wtorek, 17 grudnia 2024

Masakra

 była w poniedziałek, Kochany Pamiętniczku...

W sobotę wpadł tan majster od kibelka, ale jak to on - zawsze beztrosko - byłby klamkę pocałował, bo ja w kuchni, a on przed terminem.

No cóż.

Kibelek nie cieknął po wszystkim, ale po paru spuszczeniach wody znowu cieknie.

No i nie pogadaliśmy, bo znów kręci.

A chuj z tym.

Już wiem, że miłość jest bolesna, jak powiedział zając, tuląc się do jeża...

W czwartek wpadnie urlopowany Inżynier, bo go sumienie ruszyło i jojczenie matki. Umyje mi lampy i inne pierdoły zrobi, bo nie chce mieć mamusi w gipsie albo na wózeczku, bo Alienek kategorycznie zapowiedział, że co jak co, ale wózeczka pchał nie będzie, bo się zmęczy. Babcię kocha, ale męczyć się nie lubi.
Kalafiorkówna zadeklarowała, że popcha, bo ona wszystko robi, ale za mikra jest, żeby upchała wózek z babcią :) 

A wczoraj pracowałam 13 godzin. Znaczy się, nie pracowałam 13, ale z tych 13 około 11 czekałam na pracę. Byłam tam zmęczona tym czekaniem, że myślałam pod koniec, że porzygam się na klawiaturę. Oczywiście, w nocy miałam kłopoty ze spaniem mimo L-tyrozyny (abasiu, dziękuję, na razie jako-tako działa).

A dziś pojechałam do matecznika, bo chciałam omówić ewentualne pół dnia wolne 14 stycznia, kiedy to po raz ostatni w życiu będę miała przyjemność uczestniczenia w imprezie z okazji Dnia Dziadostwa.

Sernik z orzechami zakupiłam i podrzuciłam ludziom, no pochwaliłam się, że już siódmy krzyżyk na karku dźwigam...

A jeszcze jak nie wiedzieli, że łapówkę mam, to rozpływali się nade mną jak nad jakimś ósmym cudem świata.

Nawet Boss, który na mnie wleciał na korytarzu aż zapiał z zachwytu i jak nie on, pod niebiosa podskakiwał z radości. Zapytał, gdzie się wybieram w najbliższym czasie, a ja z głupia frant - do lepszego świata :)  Się rozpętało, że nie, że jak to, że absolutnie... Uspokoiłam, że żartuję, ale przecież każdego to czeka, więc bez przesadyzmu z lamenceniem. I że ma się cieszyć, że tak szybko mnie znów zobaczył (bo przecież niedawno żegnaliśmy D.).
Było tak miło i tyle miodu się lało, że mnie zemdliło, bo nawet nowy kundel koleżanki okazywał mi wiele miłości, aż za wiele :)
Jeszcze odebrałam słodycze Lindta od wierchuszki (a, zamilknę, mogłam sobie kupić sama, nie wiedziałam, że AŻ tyle), wycyganiłam kalendarz na biurko (mam zboczenie - muszę mieć taki kalendarz, na ścianie mam moich menów w kiltach, ale na biurku muszę mieć taki). A że naszą sekretarkę wyeksmitowali piętro wyżej do prezesa, tom i na prezesa wpadła, który się oburzył, że jak to, on kalendarza nie dostał? :P 

Hehehehe...

No i zadowolona wróciłam na memłon domowy, wolne mam do 6 stycznia (jak ja to przeżyję?).
Odezwała się koleżanka z teatru, że ma do zrobienia repertuar...

No ale mam urlop...

K. znam jeszcze z Auschwitz, w teatrze robiłam na zlecenie, żal mi się jej zrobiło, to mówię: daj, a pokorekcę.

Dwa miesięczne repertuary, z palcem w dupie 15 minut roboty. Nawet mi nie przyszło do głowy prosić o kasę, ale pytam, co się dzieje z korektą. Bo byki były w gotowcach (spojrzałam na nie, są w necie). Żenujące jak na taką instytucję: w oparciu o dzieła... Opierać to się można o płot. Poprawiłam to, piszę jej, że są dwie wersje, ma sobie wybrać lepszą i tak gadu-gadu okazało się, że te dwa repertuarki pani korektorka u nich poprawia od... tygodnia i nie ma czasu, więc K. się sama za to wzięła, ale ona jest z innej działki, nie jest korektorką...

I mówi, że ją tam szlag i że moi powinni mi pomnik postawić...

No, z pomnikiem to przesada, odrzekłam, ale na mszę co tydzień dają, żebym zdrowa była...

O reszcie pomyślę jutro, bo do ZUS muszę jechać, starać się o rentę wdowią. Dużo tego nie będzie, ale dlaczego mam odpuszczać walkę o parę stów?

Piechotą nie chodzą, MPK jeżdżą :)


piątek, 13 grudnia 2024

Jeszcze

 poniedziałek do przeżycia, Kochany Pamiętniczku.

A tydzień była zajebisty, chujowy i w ogóle słów brak.

No bo niby praca była, ale jakby jej nie było.

A jak już była, cykana, jak z kroplówki, to kwiatki były, że ojacierpiędolę.

No bo  

Jedną z najwaleczniejszych metod diagnostyki gleby jest analiza w laboratorium.
Dlatego w niektórych przypadkach na skuterek prowadzonej agrotechniki lub degradacji wymagają aktualizacji. 
 
Czytając to, a nie, wróć, ciężko pracując, bo to korekta, a nie takie sobie tam czytanie, zastanawiałam się, co oni biorą i że też chcę to brać :) 
 
Najwaleczniejszy skuterek, nie wpadłabym na to nawet po całym winie.
Mają włączony słownik (też mam w MSG, bo nie umiem wyłączyć) i leci, jak leci.
I tak przy spawaniu zamiast stopów mam sporów - można się nie skapnąć, jak się jedzie 250 km na godzinę, a w czwartek tak jechałam...
Albo podleje zamiast podaje...
 
Literki się zgadzają, a że sensu nie ma? No cóż, za sens nikt mi nie płaci. Zwłaszcza jak redaktor ma zlew (a pokolenie Z, a mamy go coraz więcej na stanie) ma wyjebane na merytorykę. Znaczy się, nazwisko jak nazwisko, piszą, jak słyszą. I to nazwiska znaczące. Tylko ja, biedna sprzątaczka sprawdzam, bo coś mi nie gra.
A najlepszy kawał, że wrzuciłam oba cytowane zdania na program do korekty (a jakże, są takie, od metra ich w necie, co się dziwić, nauczyciele podsyłają sobie linki do programów, z których korzystają uczniowie do "odrabiania" lekcji) i program odpisał mi: Wspaniale, nie ma błędów :) 
Nosz, kurwa, a o przecinki, które wstawiam OK się ten program targuje, bo jemu, jak redaktorom, zawsze przecinek stawia się przed a.
Ale z pokolenia Z mam agregaty, dosyłające artykuły, w których przed żadnym że który a  nie ma przecinka...
Za to są przecinki przed każdym to i co.
 
I jakem przecinkowa sierota (co wiedział Boss, zatrudniając mnie), czasami resztka włosków staje mi dęba.
I do tego do wyrzygania teksty z forum, że ajwajwaj, postęp, XXI wiek i ile można?
Od razu czuję się, jak na wykładzie z metodologii bibliotekoznawstwa, kiedy profesor, notabene dyrektor instytutu, do wyrzygania wałkował te metodologie, strategie i inne chuje muje,  a ja na egzamin szłam jak na ścięcie, bo nie ogarniałam.
A na trzecim roku na pokrewnym przedmiocie, nazwy już nie pomnę, a indeksu nie chce mi się szukać powiedział, że mu się przez te 3 lata perspektywa zmieniła...

W liceum na biologii profesor mówił, że za kilka lat w kapuście będzie takie stężenie ołowiu, że będzie powodowało raka.
Śmialiśmy się wtedy do rozpuku, że rak w kapuście.
Mój ojciec sypał DDT na ziemniaki, żeby stonkę pozabijać. Wsypywał DDT do starej pończochy mamy, żeby móc sypać. Bez maseczki, bez niczego. Stonka zdychała. Psa też obsypywał tym DDT z pończochy, żeby pies pcheł nie miał.
DDT dobre na wszystko...
A ja żyję już 70 lat na tym świecie, mimo tej żywności hojnie sypanej DDT :)
Do dziś pamiętam ten zapach...
I kocie łby, i wiele innych cudów wianków, traktory na żelaznych obręczach jeszcze, a dziś "pracuję" z traktorami z ISOBUS, z Geoportalem, z satelitami...
Nice :)
Ale wracając do naszych baranów...
Umęczyłam się w tym tygodniu po kokardkę i kucyki, bo każdy się tłumaczył "pleckami", bo forum, bo wyjazd, bo inne takie tam.
No a ja, luksusowo, na home office, bez delegacji.
I tak przejechałam na rosołku jako bazie, jedząc: rosołek, zupę chrzanową (boska wyszła), brokułową (taka se, a zrobiło się jej na trzy dni).
Dziś się zbuntowałam i wstawszy skoro świt, polazłam do Lidla, dziwiąc się karawanom ciągnących tam staruszek z wózeczkami, takich jak ja. No dobra, to są staruszki już emerytowane (wiem, bo znam), a ja staruszka pracująca, której się właśnie śmietana do zupy w lodówce skończyła, no i alkoholizm wzywał, bo tego się już na trzeźwo nie dało rozbierać...
Tych skuterków i innych takich tam, zwłaszcza na bieRZąco...
Można tak? Można. 

W Lidlu okazało się, że trwa szturm na półkę z masłem po 8 zyla z groszami. Przy kasach lądowało po 10 kostek masła, chyba taki był limit. Po sklepie miotał się kłąb klientów(ek) domagających się masła, którego na półkach nie było już... 

Wyszłam zaopatrzona w


Pyszne okazało się, nie takie jak to z puszki z Aldiego. Kosztowało dokładnie tyle samo :)
Wracając z pyrami, po które poszłam i z tym piwkiem, widziałam karawany ciągnące z wózeczkami do Lidla (no ja musiałam do 9 być przed kompikiem, ale te pozostałe babcie chyba nie). Korciło mnie, żeby i mówić, że masła już nie ma, ale zamknęłam się, niech się kobitki rozerwą.

Wiem, jestem podłą małpą.

I tak do domku wróciłam, bez badylka (ceny w Lidlu są posrane) i do roboty siadłam, uprzednio jeszcze do śmietnika poleciawszy (wynoszenie śmieci jak się nie ma dzieci - po co je było rodzić - to cała epopeja).

Wlazłam na Simpsonów, są tylko do 25 stycznia, a gram w nich od 9 lat i odkryłam, że mam pierdyliardy pączków, które są tam walutą, więc zakałapućkałam się w granie, czekając na pracę (a przed  siódmą rano,  zaraz po wstaniu, korekciłam już)...

Wyrwawszy się ze szponów Simpsonów, znaczy się, zagubiwszy się tam, ogarnę to jutro, stwierdziłam, że pora na komodę.

Zawaloną, zagraconą.

Ogarnęłam szuflady, 18 grudnia zbierają rzeczy, w tym pościele.

Nie wszystko tam było w idealnym stanie, ale nawet stare rzeczy idą do recyklingu - szmaty na czyściwo. Nie chcę wyrzucać do kontenerów, bo tam wchodzą Cyganki i rzeczy walają się potem w błocie. Worki dla jakiejś Chrześcijańskiej Służby czegoś tam zabierane są spod drzwi i nie walają się.

I... jestem starą wariatką, wywalałam pościele z haftami, stare jak świat, nie korzystam z nich od lat, ale... koperta po cioci, zasłonka po mamie, obrus z pokoju sypialnego, haftowany w jelenie, wciąż widzę stół nim nakryty. Mnie się już to do niczego nie nada, ale serce (a może dupa?) boli? Że może na szarpie, na bandaże, że honor i ojczyzna?

Hmmm.... nieźle pokręcona jestem :) Stara komunistyczna szkoła - wszystko przydasię.

A może na ściereczki, na szmaty do podłogi?

Ale po chuja wafla, skoro  mam specjalne szczotki z mikrofibrą, a do zmywania gąbki, szmat prać nie będę...

Niby ekologia, a niby nie...

Samych pościeli uzbierał mi się stosik

    Nieużywane od lat, całe, pachnące, w komodzie mam w szufladach mydełka. Te granatowe z grubej kory, są komplety, może tam guzika brakuje gdzieś... Ale nie używam już. Zachowałam te, które używam. Piszę do żony Pierworodnego, czy coś by chciała. Kupuje pierdyliard rzeczy w  lumpeksach - sama zawsze wolałam dostać od kogoś, kogo znam, niż brać z lumpeksu, choć też tam kupowałam. I nic, odczytała, ale ani be, ani me, ani kukuryku.

A wystarczyło napisać: nie potrzebujemy pościeli.

Zlądowali w PL z gołą dupą, dałam z moich pościeli co mogłam, jak wynajęli mieszkanie w Koziołkowie.

Momentami brakowało mi poduszek dla reszty, co do mnie zlatywała.

Nieważne.

Pewno się jaśnie hrabina obraziła.

Jeszcze się nie nauczyła, że mówi się dziękuję, nie potrzeba.

Ja zawsze dziękowałam, nawet gdy teściowa na urodziny ofiarowała mi sfilcowany sweterek z kaszmiru, w który tylko ja, w ówczesnych gabarytach się zmieściłam :) 

Cóż, moja synowa jest damą przez duże D.

Korzystającą z pracy innych, a mającą o sobie wygórowane mniemanie.

Wiem, jestem okrutna.

I bardzo żal mi syna.

Bo naprawdę się stara.

Anyway...

Ogarnęłam się, no i...


 

 Choinkę ubrałam :) 

No dobra, nie jest to na medal, bombki to resztki z mojego dzieciństwa, mocno już przetrzebione, sama choinka jest EKOLOGICZNA, bo to nie plastik, tylko jakieś tam coś a la papierowe gałązki, nasze odwieczne kłótnie o to, czy kupione drzewko jest drapakiem, czy nim nie jest zostało zakończone kupnem tego - ma co najmniej 30 lat, jak nie więcej. Bombki się potłukły, ozdoby zniknęły (jak wiele rzeczy zniknęło w niepamięci, gdzie są np. nożyce, którymi kroiłam materiał na serwetki na sprzedaż, a i taką działalność miałam, a nożyc nie ma, przecież ich do śmieci nie wywaliłam...) jak sen złoty...



Gnomów się trzymam, rządzą...



Z asparagusa sypią się igiełki jak z rasowej choinki...


Jutro pójdę na Manhattan (wreszcie)...

Do Aldiego wpadnę, może będą nowe badylki... (hiacynty stamtąd pięknie rosną)...

Może i kibelek wróci do normy, Pierworodny na razie milczy jak zaklęty, nie pytam, nie popędzam. Wciąż się uczę cierpliwości i kochania tego dziecka, które kocham ponad życie...

Jak przeżyję poniedziałek, znaczy się, zamknę ukochaną gazetkę, już pierwszą w 2025 roku (serio? 2025 mamy?)...

Będę wolną kobietą. Do 6 stycznia 2025 r.

Poniekąd.

Przed mną grzebanie w papierach i wyprawa do ZUS.

Brzmi ciekawie?

 

 

 



sobota, 7 grudnia 2024

Wpadli

 Kochany Pamiętniczku. Jako że wiedziałam, że wlecą, przygotowałam się zawczasu (moje mieszkanie jest teraz naprawdę niegościnne dla formacji większej niż dwie osoby). I nawet widelczyki do ciasta (bom i tort zanabyła, a jakże, kto bogatemu zabroni) wyciągnęłam, żeby było światowo i z przerażeniem zauważyłam, że srebra znów są czarne. Bo ja na srebrach jadam :)

Więc sruuu w miseczkę folię aluminiową, sodę, gorącą wodę i dawaj produkować i rozszedł się cudny zapach zepsutych jaj, więc poleciałam balkon otworzyć.

Ogarnęłam srebra, ale w pokoju na podłodze przy otwartym balkonie pojawił się on. Bez okularów, ja, ślepa kura, wiedziałam, że to on. Wtyk amerykański.

I tragedia.

Bom wczoraj w szale odgracania domu, podczas czekania na pracę, powywała wszystkie słoiczki po jakichś hiszpańskich czy portugalskich jogurtach, które stały w każdym kącie, a w których gromadziłam: baterie do wyrzucenia, spinki, guziki i inne chuje muje z cyklu przydasię.

Posegregowałam towarzystwo, a jakże.

Wywaliłam także pierdyliard pudełeczek metalowych po świecach, wydłubawszy z nich resztki świec (są ludzie zbierający takie coś, produkują z tego świece dla Ukrainy, bo wojna wciąż trwa - ale, kurwa, nienawidzę umawiania się na godzinę i czekania potem godzinami. Muszę ogarnąć dostarczenie tego gdzieś w jakiś konkretny punkt i niech potem zainteresowany się martwi).
Wywaliłam miliard korków od wina, które zbierałam od 20 lat - zajęła mi ona dwa wielkie słoje, stała w przedpokoju pod półką z maszyny do szycia i z takich skrzynek jak po owocach - uwielbiam tę półkę. 

Nie sfociłam korków, tak byłam zajęta sprzątaniem :) 

Pytałam Synową, czy chce te korki na liczmany, czy inne cuda do przedszkola, nie chciała, jej koleżanka też się nie odezwała, a ja zasłon na drzwi z tych korków nie będę robiła. Widziałam, jak ludzie robią z nich cuda (filmiki w necie), ale... To trzeba mieć niezły warsztat do tego i moc w łapach :) 

Elegancko zapakowałam w worek i wyniosłam do śmietnika. 

Śmietnik dziś to był obraz nędzy i rozpaczy - ktoś, wywalając graty, zupełnie nie przejmował się segregacją, na ziemi leżały baterie.

Moje baterie  (dużo, nieekologiczna jestem, ale i do aparatów zużywam dużo baterii) leżą nadal karnie, łącznie z elektrośmieciami, w wózeczku, bo zbiornik na elektrośmieci koło szkoły Sikory był dziś niedostępny.

Ale jak miałam złapać rzeczonego wtyka, skoro wszystkie NIEPRZYDASIĘ słoiczki po jogurcie były już w kontenerze? Gdybym go nakryła kubkiem, nie wiedziałabym, czy go zaaresztowałam. Na całe moje szczęście JESZCZE nie sprzątałam szafek w kuchni. A tak stoją szklanki, sztuk: dwie, takie do koszyczków, z których kiedyś herbatę się pijało...

Więc szklanka, kartka z wydrukiem i wtyk


wyeksmitowany na balkon, został zrzucony z 3. piętra (ponoć umie latać)...

Szklanka umyta i jak nie wycieram naczyń, wytarta.

Kartka nie śmierdziała, wąchałam :)

I jak tu nie mówić, że wywalanie przydasi, które przez długi czas nie są przydasię jest bolesne?

Ale chaupka ogarnięta, choinki jeszcze  nie ubrałam, bo muszę się nacieszyć urodzinowym ołtarzykiem :) 


Doszły leluje, synowa pochwaliła się, że dostała je za bezcen od staruszka na targu :) Miło mi, że wspomogłam staruszka swoim jubileuszem :) 

Objechałam ich jak święty Michał diabła, a ta mi, że nie rozmawiała ze mną o kupnie mieszkania ani o niczym innym, bo o tym powinien rozmawiać ze mną syn. Popierdolone są te moje synowe, bo ja od początku mówiłam, że mordę mam niewyparzoną, nakrzyczę, nawrzeszczę, a potem pomogę.

Że jestem Szwajcaria.

Że jak syn się ze mną w danej sprawie nie kontaktuje (ten nieszczęsny zawór do kibla nie doszedł na czas, ale kretyn, zamiast powiedzieć, że zawór nie doszedł, przecież bym go za to nie rozstrzelała, wolał kłamać, że...).

Kurwa.

Skoro ona wie, że on kłamie i konfabuluje, dlaczego nie napisze do mnie? Że nie mam darmowych SMS i minut? Mam net, ona też.

Ona darmowy, ja za mój płacę.

Po raz kolejny wbijałam w łeb jak dziecku, po rusku, po niemiecku...

Niech mnie ktoś wyedukuje: dlaczego w kwestiach czasem zasadniczych obie moje synowe odpowiadają: oni mieli z tobą porozmawiać, zamiast zwrócić się do mnie bezpośrednio?

Bo nie mówią do mnie mamo?
Mówiły do mnie kilka lat przed ślubem po imieniu, jaki był sens zmieniania tego po ślubie?

I nie, nie czuję się ich matką - mają (miały) jedną, OK.

Ja byłam w innej sytuacji - brakowało mi matki. I gdy teściowa zaproponowała przejście z pani na mamo, byłam w siódmym niebie, wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi.

Moja historia to inna bajka.

Nie zająknęłam się słowem na historie moich synów, choć pokaleczyły mnie niektóre i to zdrowo.

Na zasadzie: morda w kubeł i niech dzieci będą szczęśliwe.

A teraz są wnuki - jakby powrót do mojej młodości, do niespełnienia, do nadziei.

I choć mówię wprost, że jak coś mi nie będzie pasowało, powiem wprost, odmówię, ale w pysk nie dam...

Jak grochem o ścianę.

No to ich dziś dobiłam, bo mieliby już swoje mieszkanie, gdyby mnie uznali za godną rozmów.

C'est la vie.

Jako że słuchała tego z zainteresowaniem Mała Wiedźma - ostrzegałam, że dzieci wypraszamy, bo będzie gorzko - nie chcieli, a to mądra dziewczyna jest (jak i jej babcia, genów nie wydłubiesz, odbierając gwiazdkowego gratisa, na pytanie - delikatne - o czym marzy - odrzekła, że zbiera na egzekucję Papryczka, moja krew) :) 

Na cała resztę zasłonę milczenia spuszczę, bo AŻ tak otwarta to ja nie jestem.

Nieco się zmachałam, wynosząc pierdyliard utensyliów do kuchni, synowa proponowała przed wyjściem, ale odmówiłam...

Moje gniazdo wróciło do siebie.


Kominek się ogarnął i znów świeci jak prawdziwy, nie wiem, co mu się stało...

Trzy hiacynty szykują się do roli boligłówek :) (Coraz bardziej kocham Aldi, mają superceny na badyle)...


Zalegające od wieków w szafie lampki w słoiku po korkach od wina też mają swój urok. Jeszcze muszę ogarnąć te kable, ale pomyślę o tym jutro.

Kibelka nie kazałam naprawiać (przywlókł i ustrojstwo, i narzędzia, bo za dużo luda i zamieszania, żeby jeszcze w kiblu grzebać). Ustrojstwo i narzędzia zostały, ogarnie w przyszły weekend. 

Nie taka wredna czasem teściowa, jak ją malują.

A synowa zaszokowana była, że ta cała bajka zaczęła się 20 lat temu, w styczniu, gdy Pierworodny z dnia na dzień wyjechał do UK...

Jak ten czas zapinkala, co nie?

I co ja mam, biedna, powiedzieć? :)



czwartek, 5 grudnia 2024

Never ending

 story się z tego, Kochany Pamiętniczku zrobiła...

Bo dziś rzuciłam tę brudną robotę i poleciałam po węgiel o 16.45, a dwie minuty później Ł. dosłał tekst. Może mnie cmoknąć, czekałam darmo dwie godziny na coś, jutro zamykanie, będzie się działo :) 

No a ja poszłam w tę noc i mrok, bo o tej porze to już egipskie ciemności są.

A moja PEKA alarmowała mnie, że nie mam ulgi już, bo się skończyła.

Więc się wpieniłam i poleciałam dp POK (punktu obsługi klienta), bo w żadnym automacie mi nie zapiszą tralalalalalalala - bezpłatnego jeżdżenia po całym powiecie :) 

I tak się udało, bo złapałam 610 do pętli :) 

Wchodzę do POK, mocuję się z PEKĄ, podaję i mówię, że się postarzałam. A małolata w okienku rzecze - ale ma pani bilet ważny do 21 grudnia. A ja na to: ale się postarzałam i już nie potrzebuję biletu. Wzdech i mówi: faktycznie. Dopytałam jeszcze, czy mogę już wszędzie jeździć za friko, bo mój roczny bilet obejmował tylko strefę A (za 90 zł polskich na rok), a za B, C, D musiałam płacić. Okazało się, że hulaj dusza, piekła nie ma, ale grzecznie odmówiłam wzięcia specjalnej drukowanej mapki, albowiem biegła jestem w internety i szanuję przyrodę, nie biorąc papieru, co małolacie się nie podobało za bardzo, że taka starucha jak ja się miga od papieru, ale co tam :P 

I tak, plącząc się w ciemności, bo naprawdę, mimo świateł miasta momentami traciłam orientację w terenie, bo jakieś nowe, oświetlone witryny, których NIGDY tam nie było, skoczyłam do Green Pointu, rzut beretem. Natykając się na zepsute od dawna tam drzwi (byłam tam jakoś latem) zastanawiałam się, kiedy i to pójdzie do zburzenia, jak moja Galeria?
Action dupy nie urwało, rzeczy świąteczne (bo tego szukałam wbrew zapieraniu się, że nie) już przetrzebione, ale i tak wyszłam lżejsza o prawie stówę, a co...

A nad Rossmannem pierożek był...


 

 149 złapałam, dwa przystanki i poszłam do Galerii, bo chciałam czerwone te wiechcie, ale i tam już ich nie było...

W szparze unijnej zaś było kolejne, spóźnione rozpieszczanie do Barana i Postmana ( w tym roku oszaleli ze szczętem)


taka kartka (a Inżynier wczoraj się kajał i lamencił, że cały Dębiec objechał i żadnej kartki nie znalazł, a był mistrzem kartek z UK). Nie dobijałam go mówieniem, że tego się w Empiku szuka, a nie na ostatnią chwilę. Lata jak pokręcony w tym swoim rodzicielstwie - i jeszcze dużo przed nim. O reszcie zamilknę, konie się dobija, ludzi nie. A już na pewno nie własnych dzieci.

I tak mój stół w tym roku na bogato


i jakbym się uparła, żeby to wszystko zostawić, to nie mam gdzie wydruczków ogarniać.

A wino od Inżyniera,  ojacierpiędolę ile on na nie wydał. Bo jak pytał, co chcę, powiedziałam, że wino i badyle. Zabiję gada. I każdy sąd mnie uniewinni. Bo kiedyś mu wspomniałam, że im głębsze dno butelki, tym lepsze wino :) A on mi na to, że pieprzę, ale kupił wino z takim dnem jak Rów Mariański.

Ale wciąż czuję się znakomicie.

Bo bez bicia przyznaję się, że - wiem, jestem starą wariatką - tak jak wtedy, gdy chciałam rzucić palenie, nie dawała mi spokoju myśl, że moje życie się skończy, gdy nie będę potrafiła zapalić, że mnie to wykończy, tak teraz od jakiegoś pól roku odnosiłam wrażenie, że umrę w przeddzień tej jebanej siedemdziesiątki i cały pogrzeb na nic. A przedtem stresowałam się, że Eks żył 68 lat, a ja do tego nie dociągnę... Prawda, jestem szalona. Dobrze, że jeszcze dziecka tym nie męczyłam :P
Wczoraj poczułam, że wszystko ze mnie spływa i że nieważne, ile jeszcze będę żyła, czekają mnie piękne dni :) 

Więc dziś po powrocie do domu zaczęłam się rozkręcać świątecznie i rozwalając te pieprzone zaciski w plastikowych pudełkach z ledami, bo mimo mania odpowiedniego śrubokrętu (krzyżakowego) nie udawało się chińskich śrubek odkręcić, zainaugurowałam 


Asparagus w oczach marnieje, bo za sucho, mimo że go pryskam - oby dotrwał do powrotu na balkon :) 

Ale niektóre ramionka mu tak rosną, że do połowy pokoju już sięgają :)

Więc zanosi się na grubszą akcję, jakby na to nie patrzeć :) 

A, kolejna niespodziewajka - znalazłam życzenia od Synowej - SMS. W szoku byłam, bo u mnie zazwyczaj telefon leży w kącie, więc mogła się poczuć urażona (w sumie znów DDA ze mnie wyłazi, ale inaczej już nie umiem).

Podziękowałam, mówiąc, że miło mi będzie, jak wleci w sobotę na kawę.

I szok. Wleci. No to pojadę w sobotę po całokształcie, jak to ja. W związku z tym jebanym mieszkaniem, gdzie mogłam pomóc, gdyby się ze mną ROZMAWIAŁO. No nic, zobaczymy :)

I w ramach muzycznych przepychanek na FB M. zapodała Feliz Navidad, a ja do tej kolędy, bo to kolęda po prostu - tańczę.

Mnie wpadło znów na Serce na śniegu  - i okazało się, że wśród wielu znajomych ta piosenka coś znaczy.

A mnie się paluszek omsknął na The Red Army Choir...

Pamięta ktoś z czytaczy Chór Aleksandrowa? Który zginął w katastrofie lotniczej?

Jak bardzo pokręcona jest moja rzeczywistość, że nienawidząc Rosji, mogę ją aż tak lubić?

Że serce wyskakuje mi z piersi, gdy oni śpiewają Czerwone maki na Monte Cassino? Albo Warszawiankę?

Czy to już level hard mojego poplątania życiowego?

 Przez kilka lat korespondowałam z niejaką Nadią z Moskwy.

Po rosyjsku, gdzieś mam jej zdjęcie, a może nawet i listy?

I wciąż pamiętam, jak koleżanka z Kościuszkowa (taki zaścianek R.) zaprosiła do siebie też taką korespondencyjną znajomą z ZSRR.  Przyjechała, o dziwo, pozwolili jej.

Koleżanka chciała ją zabrać do K. na wycieczkę, a ta wpadła w panikę,  że jak to bez bumagi?

Jak bardzo trzeba upodlić i zindoktrynizować zwykłych ludzi?

Dla mnie Chór Aleksandrowa to zwykli ludzie obdarzeni pięknymi głosami, których piękno wychwytuje nawet mój niedoskonały słuch. Na pewno są wśród nich partyjni karierowicze, ale...

Czy widzisz te gruzy na szczycie, tam wróg Twój się kryje jak szczur... Musicie, musicie, musicie, za kark wziąć i strącić go z chmur...

Dlaczego to wszystko jest takie pokręcone, łącznie z tym, że gdy wracaliśmy wczoraj i pytałam Inżyniera o plecak ewakuacyjny dla nich, z leksza mnie wyśmiał (bo ja w ogóle o nim nie myślę dla siebie, bo po co, tu zejdę i chuj), a potem powiedział, że po bombie takiej, jaką zrzucono na Hiroszimę, to moja wioska to pikuś, mam szansę, ale dziś mają lepsze zabawki...

Jak żyć z tą świadomością, Kochany Pamiętniczku?

I kochać te trojki dwie, które gonią się, leci z dal dzwoneczków głos?

Przy których przeżyło się najpiękniejsze lata życia, wiedząc oczywiście, że to, co długie, czerwone, kończy się na uj...

No wiadomo...

Ale i tak chciało się żyć?

Mimo wszystko i na złość...

 


 



środa, 4 grudnia 2024

Dziś już

 Kochany Pamiętniczku, zatkało mnie i nie odetka.

Chyba.

Bo tak Kalafiorkówna zachorowała w niedzielę, no to wiadomo, chuj bombki strzelił, ale winić dziecka za to, że choruje nie można.

Inżynier był dobrej myśli.

W poniedziałek zachorowała Inżynierowa w poszła na L4, bo kaszląca jak konający suchotnik  nauczycielka przedszkola, to jest abstrakcja, co nie. A kaszle (sprawdziłam).

Więc obie Kaszelkowe zostały dziś w chałupie, a Inżynier zrealizował swój niecny plan, jako że wziął urlop.

Wyzywając mnie od pokręconych DDA, że mam mordę w kubeł :) 

Przyjechał z olbrzymią gwiazdą betlejemską i darował mi swój dzień.

A brakowało mi tego jak cholera.

Więc nagadaliśmy się do wypęku, po czym skoczyliśmy po tort. Bo uparłam się, że tort kupię, bo jednak wydał na mnie sporo kasy, jojcząc, że to raz na 70 lat :) A za prąd płaci 2 tys., nie licząc kredytu za chałupę. Bez przesady.

W międzyczasie, olaboga, w szoku byłam, bo Pierworodny, zwykle o mnie niepamiętający, zapytał, czy może z Małą Wiedźmą po pracy wlecieć. Odpowiedziałam, że nie wiem, o której wrócę do domu, ale dam znać. Ale bardziej mu pasowałaby w takim układzie sobota - no i OK. Mnie też.

Z tortem w bagażniku pojechaliśmy do Batorowa, do Pałacu Jaśminowego.

Mieli tam brać ślub, ale padło na Wąsowo.

A ja nie chciałam knajpy w wiosce, bo tu można utknąć na amen, a skoro nie było  z nami Łobuzów, to i jarmark nie jest żadnym cudem.

Bo męczył mnie o ekskluzywne knajpy, a ja od dawna w żadnych nie bywam. Miałam szukać knajpy z homarami, bo wie, że mam na to melodię (w UK akurat nie trafiłam), ale ja prosta dziewucha ze wsi jestem, nie wiedziałabym nawet, jak się do niego zabrać. A miało być na luzie, a nie męczyć się...

A, znalazłam w czeluściach chaty niespodziewanie takie cuś, nie pamiętam, czy to z jakichś urodzin wnuków, czy z mojej sześćdziesiątki u Barana, no to sobie powiesiłam, To się nazywa recykling i ekologia :) 


Powisi, nacieszę się :) 

W końcu nie co roku kończy się 70 lat :) 

A może zaczyna?

No i pojechaliśmy do Batorowa.

Fajnie tam :) 


 



Prosił, błagał, namawiał, żebym sobie furę wybrała, ale oszczędziłam go :) Bez przesadyzmu.

Po wejściu do Pałacu pięknie pachniało (jak kiełbaska, zdaniem Inżyniera, ale naprawdę, nie pamiętam, żeby w którejś knajpie tak pachniało - nie, nie jedzeniem, świeżością). 



Pierwsza sala była zajęta tłumem z lapkami, więc pewno jakiś event czy szkolenie.

A my znaleźliśmy się na puściutkiej sali balowej...


Orkiestry tylko brakowało i gości, ale co tam.

Jako że Inżynier wozić mnie musiał, poprzestał na bezalkoholowym piwku - smakowało mu bardzo i będzie takiego szukał, a ja dostałam martini w dziwnym kieliszku, ale smakowało :)


Na obiadek czekaliśmy dość długo, bo na dzika dla Inżyniera polowali jeszcze, a halibuta dla mnie jeszcze łowili :)

No i


schab z dzika sous vide, gofr gryczany i puree z pietruszki - Inżynier był zachwycony. Nie jadł nigdy dziczyzny.

A ja w knajpie zawsze staram się wybierać rybę (poza K., gdzie mięso jest zawsze zjadliwe), więc wzięłam halibuta na risotto z chipsem parmezanowym. Umarłam. Z rozkoszy. Ani jednej osteczki...

Ale uczono mnie, że rybę je się innym nożem (mieliśmy takie w domu, zanim ich ojciec nie przepił), albo dwoma widelcami. Tu nóż nie był potrzebny, ale potraktuję to jako drobne faux pas. Prawie wylizałam talerz...

A ta parmezanowa koronka ojacierpiędolę.

Dziwnie się czułam, gdy płacił, bo to zawsze ja odganiam go od terminalu...

No ale jako DDA miałam siedzieć i mieć mordę w kubeł...

Wychodziliśmy, a słoneczko już zaczynało zachodzić...


Na drodze do włości góry, doliny i kałuże, a jechał jak wariat, pyskując, że sąsiad się mazgai...

Przyjechaliśmy wcześniej, niż Inżynierowa oczekiwała, ale za to Kalafiorkówna była w siódmym niebie, bo mogła mi wręczyć własnoręcznie wykonaną laurkę, z odbitą jej łapką.

I zachwycona była kubkiem ze Stitchem, bo o takim marzyła.

A dostała go przed mikołajem, bo mama zgodziła się na to, żebym i ja radochę miała z jej radochy.

 

I nagle dzwoni mój ajfonik, ale że numer nieznany, tom odrzuciła. Chwilę później znów dzwoni i wyświetla się "kurier". Daję ustrojstwo Inżynierowi i gada... Mówi, że mnie nie ma, że będę wieczorem. Kurier pyta, czy może dać sąsiadowi, mówimy, że tak, naprzeciwko mieszka gość, który wprowadzał się razem z nami. I co powiecie? Sąsiad nie chciał przyjąć przesyłki, bo mnie nie zna.   Nie wie, jak mam na imię i jak się nazywam. Nosz, kurwa, kolejny sąsiad z demencją, jedna już się wyprowadziła. A ja mam go w telefonie!!! I jak mieszkam tu 38 lat, nie było zatargów, inna bajka, że też u siebie nie bywaliśmy, pomijając podlewanie badyli w  czasie urlopów. No i numer mieszkania się zgadzał.

Mówimy kurierowi, żeby spróbował koło windy. Dostaję SMS, że zostawił tam paczkę. A mieszkają tam nowi ludzie, właśnie po gościówie z demencją... Nawet nie wiem, jak się nazywają, a i oni też nie wiedzą. Wiem tylko, że mają psa, widziałam raz (a mieszkają od roku), jak pani go wyprowadza, zamieniłyśmy parę słów, powiedziałam, że niedosłyszę i gdzie dzwonić. Nie pamiętam twarzy, nie mam pamięci do twarzy. No ale odebrali paczkę. Parę minut później telefon znów dzwoni jak oszalały, a to wideowizjer. Sprawdzam - sąsiadka z wielką paczką - ki diabeł?


Przed samym wyjazdem po Alienka dostaję SMS z Poczty Kwiatowej.

Kombinuję, kto zacz oszalał?

Pojechaliśmy po Alienka do szkoły, biedne dziecko w I klasie siedzi od 8 do 16.10.

Cały dzień pracy w  korpo.

Dziecko odbiera się przez apkę, która musi być odpowiednio certyfikowana.

Ojacierpiędolę, ale  przynajmniej ogarnęłam szkołę i świetlicę. Na wszelki wypadek... 

Alieniatko wyleciało bez kolejki z aplikacji i utonęło w mych stęsknionych ramionach.

A w domu dostałam laurkę z "kocham Cię, Babciu" i gęsto tłumaczył, że mama pomagała mu wycinać i naklejać, ale pisał sam. Ma to po mnie, że nie cierpi robótek ręcznych, więc i tak włożył w to dużo serca.

Przy torcie trwała akademicka dyskusja na temat sparwiedliwego podzielenia jednego kawałka białej czekolady, bo babcia też musiała ten kawałek dostać, no bo to jej tort był...


Okazało się, że babcia nie jest aż taką fanką białej czekolady i można ten kawałek spokojnie podzielić na pół. Na co Kalafiorkówna z rozmarzonym wzrokiem powiedziała, że jak na jej urodzinowym torcie będzie taki kawałek, to się z nikim nie podzieli :P Zapomniała, chytruska, że tort piecze jej mama, bo się skiepściła i urodziła w drugie święto,a  tam firmowego kawałka czekolady do podziału nie ma :) 

No i Sto lat i Happy Birthday odśpiewane pełną piersią, aż mi się łezka w oku zakręciła.

Nalegałam na wyjazd do chaty, nie chcąc nadużywać gościnności, no i te dwie Kaszelkówne,a  i Inżyniera jeszcze trzepie... Tylko rybki i koty nie kaszlały jakoś, ale Edek na stole chrapał (tego nawet w aparatach nie słyszę).

Inżynier potrzebował coś od brata do kompa, okazało się, że skoro nie jedzie do mnie, to trzaska nadgodziny - odebraliśmy go po drodze i podwieźli mnie pod chałupkę.

 Poleciałam do sąsiadki i bardzo miła jest, powiedziała, że dzwoniła na oba dzwonki i dopieszczała pudło :)

I że odbierze znów przesyłkę, jak coś :) 

A kundel mnie popieścił tak, że musiałam spodnie do prania wrzucić, ale oj tam, oj tam.

A w paczce był bukiet - ostatni raz taki bukiet dostałam w 1977 roku na absolutorium magisterki. Ktoś wie, co tygrysy lubią najbardziej.

Nie mogłam znaleźć kartki, ale znalazłam - to moi chłopcy - Baran i Postman :) 

I butelkę dobrego wina dołożyli - wiedzą, co lubię.

A życzenia słali od bladego świtu i pewno martwili się, że prezent nie doszedł :)  

Jakby ktoś miał dużo kasy do wydania - polecam Pocztę Kwiatową. Sama wysyłałam od nich wieniec na pogrzeb kuzynki - dosłownie w ostatniej chwili i doszedł idealnie.

Nie wiedziałam, jak sobie poradzić z tym bukietem - trzymać z wodzie z żelem, czy inaczej - a na stronie mają czat - konsultant błyskawicznie powiedział mi, co zrobić.

Podoba mi się ta usługa :) 

A na paczce było zaznaczone - osoba niesłysząca, więc kurier rozmawiał z Inżynierem nie wnikając, że ten nie jest kobietą :) 

Rzadko kiedy mam w urodzinoimieniny taki fajny dzień :) 

No ale 70 lat kończy się raz na 70 lat.

Jutro znów proza życia, ale oj tam, oj tam.

Muszę kupić większy stół :) 


 

Nie ma innej opcji.

I cieszę się, że nie wypalił pomysł Inżyniera wyprawiania tego dla "wszystkich".

Byłby to niepotrzebny i stres, i wydatek.

Gwiazdka jeszcze w powietrzu, nie wiadomo, czy będą włości, czy ulica D.

Lepszą opcją jest ulica D., bo i tak do Kalafiorkówny trzeba jechać w drugie święto, bo obraza majestatu - taką sobie datę wybrała przyjścia na ten padół łez :)

Ale jak to w rodzinie Inżynierowej - nikomu się nie spieszy.

Pierworodny albo jedzie do O., albo zostaną na swoim.

I nie, nie pomyśleli o tym, że może raz oni powinni nas zaprosić.

Ale co się będę nakręcała.

Miałam dziś wspaniały dzień.

Jestem aż zmęczona szczęściem.

I perspektywicznie patrząc - ciocia miała 78 lat jak zmarła.

Więc daleka droga przede mną, żeby dobić do rodzinnego rekordu. 

Moja babcia (ze strony ojca) zmarła mając 90 lat, a siostra mojej babci (ze strony mamy) mając 99 lat i 9 miesięcy - po urodzeniu 7 dzieci...

Muszę się bardziej postarać jak widzę :) 

Ale cała reszta, biorąc też pod uwagę moich rodziców i brata, to mięczaki jakieś...

No dobra, nie zapeszać.

Dziękuję za dobre fluidy tym, którzy pamiętali i ogarniali, mimo że FB nie przypomina... :)

Ale w sumie dziękuję wszystkim :) 

Niech się spełni... 

 



 



poniedziałek, 2 grudnia 2024

Emilek

 znów, Kochany Pamiętniczku.

Że cała struktura staje do góry nogami.

Dla mnie to w sumie nic nie zmienia, bo jestem jak ten chłop pańszczyźniany przywiązana do tytułu (ów).

I dobrze.

Boss został capo di tutti capi - ale w sumie dla mnie to nic nie zmienia - użerać się będą z nim naczelni, mnie to nie dotyczy, w tej strukturze podlegam Naczelnej.

Idealnej.

Wice został gość, z którym mam bardzo dobre układy, on ma na dokładkę córeczkę w wieku Kalafiorkówny - obie mają tak samo na imię i obie są przecherami.

Posłałam emilka z gratulacjami, dodając, że: I smutno mi, bo skończyło się rumakowanie, już nie będę mogła pyskować na technikę, nie ujdzie mi to na sucho... ;)

Bo tak im tam śmiercią męczeńską zawsze groziłam :) 

Odpisywali, że bardzo mnie brakuje, bo nikt nie stoi w drzwiach z bacikiem i nie motywuje do pracy...

Nie boję się już tych zmian - dla mnie nie są zmianami, jest ekipa, z którą dobrze mi od lat.

Tylko miejsce inne, nie ma tej atmosfery, co przed laty - ale może i to się zmieni?

Ekipa ma gorzej.

I dlatego ja, z perspektywy mego home office, którego warunki (dzięki ci, losie) nie uległy zmianie po zmianie pracodawcy, czasami zaciskam zęby i...

Nieważne.

Oni mają gorzej.
Dzisiaj był jakiś zajazd na mieście, dostałam zawiadomienie, że spotykamy się, ale...

Jestem aspołecznym introwertykiem :) 

Nie poszłam.

Z zasady nie chodzę na pracowe imprezy integracyjne.

Zaraz po rozpoczęciu pracy tu poszłam na zakładową wigilię. Ojacierpiędolę, jak się wynudziłam, umierając z głodu zanim skończyły się wszystkie speeche.

A potem była zaraz jakaś impreza na Malcie, na którą po prostu nie trafiłam - było ciemno, a ja jestem debilem terenowym. Okazało się, że o krok ominęłam imprezę. I dobrze, bo potem się nasłuchałam w kuchni i w kiblu - tak sobie wszyscy ci mili ludzie tyłki obrabiali. Nie wiem, czy też bym nie miała obrobionego.

I potem było 25-lecie - już na nowej siedzibie, namiot, pół Polski zjechało, prowadził Jacek Kawalec,  jak dla mnie żenua level hard, a i goście od wejścia już pijani w trzy dupy, że nie zacytuję koleżanki...

Trzeźwa jak świnia, bo w takim towarzystwie nie jest miło pić, wróciłam do chaty i nigdy więcej zakładowych imprez.

Wigilie mnie omijały, bo w tym czasie nie było mnie w PL :)

Kocham moich współpracowników, tęsknię za nimi, ale imprezom mówię - NIE.

Tak samo jak nie jestem z nikim na ty (oprócz nieodżałowanej D.), nauczyła mnie tego praca w Auschwitz. Dzięki niebiosom nie przeszłam na ty z kierownikiem fotoskładu, wyjątkową kreaturą. Do wszystkich mówił per kurwa, jak mu coś nie pasowało. Do mnie nie: bo trudno mówić per kurwa pani Stara Jędzo.

A wyjątkowo oślizgły był to egzemplarz, tak że kiedy wysłał mi zaproszenie na FB, zablokowałam typa.

Nigdy więcej takich kanalii w moim życiu.

W mojej ostatniej już firmie nie przechodzę z nikim na ty, choć z kilkoma osobami miałabym na to ochotę, ale pan - pani też działa i nie będę tego zmieniała.

Nie musimy być na ty, tak jak z drzewem nie jest ptak.
Drzewo pyta - czy pan śpi,

A ptak mówi: nie lub tak. 

Tak jak w wierszu Osieckiej :) Nie do końca wiernie zacytowałam :)

Mój telefon milczy, milczy,

Nie masz czasu ani, ani.

Czy by było tak, najmilszy,

Gdybyś mówił do mnie pani? 


I tak spokojnie minął dzień, zdążyłam nacieszyć się trochę słońcem, które napierdalało od rana. Jako że nie dostałam NIC, oprócz maszynek, które musiały i tak poczekać po 13, aż wrócę, poleciałam punkt 13 s jego stronę, przygnębiona wieścią, że jest podpisana likwidacja Galerii, postawią tam kolejne bloki. Będzie mi jej brakowało (a może i nie, kwestia dożycia).

Więc lecąc w stronę słońca, srajtaśmę w Galerii zanabyłam w promocji, bo to dobra lokata kapitału, a co.

Wleciawszy zaś do Aldi w poszukiwaniu badylków


piwo kupiłam, licząc na smak, a smakowało jak zwykła fortuna czarna, może mniej słodkie, ale dupy nie urwało, 8,99 za puszkę - przepłaciłam. Dobrze, że kupiłam jedną. Nie polecam :) Za amarylisa też przepłaciłam, ale oj tam, oj tam, potraktowałam to jako prezent dla siebie zamiast perfum. Ma kwiatek, zobaczymy, jak zakwitnie. Były i takie za 40 zł w szkle, ale bez przesadyzmu. Moje cebulki nie wykazują najmniejszej ochoty do kwitnięcia. No i jeszcze jednego amarylisa kupiłam - z osłonką, za 18 zł. W Lidlu za takiego w zwykłym plastikowym szajsie zapłaciłam 19,99, więc usprawiedliwiona i rozgrzeszona jestem :P 

 A i jutro po 13 polecę w stronę słońca, nieważne gdzie, nieważne, czy słońce będzie, czy nie.

Bo czas wyjść z tego pojebanego doła.

A jakże, najwyższy :) 


Czasem i takie pierdoły zapierają w piersiach dech :P


niedziela, 1 grudnia 2024

A jednak

 chuj bombki strzelił, świąt nie będzie, Kochany Pamiętniczku.

Niczyjej winy w tym nie ma, po prostu życie. Ale jest mi przykro.

Bo tak w sumie to jestem nieważna.

Jak zawsze.

Ale nie będę się nad sobą rozczulała, bo to nic nie da.

Jest jak jest, szczęście usłyszało i poszło się jebać.

Tradycyjnie.

Ale boli i nic na to nie poradzę.

I się tak zastanawiam, wpadłszy jak co roku w szpony amerykańskiej świątecznej szmiry, w ramach odchamiania się po pracy i niedawania sobie rady z samą sobą. Jak tam śnieg leci z nieba, to wszyscy popylają na szpileczkach, z szalikiem albo i bez szalika, w rozpiętym lekkim płaszczyku. A u nas śniegu nie ma, a wszyscy popylają w watowanych kurtkach, ciepłych butach, owinięci szalami, w czapeczkach i kapturach na tych czapeczkach.

I nie ma tak dobrze, że wszystko jest gwiazdkowo podekorowane, nie licząc oczywiście centrów handlowych. Może na osiedlach domków jednorodzinnych czasem jest weselej, na blokowiskach już nie. U mnie przez lata świeciła największa choinka na osiedlu (a już jest bardzo wysoka), ale jakiś kretyn przeciął zasilacz - i chuj światełka strzelił, świąt nie będzie.

Ponoć nie do ogarnięcia, zresztą nie wyrywam się przed orkiestrę, bo to w końcu ja płacę za ten prąd :)

A czynsz podnieśli mi znowu, bo podrożeje od 1 stycznia woda. I będę teraz płaciła 666,30 złotych. Inżynier napisał, że do idealnej kwoty brakuje 36 groszy :) Zgadzam się z nim w zupełności...

Już i tak oszczędzam wodę na maksa - nie znaczy to, że się nie myję, bo codziennej kąpiółki sobie nie odmawiam, ale np. jak mam kubek i talerzyk, to czekam ze zmywaniem aż się więcej statków zbierze.

Nędza z bidą.

Ciągnąc zaś rozmyślania nad tym, że życie pędzi coraz prędzej  - nie, żebym uważała, jak kultowa grupa na FB, że kiedyś było lepiej, czasami zastanawiam się, jak udało nam się wychować dzieci bez telefonów. Bez kontroli permanentnej, bez monitoringu. Kiedyś Pierworodny wracał ze szkoły 1,5 godziny (a szkoła jest 10-15 minut drogi od naszego bloku, oczywiście tempem tamtych dni, bo dziś wlokę się do niej jakieś 25 minut). Odchodziłam od zmysłów, ale co miałam zrobić? Eks był tradycyjnie u teściowej na kawie na Wygwizdowie, a ponieważ ja pracowałam chałupniczo na czarno w domu (pochwalę się - robiłam elektrody do EKG, to też umiem robić, do dziś pamiętam procedurę), więc dzieci nie miały klucza. Wyszłabym z domu, a gdyby wrócił, to sterczałby pod zamkniętymi drzwiami, zresztą miał w tym czasie wrócić Inżynier - też bez klucza.

Pierworodny wrócił cały i zdrowy - po prostu zrobił sobie rajd po uliczkach sąsiedniego osiedla, od śmietnika do śmietnika, bo tak mu się spodobało...

Tak, byłam nadopiekuńczą matką do wyrzygania, pierwszy raz pojechał sam do miasta (ojacierpiędolę, jak to brzmi), zawożąc papiery do liceum :) A tak to zawsze jeździł z kimś :) Wtedy się zbuntował i pojechał sam :) 

Inżynier też był krótko trzymany, ale ten miał większego diabła za skórą. I wracając ze szkoły, kiedy lało, wlazł pod rynnę, bo chciał się porządnie zmoczyć. Sąsiad go zakablował :) Przerażony był, mówił do mnie: pani R., ale jak to, lało, a on pod rynną stał i był cały szczęśliwy, że woda na niego leci...

Gotując zaś, korzystałam z zeszytu zatytułowanego "Eksperymenty na żołądkach rodziny", gdzie pracowicie wklejałam przepisy z gazet (a gazet kupowałam co dzień mnóstwo, po latach kwitnięcia w kolejkach miałam teczkę w kiosku), przepisywałam przepisy od Cioci i innych osób. Książek kucharskich mam od metra. 

A dziś z niczego nie korzystam, choć zeszyt mam wciąż (tylko nie wiem, gdzie upchnięty, a mam jeszcze zeszyt z przepisami Mamy i po Cioci też). Nie, nie mamy żadnej tradycji rodzinnej. Od dawna gotuję na winie, znaczy, eksperymentuję, co się nawinie, to sruuu do gara. A jak potrzebuję jakiegoś przepisu, od tego mam wujka.

Wujkowi można zadać najgłupsze pytanie, a odpowie.

Kupiłam ostatnio kaki, uwielbiam, ale... zamiast słodyczy było cierpkie i gorzkie, tak że mord mi wykrzywiło.

Zjadłam, zastanawiając się, czy się zatruję, czy nie.

Nic mi nie było.

Z ciekawości zapytałam wujka i okazało się, że kupiłam inny rodzaj kaki (a skąd ja, chowana w PRL mam w ogóle znać rodzaje kaki - wtedy nie miałam nawet pojęcia, że takie coś istnieje, a że promocja była - chyba z 10 owoców za niecałe 7 zł, gdy normalnie jedno kaki kosztuje kilka złotych,a  ja je uwielbiam), więc krzywiąc się od taniny, żrę, bo zdrowe i dobrze robi na oczy :) 

Kiedyś, żeby ogarnąć, co zrobić z niemowlakiem, pilnie studiowałam książkę "Małe dziecko". Bo moja teściowa, chociaż swoich miała sześcioro, na wszystko odpowiadała, że nie wie. No, nie wiedziała, miała matkę, która całą szóstkę ogarniała, męża lekarza. Po porodzie leżała 2 tygodnie (siłami natury), a ja po pierwszym porodzie 2 dni później byłam w domu, po drugim też, na dokładkę z zapaleniem piersi, dzięki przyszywanej ciotce i lekom kradzionym ze szpitala nie zeszłam z tego świata. Bo w PRL kobietom, które urodziły dziecko kazano je karmić piersią bez względu na wszystko - ja mam je sfelerowane, taki model. Szwagier, bogobojny, a jakże, poproszony o pomoc powiedział, że mam karmić, bo Inżynier ma prawo do naturalnego pokarmu. Że ma prawo do żywej matki, to mu do głowy nie przyszło. Uratowała mnie córka przyszywanej ciotki, kradnąc leki na zatrzymanie pokarmu. Ciotka znęcała się nad moimi cyckami (drobna, malutka, 1,50 w kapeluszu i na gazecie, która wszystko wyolbrzymia, obrzucana przeze mnie kurwami, kto nie cierpiał, nie zna tego bólu, a ja jestem odporna na ból), wyciskając pokarm. Szwagierka zaś, wprawiona na ojcu z rakiem, kłuła mnie w dupala kradzionymi zastrzykami na zatrzymanie pokarmu - dzięki temu moje dzieci miały matkę do dziś. Jutro to już nie wiadomo - nie mam na to wpływu. A tak nawiasem, nawet żona Inżyniera nie rozumie, jak można nie karmić dziecka - że to tylko kwestia chęci. Pierworodny, mając 2 miesiące wylądował w szpitalu na operacji przepuklin, których nabawił się płacząc z głodu, bo mnie się lało z cycków, ale on nie dawał rady ściągnąć. Twierdziła, że mogłam się więcej postarać. Starałam się, jak babcię w kapcie, bo wygodniej było wsadzić dziecku cycek w paszczę, jak wyparzać butelki, zdobywać mleko, wówczas nie do zdobycia.

A teraz wpisuje się w wujka hasło i wyskakuje pierdyliard porad.

Tak jak do każdej choroby, dolegliwości, przypadłości.

Do mycia szyb, do sprzątania.

Odkrywanie Ameryki na grupach - sprzątających, niesprzątających, gotujących, niegotujących, szczepiących, nieszczepiących.

A z sentymentem wspominam, jak uratowałam życie przyszywanemu wujkowi.

Gość miał kilka dolegliwości, jak to dżentelmen posunięty w latach. Miał zięcia lekarza, ale psychiatrę, córkę lekarkę, tę, co mi życie uratowała, ale... Jak to w rodzinie.Szewc bez butów chodzi.

Wujek kolędował od lekarza do lekarza i każdy zapisywał mu genialne leki na jego dolegliwości.

Siedzieliśmy u teściowej i ciotka (żona jego) lamenci, że mąż jej zejdzie, bo coś jest nie tak.

Bo się leczy, a jest coraz gorzej.
A że ja akurat zostałam dumną właścicielką "Vademecum - leki współczesnej terapii", poprosiłam o spis medykamentów, które wujek zażywa.

I co się okazało?

Leki, które mu zapisywał jeden lekarz, wykluczały bądź wchodziły w kolizję z innymi lekami od innego lekarza.

Spisałam, podałam na karteczce i nawet zięć wujka mnie pogłaskał po główce, a córka rzekła - no cóż, ojciec głupi jest.

I tak jest do dziś, sama nawet łapię się na tym, że napalając się na jakieś ziółko nie do końca czasem przemyślę sprawę, bo koliduje ono z moimi lekami albo z całokształtem :)

Tylko że teraz łatwiej to ogarnąć, mając wujka do pomocy.

I porady, teorie, jedne wykluczające drugie: jeść masło, nie jeść masła, smażyć na oleju, olej zabija, smażyć na smalcu, smalec zabija...

Jak żyć w tym galimatiasie, Kochany Pamiętniczku i nie zgubić siebie?

Jak mogliśmy jeździć wszędzie bez GPS?

I dojechać do celu lepiej niż z nim - coś o tym wiem :)

Sama mam ustawione w ajfoniku lokalizowanie mojej skromnej osoby - lokalizuje mnie Inżynier, pozwoliłam, wychodząc z założenia, że mogę mu w razie W oszczędzić kłopotu. Czasem mnie śledzi. Jak jadę do niego, żeby zdążyć, zanim zadzwonię do drzwi :)

Też mi proponował szpiega swojego, ale odmówiłam. Znając siebie, sprawdzałabym co chwila, drżąc. 

A tak, gdy gdzieś wyjeżdża, męczę, jak klasyczna teściowa, jego żonę, która szpiega ma :) 

I teraz leci piosenka, która dużo dla mnie znaczy...

https://www.facebook.com/

Tak w całokształcie. Choć i tak chuj bombki strzelił, nic nie może wiecznie trwać :) 

Mnie i ciebie i nasz czas...

O ten czas właśnie chodzi. Jak co roku w Chałupach cierpię. Niekochana.

Ale kiedyś będę kochana :)  


Jak już odejdę w tę siną dal.

A może i nie?



sobota, 30 listopada 2024

Dzisiejszy

 post, Kochany Pamiętniczku, nadal sponsoruje polska piosenka.

Bo czasami mam takie fazy, wracania do młodości, durnej, chmurnej, ale zawsze pięknej.

Teraz, z perspektywy lat patrząc, wiele rzeczy rozegrałabym inaczej, ale jednego bym nie zmieniła - tego, że trzymałam się słów Mamy, krótko przed jej śmiercią.

Że mam się uczyć, by nigdy nie być zależna od mężczyzny. 

Żeby mieć swoją kasę, swoje zdanie i dbać o siebie.

To ostatnie przyszło mi dopiero na stare lata, na naprawdę już stare lata.

Poszłam dziś na spokojnie na Manhattan - uwielbiam takie wyprawy spacerowym krokiem, kiedy nie goni mnie zegarek.

Ciepło było, aczkolwiek bez słońca, więc szłam i szłam, latynoskie rytmy pasują idealnie do takich włóczęg. 

Obkupiłam się jak głupia, w rzeźnika natchnęło mnie na golonkę, reklama była, że na andrzejki golonka - nie wiedziałam nawet o tym, u nas nie jadało się golonki, bo Eks uznawał tylko schabowego i pałę z kurczaka - nie muszę chyba mówić, że w tamtych latach musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby go wyżywić.

Golonkę jadałam z ojcem - jak wyciągałam go z knajpy, stawiał mi golonkę albo tatara. Od wieków ich nie jadam. A i dziś nie kupiłam klasycznej golonki, tylko taką w siateczce - wrzuciłam obok zwłok do rosołu i wyszedł cut, mjut i ożeszki laskowe :) Komponenty do kombinowania z rosołkiem też mam, i nie, nie będzie to pomidorowa :) 

Wracając z Manhattanu wpadłam na teściową Kierownika Budowy, bardzo ją lubię. Drobna, chuda jak patyk, zawsze na mój widok krzyczy: bez czapki, nie jest ci zimno? No to ja dziś na jej widok krzyknęłam: w czapce, a tak ciepło jest :) I tak stanęłyśmy na chodniku i przegadałyśmy godzinę, chociaż ona dopiero szła po zakupy. Ale co ją żegnałam, to znów nam się papy otwierały... Szkoda, że nie ma w okolicy ŻADNEJ kafejki, więc tak gadałyśmy na ulicy. Ona też pracuje, choć z niej w sumie młoda dupa, u mnie jest jak jest - sama stwierdziła, że nie ma żadnych psiapsiół. Ale choć nadajemy na tych samych falach, nic z tego nie będzie. I tak czasem bywa.


 Tuśmy gawędziły, przepłoszywszy przedtem ptaszyska :) Nie były zadowolone :P

A ja uświadomiłam sobie, że tak naprawdę w tej wiosce jestem sama jak palec. Nie, żebym narzekała, to jest mój wybór. Dobrze mi z samą sobą. Nie ciągnie mnie już nigdzie. Do żadnych zobowiązań, spotkań. Miło w przelocie zamienić z kimś dobre słowo, pogadać na jakimś forum - tak w zasadzie moje życie przeniosło się w sfery netowe.

Dobrze mi z tym, wystarcza mi realny kontakt z Inżynierową bandą.

Wierną, troskliwą, komunikatywną.

Dziś wieczorem znów była kontrola techniczna, czy jeszcze żyję - jak myślałam, mieli intensywny dzień, wpadli też w mieście na dziewczynę, która nazywa się tak jak babcia Inżyniera (ze strony Eksa), poznali się na forum zespołu, którym byli zafascynowani - złączyło ich wspólne nazwisko. Mnie ona przypadła do gustu, bo spotykali się, choć pół Polski ich dzieliło, nawet zaczęłam mruczeć, ale dziecko mnie zgasiło... Cóż, dziewczyna woli swoją płeć. Ale przyjaźnili się latami, a i Baran przypadł do kompanii, ja zaskarbiłam sobie jej łaski też, została świadkową Inżyniera na jego ślubie... Żyje intensywnie, nie nalegam na bliższe kontakty, ale... Dostanę od niej naparstki, przywiozła, dała Inżynierowi, wciąż pamięta o moim bziku :) To miłe, nieprawdaż?

Takie podsumowanie sobie robię, bo pora.

Zmiana kodu to jednak nie takie hop-siup jak myślałam.

Nie, żeby to coś zmieniało ogólnie, ale...

Wciąż widzę ulicę, wybrukowaną kocimi łbami, po której popyłał jedyny we wsi traktor, jeszcze na żelaznych obręczach.

Wykopki z dziabką.

Pierwszą we wsi Warszawę, gość, który nią jeździł był tak mikrego wzrostu, że śmialiśmy się, że encyklopedię podkłada na siedzenie, żeby go było widać.

I można było spać na środku jezdni, bo samochód jechał dwa razy na tydzień.

I wóz piekarza z Dąbrowy, który za kołnierz nie wylewał (piekarz, nie wóz), prowadzony przez konia, który wiedział, gdzie stawać, ludzie sami brali chleb (zamówiony, piekł na zamówienie) i kładli kasę. Moja Mama, nie wiem dlaczego, nie chciała od niego chleba kupować, więc chodziłam do sąsiadki na skibeczkę, bo uwielbiałam ten chleb...

I cosobotni spacer z blachą placka pod pachą do piekarni, gdzie za dwa złote piekarz piekł ludziom ciasta. Przed piekarnią na podwórku były regały, gdzie kładło się blachy z surowym ciastem...

I ten słup, rozwidlony, na środku chodnika stojący, po którym została mi blizna na nosie (już niewidoczna), bo szłam, swoim zwyczajem czytając książkę, nadziałam się na niego - Mama zapytała, co się stało, a ja na to: bezczelny, nie cofnął się, jak szłam i czytałam...

I kilka chat jeszcze strzechą pokrytych.

A dziś nie ma już tych kocich łbów.

Warszawą nikt nie jeździ.

Nie wiem, jak piekarnia, budynek stoi, ale rodziny już nie ma. A piekarz lata całe zapalał lampkę na grobie mojej Mamy - jeszcze jednak niewyjaśniona historia - dlaczego? Bo bywaliśmy u nich, Mama uczyła jego córki, ale coś mi do końca nie pasuje...

A ja jestem na bieżąco z nowinkami technicznymi - traktory z ISOBUS, kompatybilne z maszynami uprawowymi, jeżdżące bez traktorzysty, sterowane z komputera. Lasery, lidary, roboty paszowe, udojowe i inne chuje muje. Jak to się ma do mojej rodzinnej wioski?

A to jedynie jedno pokolenie.

I moja babcia, mówiąca, że jedno z dzieci urodziła w czasie sianokosów - poszła do domu, urodziła, umyła podłogę i upiekła placek. 

I już o tym pisałam - o kompie w ZETO, do którego nie wolno się było zbliżyć, oddychać koło niego, bo mógł się zepsuć. A ja w kieszeni noszę komputer o większej mocy niż ten w ZETO. Wtedy z ZETO jeszcze nikt nie słyszał o internetach  w Polsce.
A ja dziś apopleksji dostaję, jak mi net padnie na kilka minut.

I praca jeszcze bez internetów - słowniki papierowe, zanim człowiek coś znalazł, mijał czas. A i nie wszystko dało się sprawdzić w słownikach, czy w encyklopediach.

A dziś pytam wujka Googla (AI nie, bo czasem pieprzy trzy po trzy, jeszcze spora droga przed nią, zanim ogarnie tę kuwetę, ale uczy się szybko, skubana) i tadam, wiem, że redaktor olał swoją pracę - bo ja jestem korektorką, nie redaktorem i powinnam wierzyć na słowo, że nazwa instytucji, rzeczy, urządzenia, roślinki jest OK. A bardzo często nie jest.  I błysk - i mam odpowiedź. Nie mówiąc o słownikach i o sprawdzaniu tekstów przez AI - bywa czasem pomocna, bo nie powinno się wykonywać korekty po sobie, ale jest jak jest.

Moja Mama piorąca na tarze swoimi schorowanymi rękami.

I ja, wrzucająca wszystko do automatu.

Mogłabym mieć zmywarkę, choć u mnie to byłby kolejny remont kuchni (o, a może to jest pomysł na prezent, bo wylazłam dziś z drogerii bez perfum, uświadamiając sobie, że mam w domu zapas do końca życia, i to tych z górnej półki, którymi nie mam nawet kiedy się posmrodzić tak naprawdę)... Ale wychodzę z założenia, że COŚ jeszcze robić muszę, bo inaczej wkrótce z fotela nie wstanę... A zmywania nie lubię.

Ale cóż, nie można robić w życiu tylko tego, co się lubi :) 

Czasem chciałbym wydać trochę kasy na siebie, ale...

No, na badyle wydaję dużo.

Nie potrzebuję nic z gospodarstwa domowego.

Jak coś kupuję, to już fanaberia.

Mieszkanie mam urządzone, może nie najnowocześniej, ale mi się podoba i żałuję wywalonych starych mebli. Tęsknię za nimi i chuj.

Ciuchów mam dość, butów też.

Dyżurny szlafrok, kupiony w ataku paniki, a co będzie, jak będę musiała iść do szpitala, wisi i starzeje się.

Raz, że jest mi ciepło w mieszkaniu, dwa, że nie mam przed kim ukrywać swoich wdzięków.

Ostatnio zakładałam go w panice, jak policja mi do drzwi zadzwoniła, bo reklamowałam (parę lat temu), że wciąż od nich przychodzą do mnie awiza od gościa, o którym pojęcia nie mam, kto zacz :)
Zatem jakieś pomysły, co mam sobie sprawić, by się dopieścić?
Książki odpadają, wciąż myślę, by wrócić do Nocy i dni i innych bajek, ale mój czytaniowstręt pracowy mi to uniemożliwia.

Nowych dzieł nie pożądam, wystarczą mi filmy, by wiedzieć, co się w literaturze dzieje.

Tak, zatrzymałam się na klasykach i nic mnie nie ciągnie (pomijając czytaniowstręt... a czytając "guru" korektorskiego 497 błędów językowych, pożyczone do Inżynierowej, na ortografa natrafiłam "nie rzadko". Aż poszłam sprawdzić w internetach, czy mi się nie przywidziało. Więc nie, podziękuję za książki, Wydaję je, licząc na to, że dostaną drugie życie i ktoś się nimi zaopiekuje. Jak Alienek moją serią biologiczną :)

Odkurzacz bym sobie kupiła, ale...

Ten, który mnie zafascynował, że jak w amerykańskim filmie, bezprzewodowy, na rączce, schylać się nie trzeba, markowy, a  jakże Tefal, padł tuż po gwarancji.

A drugi, Amica, zwykły, na kabelku, przez te durne rozporządzenia UE, ssie jakby nie mógł, jest głupi i ma wszy na płucach.

Częściej posługuję się zwykłą miotłą (jak to Wiedźma), bo i ogarnie, i nie wymaga wyciągania pierdyliarda akcesoriów, kabli i innych chujów mujów.

Więc biedna ja.

Niedopieszczona.

Ale szczęśliwa (psssttt, niech tego nie usłyszy szczęście).

Żyjąca na własnych zasadach.

Nieco rozgoryczona, że nie wszystko jej się do końca udało, ale przecież bywa gorzej, co nie?

Najważniejsze, że moje dzieci nie czują się źle (no, przynajmniej jedno, tego jestem pewna, drugie jest zagadką). 

A ja, poza zastanawianiem się,  czy będę w ramce w stopce, czy jednak odejdę w niebyt i zapomnienie nie mam w tej chwili większych zmartwień - i niech tak zostanie.

I prywata dla abasi - naukowcy z Lublina, z tamtejszego Uniwersytetu Przyrodniczego zalecają dodatek L-tyrozyny... w paszy dla świń. Ma ona zapobiegać obgryzaniu ogonków i uszu :) Czyli świńskiemu kanibalizmowi, popularnemu w stadach nudzących się świń :P Na razie nie mam ochoty na takie akty, ale kto wie. (Wieści z korekconego artykułu o żywieniu świnek). Jednocześnie poszperawszy głębiej w czeluściach wujka, doszukałam się, że to nie do końca jest bezpieczny suplement. Dam mu szansę, ale na razie działa na trzy z plusem, wg dawnej skali ocen. Może to ja jestem w grupie wyjątków?

To, co działa na jednych, innym krzyżuje szyki.

Nie wszystko złoto, co się świeci, nieprawdaż?

Na mnie działają tabletki uspokajające, tak się nazywają, jadąc na nich przetrwałam teściową.

Nie pomagają mi na spanie, ale wyciszają moje emocje, kiedy się nakręcę codziennością, chociażby męcząc się z kodowaniem ZIP :)
I tak nie zdołałam zapisać wszystkiego, co ciśnie mi się pod klawiaturę, a pora na wyłączenie kompa.

Na pożegnanie zatem 



 Pantera kusiła pieczeniem, ale moja Mama zawsze mówiła, że bezy nie wychodzą (chyba wiem, dlaczego, wina pieca), bezy, którymi zażerałam się kupowałam u TEGO piekarza. Jestem fanką bezów, sprzedam za nie diabłu duszę (wątpię, żeby był chętny na nią, wszak jestem apostatką, więc z paragrafu ją ma), no i dziś męczyłam panią w Galerii, w cukierni, w której nie kupowałam od kilku lat, ile to będzie 10 deko bezów - kosztują prawie 50 zł za kilo :) Ostatecznie kupiłam 26 dag... :)
No i moja dupa teraz po cichu rośnie i rośnie, a to wszystko przez Panterę piekącą...

Nie dała się nabrać, wiedziała, że kupiłam.

Są przepyszne :)
Kupię znów, jak Alienek się zapowie z audiencją (też je lubi, genów nie wydłubiesz).

Jego rodzice mnie zamordują i to będzie lekka i przyjemna śmierć, a co zrobić z ciałem, to już będzie ich problem :P





 


piątek, 29 listopada 2024

Adieu Zatoko Snów,

 goodbye Riwiero Marzeń, Kochany Pamiętniczku...

Nie nic się nie dzieje.

Wprost przeciwnie, odpukać, jest OK.

Kolejny ekstras zamknęłam, aczkolwiek z naddatkiem 20 nadgodzin, ale pierdolę.

W tym czasie ogarnęłam, co miałam do ogarnięcia w chacie, seriale sobie oglądnęłam, w ramach odstresowywania się ułożyłam puzzli od cholery.

Mam teraz fazę na puzzle.

Ponoć dobrze to robi na demencję i inne takie tam.

I moja wewnętrzna Wiedźma rechoce na myśl o tym, że gdy im mnie zabraknie, będą w ciemnej dupie, bo żadna szanująca się korektorka (jak widać, ja się nie szanuję) nie będzie czekała na teksty za te pieniądze.

No ja czekam. Moja następczyni (a taka będzie, nie ma ludzi niezastąpionych) nie dostanie etatu, bo już nie ma takich opcji w tym fachu. Ja mam etat i wszystkie przywileje wynikające z tego.

Znam ludzi jak łyse konie i nie chwaląc się, mogę sobie na dużo pozwolić. Nawet na grożenie im śmiercią.

I na proszenie, by mnie ktoś dobił :)

Gorzej mają ci, którzy doszli do ekipy już po moim przejściu na home office, ale i oni się powoli oswajają, nie mają innego wyjścia :)


A mnie się na rzyganie zbiera. Po raz 9. (bo tyle było forów, pracuję dłużej) lecą do wyrzygania teksty "wiecie, rozumiecie, rozwijamy się, idzie naprzód, pomożecie, ogarniecie" i inne takie tam z tych nowych opcji życia.

A ja stara jestem, mnie czasem takie bicie piany przerasta, jak te wszystkie coachingi, zarządzania i inne sranie w banie.

I nie mówię tu tylko o mojej pracy, ale ogólnie.

Bo jako rasowy boomer idę do pracy i zapierdalam ze śrubką okrętową w dupie, numer pięć.

Pokolenie zaś Z ma w dupie wszystko, co sama widzę po nowych nabytkach.

A że nigdy nie latałam (może to błąd) do naczalstwa i nie wytykałam brudnym, zakrzywionym pazurem, nawet proszona o wytykanie, że ktoś błędy robi (w końcu za ich wychwytywanie mam płacone), śmiejąc się, że nie robi błędów ten, kto nic nie robi, teraz też nie potrafię.

Chociaż czasem bezmyślność i lekceważenie Zetek  powala mnie na kolana, a jak wiadomo, wstać nie mogę już ot tak, muszę szukać podparcia...

Anyway...

Szans na nowy etat nie mam, nie ma opcji. Zlecenia raz są, raz ich nie ma. Nie mam już nerwów na zakładanie jakiejkolwiek działalności i szukanie ich. Inżynierowa spasowała na starcie, choć działalność założyła, ja, na etatach chowana (to wspaniałe bezpieczeństwo socjalne za komuny, tęsknię za nim, za czasem, gdy to praca mnie szukała, nie ja pracy - wiem, wiem, jestem idiotką, ale u mnie akurat w moim i wyuczonym, i wykonywanym zawodzie to działało, pomijając te 10 miesięcy, kiedy nikt mnie nie chciał, bo słuch, a na sprzątaczkę miałam  za wysokie wykształcenie - idiotka, przyznałam się do wyższego i gość stwierdził, że mu załogę zbuntuję... Zatrudnili mnie w Auschwitz, z którego mnie 10 miesięcy temu nie chcieli, bo zabrakło im korektorki, a kumpela z poprzedniej firmy powiedziała, że lepszej nie znajdą... 10 listopada poszłam na interview z jej polecenia i już nie wróciłam do domu - zostałam w pracy). 

Teraz już bym sama nie chciała zaczynać w nowym miejscu, bo to nie jest tak, że wchodzisz i wiesz, co robić. Każde wydawnictwo ma swoje zasady i inne takie tam.

Ale co ja tu będę ględzić.

Do banku poszłam po 15 i wystrzeliłam w Kosmos :)

Pani M. jak powiedziałam, ile chcę, to tyle dała. 

Więc na widok pensji podskoczyłam, o, taka co miesiąc satysfakcjonowałaby mnie nawet z tymi jebanymi nadgodzinami. Nieodbieralnymi.

Powiedziałam, wyceniłam swój czas, dostałam.

Gdyby to był Boss zaczęłoby się targowanie, że sranie w banie, że moje moce przerobowe są większe (no są, ale nie płacą za moce przerobowe, ale za czas - to wcale dużo nie płacą, obiektywnie patrząc). I dopominanie się miesiącami, że gdzie kasa.

Emilka z podziękowaniem napisałam, a pani M. się zacukała, że więcej chciała, ale nie mogła i że nie wiadomo jak to będzie dalej.

No ja to wiem, ale doceniam chwilę obecną.

I te marchewki podrzucane, że jestem dobra, że docenia. Przez lata nie słyszałam nic dobrego,  ani marchewek nie widziałam, a szłam na dywanik, łącznie z przewalaniem tony wydruków, by znaleźć winnego temu, że poszła literówka. Skończyłam wtedy rzygając w kiblu. Taki fach.

I tym bardziej będę z tamtego świata odczuwała satysfakcję, kiwając już nózią na chmurce i mając na wszystko wyjebane, jak zobaczę, jak to się potoczy beze mnie.

O ile oczywiście firma dotrwa do tego momentu.

Bo D. mówiła, że ja będę pracowała do końca i jeden dzień dłużej (nie sprecyzowała, firmy, czy mojego). A propos D. mamy jakąś chorą modę - mimo upływu lat od odejścia (znaczy się od śmierci, bo rotacja normalna jest) jednostek, wciąż są w stopkach i na stronach.
Ciekawa jestem, czy jeżeli mnie się uda odejść, też zostanę w takiej ramce na wieki wieków amen?

Bo jak odejdę na emeryturę, to mnie ten zaszczyt nie kopnie :) 

Pozostaje zatem umrzeć na posterunku.

Bo w kilku stopkach już jestem - tak dla wnuków, chociaż dzieł nie ogarną :) Ale miło być w stopce :)

A, nieoceniona pani M. podpisała mi urlop (co z tego, że jeden dzień, ale ważny dla mnie) w środku cyklu wydawniczego. I jeszcze na moje podziękowania odpisała, że należy mi się jak psu zupa, za tę harówkę z nimi...

Dlaczego dopiero u kresu mam taką fajną szefową?

Pierwszą (no w zasadzie drugą, nie licząc epizodu w Energopolu-7, skąd zostałam zwolniona w wyniku gierek - bo nie chciałam pańci ze związków zawodowych latać po słodkie do kawiarni, jak nie puściła mnie do apteki po watę, gdy dostałam okres, mój szef apopleksji dostał, odkręcił wszystko, ale powiedziałam - goodbye i poszłam do Akademii Rolniczej - takie koło mojej kariery - początek w zasadzie w rolnictwie i koniec też) też miałam fajną, życie mi uratowała, gdy nie miałam gdzie mieszkać, dając mi klucze od swojego mieszkania (a mąż był ubekiem, więc to nie było wcale takie hop-siup), a potem, po latach, gdy już w AR nie pracowałam, żyrując mi pożyczkę z funduszu socjalnego, choć we własnej rodzinie na żyrowaniu się przejechała.
Szefowa z gazety codziennej, gdzie zaczęłam karierę korektorki, też dała mi szansę, choć obawiała się zatrudnienia osoby z niedosłuchem, ale... Miałam pracować dwa tygodnie za friko, żeby pokazać, że sobie poradzę.

No i pracowałam tam aż do zamknięcia gazety, m.in. dzięki gościowi, który mógłby być moim synem, a który błyskawicznie wprowadził mnie w tajniki obsługi komputera, mnie, laika. Do dziś śmieje się z tego, jak nie starczało mi, z moim zaburzeniem błędnika, miejsca na stole do trafienia kursorem :P 

Mam szczęście i do szefów, i do ludzi.

Bo i sam Boss na początku był aniołem. 

Tak nazwało go moje Słonko po tym, jak w czasie gorących dni puścił mnie na dwie godziny na spotkanie z nim, bo przyjechało z Irlandii na chwilę.

W sumie i w Bossa kamieniem nie rzucę, ma swoje, ale też nie ma łatwo w tym świecie.

Jedyni ludzie, których nie cenię i nie lubię to szefostwo z Auschwitz.

Nie ludzie tam pracujący, szefostwo.

Tam dopiero było bagno.

Gdy zmarł mój brat, Inżynier w dniu jego pogrzebu wylądował na OIOM z zapaleniem mięśnia sercowego i z diagnozą: w najlepszym przypadku przeszczep serca.

Na moją prośbę o urlop (a miałam zaległych 60 dni do wykorzystania), szefowa (przez małe s, już nie żyje, ale wcale mi jej nie żal) odrzekła: po co pani urlop, dopiero pani miała tydzień wolnego. Tak, kurwa, załatwianie pogrzebu to był tydzień pod palemką,  z drinkiem i wachlującym Murzynem... Dlatego to było Auschwitz, bo nie byłam tam jedyną osobą, ogarniającą korektę - w przeciwieństwie do mojej obecnej firmy. 

Nevermind.

Tak mi się dziś na wspominki pracowe zebrało i jaka epistoła wyszła :)

A jeszcze w nowej firmie mamy fundusz socjalny.

Emilek wleciał, że maybe yes, maybe no, ale możemy dostać kilka stówek z niego na "trudy świąt".

Ale trzeba wypełnić formularze i dosłać.

Podając dochód na łebka.

Ale że u nas jest RODO do potęgi entej, dane z formularza nr taki a taki mają być zahasłowane.

Upewniwszy się, że mogę je emilkiem wysłać, postanowiłam zadziałać.

I aż mnie łeb rozbolał, albowiem ani poczta (Outlok), ani PDF nie chciały się zahasłować za Chiny Ludowe.

Nie ten model. Pytam Inżyniera, ale on tylko w jakimś rządowym szajsie się hasłuje.

Powiedział, że podskoczymy do firmy w międzyczasie z papiórkami.

Ale... Nie chcę.

Piszę do IT, IT odpowiada, że spakować ZIP, zahasłować i po bólu, bo nie mamy wersji poczty ani PDF umożliwiających zahasłowanie.

Kurwa.

Spędziłam 3 godziny na hasłowaniu ZIP i dupa.

Inżynier mówi - pojedziemy. 

No to pytam, czy jak mu doślę te PDF, zahasłuje je.

Pierdolę RODO, dziecko wie, jaki mam dochód i mam na to wyjebane, jak przepiję, co mam, pogłaszcze mnie, w końcu za swoje piję, co nie?

Posłałam, miał zahasłować wieczorkiem, ale ogarnął w moment (w końcu ekspert) i tadam...

Pani z socjalu podziękowała, a ja uniknęłam jechania do firmy. Właśnie w tym dniu.

Korzystam z funduszu w AR, jako ich rencistka, bo stamtąd odchodziłam na rentę (budżetówka).

Cenię to sobie, bo panie z socjalnego zawsze mnie goniły (już tam nie pracują, są na emeryturze), że ma pisać podania, że kasa na ciuchy dla dzieci, bo alimentów nie mam, że bogatsi ode mnie kasę biorą, że to żaden wstyd. Pierwsze aparaty słuchowe mam dzięki nim, bo mnie kopnęły w tę (wtedy jeszcze chudą dupę), każąc donieść wyceny i... kupiłam aparaty, za co jestem wdzięczna...

Ale tam muszę podawać zaświadczenia o zarobkach. A teraz mam tylko zakreślić próg dochodowy od - do.

Więc po chuja RODO i hasłowanie?

Są na świcie rzeczy, które trudno ogarnąć :)

Mniejsza z większym, ogarnęłam to, pozostaje czekanie na grudniową pensję - będzie większa czy nie?

A na poczcie emilek, że tradycyjnie firma daje czekoladki Lindta na święta.

Pojadę, a jakże.

Będę miała już darmową PEKĘ :)

Motywację do wyjścia z nory.

A na zakładową integrację w poniedziałek w pizzerii nie idę.

Jestem aspołeczna.

Tak wyszło :) 

Chałupka ogarnięta, Spotify gra, plany są.... Ekstras zamknięty.

Żółci sobie ulałam :)

Czegóż więcej chcieć?

Miłego weekendu tym, którzy dobrnęli do końca.


UPDATE: po lekturze u AMP o Ostatnim brzegu - nie myślę. Jak ma jebnąć, niech jebnie, Poznań jest na celowniku przez Krzesiny. Chcę wtedy nie być, a i niech moi nie będą. Jak mówił major Pańczyszyn, dyktując nam plany "obronne" - nie macie państwo co liczyć. Jebnie i nic nie będzie...

Życie byłoby piękne bez pojebów takich jak Kaczor, Putin i inne okazy.

Jak w tym starym kawale:

Kiedy na świecie zapanuje pokój?

Kiedy urocza Greczynka odda się angielskiemu lordowi, w niemieckim wagonie, w japońskim kimonie, na perskim dywanie, w tempie amerykańskim, za jedyne dwa złote polskie :)

 

 

poniedziałek, 25 listopada 2024

Dzień

 jak z bajki dziś był, Kochany Pamiętniczku :) Jak z Disney'a.

Nie oglądnęłam ani jednego odcinka niczego, co należy czarną kredą w kominie zapisać.

Co też uczyniłam.

A wisienką na torcie dnia była długa rozmowa z MamaKlary... Jest tu jeszcze ktoś, kto pamięta Mamę Klary? Mnie wciąż żal, że przestała pisać bloga, bo parę osób z blogowiska i ona łączyła.

Na moim blogu wciąż jest link do tego bloga, niestety, bloga już nie ma.

A Klara wyrosła na prześlicznej urody pannę, chodzi już do drugiej klasy licealnej.

Jak ten czas zapinkala, aż strach się bać.

Lubię te stare blogowe znajomości. Są nie do podrobienia - dzielą nas mile, lata (i choć nas dzieli może tysiące wiosek i mil...), ale z niektórymi ludźmi, z którymi nigdy się nie znaliśmy realnie łączy nas coś.

MamaKlary nasłodziła mi dziś tak, że moje ego wzrosło o jakieś sto procent :) 

Może i kiedyś uda nam się pokonać te tysiące wiosek i mil...

A nawet jeśli nie, miło jest wiedzieć, że są gdzieś ludzie, którzy nas lubią.

Jak i ja Ciebie lubię wciąż, MamoKlary. 

I zazdroszczę Ci po cichu, że masz taką fajną córkę.

Ale to już było zakończenie dnia, prawda, że urocze :)

A poleniuchowałam sobie dziś do wypęku. Jako że poniedziałek bezrobotny, a w poniedziałek  są bonusowe pasjanse, a odkryłam jeszcze bonusowe puzzle, a mówiłam, że Simpsonowie zamykają się na amen po 9 (moich) latach grania?

No cóż, dzieci nie płakały, jeść nie wołały, więc poleżałam sobie.

A że okulista zmienił mi zakraplanie oczu z wieczora na rano,  to teraz czekam, aż natura wezwie mnie, potem wracam do wyrka, na leżąco zakraplam gały (nienawidzę tej czynności), muszę minutę (sic! minutę całą) leżeć z zamkniętymi oczami, broniąc woreczka łzowego (masakra)... A potem albo gram dalej, albo wstaję. Zmienił się więc cykl :P

I tym sposobem, pominąwszy rytualne "Aby do piątku" Inżyniera, sprawdzającego, czy matka jeszcze żyje, dowiedziawszy się, że Alienek wreszcie poszedł do szkoły, ułożywszy puzzle, wstałam.

Z lustra patrzyła na mnie jakaś rozczochrana, stara baba... A potem było jeszcze gorzej, gdy otworzyłam balkon, albowiem wdarło się do mieszkania świeże, wiosenne powietrze i tylko zwarzone przez ostatni mróz badyle na balustradzie przeczyły temu obrazkowi. Bo słońce świeciło jak opętane...

I tak powstał chytry plan :) 

Wykąpałam się przy szeroko otwartym balkonie, rozkoszując się świeżością powietrza.

Śniadanie zdrowe zjadłam, a jakże, chlebek z awokado i koncentratem pomidorowym, popijając wodą z cytryną i imbirem (ten imbir, wszędzie zalecany, dostępny u nas od niedawna, zawsze się zastanawiam, jak poprzednie pokolenia przeżyły bez imbiru?). 

Łeb wysechł, ale starucha w lustrze wciąż straszyła, więc...

Kopnąwszy się w tłustą, kubańską, poszłam, lewa, prawa, selfika sobie strzelając, do fryzjera.

A tam szalały grudnie.

W tym taki jak mój nieodżałowany


 taki zostawiłam w firmie, mówiąc, żeby brać i ktoś wziął...

A sama mam tylko różowe i białe...

Głupia ja, ale cóż.

Wepchnęłam się psim swędem do pani, którą wolę i... mam rację, że ją wolę.
Ostrzygła idealnie, zostawiając tam, gdzie łysieję trochę dłuższe włoski, a tnąc bez litości resztę, tak jak lubię. Nie powiedziałam jej, że widzę, ale wiem, że będę polować na nią. Wkurzają mnie tylko te zapisy do fryzjera po pandemii. Nienawidzę umawiania się na godzinę, bo jestem sfelerowana - nie umiem zapełnić sobie reszty dnia, jak się gdzieś umówię.

Wyszłam od fryzjera jak młoda bogini, lżejsza o 50 zł polskich, ale oj tam oj tam, oj tam, że w poniedziałek nie wydaję pieniędzy... 

Dziś wydałam i to sporo, ale przecież do grobu ich nie zabiorę, co nie?

A pogoda była cudna, aż żałowałam, że już schowałam sandałki, słońce grzało wiosennie, ja w rozpiętej kurteczce, mijająca jednostki opatulone po czubek nosa szalami...


 Grzało wiosennie. Może ostatni raz w tym roku, ale i tak warto żyć :)

Moja rzeczywistość jest jednak inna.

Choć widziałam na oko roczniaka bez czapeczki, aczkolwiek w kombinezonie zimowym - i tak brawa dla mamy :) Że bez czapeczki...

I tak szłam i zanabyłam: kapustkę chrzanową (sorry Winnetou, mnie się nie opłaca kisić, nie mam warunków, spleśnieje, zgnije, szkoda roboty, a 30 dag zjem), ogóreczki kwaszone (sorry Winnetou, już po sezonie na kiszenie, jw.)...

O rzeźnika zahaczyłam, piekarnię, wciąż idąc w stronę słońca, w rytm latynoskich przebojów, tanecznym krokiem)... Do Galerii. I tadam, znalazłam


Kubek Stitcha dla Kalafirokówny. Mówiłam - nic na mikołaja, ale kubek w sumie za grosze (no, nie do końca), a ona jest zakochana w nim :) Alienek, po konsultacjach z jego mamą, dostanie też kubek - z Minecraftem, z Alledrogo (mama kupi, ja płacę), żeby było sprawiedliwie. Marzył o takim, dobrze, że dopytałam, bo chciałam mu kupić kubek gwiazdkowy, bo jednak są widełki wydawania kasy i nie dla LEGO :) 

Dotarłam do chaupki tanecznym krokiem, pozbyłam się śmieci leżących od wczoraj na balkonie (do śmietnika - jak kiedyś Inżynier - nie wyjdę w dresie, a wczoraj był dzień dresowym, sponsorowany przez Cesarzową Sisi - jak dużo odnośników do współczesności, to głowa mała, chociaż to TYLKO serial Netflixa).

A kaloryfery zakręcone, okna uchylone i balkon szeroko otwarty.

Naprawdę mam BARDZO ciepłe mieszkanie :) 

I szkoda było zmarnować ten potencjał, więc rosołek błyskawicznie zamienił się w


ojacierpiędolę, jaka smaczna ogórkowa wyszła, mam jeszcze na jutro, a może i na pojutrze, a schabowe czekają w lodówce... Te zupy to się rozmnażają przez pączkowanie chyba.

I tak, żal, że nie wpadają do mnie wnuki od Pierworodnego, które swobodnie już jeżdżą po mieście.

Trudno. Dziadki śmietnikowe z okolicy już dawno pouciekały, więc muszę, jako Szkotka wyrzucona ze Szkocji za skąpstwo sama wszystko jeść :) C'est la vie :)

A że było tak ciepło, a okna, hmmm... są czyste... 

Ale ostatnie mrozy zwarzyły mi wszystkie badyle na barierze. Ruszyłam więc z sekatorem, poucinałam przemarznięte komarzyce, skrzynki dałam na podłogę. Może odżyją na wiosnę, nie wiem. Poeksperymentuję.  badyle na parapecie w loggii przetrwały bez szwanku. Może uda im się zimę przeżyć, a może i nie :) Nie chciałam jak w zeszłym roku patrzyć miesiącami na przemarznięte pędy, a dzisiaj spokojnie ogarnęłam loggię w klapkach i T-shircie :)

I tak za oknem mam


 pusto, nic się nie chwieje, jakoś dziwnie, trudno.
W czasie sprzątania okazało się, że bogatemu to i byk się ocieli. Albowiem odkryłam


papryczkę samosiejkę. Rosła sobie spokojnie za komarzycami, które były tak bujne, że ją zasłoniły :)

Zatem mam papryczkę gratis :P

 

I tak jeszcze dołożywszy światełek do mojej choinki


kontemplując 


nowego lokatora, o którym tekst byłej naczelnej warzywek świętej pamięci w tym miesiącu korekciłam (dlatego kupiłam ciemiernika, zobaczymy, czy mi się uda)...


i tę pustkę za oknem...


Zapisuję w kajeciku, że mimo emilków na poczcie (a jakże) z błogosławieństwem naczelnej mam wolne do środy...

Niech jutro będzie równie piękne, jak dziś.

Proszę, życie :)

Ale te sny o zębach wypadających nawet z protezy (ojacierpiędolę), nie mam pojęcia, ile teraz może kosztować zrobienie nowej, mogłobyś sobie darować, co nie? Chociaż moja świętej pamięci teściowa mówiła, że jak się wypadające zęby śnią, to niedobrze. Ale że z protezy? Może to na szczęście?

Kalafiorkówna dostanie ode mnie na urodziny hulajnogę.

Wreszcie wybrała kolor.

Kurwa, chce pinkową...

Pomijając już to, co dzieje się w polityce, po rozmowie z MamaKlary stwierdzam, że lepiej będzie, jak moje pokolenie umrze.

Bo to ono, wciąż liczne, bo jesteśmy boomersami, będzie głosowało na pojebanego alfonsa od wuca.

Pora umierać.

Żeby do reszty nie zepsuć i nie zniszczyć tego pięknego kraju.

Bo i teść Inżyniera też zagłosuje na alfonsa.

Jeśli o mnie chodzi, zawsze wolałam seksić na własny rachunek. Nawet jak mi się to nie opłacało...

Do napisania, Kochany Pamiętniczku :)