się udaję, Kochany Pamiętniczku :)
Będę, jak wrócę, albo i nie, kto to wie?
Nie jest dobrze, bo puchną mi nogi jak w największe upały.
Ale do lekarza nie pójdę, bo nie.
Więc do zobaczenia, albo i nie :)
się udaję, Kochany Pamiętniczku :)
Będę, jak wrócę, albo i nie, kto to wie?
Nie jest dobrze, bo puchną mi nogi jak w największe upały.
Ale do lekarza nie pójdę, bo nie.
Więc do zobaczenia, albo i nie :)
kwiecień do drzwi zapukał, Kochany Pamiętniczku, jak ten czas zapinkala... A i ten szybko minie, bo za kilka dni znów zsyłka na pół tygodnia (ojacierpiędolę), potem cyk i zamykanie majowego numerku, Wielkanoc, pyry i już pierwszy maja.
Mam 29 dni urlopu, czyli 58 dni w sumie. Rozpiskę musiałam zrobić, sobie a muzom dla HR, bo i tak wiadomo, że nie mam kiedy tego wybrać, ale jakieś 2 tygodnie muszę znaleźć hurtem, bo za to dostaniemy podgruszowe - ja z moim dochodem łapię się na 600 zł, a to piechotą nie chodzi. Choć moja kochana AR jest lepsza - stamtąd, jako ich były pracownik, który odszedł na rentę dostałam ostatnio 1800 zł. No ale każda kaska jest mile widziana, co nie? Zwłaszcza przy takiej dziadowskiej pensji, jaką mam :)
A, świat się śmieje...
Wczoraj dwa razy dzwonili z UM, pewno z pytaniem, czy przyjdę w sprawie dowodu. Jak to ja - telefonu nie odebrałam, nie odbieram telefonów, numer sprawdziłam, stąd wiem, że to UM. Jutro pójdę w przerwie (którą sobie sama zrobię)... Bo dziś siedziałam po godzinach, z dobrego serca, bo jak piszą - nie wiedzą, kiedy wracam do pracy, przez te 15 lat nie oswoili się z cyklem moich dyżurów, mimo że co miesiąc emilki ślę, a pali im się. W sumie głupio robię, ale cóż, głupia się urodziłam i głupia umrę, ten model tak ma.
Byłam dziś w Lidlu i korytko rzeżuchy takie jak pudełko zapałek - 10 zł bez jednego grosza. Więc kupiłam dwie paczki rzeżuchy za 89 groszy jedna i
Jeśli tylko nie zapomnę podlewać :)
I patelnie teflonowe wyrzuciłam, naczytawszy się o szkodliwości teflonu. Nie da się ukryć, że po jakimś czasie zawsze gdzieś tak jakaś ryska jest, nie ma zmiłuj.
Kupiłam sobie więc patelnię granitową, bardzo mi się podoba, jest taka wesoła, o :) I pokryweczkę ma.
Czuję, że powoli zacznę wywalać te garnki emaliowane i kupię granitowe. Jak kupowałam emaliowane, ktoś mnie ostrzegał, że emalia traci kolor i to prawda. A tak mi się podobały. I ryski na emalii też są.
Wprawdzie tę granitową patelnię kupiłam z aluminium, nie było ze stali, a nie szukałam, tylko kupiłam w okolicy.
Więc z garnkami powoli.
Bo tak sobie myślę, że tylko ryję i ryję, i nic z tego życia nie mam. Chciałam kupić bluzkę na lato, podobała mi się szalenie, ale uzgodniłam z panią, że przymierzę w domu i jak coś zwrócę (bo na Manhattanie kupowałam). Bluzka OK, weszłam w nią, ale rękawki wszystkie bluzki mają takie wąskie, a ja mam ramiona z bułami. Trudno, odniosłam, nie mam nowej bluzki, będę musiała do miasta jechać, czego nie cierpię, a i w sklepach dla słonic ceny są słone, czasami z palca wyssane, bo też wielkiego wyboru nie ma i wszystko z tworzywem sztucznym jest :(
A schudnąć nie schudnę, nie ma opcji.
No nic, dosyć lamencenia :)
I taką fotkę Alienka znalazłam, z pierwszych urodzin. Co złapał? Książeczkę, a jakże, no i sprawdziło się, bo czyta jak głupi :)
Coś mi się wygło - brakuje mi tej przesuniętej godziny - nie, że nie mogę wstać, wstaję OK, bo budzą mnie pierwsze promienie słońca i świt, ale... brakuje mi tej godziny w ciągu dnia. Jakoś tak.
A może zwyczajnie się starzeję?
Bo...
Paweł. Mój brat. Nie wiem, czy był wcześniakiem, ale wciąż mówiono, że gdy Mama go rodziła, to lekarz pytał Ojca, kogo ratować, matkę, czy dziecko, a Ojciec twardo obstawał przy ratowaniu obu...
Udało się, przeżyła i Mama, i Paweł.
Inna bajka to już jego dalsze losy.
I to, że nie potrafiłam go uratować. Mając do wyboru moje dzieci i ich spokój.
Cóż, do dziś nie śpię dobrze i czuję się przeklęta, gdy w filmach pokazują bezgraniczną miłość rodzeństwa.
U mnie była to miłość jednostronna, służebna.
Zawsze służyłam wszystkim.
Jako worek do bicia.
Ale ja nie o tym...
Więc patrząc na tę fotkę myślę...
O tych wpisach - kilka takich mam, gdzie Ojciec podpisuje się Syneczek.
Relacja starsza kobieta - młodszy mężczyzna?
Podpisy pod fotkami w albumach rodzinnych - Mama była mistrzynią kaligrafii i złośliwych podpisów (po kimś się ten talent ma, pomijając kaligrafię, tu się wyrodziłam, rodzice oboje mieli piękne pismo), a albumy pełne są zdjęć piękności z R. i nie tylko.
I złośliwe zapytanie znajomego Ojca, gdy stałam z nim (z ojcem, nie ze znajomym) na przystanku autobusowym, akurat przygarnął mnie ramieniem i mówił do mnie: widzisz, jaka kochana jesteś: Kaziu, to już takie młode ogarniasz? Na co mój Ojciec oburzony: ale to moja córka jest...
I tabuny kandydatek na moją nową mamę, walczących o moje uznanie, bo to mnie Ojciec pytał: którą mam wziąć? Odrzekłam - bierz, która Ci pasuje, ja już matki nie potrzebuję. I tak mając 18 lat dostałam macochę jak z bajki o złych macochach, ale to już inna bajka...
I tyle rzeczy, przebijających się przez mroki pamięci-niepamięci - które może mi się przyśniły, a może chcę je po prostu wymazać?
Zatrzeć?
Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka?
Które bolą jak cholera?
Jedno wiem. Nawet gdybym musiała się zaprzyjaźnić z tym Niemcem, który klucze chowa (na razie trzymam się od niego z daleka), nigdy nie zapomnę, jak siedzę na brzegu łóżka chorej już wtedy bardzo Mamy, która trzyma mnie za rękę i mówi: o Pawła się nie boję tak, jak o ciebie. Mężczyznom zawsze łatwiej w życiu. Boję się, że sobie nie poradzisz. Pamiętaj jedno: ucz się, żebyś nigdy nie była zależna od nikogo. Żebyś była samodzielna i nie musiała oglądać się na mężczyznę...
To było jak Jej testament. Kilka tygodni później zmarła. Miałam wówczas 16 lat. Brat miał 11.
Ja wyszłam na ludzi i tak, nigdy nie byłam zależna od mężczyzny. Zawsze miałam swoje zdanie, chociaż często się z nim nie zgadzałam. Swoją kasę. I swoje wybory. Nie żałuję ich.
Brat swoje życie przegrał na własne życzenie.
A może ja się za mało starałam o niego?
Odwracając role i wracając do stereotypów: to mężczyzna powinien troszczyć się o kobietę.
Tak wychowałam synów.
Myślę, że wychowałam ich dobrze.
Może nie do końca idealnie, ale dobrze.
Tak mi się wszystko pod kopułką dziś kotłowało z okazji tej rocznicy...
I zawsze, słysząc
... myślę o Nich. O tym, jak niewiele wiem o swoich rodzicach...
I już wiele rzeczy się nie dowiem.
A może to i lepiej?
Na ekranie, on ją kocha i umiera nawet dla niej...
Ale czasem trudniej jest żyć, niż umrzeć, co nie?
Taki nieprimaaprilisowy co roku mam ten 1 kwietnia...
pomyłam dziś, wszystkie, Kochany Pamiętniczku.
Jako że nie myłam ich jakoś od jesieni, to jak na mnie i tak długo, bo kiedyś myłam co miesiąc.
No i dobrze.
I uświadomiłam sobie, że w tym domu nikt inny nigdy okien nie mył.
Nie dlatego, że nie chciał, ale mam fobię, odkąd ściągałam zza okna dzieci...
Właśnie Inżynier mi wypomniał, że nawet jak kiedyś mył okna balkonowe, to go wyrzuciłam, bo na rzyganie mi się zbierało.
No i pewno do usranej śmierci będę myła, chyba że nie dam już rady, to kogoś wynajmę.
Nie ma opcji, żeby moje dzieci myły okna.
Albo umrę wśród brudnych, zasyfionych okien.
A na razie jest cudnie :)
A na włościach takie widoki rankiem :)
E. się odezwała, ale olewam, nie odpisuję.
Sama też nie jestem w znakomitej formie, ciśnienie wariuje, powinnam iść do lekarza. Ale olewam...
Wszystko olewam, tak jakoś wyszło :)
jest ze mną nie tak, Kochany Pamiętniczku.
Od kilku dni wciąż mi tak szumi w tym nieszumiącym uchu (to szumiące to szumi odkąd pamięcią sięgam), ale wczoraj to już było przegięcie, a i czułam się gorzej niż dwunasta w nocy. Idąc na Manhattan myślałam, że ducha wyzionę, ale robiłam dobrą minę do złej gry i bumtarara, bum...
Po południu czułam, że schodzę, więc zaczęłam na serio myśleć, że zepsuję Alienkowi urodziny...
Wyciągnęłam ciśnieniomierz i ja, rasowy nadciśnieniowiec miałam wynik 78/50. Toż to zgon. Nie wierzyłam własnym oczom, ale tak pokazywało przy kolejnych pomiarach.
Se herbatę zaparzyłam, bo lepiej podnosi ciśnienie niż kawa - piguł żadnych na podniesienie nie mam. Eks brał zawsze Cardiamid Coffein, bo miał ciśnienie jak zdechła żaba.
Posoliłam sobie kolacyjkę.
Mierzę wieczorem - 105/70, no trochę skoczyło.
I czytam i co ja czytam?
Że melatonina MOŻE zaszkodzić osobom z nadciśnieniem...
Że wcale nie jest taka cudowna...
No a ja na dobranoc dwie tabletki uspokajające, melatoninę i magnez, bo magnez jest na sen.
No i zdrowy tryb życia od dawna, bez alkoholu, bez herbaty, bez kawy, mało soli, w sumie mięsa specjalnie nie ograniczam, ale też nigdy go tonami nie jadłam, no i raczej dietę układam pod kątem niejedzenia tego, co na dnę szkodzi, ziółka pijam jak smok po zjedzeniu owieczki, słodkie też odstawiam powoli...
I tak jak kiedyś mi Inżynier tłumaczył jak krowie na rowie, że zdrowy tryb życia jest niezdrowy na dłuższą metę, gdy na szparagowej diecie wyhodowałam sobie dnę...
Do tego odszedł stres pracowy razem z Bossem...
Znaczy się, być może coś innego się stanęło, bo ani kilograma nie zgubiłam, gruba jestem jak beka wciąż (choć dziś, patrząc na moje synowe stwierdziłam, że niektórzy mają gorzej - bez obrazy, ale jednak ;)
Rano zmierzyłam ciśnienie - 101 na 70, więc nie wzięłam piguł, bo pewno znów by zjechało do 70 w dół...
Na włości zajechałam idealnie - znaczy się za wcześnie, ale miałam zapowiedziane, że mam przyjechać, jak mi pasuje, a z tramwaju miałam minutę na autobus i zdążyłam, wsiadłam siadłam i ruszył :)
Kawę sobie zażyczyłam, mają fajny ekspres - można wybrać moc kawy, wzięłam 3 z 5 i nic...
Nie uprzedził mnie, że robi grilla - wprawdzie nie mogliśmy siedzieć na ogrodzie, bo się ochłodziło, a i ja nie zabrałam swetra, a w kurtce nie chciałam skakać koło grilla, bo zaśmierdłabym na amen... Pożyczył swoją bluzę, mówiąc, że nie wejdę, ale weszłam :) Hahahaha :)
I tak z wnukami się trochę ogarnęłam, potem poszliśmy z kundlami (bo przyjechał jeszcze jeden w gości) na spacery dwa. Kundel (nasz) kamienie nałogowo je, był z tego ubaw... A i widoki na włościach coraz fajniejsze, taki skrzynka amerykańska wpadła mi w oko
Zeżarł
Chłopcy, znaczy się Alienek i Papryczek nie chcą z kundlami wychodzić i tak sobie myślę, że wbrew temu, co jojczą, że mieli ciężkie dzieciństwo, tragiczne, bo nie mieli pieska, miałam nosa, twierdząc, że pies spadnie na moją głowę. Nie miałam córki :) Bo dziewczęta chodzą z kundlami i to chętnie.
Trochę pogawędziłam z Małą Wiedźmą, ale potem dzieci zajęły się sobą, nie dziwota, widzą się rzadko, a były dwa kundle, kot (Księżniczka się w ogóle nie pokazała), doszedł Mały T., w sumie było nas 15 osób, więc działo się. Miło było. I Alienek się u mnie zamelinował na kolanach z książką na dobre 20 minut, miałam łebek do całowania - i tak czułam, że znów mam te 30 parę lat i Inżyniera przylepę... Ot, tak, wystarczyło oczy zamknąć.
A żarełko było przepyszne (myślałam, że jak zwykle będzie pizza, ale Inżynier spojrzał na mnie z politowaniem i mówił: na 15 osób pizza - zwariowałbym).
się działo, grzało, kurzyło, ciepło było
Impreza i prezenty były minecraftowe, bo Jubilat jest zwariowanym fanem.
Tym razem odmówiłam powrotu do domu z podwózką, chciałam trochę być z drugą połową, tą niekompatybilną... Więc wracaliśmy już po ciemku
Na rondzie kierowca chwilę po roszadzie zahamował, bo mu ktoś wjechał pod koła i dzięki temu mam cudnego siniaka na przedramieniu, Synowa na kolanie, a ja mam lekko wybity palec...
I tak w sumie niewiele pogadaliśmy, bo MW miała focha (jest w spektrum, to widać, teraz wszyscy są w jakimś spektrum, Papryczek też coś ma, ale jest niezdiagnozowany).
A ja, patrząc w okno, mimo ciemności widziałam i wciąż udekorowane na gwiazdkowo drzewa (tak, zostawili te dekoracje na stałe), John Deere, Class, Massey Ferguson, Kioto - nówki nieśmigane na placach dealerów, bo jest ich tam jak mrówków, ładowarki, koparki i...
Kocham to, cudne są te maszynki, choć nudne, jak muszę korekcić, ale cóż - można się w nich zakochać, a jeszcze jak pomyśleć o przystojnych kierowcach to ach i och, wsiadłabym i jechała, to są traktory, które potrafią już (niektóre) same jeździć...
Nawet mnie nie wkurzało, że w sumie jechałam sama.
Nie poruszałam żadnych DRAŻLIWYCH tematów...
Bo po chuja?
Do tramwaju wparował żul, z Wareczką w ręku, grzecznie się przywitał, było widać, że jest w szampańskim humorze...
Odwitałam się, bo dlaczego nie?
Niestety, biedak zasnął i z Wareczki połowa mu się wylała.
Porządny był, bo chusteczkami higienicznymi sprzątał :)
A Synowa była nim zniesmaczona bardzo.
No cóż, był czysty, nie śmierdział, a że miał humorek?
Też bym chciała tak brać życie na luzie, bez zahamowań.
Jest tylko jedno.
Na jutro mam zaproszenie na pożegnanie kolegi, przechodzi na emeryturę. Młodszy ode mnie.
Zazdroszczę.
Też bym chciała, choć w sumie nie chcę.
Zobaczymy, co da los.
Jak mi ciśnienie znów nie zwariuje, może być całkiem fajnie :)
W sumie cieszę się, że miałam taki superdzień.
Dziękuję, życie :)
już po kwietniu, Kochany Pamiętniczku :)
Jak zawsze wyprzedzam kalendarz o miesiąc.
Żyćko :P
Ale dobra jestem, znakomita, cała ekipa zapomniała, że w kwietniu mamy Wielkanoc.
Pod nowym sztandarem jest cudnie, nie przesiaduję już po nocach, ale...
Nowa Naczelna lekko nie ma w tym parszywym męskim świecie, a wiem, że i w prywatnym lekko nie ma...
Może i ja powinnam była kiedyś bardziej dążyć do prestiżowych stanowisk?
Patrząc jednak na cenę, jaką się za to płaci, myślę, że dobrze zrobiłam.
Inżynier miał taką możliwość, ale to mądry człowiek jest, podsumował sobie za i przeciw, kasę i stwierdził, że nie opłaca się skórka za wyprawkę.
Moje krew.
No a ja dziś, ogarnąwszy kuchnię na błysk (kłaniają się makarony przeterminowane o dwa lata, chińskie zupki, nie mam zielonego pojęcia kiedy się tam skitrały, przeterminowane o lat cztery, żarłabym, ale nawet ta chemia mogłaby nie przetrwać, nie chcę okupować łazienki, choć wolna jest), doczekałam wreszcie pracki. Żeby nie było: Boss już niebossujący dosłał materiał o 7.40, co ja, wstająca o 7.30 od razu mu ogarnęłam...
A potem: zmieniłam pościel, włączyłam pralkę, wykąpałam się, śniadanie zjadłam, obiad przyszykowałam z grubsza. Pranie powiesiłam, puzzle ułożyłam, ogarnęłam bio z padniętymi kwiatami ciętymi, pranie z suszarki zdjęłam, kolejny odcinek The Pitt oglądnęłam, kuchnię ogarnęłam łącznie z tymi nieszczęsnymi zupkami i makaronem, pójdą w osobnej foliówce na śmietnik, może się znajdzie ryzykant, który to zje... Obiad zjadłam - pyreczki, buraczki z wczoraj i jajka sadzone, smaczny był :)
W loggii
widok radujący me serce, wiosna :)
Tak, wiem, wiocha, suszyć pranie na powietrzu. Ale jestem ze wsi, co widać, co słychać, co czuć i nie kręci mnie tłumaczenie Inżyniera, że im w domu wszystko schnie błyskawicznie, bo mają 20% wilgotności. Mnie też schnie błyskawicznie, mam 35% wilgotności i 24 stopnie mimo zakręconych kaloryferów. On na noc włącza kaloryfery, bo minus 7, no ale dom bez piwnic...
Ale składając wyschniętą pościel do szuflady, wdychałam zapach wiatru. Nic nie pachnie tak słodko, jak pranie suszone na powietrzu :P Nawet jak to jest miejskie powietrze.
Na włościach brakuje mi właśnie tego powietrza.
Mają rekuperację, więc te szklane przestworza otwierane są z rzadka i zaraz zamykane, bo... robactwo wlezie. Powietrze niby jest świeże, ale...
Kocham moje noce, gdy już jest cieplej, spędzane przy szeroko otwartym balkonie.
Duszę się u nich, licząc noce do powrotu do domu.
I nawet to, że dziś, ścieląc łóżko, zauważyłam upasionego Dyzia na ścianie i nie udało mi się go złapać, już wiem, co mnie w nocy gryzie - czekam na chwilę, gdy znów będę szeroko otwierała balkon.
I tak Wielkanoc poszła w kolejnym numerku - tak sobie myślę, jak to będzie, jak będzie nowa korektorka, o ile będzie. Czy ogarnie co jest, czego nie ma.
Ale w sumie - sądzę, że będą mnie mile wspominali albo wcale.
Choć przecinki są moją piętą achillesową :)
I tak, choć kończyłam ogarnianie kuwety już po 17, bo w międzyczasie jeszcze (są już wszystkie odcinki 7. sezonu, dzieje się) męczyłam z przerwami na prackę
zakochana jestem w tym serialu i chcę dożyć 8. sezonu, ale to już jest poza moim zasięgiem :)
Bardzo boleję nad tym, że nie przeczytam sagi. Nie dam rady z moim czytaniowstrętem korektorki.
Może moje wnuki kiedyś do niego dotrą i zakochają się tak, jak ja?
Ale może dożyję emerytury i spokojnie przeczytam całą sagę?
Mającym Netflixa i lubiącym SF polecam z całego serca.
Sama na stare lata podkochuję się w...
A co, kto staruszce zabroni?
Łażę po chałupce, podziwiając spokój i porządek (no dobra, w kąty nie zaglądamy zbyt głęboko), rozkoszując się głosem Bobby'ego Solo, uspokaja mnie.
Jutro w planach Manhattan spacerkiem, bo chleb się kończy...
Potem się zobaczy, kuszą lody w Cytrynowej.
A w niedzielę wyprawa na włości, bo Alienek świętuje 8 lat.
Jak ten czas zapierdala.
Ma być też druga połowa MOICH dzieci z ekipą, więc łamię się...
C'est la vie, zobaczymy.
Dziś zaś
do copiątkowej kolekcji dopijam i czas na udanie się w objęcia Morfeusza :)
Dobranoc, Kochany Pamiętniczku :)
Ta wersja piwa smakuje mi wyjątkowo :) Szkoda, że ze skąpstwa kupiłam tylko jedną butelkę :)
No cóż, bywa :)
na komcie pod poprzednim postem, Kochany Pamiętniczku i uświadomiłam sobie, że albo jestem wielką szczęściarą, albo wielką kretynką.
Tak, ostatni raz byłam u ginekologa 20 lat (a może i więcej) temu.
I tak, wiem, że to niedobrze.
Ale...
Zawsze miałam uraz do tej specjalizacji, dla mnie spacerkiem wiosennym było zawsze pójście do dentysty, a wspinaniem się na Mont Everest zimą bez zabezpieczeń pójście do ginekologa.
Nie powiem - miałam dobrego, uratował mi obie moje ciąże (były zagrożone), no i antykoncepcję świetnie dobrał - płaciłam za nią jak za zboże, ale mam tyle dzieci, ile chciałam.
Gdy kiedyś zabrakło mi kasy i poszłam na ówczesną służbę zdrowia do założenia kolejnej wkładki, konował, bo nie doktor w ośrodku powiedział mi, że wkładki nie założy, bo nie ma wysterylizowanych narzędzi (wkładkę już miałam, kupioną "po znajomości"). Myślałam, że niedosłyszę i poszłam po męża, który siedział na korytarzu, ale okazało się, że słyszę znakomicie… Wyszliśmy zaszokowani, dopiero po jakimś czasie dotarło do nas, że… gościowi chodziło o kasę.
Po latach, już w internetach dowiedziałam się, że typ nadal pracuje w tym ośrodku i ma jak najgorsze opinie w całym mieście.
Teraz, o ile jeszcze pracuje, to już jest takim grzybem, że nie poszłabym do niego nawet, gdyby mi za to dopłacali.
Wtedy z bólem dupy jednak zapłaciliśmy za prywatnego i…
No cóż.
Po drodze okazało się, że mam nadżerkę, byłam już wtedy bez Eksa.
Mój teść, lekarz ogólny ponoć cudownie leczył nadżerki jakimś swoim wynalazkiem, no ale byłam już czarną owcą w rodzinie i nawet mi do głowy nie przyszło prosić tam o pomoc.
Koleżanka z pracy dała mi namiary na panią doktor, prywatnie, a jakże.
Przemiła, pierwszy raz byłam w rękach kobiety ginekologa.
W czasie zabiegu kawały sobie opowiadałyśmy.
Czekał na mnie Inżynier. Z trudem dowlókł mnie do domu, to były takie marne święta bożonarodzeniowe, ale chłopcy stanęli na wysokości zadania i było cudnie…
Mimo tego, że moje zwłoki leżały sobie na łóżeczku 😊
Ponieważ z mojego życia zniknęli mężczyźni, nie myślałam o antykoncepcji.
No a za rok poleciałam sobie do UK, ten mój pierwszy wyjazd w ogóle, od lat, bez dzieci, na święta Bożego Narodzenia, chłopcy dosłownie wykopali mnie a chałupy, śmiejąc się, że wreszcie chata wolna. A ja leciałam przerażona, mimo finansowego zabezpieczenia, które miałam, myśląc z rozpaczą, ile wydam funtów na podpaski… 😊
Nie zbankrutowałam.
A po powrocie stamtąd – pstryk i znikł.
Nie miałam więcej okresu.
Żadnych tam symptomów, krwawień co dwa tygodnie i innych cudów wianków.
Był okres i już go nie było.
Może dlatego, że zaraz po moim powrocie z UK wyjechał tam na długie lata wygnania z powodu swojej głupoty Pierworodny?
W każdym razie nie wiem, co znaczy ciężkie przechodzenie klimakterium.
Ja nawet wtedy żadnych uderzeń gorąca nie miałam, nic, null, zero.
Do ginekologa więc się nie spieszyłam, bo po co?
Odpukać – nie miewam zapaleń, żadnych sensacji, nawet gdy D. zachorowała i wyzywała mnie, że nie chodzę, nie podziałało to na mnie.
I tak się jakoś kula.
Nigdy nie zażywałam żadnych hormonów, dość się naczytałam o skutkach hormonalnej terapii zastępczej, pracując w Auschwitz -sami lekarze bez krępacji (oczywiście w swoich fachowych czasopismach) pisali na podstawie badań klinicznych, nie tylko polskich, ale i światowych, że to wcale nie jest takie cudne i że jest wiele przeciwwskazań.
Mnie tam nie zależało na cerze (nie narzekam), zmarszczkach (dobrze na nie zapracowałam), jedyne nad czym boleję, to że za chwilę będę całkiem łysa, ale w końcu na perukę jak coś mam odłożone 😊
Cycki.
Zawsze miałam mikre i sfelerowane, taka nasza rodzinna uroda. Mama miała jedną pierś niedrożną, ja ma obie. Ciocia zawsze mnie pocieszała, że jak przytyję, to i cycki urosną. Zarzekałam się, że nie przytyję, ale się roztyłam. Cycki urosły, ale i tak trzynastolatki mają większe niż ja po urodzeniu dwójki dzieci. No cóż, brzuch mam, dupę mam, cycków nadal nie. A ojciec zawsze mnie pocieszał: bez cycków, dupy i brzucha to nie dziewucha. No to ja do końca życia nie będę dziewuchą. Tak wyszło 😊
Nigdy nie miałam mammografii, bo za małe miałam, żeby wsadzać pod ten przycisk, nie dałoby się. No i podobno cholernie boli.
Nigdy żaden konował nie zainteresował się badaniem nich, poza tym jednym, kiedy wylądowałam umierająca na zapalenie cycków po urodzeniu Inżyniera, którego karmić próbowałam, choć nie mogłam – zapytał – kto panią w takim stanie wypuścił ze szpitala? Kto? Tam się nikt moimi cycami nie zajął.
Dzięki kradzionym zastrzykom udało się zatrzymać laktację (ten szwagier nie chciał nic pomóc, mówił, że Inżynier ma prawo do pokarmu, nie biorąc zupełnie pod uwagę, że lepiej, by żyła jego matka, nawet karmiąca go butelką. Tego nikt nie ogarnia, nawet moje synowe mówią, że jak się chce, to można karmić). A przyszywana ciotka, kobietka jak przecinek, do śmierci wypominała mi wszystkie obelgi, jakimi obrzucałam ją co wieczór, gdy pracowicie wyciskała mleko z moich cycków.
Moja kuzynka miała raka sutka.
Czyli jakieś tam rodzinne geny mogę mieć.
No ale dożyłam do siedemdziesiątki, macając cycki z rzadka, raz na pół roku, a teraz nawet rzadziej i jest git majonez.
Odpukać…
Jestem szczęściarą i niech tego szczęście nie słyszy 😊
A pracowo, pomijając wczorajszy dzień, kiedy kazałam im odkładać na wieniec, co obśmiali, że jeszcze nie czas, jakoś spokojnie mija.
Jeszcze tylko jutro, a potem już tylko maszynki, ale to luz i hasta manana…
No i załamałam się (wyrzekała się żaba błota, a sama w nie wlazła) i znów będę na wycugu, prawie cztery dni, ale oj tam, oj tam…
Sny mam ostatnio koszmarne, zakręcone, kolorowe, niebywałe, nie z tej Ziemi…
Ale śpię i to się liczy, chociaż rano dupska zwlec nie mogę.
Czy to jeszcze kiepski kwadrans, czy już te wyśmienite momenty?
Staram się nie myśleć o komunikatach, żeby kasę w domu trzymać, żarcie i wodę gromadzić, powerbanki ładować.
Dla mnie jutro jest zamykaniem gazetki i dniem gospodarczym.
Sobota wyprawą na Manhattan, bo tęsknię.
Niedziela jazdą na włości, bo świętujemy osiem lat Alienka…
A pod blokiem już nieśmiało kwitną fiołki.
Kolejny raz.
Dziękuję, życie…
PS Kości mam zdrowe. Wczoraj po raz drugi zleciałam z fotela od kompa, chcąc coś z dolnej szuflady biurka wyciągnąć, zacinają się w nim nóżki. Jest źle wyważony jednak. Usiadłam niefortunnie i wyjechałam w Kosmos, leżałam parę minut, zanim znalazłam w sobie tyle siły, by wstać. Rąbnęłam rękoma w blat biurka, o kant, bolało jak cholera, trudno mi to nawet opisać. Ale nie mam nawet jednego siniaka i już dziś nic mnie nie boli, poza moimi wciąż bolącymi stawami. Czyli kości mam zdrowe, bo po takim salcie powinnam mieć (odpukać) co najmniej ręce połamane :)
nie było, Kochany Pamiętniczku.
Rękawów sobie nie wyrwałam, ani na mordę nie padłam. Będzie się działo w przyszłym tygodniu, bo tym razem zamykamy w piątek, nie w poniedziałek. No nic.
Wczoraj już nie zdobyłam się na wyjście z domu, zwyczajny niechciej, ale za to chałupkę ogarnęłam. Jak gram, wyświetlają mi się reklamy i jedna często - o hodowli roślin. Ale apka jest płatna, więc odpada. Wyczaiłam jednak, że jak wkropię trochę soku z cytryny do grudnia, to zakwitnie. O dziwo, u mnie zadziałało, napisałam to AMP, bo narzeka na swoje grudnie. Mój jeden sam z własnej i nieprzymuszonej woli ma pąki, ale te lenie dostały cytrynę - i -
Zimno było, ale dziś już nie było zmiłuj, bo chleb mi się kończył. I wystarczył jeden dzień przerwy z niewychodzeniem, a już ledwo girami powłóczyłam do wysokości Aldika, potem się dupsko rozruszało i wracałam już do domu tanecznym krokiem, jak nowo narodzona. Jednak nie mogę zaniedbywać wychodzenia choć na pół godziny z chaty, bo starość nie radość.
A pod domem mam wrak, ktoś już go zgłaszał do SM, przyjechali, obfotografowali (jakieś dwa tygodnie temu) i nic, cisza. Mieszka w nim ktoś (tak, tak amerykanizujemy się jak widać coraz bardziej), a dzisiaj widzę, że ktoś szybę z tyłu mu wybił (nie dziwię, się, bo wrak blokuje miejsce od dawna, a miejsc parkingowych na osiedlu brak), ale gość sobie zapewnił maksimum prywatności, osłaniając wszystkie okna taką matą... Jestem ciekawa, kiedy wkurw osiedlowy wygra, bo to i bezpieczny nie jest taki dziki lokator. Większość bezdomnych jest jednak bezdomnym na własne życzenie. Nie wiem, co mnie w życiu czeka, ale poszłabym do schroniska - a że nie można tam pić? No problem. Mogę nie pić, nie mam z tym problemu.
Słoneczko grzać zaczęło (Inżynier przeszczęśliwy, pierze i zmywarkę na full włącza), jakiś ptasior zupełnie się mnie nie bał (nie znam się na ptasiorach)
A te jebane smrody z pislandowa wciąż mącą i mącą, pchają nas w objęcia rusków i łuczywami znów będziemy świecić.
Mentzen Aspergerem się pochwalił. Nie mam nic do ludzi w spektrum, są takimi samymi ludźmi jak my, ale... Uważam, że na takie stanowiska powinny kandydować i na nich być ludzie zrównoważeni, niemający problemów z własną psychiką. Bo to jest odpowiedzialność za cały naród, za całokształt życia wszystkich. Co innego niepełnosprawność fizyczna - tę zawsze można złagodzić. I tak, wiem, że aspergerowcy często są jednostkami wybitnymi umysłowo. Ale ich psychika nie ogarnia normalnych ludzkich reakcji. Koniec, kropka.
W Lidlu znów dorwałam fajne piwo, kolekcjonuję takie egzemplarze (znaczy się kupuję i wypijam), bo bawią mnie etykiety.
Korytarz ogarnęłam, aczkolwiek z niechęcią.
Kapuśniako-ogórkową ugotowałam, bo kapusta wołała o ratunek, a i dwa kiszone zaschły, ale dobre były. Zupka wyszła pyszna i na dwa dni. Zatem jutro wolne, bo wszystko ogarnięte.
Do rosołku dorzuciłam kości wędzone, bo takie kupuję. I skrobiąc je rozmyślałam o dzieciństwie. Zdobycie mięsa na wsi było nie lada wyczynem. Mieliśmy swoje kury i gołębie (do dziś mam dreszcze na myśl o rosole z gołębia, ale wtedy jedliśmy go prawie co niedzielę i nie było to dla mnie niczym dziwnym - może ta rzeka gówna na balkonie wtedy to zemsta wszystkich zjedzonych przeze mnie srajd?). Kolega ojca od kieliszka pracował w zakładach mięsnych w K. i oprócz mięsa, które wynosili tam na lewo (bo wynosili), miał też karki pracownicze na mięso. Odstępował je ojcu (na pewno nie za darmo, ale jako dziecko nie wnikałam w to), ojciec przywoził wtedy do domu sporo żeberek. I do dziś widzę, jak pracowicie z tych żeberek rodzice oskrobują mięso (z surowych), potem mielą je w maszynce (nie dotrwała do moich czasów, a solidna była, brat wywalił, likwidując mieszkanie, a szkoda), no i mieliśmy fantastyczne mielone.
A ja dziś na mielone wybieram sobie w sklepie co fajniejsze kawałki, w zależności od tego, co mi fantazja podpowie: szynki, karkówki, łopatki, czasem wołowinę, proszę o zmielenie (gotowego mielonego nie kupuję, bo nie wiem, co zmielono) i wiem, co mam... Luksus. Ale kto bogatemu zabroni?
I pomyślałam o tym, pakowanym w biały papier z czerwonymi napisami (do dziś widzę te kostki) 25 dekagramów mielonego garmażeryjnego, też nie wiadomo, co tam było mielone...
Ale nawet najpiękniejszy kawałek wołowiny, zmielony dwa razy na moją prośbę i nierozrobiony na tatara nie smakuje już tak, jak ten tatar u Minty, a nawet w dworcowym bufecie, którym ojciec przekupywał mnie, gdy z polecenia mamy wyciągałam go z knajpy, jako jego ukochana córeczka...
Kości wędzone, a ile wspomnień we mnie obudziły :)
A zwłoki to kiedyś obgryzałam, a teraz jakieś inne są, nie smakują mi, a wyrzucone do śmieci już po paru godzinach zaczynają nieładnie pachnieć. Bo mięsa nie można do bio wyrzucać (bio często wynoszę), tylko do zmieszanych, a te się u mnie długo zbierają i tak chcąc nie chcąc zwłoki muszę błyskawicznie wynosić...
Dobrze, że nie muszę ich w dywan zawijać :D
urlop i po urlopie, Kochany Pamiętniczku.
Niedzielę przeleżałam, co od razu oprotestował mój kręgosłup, nawalający mi coraz częściej ostatnio, gdy nie łażę...
W poniedziałek zaś diabeł we mnie wstąpił i postanowiłam się wreszcie zarejestrować online do lekarza. Na sierpień - wyskakiwał tylko 8 sierpnia, więc pasowało. Ale kółeczko się kręciło i kręciło, na emilka przyszła wiadomość, że owszem, mam rejestrację i inne takie tam, ale... musi to potwierdzić przychodnia osobnym emilkiem. Emilka jak nie było, tak nie było.
Nakręcona i zła, wyciągnęłam papiery i... wypełniłam wniosek do ZUS o przyznanie renty rodzinnej. A że jestem osobą uczciwą, to nie zaznaczyłam, że mieszkamy razem, tylko że mamy wspólne gospodarstwo domowe. Bo taka prawda, rzadko bo rzadko, ale wlatywał, o dzieci pytał, jeść dostawał, a że po trochu wynosił swoje rzeczy, cóż, nie zabraniałam, bo jego.
No a potem zaczęła się batalia o umówienie wizyty w ZUS-ie na tym całym e-ZUS. Bo zablokowało mnie po trzykrotnym wpisaniu jak najbardziej poprawnego hasła i loginu, bo trzy razy sprawdzałam każdą cyferkę i literkę. No, chuj. Nie ze mną takie numery, Brunner. Wlazłam na e-ZUS przez bank, ale to już popołudniem i okazało się, że nie mogę się umówić, bo... internetowo mogę się umówić tylko na dany dzień.
Kurwa.
Wzięłam się przedtem za siebie, a że słoneczko ładnie nakurwiało, poleciałam do fotografa. Zrobił mi zdjęcie na list gończy - ten model tak ma. Wydanie dowodu i paszportu jest bezpłatne. Teoretycznie. Zdjęcia kosztowały mnie 50 zł, więc nie tak bezpłatnie.
Wracając od fotografa, wstąpiłam do UW, bo mam to szczęście, że dowód mogę wyrobić dosłownie naprzeciwko mojej chałupy. Pani poinformowała mnie, że nic nie potrzebuję oprócz fotki i starego dowodu, ale mam się umówić online, bo tak. No to wleciałam do domu, sik, wypakowanie zakupów i umawiam się. Z tego wszystkiego zakręciłam się jak słoik po ogórkach i... umówiłam się na 2 kwietnia, na godzinę 12.40, przekonana, że umawiam się na dziś. Nie wiem sama, jak mogło mnie aż tak ze szczętem popierdolić... Złażę do UW, wklepuję dwa razy telefon na tym ustrojstwie do wydawania biletów i mówi mi, że ma mnie w dupie. Reklamuję w okienku, pokazuję SMS, a pani patrzy na mnie jak na idiotkę (którą jestem) i mówi, że mam wizytę 2 kwietnia... Zarumieniłam się jak dziewica w noc poślubną, przeprosiłam, wróciłam z podkulonym ogonem do domu, zastanawiając się, czy to JUŻ alzheimer, czy TYLKO demencja, czy po prostu zły dzień?
I zabrałam się siłą rozpędu za podatki. Chcę wleźć do programu, żąda PESEL, kwotę przychodu za 2023 rok. I za 2024. PIT za 2023 rok znalazłam błyskawicznie, ale PIT za 2024 zniknął. Nie było go ani w kompie, ani w papierach (tak, drukuję papierowe zawsze też). I już chciałam się z balkonu rzucać, gdy uświadomiłam sobie, że przecież obliczam PIT za 2024 dopiero. Czy to JUŻ alzheimer, czy TYLKO demencja, czy po prostu zły dzień? Biorę PIT z pracy i z ZUS, sumuję, dodaję przychód za 2024 rok i co? I gówno, nie wpuszcza mnie, mówi, że błąd. Jeszcze raz i apiać to samo.
Lamence Inżynierowi, ten każe mi iść przez bank.
Włażę.
Wyskakuje komunikat
Więc marudzę dalej, że skoczę z balkonu, a on każe jeszcze raz, że im też tak odpowiadało, że trzeba do skutku. Zakładałam, że to roboczy dzień, już od dawna atakowali ci, którzy mają odliczenia, a tu zonk.
Wreszcie weszłam, kilka kliknięć, gotowe, o dziwo, 1,5% wpisane jak w zeszłym roku dla wnuczki przyjaciółki AMP, więc nie poprawiam nic, nie odliczam nawet datków na cele charytatywne, bo niewiele tego, a nie mam jeszcze potwierdzeń, a kto z fiskusem wojuje, ten od fiskusa ginie.
Wynik: 2 złote niedopłaty.
Jakie, kurwa dwa złote, jak było 4 z ZUS i ściągnęli mi to z bieżącej emerytury.
Ale cóż, z fiskusem nie wygrasz, a i kiedyś oddali mi zaległą złotówkę po dwóch latach, jak oddawali więcej, ale odsetek od tej złotówki już nie.
Mikrokonto podają, na które muszę wpłacić, bo można albo tak, albo dylać do US, a ja akurat mam daleko iw głupim miejscu, więc walczę z mikrokontem dedykowanym (ojapierdolę) i wpłacam te jebane 2 zł. Najpierw pisze, że bierze za to 12 groszy prowizji, a potem jakimś cudem rezygnuje z tego.
Kurwa, do następnego pitolenia mam spokój.
Na pracowym emilku znalazłam dwie roboty, ale olałam je ciepłym strumieniem moczu - mam urlop i chuj.
Umawiam się jeszcze do biura paszportowego i dobrze robię, bo to jedyny wolny termin, następne są pod koniec maja. Będę wprawdzie w pracy, ale teraz już pierdolę, termin mam na 8.55, jak wrócę koło 10 to i tak będę jeszcze na robotę czekała, w dupie mam, inni stale swoje prywatne sprawy załatwiają, a ja jak skała.
We wtorek rankiem bladym wlazłam do ZUS, znów przez bank i o dziwo - zarejestrowałam się.
Męczę Inżyniera o telefon do szpitala, bo nie mam odpowiedzi, ale pisze, że zadzwoni po 12, że mam im dać szansę odpisania na emilka.
W ZUS nie czekam długo, ale okazuje się, że zarejestrowałam się nie tam, gdzie trzeba, bo tak, a jak chciałam się zarejestrować w kilka miejsc (bo mam kilka spraw), to mnie olało. Ale przemiła panienka odblokowuje mi konto (znaczy się, muszę sama zmienić hasło, mam to na emilku, ale nie mam siły), przekierowuje mnie do innego okienka, gdzie też nie muszę długo czekać. I tam równie miła pani (zgrzeszyłabym, mówiąc, że zostałam źle obsłużona, wprost przeciwnie, tylko czerwonego dywanu brakowało) tłumaczy mi jak krowie na rowie. Bo nie znam PESEL Eksa, podaje, każe od razu wypełnić podanie o rentę wdowią, jako załącznik do renty rodzinnej. Bo żeby dostać wdowią, trzeba mieć najpierw rodzinną, o którą się nie starałam, bo Eks miał tak niską, że nie opłacało mi się na jego przechodzić. I okazuje się, że dobrze, że nie zapisałam, że mieszkamy razem, bo jednak go przemeldowali. Tłumaczę pani, jak było, okazuje się, że muszę napisać oświadczenie, dlaczego. To i piszę, nic nie ukrywając. Bo też nie mam nic do ukrycia. Pani patrzy na mnie wielkimi oczami i mówi, że ona tu nie takie historie słyszała, ale moja ją szokuje. Nie jest w stanie odpowiedzieć mi, czy dostanę tę kasę, czy nie, bo nie ona decyduje, ale podsuwa wszystkie możliwe plusy, żeby było OK. I mówi, że z rodziną to najlepiej na fotografii... Mnie zastanawia jedno - meldunek nie jest obligatoryjny z miejscem zamieszkania, ale wiadomo, jak ktoś chce psa uderzyć, kij zawsze się znajdzie. Więc ok, mnie te kilka groszy wdowich nie zbawi, chociaż mogłoby mi wyrównać chociażby mój czynsz, który rośnie w tempie ekspresowym.
Po wyjściu z Zakładu Utylizacji Społeczeństwa czuję niebywałą ulgę, jakby mi kamień z serca spadł.
Co ma być, będzie.
Jestem wolna i zrobiłam, co mogłam :)
Wracam do chaty, Inżynier akurat się odzywa i pyta, czy mam odpowiedź ze szpitala.
Lecę kurcgalopkiem na pocztę i jest odpowiedź - odmowna.
Nie musi dzwonić.
A ja próbuję się zarejestrować jeszcze raz i o dziwo, rejestruje mnie, ale już na wrzesień. To w sumie pół miesiąca później, niż powinnam, a sama czuję, że oczęta mi siadają, ale nic to, ważne, że zarejestrowało i nie muszę dziecka męczyć.
Tak więc we wtorek idę spać bez kamienia na sercu. Zrobiłam, co w mej mocy i jest OK. Jak załatwię dowód i paszport w kwietniu, też OK, bo mam ważne dokumenty bodajże do lipca, a na nowe czeka się miesiąc, więc super.
A jakbym musiała znów na wycug w kwietniu, to trudno - Inżynierowa planowała wziąć wolne, mówiłam (załamałam się, no co), że jednak mimo Kundla wezmę dyżur, ale nie dali znać, że skorzystają, to ten ósmy kwietnia koliduje z moim paszportem, więc nie odwołam, bo później nie ma terminów. Sorry, Winnetou, business is business...
No i dziś, ostatni dzień wolności na długo. Poszłam na Manhattan, chlebka chcąc na zapas kupić, ale nie było.
Włoszczyznę i zwłoki kupiłam, rosołku nagotowałam, będą zupki nawinie, na te dni pracowe.
I proza życia: praca, dzień gospodarczy, znów korytarz.
Jakoś nie brakuje mi pracki, na poczcie są 3 emilki i nic mnie nie kusi, a od poniedziałku od razu wskoczę w najgorszy tydzień - i OK. Dzięki temu miesiąc mi szybko zleci.
A na razie oprócz róży od Inżyniera, wręczonych przez Alienka z pompą, wciąż trzymają się pieścichłopy
I nie denerwuje mnie nawet ten bladeusz na niebie, bo coraz więcej jest chmur i ma padać. Nareszcie. Bo wody brak.
Biedny tylko Inżynier, ale przez tydzień nie zapłacił Enei 100 zł, więc jest do przodu...
Niezmiernie jestem dumna z tego, że przeżyłam to wszystko, że w zasadzie najgorsze rzeczy mam ogarnięte.
Niezależnie od decyzji ZUS nie muszę mieć nic do czynienia w tym roku z tą instytucją.
Badania okresowe dopiero w lipcu 2026 r.
Tak daleko nawet nie wybiegam myślą w przyszłość.
A jeszcze dziś rano miła pogawędka z jedyną w sumie sąsiadką, z którą mam kontakt - z mamą koleżanki Pierworodnego z podstawówki. Kochał się w niej wtedy i szkoda, że nieśmiały był na tyle, że nie zagadał. Ona już po rozwodzie... Źle trafiła, a i on nie najlepiej, ale cóż.
Czasu nie cofnę i muszę żyć bez wsparcia damskiego, bo żadna z pań w mojej rodzinie nie jest moją fanką :) A tamta dziewczyna do dziś ze mną zawsze miłe słowo zamieni, gdy się spotkamy. Może i nie byłoby tak, gdybyśmy...
Nie ma co gdybać :)
No cóż, tak wyszło :)
Najważniejsze, że ogarnęłam trochę ten pierdalnik :)
Alleluja i do przodu, a jutro do roboty marsz...