w piątek, Kochany Pamiętniczku, rozległ się potężny huk.
To spadł z mego serca ciężar pracy.
Już dawno się tak kurewsko nie czułam.
Nawarstwiło się kilka rzeczy - p. M. poleciała do... Chin.
Boss nie poleciał, a to zawsze on wszędzie lata. Być może to miało wpływ, nie wiem.
Na straży został wice, JB. Kochany chłopak, w wieku mojego starszego syna. Stacjonarnie (a i teraz) jeżdżę po nim jak po łysej kobyle, ale nie da się ukryć - lubimy się. Tym bardziej, że ma córeczkę w wieku Kalafiorkówny, ma tak samo na imię, no i zawsze się na dziewczynki licytujemy :)
Ale JB ma miękkie serce, więc szło jak szło.
I tak mimochodem, wkurzona czekaniem i zorientowawszy się, że chleba w zamrażalniku już nie mam, a nie ma siły, która wywaliłaby mnie rano z łóżka, żebym po chleb polazła, a w markecie nie kupię
sama sobie upiekłam, a co. A że miałam mało białego sera, żeby keto upiec, upiekłam taki. Ze słonecznikiem i siemieniem. Zawinięty w lnianą ściereczkę leży i pachnie.
W środę zaś wieczorem dostałam po tym pieczeniu pierdalca i...
czystkę w lodówce zarządziłam, były dwa bakłażany i dwie cukinie i co się nawinie. Na dwa dni miałam bezproblemowy, pyszny obiad.
I git majonez.
W czwartek na odcisk wlazł mi chłopak od krów, nie, nie, żaden tam kowboj. Nowy narybek, ortografia fatalna, styl jeszcze gorszy. No ale jest opinia: młody, wyrobi się. Nie wyrabia się. Dostał po M. temat, którego nie ogarnął i mało, że ortograf na ortografie, to jeszcze bełkot nie na temat. Napisałam, grzecznie, że ma poczytać felietony M., wziąć przykład i ogarnąć. Mnie zależy na poziomie, ale za redagowanie nikt mi nie płaci. Niby posłuchał, się tłumaczył, JB go też bronił, ale... Na wydruku było widać, że ma to w... poważaniu. Cóż, ja nie redaktor, kropka, literówka, spacja, przecinek, w dupie to mam.
A Boss dosłał dwa dzieła. Jedno kobyła, zajęło mi ponad pół godziny, jak na mnie pół godziny to dużo. Dzisiaj zorientowałam się, że znów podrzucił mi do roboty tekst na WWW. A skrót pójdzie do gazety. Za WWW nikt mi złamanego grosza nie daje, nie pracuję tam i naprawdę mam w pompie, że chodzą tam czasem koszmary. W Auschwitz przyznałam się, gupia cipa, że znam HTML i... do normalnej roboty dowalili mi wprowadzanie tekstów do internetu. A naczelny fotoskładu, w momencie kiedy miałam "swojej" roboty po kokardkę i kucyki, śledztwo prowadził, dlaczego tekstów jeszcze nie ma w necie. Oczywiście, nikt mi za to nie płacił, a siedziałam nad tym przed i po pracy, żeby ryja nie darł.
Więc dziękuję, postoję, nie znam się, nie umiem. Tak wygodniej, a co :)
Niby zamknęliśmy się o 16z błogosławieństwem JB, ale...
Poczta sobie wisiała na drugim monitorku, a ja odrabiałam zaległości w grze.
I tadam, larum grają o 17.30, że dwóch stron brakuje do składki.
Brakowało trzech.
I tak sobie popracowałam do 19.
W sumie pracy było na 20 minut, ale czekanie na pracę.
Znów byłam jak szkapa po Wielkiej Pardubickiej.
I tu bomba...
Poszłam ci ja do kuchni i te ślepe ślepia skierowałam na rurę od gazu.
I bez okularków zobaczyłam dramat.
Farba na złączu się łuszczy.
No i...
Jako że już była 22, nie pisałam do Inżyniera, bo co będę dziecko w nocy straszyć.
Ale mimo całej baterii piguł oka nie zmrużyłam, choć naćpałam się po czubek nosa, oczami duszy widząc, jak cały blok wylatuje w powietrze (w zeszłym tygodniu miałam kontrolę techniczną gazu, nic nie stwierdzili, a widzieli i badali aparacikiem to złącze).
Dotrwałam do rana i...
Nie wyleciało nic w powietrze, a ja zmarznięta jak cholera, bo pootwierałam wszystkie okna na noc...
Wstałam, pościel zmieniłam, Inżynier był dostępny, więc ja w lament, że to jebnie.
A ten w śmiech, że nie jebnie. Ale ogarniemy, bo za parę lat może być problem. No dobra, jak coś, mam pana od gazu, tego, co mi wtedy maszynkę odsunął i dobrze się ubawił.
Kasę też mam.
Już przemyślałam wszystkie warianty, łącznie z odcięciem gazu i kupnem indukcji, ale... Już teraz płacę (chujwizaco) 200 zł za prąd (właśnie dziś rachunek przyszedł), a jak będzie indukcja, to nie będę miała co na nią wstawić.
Na Alledrogo szukałam czujników gazu, ale...
Większość z nich wymaga podłączenia do kontaktu, a ja w kuchni mam gówniane kontakty i żadnej opcji podłączenia tego ustrojstwa.
No i psu na budę. Jak się coś zacznie - nie usłyszę alarmu. Wiem, świeci, ale nie na tyle, żebym w nocy zauważyła z łóżka, że w kuchni coś mi świeci.
Nawet jakbym kupiła wypasiony z podłączeniem do telefonu (wizjer drzwiowy taki mam), to... ja telefon zawsze mam gdzieś świchnięty. Bogiem a prawdą służy mi on tak naprawdę za krokomierz, jak gdzieś lezę, do muzyczki i do kontaktu w terenie (mam prawie 100 Gb neta). Odkąd nie dojeżdżam, nie mam jak tego neta zużyć, bo w domu mam, u Inżyniera też z jego sieci.
No nic.
Na razie mi przeszło.
Mam nadzieję, że dziś będę spała.
Ale wracając do naszych baranów.
Praca szła wolnym walcem, z JB sobie pożartowaliśmy (niańczy mnie, kurde, aż mi czasem wstyd na te peany, które śle).
No dobra, zasłużyłam.
Myślałam, że krówki się odmeldowują, ale nie, doszedł jeszcze jeden kobylasty artykuł, pisany przez zespół - Kowboj i Kowbojka.
No dobra, czas jeszcze był, obiadek sobie między korektami ogarnęłam.
Kowboje dosłały do I korekty kobyłę, ogarnęłam, nie było najgorzej, bo Kowbojka się stara.
Chociaż "zdaża" powaliło mnie na kolanka i miałam orgazm, ale za to mi płacą.
Dostaję wydruczek, ogarniam i...
Ciśnienie mam takie, że za moment zawał.
Na samym początku zdania Wg. z kropką. Skrót i z kropką.
A mam pamięć wybiórczą - nie pamiętam treści poprawianych, bo oszalałabym, ale... Pamiętam poprawiane błędy. I nie puściłabym wg na początku zdania za Chiny Ludowe. Bo nie, bo na początku nie puszcza się skrótów. Puszczam im KE, UE, ARiMR, bo rozwinięte powodują, że tekst się nie mieści, a grafików mamy średnio na jeża, odkąd odeszła H. Ale wg, np., tj. na początku zdania - nie ma opcji. Więc ciśnienie mam w Kosmosie już, już dzwonię po pogotowie, bo na dokładkę wg z kropką jest. Kurwa.
Starzy redaktorzy nie poprawiają po mnie, a jak coś sknocą i wytłumaczę, to starają się zapamiętać. Nie zawsze im się udaje, ale się starają. A ten młody narybek ma na wszystko wyjebane.
Więc rozwijam wg, skracam, redagując poprzedzający tekst (skrócili to wg, bo się nie mieścił tekst) i piszę emilka opierdalającego z góry na dół, łącznie z groźbą (po raz pierwszy w tej karierze), że jak przez 15 lat nie kablowałam do góry, tak zacznę.
Bo, kurwa, w stopce jest moje nazwisko, a ja nie chcę się go wstydzić, że niby takie kiksy puszczam. Są ludzie, co się znają na fachu, miałam też w karierze nudzącego się na emeryturze nauczyciela, który jak znalazł jakiś błąd, to pisał do naczelnego i gdy sekretarka nie zdołała donosu przechwycić, 16 korektorek szło na dywanik i było śledztwo, kto puścił byka (tak, 12 stron codziennej gazety korekciło 16 korektorek, a i tak bywały błędy, chochliki drukarskie nie śpią). I na mnie kiedyś ktoś donos, już w tej pracy ktoś napisał, że jest ortograf w tytule, na całe moje szczęście okazało się, że to ja miałam rację. Nie pamiętam już tytułu, ale błąd był typu: osobom - osobą :)
I nie jest tak, jak w Auschwitz, że dostawałam makietę ostateczną do kontroli - nie, odsyłam korektę i nie wiem, co się potem dzieje.
Więc się staram.
Wracam na kompika, a tam emilek od Bossa z drugą korektą tego wywiadu. Wysłany 13.57. Kurcgalopkiem do małego pokoju, druk, powrót, siad do stołu, korekta 2 stron, siad do biurka, skaner. I co ja paczę? Kolejny emilek od Bossa, z pytaniem, czy PDF doszedł?
Kurwa - 14.01 odsyłam emilka z załącznikami i przepraszam, że tak długo musiał, kurwa, czekać.
I piszę SMS do JB, że może mnie pogłaskać. Żaląc się na Bossa. SMS, bo nic tak nie plami jak atrament, tak mówiła moja babcia, a do firmowej poczty, teoretycznie zahasłowanej, naczalstwo ma dostęp.
JB grozi, że pójdzie do Bossa, że mu dręczy znakomitą korektorkę, a ze mnie spływa...
Pewno, że nie pójdzie. Ale wiem, że on wie, co jest w te klocki.
Od Kowbojów dostaję przepraszającego emilka - ona skróciła do Wg, on dał kropkę.
Że się poprawią, ona pisze, że słucha, co tłumaczę (częściowo), stara się zapamiętać i mnie bardzo ceni.
No cóż, nie będę robiła dramy, uśmiecham się i mówię, że mają się nie martwić, bo wkrótce zastąpi mnie AI.
A ona, że AI mi do pięt nie dorosła.
Jeszcze ostatnie teksty, ostatnie szarpnięcia. I kongres na temat behawioru zwierząt. powstaje nowa organizacja, zajmująca się dobrostanem zwierząt, konferencje, tłumy, trybuny, bla, bla, bla...
Nie mam nic przeciwko dobrostanowi zwierząt. Nie jestem ich fanką taką, jak moje dzieci, cóż - nie po mnie mają geny, ale OK. Nie krzywdzę zwierząt, nasprzątałam się po żółwiach i rybkach, na które się zgodziłam, nasprzątałam się i po kotach Inżyniera, gdy byłam w UK, wychodzę z kundlem, jak trzeba i nawet kupy zbieram, bo tak trzeba.
Mięso jem, bo radykalne wege nie do końca jest dobre.
Pierworodny, który zgodził się na przegubowca, w rozmowie ze mną sam przyznał (bez bicia, ja dzieci biję tylko w obronie własnej), że nie zgadzając się na psa, miałam rację, bo wyprowadzanie w znacznej mierze spadło na niego, zwłaszcza w weekendy, bo dzieci chcą pospać. Mówi, że OK. Ale dla mnie nie byłoby tak do końca OK. Cóż, taki model ze mnie i umrę w dżungli, nie na futerkach :)
I po tym artykule padłam.
Myśląc, kto i kiedy stworzy organizację tak naprawdę (nie lubię tego zwrotu, tępię) broniącą pracującego ciężko człowieka?
A może tylko moja dziedzina jest taka niezaopiekowana?
A może to ja całe życie byłam głupia, pracując jak stachanowiec, dając z siebie wszystko, bo tak?
Bo tak trzeba, bo moja babcia zawsze mówiła, że trzeba dać z siebie wszystko?
Tak miała moja mama.
Nawet moi alkoholicy - ojciec i brat pracowali na cały, nie na pół gwizdka.
Tak pracują moi synowie.
Znaczy się, mamy jakiś wadliwy gen?
Bo moja mama wielkie pokolenie, ojciec ciche, ja boomer, Pierworodny pokolenie X, Inżynier millenials?
W każdym razie o tej 16.24 rzuciłam tę brudną robotę, ubrałam się i wypełzłam z nory.
Poszłam po LR44, niestety, różki nie działają, może padła jakaś żaróweczka?
Badylków nie było w Biedrze, a szłam właśnie po badylki i po LR44.
A że Aldi był po drodze, wlazłam i
Tak, pinkowo mi. Ale badylowy pink kocham.
I tak, do świąt daleko.
I tak, gwiazda betlejemska padnie, grudzień nie wiem, czy kiedyś znów zakwitnie.
Ale i ja nie wiem, czy to nie był mój ostatni dzień.
Bo jutra zawsze może nie być.
A tak sobie zanotowałam i może po latach ktoś się uśmieje z moich rozterek?
A może nawet i dziś?
Że dużo piszę o pracy?
Cóż, to znacząca część mojego życia.
I nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, śledząc na FB (kochany FB, co ja bym bez niego zrobiła?) wynurzenia jakiejś polskiej Gretynki, która ma pretensje do Tuska (?), że nie pracując (działa, kurwa w jakichś fundacjach) nie jest klientką dla banku, który nie chce jej dać kredytu na mieszkanie.
Nosz, kurwa, ja mając już prawie 71 lat wciąż pracuję. Mieszkanie, wprawdzie w innych uwarunkowaniach politycznych i ekonomicznych, ale mam za własną kasę. Z nieba mi nie spadło.
Opłotkami dociera do mnie, że aktywistka chyba nawet podstawówki nie skończyła.
Ja, niedosłyszący boomer, skończyłam studia.
Planetę ratuję całe życie. Młodość wiek dojrzały mojego pokolenia - szklane butelki, siatki wielorazowe, towary pakowane w papierowe torebki, tetrowe pieluchy i wiele innych cudów wianków - nie wiem, co jeszcze dopisać do listy.
Odzież nicowana - kto dziś wie, co to jest nicowanie?
Skarpetki cerowane.
I ja, ucząca się żyć w nowym świecie, z bankowością i urzędami online.
Z łezką w oku patrząca na nieliczne zdjęcia moje, moich dzieci i tamtych dni.
Pstrykająca zdjęcia wszystkiemu, nawet codziennemu jedzeniu i rurze od gazu...
Jak żyć i jak to wszystko ogarnąć, Kochany Pamiętniczku?
Wiesz, bo ja zaczynam się w tym gubić :)
I tak odchodzę bez pożegnania, jakby ktoś między nami zatrzasnął drzwi...
















































