dojrzała w kamionce.

Będzie eksperyment kulinarny na własnym żołądku.

A ja?

Z My Shadow coś wymyślę, nie ma innej opcji.

Bo Inżynier (wariat, jak jego matka), niańczył mnie aż nadto, ma jakieś plany towarzyskie, i dobrze,  oprócz tego maluje ścianę farbą magnetyczną i tablicową, ma dziecko fach w ręku, jak go AI z zawodu wygryzie, AI ściany nie pomaluje. W poniedziałek też pracuje, a ma pracy po kokardkę i kucyki.

Starsze me dziecko, a także jego potomstwo i połowica milczy jak zaklęte, a że ja nie lubię pisać na zasadzie: wariat pisze, cham nie odpowiada, to się nazywa korespondencja - więc pozostaje My Shadow.

Dziś dowiedziałam się, że z D. nie jest dobrze. Walczyła 3 lata z rakiem, ja poddałabym się już po diagnozie.

I nie wiem, co napisać, bo kontakt mamy prawie żaden. 

Ja netowa, rozgadana tam.

Ona telefoniczna.

Dobry człowiek w moim życiu. Bez żadnych prywatnych kontaktów, nawet nie wiem, gdzie mieszka.

Aczkolwiek nie zgadzałyśmy się ani politycznie, ani w kwestii wychowania dzieci. Jej córki mnie lubiły, bo jestem jej przeciwieństwem. Same uciekły daleko, bo było jak było, nie wiem, jak jest teraz.

Co mam napisać człowiekowi, który odchodzi ze świadomością, że odchodzi?

Nie wiem, jestem w dołku...

Nie chciałabym tego przeżywać.

Z moimi choróbskami to raczej szlag na ulicy, na pasach.

I to jest piękne. 

Ale wciąż nie wiem, jaki SMS wysłać.

Helpunku, może ktoś wie?


I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku. 

Tym smutnym akcentem żegnam się do następnego napisania.



środa, 9 sierpnia 2023

Głupia

 ja, Kochany Pamiętniczku.

Jak zawsze. Niepotrzebnie wdałam się w pyskówkę na stronie osiedlowego FB.

A bo wypatrzyłam, że zaczęli, kurwa


 cudne nowe ławeczki montować. Osiedle się sypie, windy mają ponad 30 lat, jeżdżą jak chcą, balkony się sypią, dachy przeciekają, ale mam się podniecać, że nowe ławeczki montują (kurwa, kto ze znajomych królika ma interes z nowymi ławeczkami, oby nie takimi, jak poprzednie, te narodowe?).

I na moje, że się trupa nie pudruje, gremialny atak na mnie, że wina poprzedniego zarządu.

Grzechy poprzedniego zarządu odczułam na własnej skórze, ale i nowy nie jest lepszy.

Bo jak nie mam kasy, to ścibolę grosz do grosza, a nie wydaję na pierdoły, co nie?

A ławeczka, a postawili ich pierdyliard na osiedlu nie jest artykułem pierwszej potrzeby.

I znów się podłożyłam i jestem ta, kurwa, co jej wszystko przeszkadza.

Tak jak przeszkadza mi, że w pobliskich barakach znów palą plastikiem, bo w nocy, kurwa, zimno, całe 12 stopni.

I mimo przepisów, że moje dziecko, gdyby nie zainstalowało pompy ciepła, miałoby przejebane, w okolicy będą bezkarnie palić plastikiem, bo jak to, może mają małe dzieci, może tam niepełnosprawni mieszkają i im zimno?

No wiadomo, jestem pojebana.

Wczoraj znów zdychałam, łeb mi pulsował i myślałam, że wieczorem będę dzwoniła  po pogotowie...

Jakoś noc przeżyłam, choć znów miałam ciśnienie z nawrotu.

Rankiem oczy otworzyłam i zaczęłam myśleć, że chyba to nie tylko pogoda...

Pojemniczek z lekarstwami otworzyłam, tknęło mnie, jedną pigułkę wywaliłam.

A taką bez recepty, diosmina.

Znaczy się, na moje bolące żyły, sama sobie zaordynowałam, działa. 

Ostatnio w tej innej aptece gość wlepił mi diosmineX za niebotyczną cenę, więc w osiedlowej poprosiłam o diosminę, nie było, więc pani zamówiła. 

Odebrałam, ale nie wiedziałam, że jest to diosmina z ruszczykiem. Kurwa, z ruszczykiem niewskazanym przy nadciśnieniu.

Bo prosiłam o diosminę.

Pani od lat odbiera ode mnie receptę na leki na nadciśnienie, kojarzy mnie.

Dzisiaj wywaliłam tę diosminę z ruszczykiem i czuję się coraz lepiej. Wciąż dycham, więc?

No i wczoraj było jak było, dobrze, że się rano budziłam. Bo już myślałam, że pożegnam ten najpiękniejszy ze światów, ale że ja niedzwoniąca, to  nie dzwoniłam nigdzie.

Inżynier przeżyje, nie ma innej opcji (chociaż jego zaboli, jako i mnie), Łobuzy też, a reszta przejdzie nad incydentem do porządku. No, może i Pierworodny z Inżynierem w bólu się połączą :)
Nie wiem, nie oceniam :) 

A dziś, maszerując lewa prawa, lewa prawa, przeszczęśliwa, bo w szparze unijnej znalazłam


doszło błyskawicznie...

Aczkolwiek w środku było tyle błędów, że ojapierolę.

Dla zwykłego człowieka bez znaczenia. Dla mnie ogrom. 


Myślałam potem standardowo.

Że życie nie składa się z oddychania.

I że life is a journey, not a destination...

I że jak mam z tym żyć?


sobota, 5 sierpnia 2023

W piątek

 rano poleciałam na Manhattan, Kochany Pamiętniczku i pecha miałam.
Choć była pełna skrzynka pomidorów na przecier, ktoś mi ją sprzed nosa sprzątnął, co wcale nie poprawiło mi humoru.
W założeniu piątek to dzień gospodarczy, ale jakoś mi ten między palcami przeleciał, fotelowo i z dochodzeniem do kuchni, żeby wciąż ten sos nawinie zrobić.

I nawet truskawki i papryka jeszcze do niego trafiły, no i cukinia, a co, kto bogatemu zabroni,


i jest przepyszny, aczkolwiek jeszcze niezasłoikowany, bo takie były dziś okoliczności przyrody, że się nie dało :)

I tak mi zeszło, film wciągnął,  Rodzinny dylemat, wstrząsający, cały czas miałam z tyłu głowy, że dobrze, że moje dzieci weszły w dorosłość w sumie bezboleśnie. Jest na HBO Max, jak ktoś ma ochotę, polecam.
I odezwała się M., podesłała mi program zjazdu. No i gadu-gadu, pitu-pitu. Okazuje się, że za te 300 zł mamy mieć UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, BUDIET TRYSKAT - mszę i balangę w Crystalu.

Jprdl. Jeszcze nie wiem, co obejmie ta balanga, no ale msza się za darmo nie odprawi, co nie? Dziewczyna organizująca zjazd, w sumie zjazd mini, bo tylko nasz rocznik maturalny (z jednej strony super, bo nie będzie tłumów, z drugiej ja poza moją klasą nie za bardzo kojarzyłam kogokolwiek, ale będzie chłopak, z którym chodziłam do podstawówki też i którego już spotkałam na zjeździe podstawówkowym i jakieś 10 osób z mojej klasy, więc gra warta świeczki), jest silnie związana z Kościołem. A to nie byle kto w K., bo jedna z najbogatszych person tam, ma sklepy, ten hostel i parę innych interesów. No mówię do M., że mnie w kościele nie zobaczą, od razu do knajpy wparuję. Że jak to, bez budy, a do kościółka? M. zastanowiwszy się, mówi, że mądrze prawię, ona też niekościółkowa, ale to sobota, buda zamknięta, otwierają tylko na ogólne zjazdy. Pytam więc, czy któryś z nas, maturzystów sprzed pół wieku, z granatnikiem tam wparuje, by zemścić się za maturalną traumę? M. zastanawia się i mówi, że pogada ze synem, który jest w naszej budzie profesorem, może nam ją otworzą. To ja już wolałabym zapłacić za dozorcę, ciecia czy jakąś ochronę, co nas tam odeskortuje na godzinę, a nie za mszę. Nie mam za co dziękować, maturę zdałam dzięki swojej ciężkiej pracy i ukochanym profesorom, a nie dzięki boskiej opatrzności (opaczności). Jak mądrze rzekłam na spowiedzi proboszczowi (tak mądrze, że mnie wypierdolił od konfesjonału bez rozgrzeszenia), gdyby Pan Bóg był, zabrałby ojca, a nie mamusię. Mądra byłam już wtedy, a co :) Na szczęście moje kalectwo było hamulcem przy spowiedzi, bo nie wiedziałam nigdy, czy mówię tak głośno, że słyszy mnie cały kościół, czy tak cicho, że nie słyszy mnie nawet spowiednik, a mało który z księży był skłonny iść ze mną do zakrystii, więc było jak było, każda wada ma swoje zalety.

Ale sam fakt mszy tak mną wstrząsł (wiem, wiem, wstrząsnął, ale na blogu nie jestem korektorką i purystką językową), a i po szale ciał dotarło do mnie, że w hostelu za 200 zł będę stała w ogonku do łazienki (Inżynier mi to od razu podkreślił, zna mnie na wylot i wie, jakie to ma dla mnie znaczenie, tym bardziej że nienawidzę obcych w łazience, dziecko me strawię, nawet  gdy wpadając do mnie zawsze  najpierw znaczy teren, cóż, to moje dziecko i jego przyległości też akceptuję), na dokładkę nabiję kabzę kościółkowej kobiecie (wredna jestem na maksa, co nie), więc pytam M. o inne opcje. Bo pamiętam Krotosza, rzut beretem od dawnego mieszkania Cioci. Nocowaliśmy tam po śmierci mojego brata, przed pogrzebem, bo Ciocia miała mikroskopijne mieszkanie. Wspomnienia mam traumatyczne, bo Inżynier już wtedy miał wirusowe zapalenie mięśnia sercowego, po którym wylądował na OIOM z optymistyczną wersją przeszczepu serca... A nie dał znać po sobie, że choruje, bo... po co mamę denerwować, dość ma zmartwień.

Dobra, zakończyło się szczęśliwie, gad wyszedł z tego, półmaraton w Londynie przebiegł, Łobuzy zmajstrował, chałupę postawił, jest cudnie...

M. mówi, że Krotosza już nie ma, że jest Kantyna, dzwoni tam, są miejsca. W międzyczasie  znajduję to na bookingu, ale niepewna do końca, że czegoś nie schrzanię, męczę Inżyniera. Ten już po godzinach, ale wciąż pracuje, potem mówi, że po 19, ale coś mnie tkło i mówię, nie, teraz. Okazuje się, że M. dzwoniąc pomyliła daty i na nasz dzień już nie ma miejsc. Akcja błysk i... bukujemy pokój dwuosobowy z własną łazienką, bez śniadania, kilkadziesiąt złotych drożej jak w hostelu i w Kantynie, w innym hotelu, też OK, więc pierdolę to :) Własna łazienka, nawet hotelowa to jest to, co Stara Jędza kocha najbardziej. Już nie te lata na schronisko i stanie w kolejce do kibelka i prysznica :)
To był ostatni pokój w okolicy, do końca września mogę odwołać za friko - zobaczymy.

Więc zaczyna się powoli ogarniać, bo skoro msza o 17, balanga o 18, to spokojnie Inżynier ogarnie swoje sobotnie domowe obowiązki, pojedziemy do K. jak zawsze, ogarniemy Umarlaków, zjemy obiad. Nie wiem, jak zaplanuje resztę dnia I., ale ma tam znajomego, z którym online zabija od lat i chcą się spotkać - to był plan jeszcze z czasów pandemii.
Więc albo pójdę z nim i pokażę mu trochę moje miasto, albo od razu spadnie na randkę z kolegą, zobaczymy.

Skoro to tylko spotkanie w knajpie, nie będę się wygłupiała w garnitury - coś się wymyśli, byle po kosztach.
Wieczorem I. pisze, że jadą do IKEA i czy mogą później wpaść na lody.

Wpadam w panikę, bo piątek minął, a ja wciąż niczyja, ale mówię, OK :) 

Lody mają być, staje szewskim targiem na cieście, bo nie mam miejsca w zamrażalniku.

Może być.

Sobotni poranek, tradycyjnie w porze na sik poranny budzi się jeszcze letni


Na Manhattanie wygrana, bo zdobywam pomidory na przetwory o Pana od Pomidorów, jak dobrze wstać, skoro świt.

Wracam do domu zgrzana jak siwa mysza, z lodami (zrobiłam czystkę w zamrażalniku). Śmieci, korytarz, bo dyżur, pomidory do gara, bo to chlapie, akcja błysk sprzątania, obiad mam, więc z głowy...

Lądują. Jak zawsze zamieszanie, atak, kłótnia o więcej lodów, bo u babci można, ale tym razem jestem nieugięta, bo nie lubię przeciągać struny cierpliwości mojego dziecka, a wiem, że cukier źle działa na smarkaczy...
I akcja Alienka, który wypatrzył w kącie żelki, bo nie mam zwyczaju chowania niczego, po czym rozgoryczony, że babcia, która jednak lody z lodówki wyczarowała, jajek nie wyczaruje tym razem (chodziło oczywiście o jajka czekoladowe, zwykłymi pogardził), chyłkiem i ukradkiem zbliżając się do żelków, rozdzierającym tonem zapytał: czy mi się wydaje, czy na półce leżą żelki, które nie są do zjedzenia? Pospadaliśmy z krzeseł, żelki wylądowały u matki cwaniaka, jaki będzie ich dalszy los - nie wiadomo, albowiem to są lukrecjowe, których I. nie lubi i mówił, że będzie je wydzielał. Inżynierowa zaś uwielbia lukrecję, ale to już nie moje zmartwienie. Alienek interesu dopilnuje, bez wątpienia. Kalafiorkówna została obdarowana papryczkami od Pana od Pomidorków, co wprawiło ją w zachwyt. Alienek na nie nawet nie spojrzał. Gardzi każdą zieleniną, dla niego liczy się tylko słodkie.
Zwinęli się szybko, nie protestowałam, fajnie, że wpadli. Teraz będzie przerwa, mają plany weekendowe, potem wyjazd, no i dobrze.
Dopieścili, nawet Kalafiorkówna wycałowała mnie na pożegnanie tak, że nie mogę mordy umyć, no bo jak takie skarby ścierać wodą?

A że piękną mamy jesień tego sierpnia (nie chcę się nikomu narażać, ale dla mnie pogoda jest IDEALNA, lato jak za mojego dzieciństwa, jest ciepło, aczkolwiek chłodnawo i po porannej duchocie i wilgoci jest mi teraz zimno w nóżki przy otwartym balkonie, ale jak wiadomo, zimno konserwuje), a i o 19 było jak pod koniec września ciemnawo, to i sobie poprawiłam nastrój, a co :) 


Jeszcze działają stare baterie, więc...

Synowa śmieje się, że mam całoroczne dekoracje. No mam, nie przeszkadza mi to, a jest jak znalazł w taki szary, letni dzień.

Muzyka gra, aparaty zdjęte, więc niech ten typ sobie w rury wali, mnie to pikuś. 

A i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów naprężyłam serwetkę po praniu


Jeszcze bez krochmalenia, ale poprawię się.

Moja babcia, przyszywana, bo macocha mojej mamy, zajmowała się prężeniem firan. Do dziś widzę ich kuchnię, długą, wąską kiszkę, gdzie stał specjalny stelaż, na którym babcia prężyła te firany. Mama zawsze się żaliła, że jej nigdy nie chciała tego zrobić. Tak samo jak jej teściowa, która prała po domach (ówczesne pranie, dźwiganie wody z pompy czy ze studni, balia, tara, kto nie zna, nie wie, co to życie), ale nigdy mamie nic nie wyprała. A mama, z rękoma schorowanymi od reumatyzmu, prała sama. Nie mieliśmy wody w domu. Pamiętam całe ceremonie prania w balii, na tarze, szare mydło, krochmalenie. Pranie latem na podwórzu się suszyło, zimą na strychu. I nigdy nie chodziliśmy w brudnych ciuchach. Ja sama, po urodzeniu Pierworodnego, prałam dwa dni po wyjściu ze szpitala pieluchy w rękach. Eks się praniem nie zhańbił. Maszynka na prąd jednopalnikowa, kocioł i pranie w rękach. Już wtedy powinnam była w podskokach wiać, ale... Mądrość przychodzi z wiekiem.
Po tygodniu daleka ciotka, z męża rodziny dała nam starą Franię i to był powrót na łono cywilizacji, a moje życie nabrało barw.

Pod koniec okresu pieluchowego Pierworodnego wystałam w dwutygodniowej kolejce automat Polar.

I to było dla mnie jak lot na Księżyc.

I dlatego nie rozumiem młodego pokolenia, które ma wciąż pod górkę i pod wiatr, nawet z pampersami.

Osobiście, gdybym miała teraz noworodka (jaka mądra jest Matka Natura) wolałabym pieluchy niż pampersy. W moich obecnych warunkach. Z myślą właśnie o wnukach tego teoretycznego noworodka.

Ale z pokoleniem moich dzieci w wielu kwestiach się nie zgadzamy.

Trudno :) 

Nie da się tego zmienić i czasem cieszę się, że jestem bliżej tego brzegu, który na nas wszystkich czeka.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;) 

Do napisania, Kochany Pamiętniczku, chyba wszystko ogarnęłam z kronikarskiego obowiązku :) 




czwartek, 3 sierpnia 2023

Porobiło się

 Kochany Pamiętniczku, koniec świata pani Popiołkowa...

Nowa PEKA przyszła błyskawicznie, bo już dziś ją odebrałam, a zablokowałam starą w poniedziałek po południu i wtedy złożyłam podanie o nową. No, pośpieszyłam się z tym blokowaniem, bo dziś w warzywniaku pani na mnie patrzy i... podaje mi starą :) Ktoś znalazł i oddał tam, a ona nie była pewna, czy to ja, widziała mnie, chciała lecieć, ale zdjęcie stare, sprzed 20 lat, no i małe, mogła nie poznać. Zatem mam swoją starą PEKĘ, a moja niecierpliwość kosztowała mnie 21 złotych, bo tyle zapłaciłam za duplikat. Miał być za 10 dni, a tu bach i jest - i super, bo im bliżej września i października, tym kolejki w punktach będą dłuższe.

Teraz będę się jeszcze bardziej trzęsła :)
To jeden fart.

A drugi, że w spółdzielni jest heca z remontami balkonów. I spółdzielnia odsyła nas do dokumentów, które są zahasłowane numerem konta. Jakbym nie kombinowała i co nie doradzaliby mi sąsiedzi, u mnie blokada. Bo moja spółdzielnia wciąż kantoli. Miałam mieszkanie spółdzielcze, a okna musiałam wymienić bez dopłat, choć inne spółdzielnie dopłacały. Cóż było robić, dopłaciłam. Teraz okazuje się, że i balkony (loggie) mamy remontować na własny rachunek, choć zawsze to było w gestii spółdzielni. I odsyłają do regulaminu. Pewno go w międzyczasie zmienili. No ale regulaminu odczytać nie mogę, bo nie znam numeru konta. A BTW, dlaczego regulamin jest tajny? Sąsiedzi mówią, że remont balkonu co najmniej 4800, spółdzielnia dopłaca 2000, bo... sranie w banie.

To i piszę emilka, nie licząc na odpowiedź. Po Manhattanie zaglądam do spółdzielni, bo jak wychodziłam, emilka zwrotnego nie było, więc założyłam, że w pompie mają. A w spółdzielni suprise, pani tłumaczy jak krowie na rowie, choć wysłała emilka...

Po drodze punkt totka, tom zanabyła kupon na totka i na euro, bo już mi wszyscy mówią, że mam grać, jak mam takiego farta. Zobaczymy, czy to prawda.
Ale i bez tego jest cudnie :P
We wtorek w pracy byłam, ledwo się do domu dowlokłam, bo dźwigałam 


niby tylko dwa słoiki, ale ledwo dychałam :) No i to jest MJUT, a nie jakieś podrabiane badziewie. Mjut koniczynowy - pierwsze słyszę, ale pachnie koniczyną i... No dobra, pochwaliłam się.
A i koleżanka w pogawędce opierdoliła mnie jak święty Michał diabła w kwestii, że nie jadę na zjazd. Że zawiozła na siłę ponaddziewięćdziesięcioletniego ojca na zjazd z okazji 75-lecia matury i był wypas, choć z klasy było ich dwóch tylko, bo reszta niedołężna albo ma alzheimera, albo trawkę od spodu wącha...

No nic...

W środę polazłam do ZUS i kolejny zonk. Pani w biurze podawczym paczy na mnie jak na dziwadło i pyta, po co zaświadczenie o zarobkach (po które we wtorek jechałam w zasadzie), przecież oni mają to w systemie. Na to ja na nią jak na idiotkę i mówię, że bez tego lata całe nie przyjmowali podań o przeliczenie. No ale się zmieniło. A skąd ja mam wiedzieć, że się zmieniło? I dostałam na zaś gotowy druczek na za rok. W domu analizuję druczek i jak żyję z czytania i pisania, nichujenki nie wiem, jak to wypełnić.

No ale idziemy z postępem :) Z duchem czasu :)

A tymczasem na włościach lansują się Łobuzy


ojacierpiędolę, moje ci one czy ktoś je podmienił? Nie poznaję.

Wstępny plan jest taki, że Inżynier we wrześniu leci do UK, a ja się na tydzień do nich wprowadzam, żeby robić za eskortę do i z przedszkola. Albowiem Inżynierowa do pracy będzie mykać bladym świtem. A Łobuzy są w innej placówce, bo ona dba o opinię i nie pokaże tam takich Łobuzów. No dobra, tydzień wytrzymam, a co się nałażę, to moje (nie, żebym narzekała, łazić lubię, ale w celu, a nie bez). Więc git majonez. Brzmi jak plan.
A, leki wykupiłam. I w szoku, bo refundowane. Ale... dobrze, że kupiłam dużą lodówkę, bo zajmują całą półkę :) I tak sobie oczka zakraplam, a skutki uboczne - mogą rosnąć rzęsy. Nie miałabym nic przeciw. Mogą się przebarwiać tęczówki. I cóż, nikt mi w oczy nie zagląda. Ale... mogę zejść na zawał, dostać astmy i inne cuda wianki.

No cóż, życie. Na razie (odpukać) nic się nie dzieje i niech tak zostanie :) 

Rozkręciłam się i 


uroczyście, aczkolwiek ubogo, zainaugurowałam sezon (dzięki temu odzyskałam starą PEKĘ), bo na targu jeszcze drożej jest.

Jutro polecę, dołożę cukinii, no i co się nawinie :P 

Po południu po PEKĘ i


kontempluję co się da, a w duszy mi gra, 10 tys. kroków dziś.

Wracam do domu, a na MSG czyha na mnie Małgośka.

I dupę truje o adres, bo E. wysyła zaproszenia.

I męczy, mędzi, żali się na A., moją koleżankę z ławki, że się z nią pożarła o ten nieszczęsny zjazd. Żebym ja do A. napisała, może odpisze, bo adres. Wszyscy myślą, że ja jestem z A. zaprzyjaźniona, bo siedziałyśmy 4 lata w jednej ławce, dojeżdżałyśmy tą samą baną. A to nie tak. A. mnie bezustannie strofowała, pouczała, sprowadzała na drogę cnoty. Moje miłości były prostackie, moje zachowanie dalekie od zachowania damy i inne takie tam. Ale cóż. Morda w kubeł, taka wtedy byłam. Na studiach wpadłam na nią raz, w wiosce obecnej i też usłyszałam, że tak nie zachowuje się porządna studentka. Potem Nasza Klasa, FB, czasem MSG, ale zawsze z tym smrodkiem dydaktycznym i prezentacją idealnej rodziny. Potem się to urwało i tylko czasem mnie strofowała. Rozluźniło się całkiem po dojściu do władzy pisiorów, bo to fanka Anżeja, a ja, jak wiadomo, niekulturalna jestem i jebię PiS i konfę i całe te przyległości.
Ale nic, piszę do A., w międzyczasie dzwoni do mnie E., która imprezę organizuje, ja piszę do M., że E. dzwoni, M. lamenci, że jej mówiła, że ma nie dzwonić...

Hehehehe...

M. mnie tak maglowała, tak pieprzyłyśmy, że... Zarezerwowała mi miejsce w hostelu (chciałam, bo pojadę z Inżynierem, jak mnie namawiał, zanocujemy, ogarniemy Umarlaków już na listopad  i wrócimy, on ma kogoś w K., z kim gra od lat online i chce się z nim spotkać, ale to ja płacę za nocleg - 200 zł ze śniadaniem to nie jest źle). I okazuje się, że... już zaczyna brakować miejsc w hotelach i hostelach, więc spoko.  I litania, kto już nie żyje, kto będzie, kto choruje...

Jednak pojadę.

Niewiele z tego życia mam, a pamiętam, jak broniłam się przed zjazdem z podstawówki, a jak potem było fajnie. 

Jak pojadę w dżinsach to też git majonez, kto bogatemu zabroni?

Inżynier zabukował termin, resztę będziemy uzgadniać później. W końcu wiecznie żyć nie będę. 

M. w siódmym niebie i się cieszy, E. też odpisuje na SMS, że do zobaczenia.

A A.? O dziwo, odpisuje. Że sobie pozwolę zacytować.

Basiu! Dziękuję bardzo za informację. W sprawie zjazdu skontaktowała się już ze mną Małgorzata w tamtym tygodniu. Niestety pierwsza wymiana inf.po latach była nieprzyjemna i przesiąknięta sarkazmem .Było mi przykro.....W konsekwencji odpowiedziałam,że nie przyjadę na zjazd.Pozdrawiam Cię serdecznie.Przekaż też pozdrowienia Eli.😀


A M. napisała jej tylko, że jest jej przykro, że odczytała wiadomość, a nie odpowiedziała.

Wredna ze mnie suka, ale myślę, że niewiele stracimy na tym, że A. nie będzie.

Zdjęcia na FB stylizowane. Sprzed lat kilkunastu. Nie oceniam, też lubię wrzucać swoje stare fotki, kiedy byłam młoda i piękna.

Ale nic to, na zjazd pojedzie ropucha i wiedźma i będą musieli się ze mną witać.

A co...

To jeszcze daleka perspektywa, ale może...

Czas po tym popandemicznym siedzeniu we własnym sosie zacząć cieszyć się życiem i wyjść życiu naprzeciw.

Jest paskudne, ale innego nie ma i nie będzie.

Zatem alleluja i do przodu :) 

No i co, Kochany Pamiętniczku, czyż nie porobiło się i nie powinna się dziwić pani Popiołkowa?

Nareszcie przepiję na siebie kasę za wczasy pod gruszą, jak w zeszłym roku, prawidłowo.

Raz się żyje, potem się straszy.

Święte słowa.

A jutro na Manhattan, dzień gospodarczy i znów ten nieszczęsny korytarz.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...



I pogięło mnie na stare lata. Słucham Maanamu, a nigdy nie słuchałam...

Co to Spotify robi z ludźmi :) 


poniedziałek, 31 lipca 2023

Jak nie urok

 to sraczka, albo inny przemarsz wojsk radzieckich, Kochany Pamiętniczku.

Znienacka Inżynier się wprosił w niedzielę na memłon z Łobuzami, bo Inżynierowa konspekty musi do domu porobić, a mając na karku dzieci, które sama zrobiła, nie daje rady. Się nie dziwię, bo ja po tym nalocie też na mord padłam, a nie byli u mnie cały dzień i większość ogarniał stwórca owych.

I tak poszliśmy do Parku Bambrów, znaczy się, my na piechotę, a Łobuzy rączo


na hulajnogach, już od proga zostałam poinformowana, że w bagażniku są hulajnogi i kaski, a tę małą Przecherę trzeba było odrzutowcem gonić, tak popylała.

Potem były lody, babcia stawiała, bo chciała, ojciec nalegał na jedną kulkę, ale tak żarliwie mu tłumaczyli, że u babci są dwie, że babcia oberwała, kijem przez łeb, Łobuzy dostały drugą kulkę, babcia musiała zjeść też drugą, bo cytryna z miętą, którą sama sobie wybrała Kalafiorkówna nie trafiła jej w smak, a ojciec mięty nie lubi, druga kulka zaś truskawkowa nie zmieściła się w żołądku panienki, zatem Alienek zjadł 2,5 kulki, a jeszcze czuł się poszkodowany (później rodzony ojciec wyliczał mu jeszcze, ile zjadł i że zrujnuje babcię).

Pogadaliśmy spokojnie tylko tyle, co oni bajkę oglądali.

Inżynier zadeklarował, że pojedzie ze mną do K., zawiezie, przenocuje i odbierze. Chodzi o mój zjazd na 50-lecie matury, znaczy się, zjazd jest ogólnoszkolny, ale nasze pięćdziesięciolecie. Jednak zdecydowałam, że nie, nie jadę. 300 zł za zaproszenie i gadżety w siateczce i zabawę do białego rana, jak następnego dnia muszę być w pracy, plus hotel dla nas, bo gdzieś spać trzeba, plus jakiś łach na grzbiet, bo w dżinsach nie pojadę, a wyjściowy mam tylko żałobny komplet na cmentarz - podziękuję. I szczerze mówiąc, całkiem inaczej pamiętam liceum, niż mi to "opowiada" M. Z tego, co wiem, niewiele osób z naszej klasy chce przyjechać i nie przemawia do mnie nawet argument, że może to ostatnie w życiu nasze spotkanie. No cóż, żyliśmy bez siebie przez 50 lat, każdy poszedł swoją drogą, żadnej przyjaźni z tamtych lat nie mam - więc odpuszczę. 

A Łobuzy na trasie jak tylko zobaczyły ślimaka, rzuciły hulajnogi w kąt i zaczęła się debata okołoślimakowa. To teraz moje życie, a nie spotkanie z ludźmi, których być może ani ja, ani oni mnie, na ulicy by nie poznali.

Spasuję.



To jest teraz mój świat.

Maleńki, ale mój.

A wspomnienia po wspomnieniach są tylko wzruszające i nic więcej. Każdy ma swoje. Gdybym dalej mieszkała w K., to inna bajka, ale tak to nie.

A dziś pojechałam do Puszczykowa, a w zasadzie do Niwki (tam teściowie mieli pierwszy powojenny dom, ale z niechęcią go wspominali, a już Eks był wściekły, bo urodził się przez to w M., tak gdzie jest pogrzebany pod płotem).

Niby trasę znam, bo jeżdżę do M. na cmentarz, rzadko, ale jeżdżę, ale i tak byłam spięta, a na dokładkę drogę przebudowali, więc jak dla mnie powód, by wpaść w panikę.

No i jak pijane dziecko we mgle, a pojechałam godzinę wcześniejszym autobusem, żeby się nie spóźnić, żeby ogarnąć.

I miłe zaskoczenie - tak jak w poznańskiej służbie zdrowia wszyscy nadęci jak purchawki, tam wszyscy - od pani, którą zaczepiłam po wejściu pytając, gdzie mam iść, bo wejście było w piętrowym budynku, a ja miałam się zameldować na 4. piętrze, która nie dość, że pokazała mi, gdzie iść, ale poinformowała, którą windą jechać, po panią z sekretariatu, gdzie miałam się zarejestrować i która zaprowadziła mnie na korytarz, podkreślając, że pamięta maila, że przypomni doktorowi, że mam niedosłuch - no byłam zaopiekowana na maksa. Lekarz oczywiście się spóźnił, ale potem był lux wypas, a mam pecha - bo dostałam gęsto zarośniętego brodacza, czego nie cierpię, bo nie widzę, co mówi, ale nie było źle. Razem ze mną czekała pani, starsza ode mnie, w towarzystwie syna, taki typowy wytatuowany hmmm... osiłek, paker. Na ulicy bym poszła na drugą stronę, a tu miło spędziliśmy pół godziny, a groźny gość na mój żart, gdy mama była u lekarza, że na starość to spadamy im  (dzieciom) na głowę, oburzył się, że to nie tak, bo mamusia...

A z sali zabiegowej co chwilę na wózku wyjeżdżały póltrupki już, z jednym oczkiem zakrytym i na wózeczku je gdzieś pchali... Taka taśma.

Potem ja, znów z tą panią, bo nas obie zakropiono atropiną.

Panią zawołano i od razu termin na 7 października, więc nieźle.

A mnie pan doktor dalej maglował, powlókł na 1. piętro i tam dalej torturował na licznych maszynkach, aż mi w oczach błyskało i kropeczki kazał oglądać.

Potem wywalił na korytarz i kazał się zarejestrować na wizytę kontrolną, o dziwo, w terminie mi pasującym, za dwa miesiące. Albowiem okazało się, że moja zaćma to jeszcze nówka nieśmigana, na razie nie operujemy, może z nią nic nie być, a może sobie pohulać, więc będziemy się często widywać.

No ale urok i sraczka... Mam jaskrę. Tę odczuwałam, bo zauważyłam, że coś nie tak z moim kątem widzenia, że już nie jestem taka szprycha, jak kiedyś.

Ale nie straszył, kropelki zapisał.

A ja pod drzwiami kwitnąc, takie kwiatki widziałam



Najśmieszniejsze w tym było, że faktycznie, bez okularów widziałam tylko mgłę na tej tabliczce, nie że nie mogłam przeczytać, po prostu druku nie było. Ale gdy założyłam moje bryle, widziałam wszystko doskonale i ostro mimo atropiny.

Z receptą poszłam do apteki, bo uciekł mi autobus już, a następny był dopiero za godzinę, ale leku nie było. Przesympatyczna pani chciała go sprowadzać, ale podziękowałam, bo musiałabym po raz kolejny tu przyjeżdżać, łatwiej mi to ogarnąć na miejscu, w wiosce. I to był błąd.

Pochwaliłam tam cały szpital, co panią i jeszcze drugą panią z personelu wprawiło w jeszcze milszy nastrój, a potem znów kolejna pani pokazała mi drogę do wyjścia, bo zabłądziłam :) Też podprowadziła i się uśmiechała :)

Może jednak ten napis, że powinnam mieć opiekuna nie bierze się znikąd?

Po czekaniu na przystanku (deszcz padał), czekała ze mną pani też z wioski, odwiedzająca siostrę w tamtejszym hospicjum, z nudów gadałyśmy, ale... pani była z pislandii i narzekała na Tuska, więc jakoś nam rozmowa nie szła za bardzo, przynajmniej ja mordę na kłódkę zamknęłam, bo co się będę kopać z koniem, jak to nic nie da, słuchawki wsadziłam w uszy i oczywiście, dzięki mojemu talentowi czytania z ust wiedziałam, o co lotto, ale już nie byłam taka wyrywna.

Autobus w końcu nadjechał, po drodze zrobiło się tłoczno (armagedon będzie jak się rok szkolny zacznie), wsiadła pani o kulach. Wokół kwiat młodzieży, zagapiony w smartfony, a jakże, ale i ludzie w wieku moich chłopców. I nic. Więc wstałam, trącam stojącą obok małolatę, żeby trąciła tamtą panią, a dziewczyna nie jarzy, o co mi chodzi. Ale udało się, pani siadła z ulgą, a mnie te kilka przystanków na stojąco nie zabiło jakoś.

Ale...

Zamiast iść do domu, polazłam od razu do apteki.

A po drodze był kasztanowiec, a na nim kasztany.

A ja w kieszeni miałam nie tylko telefon, ale i PEKĘ. 

No i diabeł podkusił, wyciągnęłam telefon, bo kasztany...


 I tym pięknym sposobem pozbyłam się PEKI, bo kieszeń jest gówniana :) 

Zorientowałam się w domu, poleciałam zaraz pod kasztanowiec, ale PEKI nie było.

Wkurzona maksymalnie, bo jutro chcę jechać do pracy, a tu bilet szlag...

Przypomniałam sobie gawędę Pierworodnego, jak to zapomniał biletu i jak go kanary dorwały, zainstalował apkę.

Zainstalowałam i ja, i tadam, mogę jeździć. Ale na PECE mam jeszcze jakieś 25 zł w tPortmonetce, jak znalazła jakaś łajza, to wyjeździ. Z biletu imiennego nie skorzysta, no chyba że starucha jak ja.
Więc sik, picie, coś na ząb i poleciałam do punktu ZTM.

Pani mówi, że mogę kartę zablokować, a apka będzie ważna :)

Co też uczyniłam zaraz, na telefonie, kasa - o ile jej tam ktoś nie wydał, przejdzie na nową kartę. Żebym jeździła tylko po wiosce, nie potrzebowałabym nowej, apka starczy, ale żeby płacić w strafach pozamiejskich, muszę mieć niestety kartę. Więc złożyłam (w telefonie, tralalala), podanie o nową. Ale dałam trzaśniętą w pośpiechu byle jaką fotkę w brylach - więc nie wiem, czy przejdzie. Ale mam czas, bo do P. wybieram się dopiero w październiku, na cmentarz - trudno, nie pojadę. A Inżynier będzie mnie musiał wozić, a... leci do UK i będę potrzebna jako odprowadzacz Łobuzów do przedszkola, bo Inżynierowa na rano do pracy, nie zdąży ich odprowadzić.

Dzieje się, co nie?

I jak ja tu mogę spokojnie oślepnąć?

A jeszcze emilek, że wrześniowy numerek przesuwa się o dwa dni, bo... ludzie mają urlopy.

No to ja mam 2 dni nadgodzin i mam zamiar negocjować jutro. Sobie długi weekend zrobię za frico w sierpniu.

I dobrze, że nie wyszło to, o co się wściekłam.

Potwierdza to regułę, że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.

Amen.

Jakie to wszystko zakręcone, jak świński ogonek, Kochany Pamiętniczku jest. 

A wkurzyła mnie M., bo jak napisałam o jaskrze, od razu uderzyła w złowieszczy dzwon. A ja spasowałam z takimi scenariuszami - wcześnie wykryta, nie odczuwam jej, wiem, co jest przyczyną - moje źle leczone nadciśnienie - będę pod stałą kontrolą.
Co ma być, będzie.

To mnie nie ominie.


środa, 26 lipca 2023

Wszystko

 przemija, Kochany Pamiętniczku, nawet najdłuższa żmija.

No i przeminęło, w detale, wbrew trosce niektórych wdawała się nie będę, za to przyjmę rady, żeby nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

Winni zostali zanotowani, zresztą nie pierwszy raz, ale cóż.

C'est la vie.

Żyć trzeba, jakby jutra miało nie być i tak niech zostanie. 

Grill jak zwykle był udany


a i dzieci się w basenie popluskały.

Synowa ponoć zachorzała, te z Dżemorem były z dziadostwem w sanatorium nad morzem (czasami zazdroszczę dziadostwu możliwości finansowych, ale tylko trochę), więc grilla zaszczycił tylko Pierworodny, z którym notabene chciałam wracać autobusem, rezygnując z podwózki, żeby obczaić czaczę :) No i poszliśmy nie na ten przystanek, na szczęście zauważyła nas Inżynierowa w porę i zawróciła na właściwy. Pierworodny myślał (jest trochę nierozgarnięty), że wszystkie autobusy na włościach jadą przez jeden przystanek. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu, że wcześniej wyszliśmy, bo ten drugi właściwy przystanek był nieco dalej i że zdążyliśmy, albowiem następny autobus był za godzinę.
Sama podróż była super, bo po wioseczkach i nacieszyłam się pełnią lata, bocianem na polu na ściernisku, więc cót, mjut i ożeszki laskowe :)
Wzbogaciłam się o 


taki pożyteczny gadżet, bo moja lidlowska niszczarka do papieru zdechła szybko, a niemało kosztowała, zaś wyrzucanie druków z danymi do śmieci to masakra. A tu - bach, wpadłam w necie na to pożyteczne urządzenie do zamazywania danych, złotych 10 z dostawą, w razie W tuszu dokupię i powoli zaczynam pozbywać się zalegających papierzysk :) 

A w młodości, kiedy wszystko było luksusem w tym dziwnym kraju, miałam taki luksus z Pewexu. Nie pamiętam, ile za niego dałam, pamięć dziurawa jak sito już (po raz  pierwszy w życiu zapomniałam o imieninach Pierworodnego, ale już dawno mówiłam, że żadnych imienin, chcą urodziny, to obchodzimy tylko urodziny, w lipcu miałabym w sumie 10 osób najbliższych od oblecenia, tego mój budżet niestety nie wytrzymuje, poprawiłam się nazajutrz, a i łapówkę dostał, bo tylko moje dzieci z tej okazji dostają łapówki)


Taka śmieszna dziś pierdoła, ale puszkę mam do dziś, przesypuję tam zwykły talk, wtedy to było high life :)

A że i w Yardleyu się kochałam w peweksowskich czasach, tom zaszalała dziś i 


nowy komplet do pachnienia smrodem :) Bo lubię, bo mam sentyment, bo mogę :) 

Pomijając tę burzę i napór, szaleństwo złości, tydzień minął spokojnie, zamykająco, a na zakończenie nawet Boss poemilkował, że tak się trudno rozstać, nie w sensie, że mnie zwalnia, ale po robocie :)
Jak chce, to umie być miły, choć mnie to rybka. I już :)

W międzyczasie Mała Wiedźma, dawny E. Wedel 13. urodziny zaliczyła, jak ten czas zapinkala. Posłałam SMS, o dziwo, odpisała, była dalej w sanatorium. Posłałam jej kasę, ale... Założyli jej konto, ale karty nie dali, bo... nic na nie nie wpłacili. Więc nie mogła w tym sanatorium przepić prezentu, może to i dobrze, nie wiem, już w nic nie wnikam, bo nie mój cyrk, nie moje pchły :) 

Przydusiłam Pierworodnego, czy dzwonił do K. w sprawie przedłużenia dzierżawy grobu, bo się zadeklarował. Ponoć zapomniał, miał zadzwonić next day. Next day zorientowałam się, że pracują tam od 9 do 12. A on dzwonił po 12, bo tak ma przerwę na lunch, kiedy może dzwonić. No to nikt nie odbierał. Na emilku też głucha cisza od dwóch tygodni, anie nie oddzwonili na numer Inżyniera, bo podałam, więc byłam w kropce. Sprawdziłam dokładnie na stronie i okazało się, że w poniedziałek pracują też od 16 do 17. Zadzwonił więc zaraz po 16, bo tak kończy pracę i okazało się, że jednak nie będę likwidować Umarlaków, jeszcze trochę pożyją. Dzierżawa ważna do 2024, Cioci do 2025, 400 zł za 20 lat, 200 za 10. Do przełknięcia. Liczyłam na jakieś 2 tys., wtedy bym likwidowała, nie że nie mam, ale bez przesady. Żywi też potrzebują kasy. No ale okazuje się, że nie można płacić przekazem, tylko gotówką w kasie. Inżynier mówi, że weźmie dzień urlopu i pojedziemy. Ale ja piszę do koleżanki z liceum, a ta mówi, że w parafii pracuje jej sąsiadka i ona dopyta. Gadu-gadu i wypaplałam, że mam zaćmę. No i zjebkę dostałam, że się lenię, a koleżanka nie byle kto, bo optyk :)
Tak mnie objechała i nastraszyła, żem wlazła na stronkę i emilka skrobnęłam, łkając, żem niepełnosprytna i głucha :)

Wtorek - emilek zwrotny, że <głaszcze> i proszą o PESELEK i nr skierowania, pani z sekretariatu porozmawia z doktorem.

Odsyłam i cisza...

A dziś - tadam :) Emilek i... jprdl... Internety mówiły, że oczekiwanie na wizytę 3 miesiące, a ja mam termin na poniedziałek, na 11.30 :) 

Myślałam, że z krzesełka spadnę. Oczywiście, grzecznie odpisałam, że dziękuję cała w skowronkach. 

Zatem w poniedziałek dowiem się co i jak, czy wyjdę z tarczą, czy na tarczy.

I przespałam się ze ślimakami. Pierdolę, jak coś, wezmę L4. Przez 13 lat nie byłam ani jednego dnia na zwolnieniu, a ludzie brali wolne co rusz. I na siebie, i na rodzinę, i na dzieci. Inna bajka, że w każdym dziale są co najmniej dwie osoby, a ja jestem jedyna. Trudno. Nie mają mnie prawa zwolnić, tylko dlatego że zachorowałam. Należy mi się jak psu zupa, nawet jakby to był miesiąc zwolnienia. Na jeden ślep, of course, bo dwóch od razu mi nie zoperują. Doczytałam też, że mam prawo do transportu sanitarnego ze szpitala, ale Inżynier się oburzył, że mnie pod śmietnikiem wyćpną. Że on weźmie wolne i dowiezie, chociaż herbatkę mi zrobi i dupę podetrze, a nie że matka pod śmietnikiem. Kawał skunksa, o winie nie wspomniał, herbatkę, cwaniak.

No dobra, zatem jest jak jest.


Alienek od razu w paczkomacie paczkę rozpakowuje i do domu idzie tak.

Jak babcia kiedyś.

Genów nie wydłubiesz, nie ma opcji.

Wracałam tam do domu, a na chodniku był taki słup w kształcie litery A, od prądu. Wylądowałam na nim czytając, skórę z nosa sobie zdarłam, wracam do domu, mama pyta, co się stało, a ja: a bo słup nie odsunął się, jak szłam.

Na szczęście Alienek wrócił do domu bez szwanku.

Za wszystkie pocieszajki i dobre rady pod poprzednim wpisem serdecznie dziękuję. 

Polecam się na przyszłość :)