piątek, 17 października 2025

O 16.24

 w piątek, Kochany Pamiętniczku, rozległ się potężny huk.

To spadł z mego serca ciężar pracy.

Już dawno się tak kurewsko nie czułam. 

Nawarstwiło się kilka rzeczy - p. M. poleciała do... Chin.

Boss nie poleciał, a to zawsze on wszędzie lata. Być może to miało wpływ, nie wiem.

Na straży został wice, JB. Kochany chłopak, w wieku mojego starszego syna. Stacjonarnie (a i teraz) jeżdżę po nim jak po łysej kobyle, ale nie da się ukryć - lubimy się. Tym bardziej, że ma córeczkę w wieku Kalafiorkówny, ma tak samo na imię, no i zawsze się na dziewczynki licytujemy :) 

Ale JB ma miękkie serce, więc  szło jak szło.

I tak mimochodem, wkurzona czekaniem i zorientowawszy się, że chleba w zamrażalniku już nie mam, a nie ma siły, która wywaliłaby mnie rano z łóżka, żebym po chleb polazła, a w markecie nie kupię




 sama sobie upiekłam, a co. A że miałam mało białego sera, żeby keto upiec, upiekłam taki. Ze słonecznikiem i siemieniem. Zawinięty w lnianą ściereczkę leży i pachnie. 

W środę zaś wieczorem dostałam po tym pieczeniu pierdalca i...


 czystkę w lodówce zarządziłam, były dwa bakłażany i dwie cukinie i co się nawinie. Na dwa dni miałam bezproblemowy, pyszny obiad.

I git majonez.

W czwartek na odcisk wlazł mi chłopak od krów, nie, nie, żaden tam kowboj. Nowy narybek, ortografia fatalna, styl jeszcze gorszy. No ale jest opinia: młody, wyrobi się. Nie wyrabia się. Dostał po M. temat, którego nie ogarnął i mało, że ortograf na ortografie, to jeszcze bełkot nie na temat. Napisałam, grzecznie, że ma poczytać felietony M., wziąć przykład i ogarnąć. Mnie zależy na poziomie, ale za redagowanie nikt mi nie płaci. Niby posłuchał, się tłumaczył, JB go też bronił, ale... Na wydruku było widać, że ma to w... poważaniu. Cóż, ja nie redaktor, kropka, literówka, spacja, przecinek, w dupie to mam.

A Boss dosłał dwa dzieła. Jedno kobyła, zajęło mi ponad pół godziny, jak na mnie pół godziny to dużo. Dzisiaj zorientowałam się, że znów podrzucił mi do roboty tekst na WWW. A skrót pójdzie do gazety. Za WWW nikt mi złamanego grosza nie daje, nie pracuję tam i naprawdę mam w pompie, że chodzą tam czasem koszmary. W Auschwitz przyznałam się, gupia cipa, że znam HTML i... do normalnej roboty dowalili mi wprowadzanie tekstów do internetu. A naczelny fotoskładu, w momencie kiedy miałam "swojej" roboty po kokardkę i kucyki, śledztwo prowadził, dlaczego tekstów jeszcze nie ma w necie. Oczywiście, nikt mi za to nie płacił, a siedziałam nad tym przed i po pracy, żeby ryja nie darł. 

Więc dziękuję, postoję, nie znam się, nie umiem. Tak wygodniej, a co :) 

Niby zamknęliśmy się o 16z błogosławieństwem JB, ale... 

Poczta sobie wisiała na drugim monitorku, a ja odrabiałam zaległości w grze.

I tadam, larum grają o 17.30, że dwóch stron brakuje do składki.

Brakowało trzech.

I tak sobie popracowałam do 19.

W sumie pracy było na 20 minut, ale czekanie na pracę.

Znów byłam jak szkapa po Wielkiej Pardubickiej.

I tu bomba...

Poszłam ci ja do kuchni i te ślepe ślepia skierowałam na rurę od gazu.

I bez okularków zobaczyłam dramat.


 Farba na złączu się łuszczy.

No i...

Jako że już była 22, nie pisałam do Inżyniera, bo co będę dziecko w nocy straszyć.

Ale mimo całej baterii piguł oka nie zmrużyłam, choć naćpałam się po czubek nosa, oczami duszy widząc, jak cały blok wylatuje w powietrze (w zeszłym tygodniu miałam kontrolę techniczną gazu, nic nie stwierdzili, a widzieli i badali aparacikiem to złącze).

Dotrwałam do rana i...

Nie wyleciało nic w powietrze, a ja zmarznięta jak cholera, bo pootwierałam wszystkie okna na noc...

Wstałam, pościel zmieniłam, Inżynier był dostępny, więc ja w lament, że to jebnie.

A ten w śmiech, że nie jebnie. Ale ogarniemy, bo za parę lat może być problem. No dobra, jak coś, mam pana od gazu, tego, co mi wtedy maszynkę odsunął i dobrze się ubawił.

Kasę też mam. 

Już przemyślałam wszystkie warianty, łącznie z odcięciem gazu i kupnem indukcji, ale... Już teraz płacę (chujwizaco) 200 zł za prąd (właśnie dziś rachunek przyszedł), a jak będzie indukcja, to nie będę miała co na nią wstawić.

Na Alledrogo szukałam czujników gazu, ale...

Większość z nich wymaga podłączenia do kontaktu, a ja w kuchni mam gówniane kontakty i żadnej opcji podłączenia tego ustrojstwa.

No i psu na budę. Jak się coś zacznie - nie usłyszę alarmu. Wiem, świeci, ale nie na tyle, żebym w nocy zauważyła z łóżka, że w kuchni coś mi świeci.

Nawet jakbym kupiła wypasiony z podłączeniem do telefonu (wizjer drzwiowy taki mam), to... ja telefon zawsze mam gdzieś świchnięty. Bogiem a prawdą służy mi on tak naprawdę za krokomierz, jak gdzieś lezę, do muzyczki i do kontaktu w terenie (mam prawie 100 Gb neta). Odkąd nie dojeżdżam, nie mam jak tego neta zużyć, bo w domu mam, u Inżyniera też z jego sieci.

No nic.

Na razie mi przeszło.

Mam nadzieję, że dziś będę spała. 

Ale wracając do naszych baranów.

Praca szła wolnym walcem, z JB sobie pożartowaliśmy (niańczy mnie, kurde, aż mi czasem wstyd na te peany, które śle).

No dobra, zasłużyłam.

Myślałam, że krówki się odmeldowują, ale nie, doszedł jeszcze jeden kobylasty artykuł, pisany przez zespół - Kowboj i Kowbojka.

No dobra, czas jeszcze był, obiadek sobie między korektami ogarnęłam.

Kowboje dosłały do I korekty kobyłę, ogarnęłam, nie było najgorzej, bo Kowbojka się stara. 

Chociaż "zdaża" powaliło mnie na kolanka i miałam orgazm, ale za to mi płacą.

Dostaję wydruczek, ogarniam i...

Ciśnienie mam takie, że za moment zawał.

Na samym początku zdania Wg. z kropką. Skrót i z kropką. 

A mam pamięć wybiórczą - nie pamiętam treści poprawianych, bo oszalałabym, ale... Pamiętam poprawiane błędy. I nie puściłabym wg na początku zdania za Chiny Ludowe. Bo nie, bo na początku nie puszcza się skrótów.  Puszczam im KE, UE, ARiMR, bo rozwinięte powodują, że tekst się nie mieści, a grafików mamy średnio na jeża, odkąd odeszła H. Ale wg, np., tj. na początku zdania - nie ma opcji. Więc ciśnienie mam w Kosmosie już, już dzwonię po pogotowie, bo na dokładkę wg z kropką jest. Kurwa.

Starzy redaktorzy nie poprawiają po mnie, a jak coś sknocą i wytłumaczę, to starają się zapamiętać. Nie zawsze im się udaje, ale się starają. A ten młody narybek ma na wszystko wyjebane. 

Więc rozwijam wg, skracam, redagując poprzedzający tekst (skrócili to wg, bo się nie mieścił tekst) i piszę emilka opierdalającego z góry na dół, łącznie z groźbą (po raz pierwszy w tej karierze), że jak przez 15 lat nie kablowałam do góry, tak zacznę. 

Bo, kurwa, w stopce jest moje nazwisko, a ja nie chcę się go wstydzić, że niby takie kiksy puszczam. Są ludzie, co się znają na fachu, miałam też w karierze nudzącego się na emeryturze nauczyciela, który jak znalazł jakiś błąd, to pisał do naczelnego i gdy sekretarka nie zdołała donosu przechwycić, 16 korektorek szło na dywanik i było śledztwo, kto puścił byka (tak, 12 stron codziennej gazety korekciło 16 korektorek, a i tak bywały błędy, chochliki drukarskie nie śpią). I na mnie kiedyś ktoś donos, już w tej pracy ktoś napisał, że jest ortograf w tytule, na całe moje szczęście okazało się, że to ja miałam rację. Nie pamiętam już tytułu, ale błąd był typu: osobom - osobą :) 

I nie jest tak, jak w Auschwitz, że dostawałam makietę ostateczną do kontroli - nie, odsyłam korektę i nie wiem, co się potem dzieje.

Więc się staram.

Wracam na kompika, a tam emilek od Bossa z drugą korektą tego wywiadu. Wysłany 13.57. Kurcgalopkiem do małego pokoju, druk, powrót, siad do stołu, korekta 2 stron, siad do biurka, skaner. I co ja paczę? Kolejny emilek od Bossa, z pytaniem, czy PDF doszedł?

Kurwa - 14.01 odsyłam emilka z załącznikami i przepraszam, że tak długo musiał, kurwa, czekać.

I piszę SMS do JB, że może mnie pogłaskać. Żaląc się na Bossa. SMS, bo nic tak nie plami jak atrament, tak mówiła moja babcia, a do firmowej poczty, teoretycznie zahasłowanej, naczalstwo ma dostęp. 

JB grozi, że pójdzie do Bossa, że mu dręczy znakomitą korektorkę, a ze mnie spływa...

Pewno, że nie pójdzie. Ale wiem, że on wie, co jest w te klocki.

Od Kowbojów dostaję przepraszającego emilka - ona skróciła do Wg, on dał kropkę.

Że się poprawią, ona pisze, że słucha, co tłumaczę (częściowo), stara się zapamiętać i mnie bardzo ceni.

No cóż, nie będę robiła dramy, uśmiecham się i mówię, że mają się nie martwić, bo wkrótce zastąpi mnie AI.

A ona, że AI mi do pięt nie dorosła.
Jeszcze ostatnie teksty, ostatnie szarpnięcia. I kongres na temat behawioru zwierząt. powstaje nowa organizacja, zajmująca się dobrostanem zwierząt, konferencje, tłumy, trybuny, bla, bla, bla...

Nie mam nic przeciwko dobrostanowi zwierząt. Nie jestem ich fanką taką, jak moje dzieci, cóż - nie po mnie mają geny, ale OK. Nie krzywdzę zwierząt, nasprzątałam się po żółwiach i rybkach, na które się zgodziłam, nasprzątałam się i po kotach Inżyniera, gdy byłam w UK, wychodzę z kundlem, jak trzeba i nawet kupy zbieram, bo tak trzeba. 

Mięso jem, bo radykalne wege nie do końca jest dobre.

Pierworodny, który zgodził się na przegubowca, w rozmowie ze mną sam przyznał (bez bicia, ja dzieci biję tylko w obronie własnej), że nie zgadzając się na psa, miałam rację, bo wyprowadzanie w znacznej mierze spadło na niego, zwłaszcza w weekendy, bo dzieci chcą pospać. Mówi, że OK. Ale dla mnie nie byłoby tak do końca OK. Cóż, taki model ze mnie i umrę w dżungli,  nie na futerkach :) 

I po tym artykule padłam.

Myśląc, kto i kiedy stworzy organizację tak naprawdę (nie lubię tego zwrotu, tępię) broniącą pracującego ciężko człowieka?

A może tylko moja dziedzina jest taka niezaopiekowana?

A może to ja całe życie byłam głupia, pracując jak  stachanowiec, dając z siebie wszystko, bo tak?

Bo tak trzeba, bo moja babcia zawsze mówiła, że trzeba dać z siebie wszystko?

Tak miała moja mama. 

Nawet moi alkoholicy - ojciec i brat pracowali na cały, nie na pół gwizdka.

Tak pracują moi synowie.

Znaczy się, mamy jakiś wadliwy gen?

Bo moja mama wielkie pokolenie, ojciec ciche,  ja boomer, Pierworodny pokolenie X, Inżynier millenials?

 W każdym razie o tej 16.24 rzuciłam tę brudną robotę, ubrałam się i wypełzłam z nory.

Poszłam po LR44, niestety, różki nie działają, może padła jakaś żaróweczka?

Badylków nie było w Biedrze, a szłam właśnie po badylki i po LR44. 

A że Aldi był po drodze, wlazłam i 





 

 Tak, pinkowo mi. Ale badylowy pink kocham.

I tak, do świąt daleko.

I tak, gwiazda betlejemska padnie, grudzień nie wiem, czy kiedyś znów zakwitnie.

Ale i ja nie wiem, czy to nie był mój ostatni dzień.

Bo jutra zawsze może nie być.

A tak sobie zanotowałam i może po latach ktoś się uśmieje z moich rozterek?

A może nawet i dziś?

Że dużo piszę o pracy?

Cóż, to znacząca część mojego życia.

I nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, śledząc na FB (kochany FB, co ja bym bez niego zrobiła?) wynurzenia jakiejś polskiej Gretynki, która ma pretensje do Tuska (?), że nie pracując (działa, kurwa w jakichś fundacjach) nie jest klientką dla banku, który nie chce jej dać kredytu na mieszkanie.

Nosz, kurwa, ja mając już prawie 71 lat wciąż pracuję. Mieszkanie, wprawdzie w innych uwarunkowaniach politycznych i ekonomicznych, ale mam za własną kasę. Z nieba mi nie spadło. 

Opłotkami dociera do mnie, że aktywistka chyba nawet podstawówki nie skończyła.

Ja, niedosłyszący boomer, skończyłam studia.

Planetę ratuję całe życie. Młodość  wiek dojrzały mojego pokolenia - szklane butelki, siatki wielorazowe, towary pakowane w papierowe torebki, tetrowe pieluchy i wiele innych cudów wianków - nie wiem, co jeszcze dopisać do listy.

Odzież nicowana - kto dziś wie, co to jest nicowanie?

Skarpetki cerowane. 

I ja, ucząca się żyć w nowym świecie, z bankowością i urzędami online.

Z łezką w oku patrząca na nieliczne zdjęcia moje, moich dzieci i tamtych dni.

Pstrykająca zdjęcia wszystkiemu, nawet codziennemu jedzeniu i rurze od gazu...

Jak żyć i jak to wszystko ogarnąć, Kochany Pamiętniczku?

Wiesz, bo ja zaczynam się w tym gubić :)  

 

I tak odchodzę bez pożegnania, jakby ktoś między nami zatrzasnął drzwi...

poniedziałek, 13 października 2025

Dobrymi

 chęciami piekło jest wybrukowane, Kochany Pamiętniczku.

Założyłam sobie, że w niedzielę pojadę do wujka Mietka, by i jemu odpalić świeczuszkę. Rano odpalam kompika i okazuje się, że cały pogrzeb na nic - jest maraton, leci akurat w tamtym rejonie i znowu chujwigdzie co jedzie.

A na Dębinę nie chciało mi się iść, wciąż mam fobię przed kleszczami, chociaż jak żyję, chyba w życiu nie miałam kleszcza. Chociaż podejrzewam, że miałam przed laty - rozwozili nas, jeszcze za czasów DP taksówkami do chat, kolega wsiadł z kundlem, a ja na drugi dzień miałam bardzo bolesne ugryzienie na nodze i wielki rumień. Ale widocznie kleszcz był cywilizowany, bo jakoś boreliozy u siebie nie widzę. Odpukać. Staram się jednak nie łazić tam, gdzie go mogę złapać, bo sama swojego całego cielska nie oglądnę, a amatora na oględziny na stanie nie mam.

Ogarnęłam więc materiały, które przyszły, aż się naczelna zacukała, że miałam w poniedziałek. 

Ale zrobiłam, bo chciałam. Nie, że mi ktoś kazał. Ot tak, profilaktycznie, zakładając, że w poniedziałek będzie potop.

Nie było, dostałam jakieś 4 teksty.

Dobrze, że maszynki mnie zasypały, więc się nie wkurwiałam, a i jutro do 10 mają się zamknąć. Mogą się zamykać do 17 i tak muszę kiblować. A moja gazetka, serce me ukochane ma jeszcze przegląd materiałów (jeżu kolczasty, jak ja się na tych przeglądach w redakcji nudziłam, jak mops przy budzie, teraz mi to odpadło). 

Będzie jak będzie, chleb mi się tylko kończy. Ale jak coś upiekę ten z ziarnami, wychodzi.

Ostatnio nie ma siły, która wywaliłaby mnie z łóżka przed 7 (budzę się o 7) i boję się wycugu, po 7.08 mam autobus, żeby Łobuzy eksmitować...

Olaboga :)

Będzie się działo.

Bratki szlag trafia - mszyce. No cóż, ciepło jest, nawet jak przyjdzie teraz przymrozek, to dla nich na ratunek już za późno.

No cóż - jesień.

A ja, pomnąc na pękające w szwach przed Dniem Nauczyciela  markety, pomaszerowałam radośnie lewa-prawa do Lidla, myśląc już o pięknych badylkach, które sobie kupię.

A chuj, same wrzosy i doniczkowe - podziękuję, już mi się w chałupce nie mieszczą :) 

Ale z tyłu wymacałam w miarę (i świeże, bo poniedziałkowe) pieścichłopy, które zanabyłam. Takie jak lubię - karbowane. Do innych marketów już nie lazlam, nie chciało mi się.

Za to pstrąga z Kaszub, wędzonego dymem bukowym zanabyłam. Drogie paskudztwo jak cholera, ale musiałam.

Tak mam w życiu. 

Młodą niewiastą będąc, leciałam raz w miesiącu na Manhattan. Była tam wtedy budka z rybami  (już jej od lat nie ma). I kupowałam kilo śledzia. Donosiłam do chaty, mając buzię pełną śliny, otwierałam worek i... Pożerałam na start pół kilo niewymoczonego śledzia, słonego jak cholera. Musiałam. Eks wyjeżdżał do mamusi, bo w domu śmierdziało, a ja musiałam, musiałam, musiałam. Chłopcy śledzia kijem nie tykali, Eks umierał od smrodu, a ja musiałam :) Teściowa obdzwaniała familię (to był czas telefonów stacjonarnych), że Basia chyba jest w ciąży.

A mnie na drugi dzień, po wypiciu pół butelki coca-coli, przechodziło jak ręką odjął.

I nie, nie byłam w ciąży, nie miałam jedzeniowych zachcianek w ciąży. Miałam je co miesiąc przed okresem. Na śledzie :) 

Słone, niemoczone.

A tym razem mój organizm zapragnął pstrąga. Obok leżała makrela wędzona, ale nie, moje ciałko darło się: pstrąg, pstrąg, pstrąg... 

A ja kocha swoje ciałko i niczego mu nie odmówię. 

Tom zanabyła tego cholernego pstrąga.

Kurcgalopkiem, kontemplując


 coraz piękniejsze okoliczności przyrody, do domu wróciłam i...

Wyniósłszy śmieci do bio, umywszy łaki, wypakowawszy wózeczek, wsadziwszy pieścichłopy do wazonu, rzuciłam się na nieszczęsnego pstrąga.

Zeżarłam pół, ze szczypiorkiem (na całe szczęście nie zapomniałam kupić szczypiorku, ale zapomniałam o czosnku, mam chyba tylko  granulowany), o mało nie dławiąc się ością.

I...

Przeszczęśliwa jestem.

Nie wiem, co to było, czego mi brakowało, ale musiałam.

I miałam szczęście, bo dziś była inna pani, miła i dała mi 4 talenciaki zamiast dwóch :) A ja zbieram talenciaki, bo za te - kupony, bony, szkoły dostają różne nagrody. A że talenciaka mam już za zakupy za 50 zł, w tym warzywo lub owoc, to dla mnie jest dobry deal. Bo 50 zł to wydaję prawie zawsze, zielsko też zawsze kupuję. A pomoc dla szkół ma o wiele większy sens, niż kolejny pluszak z Biedry, na 60 naklejek za niego (żeby go dostać za darmo) muszę wydać  4140 zł :) Nie wchodzi w to alkohol ani papierosy. Jak dzieci były małe, kupowałam tony srajtaśmy i kawy, bo to mi się kalkulowało do tych naklejek. Teraz nie chodzę do Biedronki tak często, jak kiedyś, jeśli już to raczej po wino, jak jest promocja. A za to naklejek nie ma. Ale nie widzę sensu wydawania kasy na rzeczy niepotrzebne, maskotki są ohydne. Dzieci mają swoje pokoje zawalone tym badziewiem. 

A sprzęt dla szkół - i owszem. Jeszcze kilka lat szkolnych przed nimi (nie wiem, czy to obejmuje też szkoły średnie). Więc jak dla mnie to ma sens. No i panie (te miłe) kasjerki w Lidlu nie wydzielają talenciaków dokładnie, czasem dorzucają więcej, bo oczywiście nie wszyscy je biorą.

Tak więc uratowawszy się  cudem od zadławienia ością, najadłszy się Skyru z Maluty bez laktozy (oajcierpiędolę, odkrycie roku, cót, mjut i ożerzki), spoczęłam na fotelu bez listka bobkowego, by codzienność opisać.

I tak sobie dumam nad życiem.

Ja, urodzona cudem, w latach tak zamierzchłych, że nawet dinozaury tam żyć nie chciały.

Dumna boomerka.

Po latach dowiadująca się, chociażby z Mad Mena, jak kolorowe było wtedy życie w USA.

Nie, żeby mnie tam ciągnęło, nie, ale ich krążowniki szos w momencie, gdy u mnie na wsi, na brukowanej kocimi łbami drodze samochód przejeżdżał raz na miesiąc, a codziennością był wóz piekarza z Dąbrowy, który spał na koźle zmorzony trunkiem, no dobra, nazywało się, że nocną pracą, ale wiadomo, że za kołnierz nie wylewał (piekarz, nie wóz), a koń podjeżdżał sam do kolejnej zagrody, w której zamawiano chleb, czekał cierpliwie, aż ktoś z chaty wyszedł, kasę do puszki włożył, chlebek zabrał, drzwi zatrzasnął (wózek to była taka zadaszona budka) i ruszał dalej. Moja mama nie chciała (nie wiem dlaczego, mówiła, że za duży ten chleb, na moje oko ważył jakieś 4 kilo, a ludzie brali po 2-4 bochenki) kupować, kupowała od Biegańskiego, a ja biegłam do sąsiadki, która litościwie dawała mi skibkę tego chleba z Dąbrowy z masełkiem albo ze smalczykiem...

Ja, boomer, w którego domu był drugi we wsi TV, na który z nabożeństwem na Disneya przychodziła cała moja klasa, karnie na korytarzu zdejmując buty.

Ja, boomer, który za wyrwanie się na studia zapłacił naprawdę wysoką cenę. 

Ja. boomer, który jako nastolatka dostał aparaty słuchowe produkcji radzieckiej, a jakże W OKULARACH. Radziecka myśl techniczna była tak zaawansowana, że ja, nastolatka, na samą myśl o wyjściu w tym ustrojstwie na ulicę, chciałam się wieszać. Bo radziłam sobie bez nich doskonale, byłam już w klasie maturalnej.

Aparaty wylądowały w jakimś muzeum, które zorganizowała Kakafonia, nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje, muszę pogooglować... Może to i była zdobycz techniki, ale... radzieckiej i wszystko w temacie.

A pani w przychodni, widząc moje rozczarowanie była oburzona, że nie doceniam techniki radzieckiej.

Ja, boomer, który po raz pierwszy tak naprawdę w 1983 roku usłyszał dzwony kościelne z odległości kilometra, gdy rodzina Eksa raczyła mi wypożyczyć na próbę (w DE było to wówczas możliwe aparaty słuchowe, które mnie przerosły). Ale mimo możliwości i finansowych, i odpisu podatkowego stwierdzili, że nie będą na mnie wydawać. Kilka lat później dostałam od nich po jakimś staruszku, który zmarł, aparaty, które nijak miały się do mojej wady słuchu. Podałam je dalej.

A sama, mając już pół wieku na karku, kupiłam sobie MOJE :)  Może nie idealne, ale dzięki nim łatwiej mi teraz w życiu, za co wielkie dzięki i ukłony dla Barana, który zagroził mi wysadzeniem mnie na angielskiej autostradzie, jak będę się dalej wydurniała i nie założę aparatów. I który miał niezły ubaw, ucząc mnie słuchania świata na molo w Southend-on-Sea.

Ja, boomer, którego pierwsza mp3 miała większą pamięć niż lecący na Księżyc Apollo 11.

Ja, boomer, przed którym już  niewiele lat, który z łezką w oczu żegna gwiazdy, w których kochał się przed laty (ach, ta młodość) - Gary'ego Granta, Pecka, Delona, Redforda, Belmondo... Nie sposób ich wszystkich wymienić...

Odchodzące idolki - Vivien Leight, Marylin Monroe, jakże tragiczną,  Romy Schneider, Grace Kelly, Edith Piaff, Maggie Smith, ach, ile ich było, chciałam być taka szczęśliwa jak one... Nie zdając sobie nawet sprawy z tego, ile smutku kryło się za tym blichtrem.

Ja, boomer z wioski, gdzie psy dupami szczekały...

Jakże ciekawe miałam życie, jak wiele epok przeleciałam w tym czasie, jak życie moje pędzi coraz prędzej.

I jak dziwnie się to plecie.

Wciąż się zastanawiam, czy do końca będę za wszystkim nadążała tak, jak dotychczas?

Bo wciąż nie umiem obsługiwać pilota do TV (na całe szczęście nie mam TV) ani paczkomatu.

I Alledrogo moim wrogiem...

 Jakże piękne i jakże trudne jest życie.

Ja, słuchająca radia albo adapteru z uchem przytkniętym do głośnika.

Ja, tańcząca po całym mieszkaniu w słuchawkach bezprzewodowych... I to wcale nie tych z górnej półki, bo szkoda mi na nie kasy.

 

 

 

 

piątek, 10 października 2025

I kolejny

tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku.

Coraz szybciej lecą te tygodnie.

Z trudem je doganiam.

W zasadzie nic się nie działo - praca, skoki ciśnienia, bo pracowali jakby nie mogli, jakby im za to nie płacili, ale co tam, korektorka po godzinach popracuje, bo od tego jest, co nie?

I jeszcze okazało się, że po odejściu M. w krowach jest burdel na kółkach, a w ramach korpo współpracuje z nami redakcja, z którą ja nie chciałam pracować, mając do wyboru ich i moją. Nie, żeby mnie tam nie cenili, z naczelnym i z zastępcą miałam bardzo dobre układy (zastępca ściągnął mnie już jako naczelny do nowych maszynek). Bo już na "okresie próbnym" (brałam wolne z Auschwitz, miałam 60 dni zaległego urlopu) i szłam do nich pracować w czynie społecznym, jak M., która mnie tam ściągała brała wolne. 

Taki misz-masz.

Ale moja jakoś mi bardziej  pasowała.

No i teraz naczelny współpracuje z krówkami. 

I tak jak ja ślęczałam prawie 2 tygodnie (sic!), czekając na materiały, obudził się w przeddzień jazdy do druku. I nie, nie napisał emilka jak człowiek, ale wysłał mi wiadomość na MSG. Dostał mojego MSG od pani M., bo tak kiedyś wyszło w praniu - jak wiadomo, jestem niedzwoniąca, a poza tym nie mam służbowego telefonu (chyba jako jedyna w redakcji, ale też tego nie chcę).

Wiadomość, że jest robota w SE.

A w SE miał takie ustawienia, że ja nie mogłam wejść (mam ograniczone uprawnienia i dobrze). 

I tak sobie jak gęś z prosięciem... 

Po godzinach znów kolejne wiadomości.

W porze dość późnej.

Zacisnęłam zęby i zrobiłam,  no bo juterko do druku.

Next day, przeciągam się w łóżeczku, iPadzika dobywam, a tam na MSG... do roboty. Wysłane o 6.30. A ostatni emilek był o 23.11.

Kurwa. 

Więc zła jak osa i niepomna, że to naczalstwo, odpisuję, że OK, zrobię, ale nieśmiało przypominam, że ja jestem na pół etatu.

Przeprasza, że wyjeżdża, że jest w podróży...

No ja wiem, że oni mają ciężkie życie, że latają jak koty bez pęcherza, po  seminariach, reportażach, zlotach, wylotach, polach, forach, targach, zagranicach i tam, gdzie psy dupami szczekają.

Ale ja jestem jedna, jedyna i gdybym miała (a prawie to robię) dostosować się do wszystkich tych latań, to pracowałabym 24 godziny na dobę. Fakt, na cały etat miałabym wciąż więcej niż najniższa krajowa, ale kurwa - to, że na home office mam czas przy takiej dezorganizacji na inne rzeczy nie znaczy, że mój czas nie jest cenny.

Bo jeżeli o 13 zamykam budkę na kłódkę, a potem jest alarm, że korekty nie ma...

I nie, nie chcę zrezygnować z home office - gdybym musiała wracać, na pewno nie pracowałabym już dalej. 

Nie chcę się tłuc w zatłoczonym zbiorkomie, niezależnie od tego, jak się czuję danego dnia.

Bo tak, umysł mam znakomity, ale ciałko powoli coraz bardziej mdłe i wątłe.

Wczoraj w nocy myślałam, że w Kosmos wylecę, tak mnie nogi bolały i cholera mną po łóżku miotała, zanim znalazłam pozycję, w której zasnęłam. Diagnozowałam się już sama - i nie, nie zrobiłam badań - może znów dna, może reumatyzm (czy inne tam zapalenie, ale patrząc na kolejki do reumatologa - podziękuję, tyle lat żyję z tym bólem, jeszcze trochę pociągnę). Do gośćca stawowego mam predyspozycje genetyczne - moją mamę wykończył.

A dziś doczytałam się, że to może być toczeń rumieniowaty układowy, który błyskawicznie zabija, a którego objaw mam na tym mordzie :) 
Jako że wujek Google wyczerpał już swoje mądrości diagnostyczne, powinnam się chyba udać do wujka Yahoo i skonsultować diagnozy.

Przeciwbólowych nie łykam, mam gdzieś zabłąkany Apap, kupiony, gdy się szczepiłam na Covidka, na szczęście tylko 2 razy i maybe - już przeterminowany.
Moja wątroba jest tak zniszczona, że jakiekolwiek przeciwbólowe - leży i kwiczy. 
Cytryna i imbir - zaniedbałam, pora do tego wrócić - idealnie pomagało pite regularnie na bolące kopyta.

Wychodząc z domu, pierwsze dwa kroki na schodach stawiam ostrożnie, sondując, czy kolanko ma dziś dobry dzień i mogę jak sarenka, czy raczej nie - i muszę jak babulinka. Z wchodzeniem nie mam problemu - buntuje się przy schodzeniu - prawe :)

 Rączki też mam jakby słabsze, dziś, krojąc hokkaido o mało nie umarłam. Bo ja jestem sierota krojeniowa. Zawsze sobie coś pochlastam. Naostrzony nóż nie pomógł, utkwił w dyńce. Opanowałam dopiero sytuację, gdy wyciągnęłam Solingena - piłkę, której ciocia mamie zazdrościła z całego serca :) Bałam się, że ząbki się połamią, ale nie, dała radę.


 Epicko to wygląda, co nie? Hokkaido, śliwki, jabłka, cebula, czosnek (cała główka), papryczka - wypróżniłam lodówkę - więc na winie, oczywiście z przyprawami, w tym z imbirem i z gałką muszkatołową. Zapiekłam, zmiksowałam...

Jak wróciłam do domu (a po 13 duchowi ich dałam w pysk i poszłam, choć po 13 zaczęli słać emilki), dodałam mleczka kokosowego i odgrzałam...

Emilki ogarnęłam, a na piecu wciąż pyrkoli 


 żurawina leśna z cukierem. Przeleżała w zamrażalniku dokładnie rok, więc najwyższa pora ją ogarnąć. Do camemberta będzie jak znalazł. Inżynier czasem bierze, a jak nie - bez łaski, sama zjem :) Zdrowa na nerki, do herbaty też można dodać (wspomnienie herbaty po rosyjsku w Drużbie, w przerwach na studiach - vis-à-vis mojej Alma Mater - z konfiturą, to se ne vrati, ale... trochę boli). 

I kolejny dramat - zamiast obiecanych 5 stów z teatru dostałam 360 zł z groszami. Nie wiem, czy księgowa ślepa, czy kombinowała, podpisywałam kontrakt na 500 zł netto (i tak za mało jak na bajzel, który ogarniałam). No tom się zleceniodawczyni pożaliła, a ta, w stolycy będąc, poawanturniczyła się. Mam dostać wyrównanie. Sama bym na to położyła laskę,  bo szkoda mi zdrowia. Najwyżej nie wzięłabym kolejnego zlecenia, ale... No cóż, zleceniodawczyni zależy na mnie.

Bywa :) 

I tak sobie poszłam do Lidla, gdzie zakupy poczyniłam, bo Lidl ma najlepsze warzywa po Manhattanie...

Kontemplując


 wiosenną trafkę (moje bratki już są zaatakowane przez mszyce (sic!), pocąc się w cieniutkim chałacie...

A za oknem 


 jednak jesień już. Zdjęcia z Dębiny widziałam, tam już jesień w pełnej krasie. No ale nie mam się tak kiedy wybrać - starość, kurwa, starość, zanim się ogarnę z tymi jebanymi emilkami po godzinach, będzie już ciemno.

A będzie się działo (jest opcja, że przez tydzień nic nie napiszę, bo nie będzie kiedy), a potem (się śmierdzi) wycug i to chyba na dłużej, olaboga, nie wiem, jak wytrzymam tak długo...

Jedyne, co trzyma mnie przy życiu w tej chwili, w niezłej kondycji, to...


 uwielbiam je, zawsze tak cudnie się rozwijają...


 i pieścichłopy. Szukałam grudni, bo FB przypomniał, ale nie ma, aczkolwiek domowe mają już pączki. 

Jutro połażę w ramach nadrabiania zaległości, bo przede mną kolejny tydzień siedzenia na dupie, tym razem twardo.

Tym bardziej, że coraz szybciej się ściemnia.

I muzyka.

Spotify już zna moje gusta i sam wie, co mi podrzucać.

Nie ogarniam "nowej" muzyki i tych celebrytów śpiewających.

Może i mają to coś, ale...

Nie jest to moja melodia...

I biedny Trampek Nobla nie dostał.

I słusznie.

A pisiorki na każdym kroku manifestują i demonstrują swoją głupotę.

I tak - jestem od tej frakcji mądrzejsza. 

Umiem przyznawać się do błędów.

Głosowałam na Sterczewskiego, wydawał się dobrym kandydatem - młody, zgadzają się nasze poglądy.

Po szopce, jaką odegrał w "niewoli u Izraela", a biorąc pod uwagę inne zdarzenia, w których brał udział jako poseł - wstydzę się, że oddałam na niego głos. 

I tak, jestem za Izraelem.

Nie sądzę, żeby Żydzi, wprowadzają się do PL chcieli tu nawracać na swoją religię.

Ale Hamas, Arabowie - i owszem.

Boleję nad losem Gazy, ale tu nic nie jest proste. Znaczy się, wszystko jest proste jak drut sprężynowy.

 I właśnie przed chwilą dostałam od Inżynierowej  fotkę, jak Kalafiorkówna robi torciki na urodziny Edka.

Nie, nie mam pretensji, że nie jest moją fanką, widać ma jakieś swoje powody, nie wnikam, najważniejsze, że oni są szczęśliwi.

(Takie mi się trafiły synowe z fochami do własnych matek, które przeniosły na mnie,  bogu ducha winną teściową, nie, nie mam córek. Aczkolwiek ja, spragniona matki jak kania dżdżu, starałam się stanąć na głowie dla mojej teściowej, by być jej - chociaż lubianą - córką. Nie wyszło, wola boska i skrzypce, starałam się do wyrzygu.)

Ale czasami zaboli (chociaż w sumie mam na to wyjebane), że tak naprawdę nigdy, ale to nigdy nie złożyła mi życzeń w moje urodziny, nawet na tę jebaną siedemdziesiątkę, którą w sumie celebrował sam Inżynier, biorąc wolne. Sama przymawiałam się u niej o tort, bo robi epickie. No cóż, dostałam tort z cukierni - nie powiem,  smaczny był. Prezenty zawsze sponsoruje Inżynier. Ale miło byłoby dostać drobiazg, za grosz, z myślą o mnie. I usłyszeć: hej, dobrze wychowałaś syna. Nie doczekam :) 

I to są jebane drobiazgi, które mnie czasami wkurwiają.

Ale potem oddycham głęboko, włączam jazz... 

Ostatnio mam fazę na jazz, choć bardziej gustuję w pop, folku, country.

No cóż, niezbadane są drogi życia :) 

I tak, słuchając dla odstresowania 


 

 myślę o jutrzejszej wyprawie na Manhattan, bo dawno mnie tam nie widzieli.

I cieszę się, że Umarlaki już ogarnięte. 

Chałupka też.

Reszta zupki z dziś na jutro...

 

Pora coś wymyślić...

 

Może wreszcie na Dębinę dotrę?

 

 

 



 

 

 

 

niedziela, 5 października 2025

Mówił

 że za wcześnie jedziemy jak na Wszystkich Świętych, Kochany Pamiętniczku.
Ja zaś upierałam się, że OK, bo tak zazwyczaj jeździliśmy.

No i FB przyznał mi rację - rok temu byliśmy dokładnie tego samego dnia, z Łobuzami.

Pogoda nam sprzyjała, było ciepło, aczkolwiek chłodnawo, no i jeszcze nie peregrynowała cała Polska.

Jechanie zaś samochodem, w którym kierownica zwariowała to nie takie hop siup. Może z żoną mu łatwiej, bo ona jest kierowcą, a ja nie - nawet jak widzę, że nadjeżdża z przeciwka samochód, nigdy nie jestem pewna, czy on się zmieści, wyprzedzając - nie umiem w ten sposób oceniać odległości. 

Ale prawie całą drogę jechało się spokojnie, chociaż dwa razy musieliśmy czekać po kilka minut - bo był ruch wahadłowy - prace na trasie idą pełną parą.

Roboty za dużo nie było, w sumie moglibyśmy grobów nie myć, ale umyliśmy, wszystkie trzy. Moja E. jest naprawdę idealna. Zmieniliśmy kwiaty (poprzednie nawet specjalnie nie spłowiały), a tym razem poszłam po rozum do głowy i nie zapaliłam wszystkich wkładów, tylko po jednym. A do pozostałych zniczy włożyłam nowe wkłady - jak ktoś przyjdzie i będzie chciał wymienić, to zapali.

Pogadałam z Umarlakami jak czekista z czekistą.

Śmietniki już kipiały z górką od śmieci, trzeba było nasze położyć obok, bo się nie zmieściły. A na cmentarzu są dwa śmietniki.

I taki grób minęliśmy, odrestaurowany, widać, że ktoś o niego dba. Bo to grób z lat 30. XX wieku.

Piękny na tle tych wszystkich marmurów, lastrik, granitów i chujwiczegojeszcze.  

Pojechaliśmy do knajpy na stacji benzynowej, bo nam tam zawsze smakuje, a nie chcieliśmy krążyć po mieście - mnie zależało, żeby wrócić do domu w miarę wcześnie - na I. czekało skręcanie jakiegoś mebla, a jutro leci rano do Londynu. Mnie tym razem ominął wycug, bo rozkład zajęć Inżynierowej pozwoli na ogarnięcie Łobuzów, a we wtorek dziadek wleci odsikać psa i odebrać Łobuzy. Dziadek jest na emeryturze i mobilny, niech też się trochę zajmie wnukami. Ja musiałabym się przenosić już dziś, z całym bajzlem, bo tydzień pracujący mam, tylko po to, żeby odsikać kundla i odebrać Łobuzy, a wracałabym do domu dopiero w środę wieczorkiem. Więc bez sensu. Za to nie ominie mnie dłuższy wycug pod koniec miesiąca - niby po zamknięciu, ale 3 dni, które przeciągną się do 6 (nie uśmiecha mi się to), bo chcą iść w sobotę na imprezę, więc bez sensu jest, żebym ja w piątek wracała do domu tylko po to, żeby w sobotę wozili do mnie Łobuzy i odbierali w niedzielę. Jeszcze zobaczymy i uzgodnimy. Ja mam już bardzo mało miejsca, bo powstawiałam badylki, a oni lepiej bawią się u siebie w domu, gdzie mają swoje lary i penaty :) 

No i ja też trochę środowisko zmienię, a co, trzeba.

Knajpa zamknięta była, albowiem wesele (dobra jest, dobrze karmią).

Więc ją tylko osikaliśmy i wio.

Google nie pokazywało nic interesującego, ja z okolic pamiętałam tylko zajazd U Maćka, gdzie przed jakimiś 30 laty dobrze karmili. Zamieszanie było, bo tam teraz przebudowują drogę, zjechaliśmy, ale zamiast zajazdu był wielki i wypasiony ODZ, prowadzony nota bene przez byłego ucznia mojej mamy i znany w Europie :) 

Za 2 km miała być knajpa Wieża.

Zajeżdżamy na koźmiński rynek  (w Koźminie leży moja babcia, mama mojego ojca, niedawno tam zmarła moja kuzynka, a w tym roku mój kuzyn, zawiadamiał jej prawnuk - którego ostatni raz widziałam przed półwieczem, jak obgryzał farbę ze szczebelków łóżeczka). Nie zjechaliśmy, jak już wspominałam  - gonił nas czas. Taka to familia, niefamilia, lata lecą, ludzie się mijają. 

Na rynku 

zadbanym, ładnym, odjeżdżając już z samochody cyknęłam pompę, taką, jak stała na moim podwórku...


 No ale czas, nie było jak połazić.

Takie czasy.

Wieża.



 Czyściutka, puściutka (jeden stolik zajęty i my), ceny z Kosmosu (znaczy się takie niskie, że ojapierdolę)...

Zamówiłam tradycyjnie dorsza. Bo lubię. Ale nie lubię przyrządzać.

Inżynier wziął schabowego z pieczarkami i posłał żonie fotkę, bo ona nie cierpi ani schabu, ani pieczarek. 

Odpisała, że pomidor jest OK :) 

Ja posłałam swoje danie, odpisała, to już lepiej wygląda :) 


 Dorsz rozpływał się w ustach, zmieniaczki jak za młodych mych lat (tylko w okolicach K. są takie), a kapustka zasmażana była wniebowznosząca. Za całość plus 2 piwka, kierowca oczywiście bezalkoholowe, zapłaciłam 99 zł. Za porcję dorsza o połowę mniejszą, a moja była kolosalna w Sfinxie płacę 75 zyla. Więc poprosiłam o podwyższenie rachunku, ale pani mówi, że nie może (płaciłam kartą), nie wolno im brać napiwków. 
Więc poszperawszy w portfelu, gdzie miałam tylko grube nominały, znalazłam zabłąkaną setkę i położyłam na bufecie.

Sumitując się, że tak mało, a kobieta patrzyła na mnie, jakbym się z choinki urwała i chciała mi to 10 zł oddawać. Nie chciałam już wydłubywać groszy z portmonetki, więc zwialiśmy w podskokach, umawiając się już na następną wizytę tam. Fotka Inżynierowego dania poleciała do UK, żeby kumpel wiedział, jak dobrze jest w PL :) 

I tak sobie gawędząc o problemach rodzinnych, pracowych,  krajowych, światowych, o okrutnym świecie młodości moich wnuków (moje używanie brzydkich wyrazów, które mi się czasem w ich obecności wymykają, to małe miki przy grach, o których opowiadał Inżynier). Nazwy gry nie pamiętam, po angielsku, pewno bym nawet nie umiała jej napisać. Otóż jest platforma, na której są gry w stylu, że do kibla wpada ludzka głowa, a ty na nią kupę robisz, żeby nie powiedzieć: srasz. Zdziwiona pytam, jak to, a on, mamo, nie żyjemy na bezludnej wyspie. Jego dzieci mają blokadę rodzicielską, Alienek już ma ścisły nadzór, a wiadomości o tej grze przynoszą... ze szkoły, bo koledzy grają, nie wszyscy rodzice pilnują tego, co robią ich dzieci. Alienek jest zafascynowany tym, co wyprawiają w tej grze jego koledzy i nawijał jak makaron na uszy... 

Widzę, że moje dzieci mają większe problemy z wychowaniem dzieci niż ja, która mogłam je spokojnie pod blok puszczać, a jedynym przestępstwem było to, że wzięli zakazaną im gumę do żucia (zakazaną, bo znajomy lekarz, znany i szanowany, długo i szeroko opowiadał, jak nie udało im się uratować dziecka, które taką gumę połknęło i zaklinowała mu się w przełyku), czy też eksces Pierworodnego, który w jakimś wyrzuconym gdzieś czajniku próbował palić wąsy z kukurydzy (nie wyobrażam sobie, jak to szło), co zaś oduczyło go palenia na całe życie :) 

TV u nas w domu nie grał nigdy na okrągło, programy były dobierane, gry na kartridżach też, a najbardziej przerażający dla mnie był Carmageddon, który jednak nie obudził w nich żadnych zbrodniczych instynktów.

Potem już nie kontrolowałam gier, wiem, że chłopcy perfekcyjnie opanowali angielski właśnie dzięki grom. I. mi dziś powiedział, że jemu właśnie lepiej się myśli i mówi po angielsku, nie po polsku.

Pomogło im to w życiu...

I tak sobie gawędziliśmy o wszystkim i o niczym, ustalając szczegóły mojego pochówku - jestem już spokojna, choć nie powiem, nawrzeszczał na mnie i to zdrowo, że za wcześnie, ale doszliśmy do konsensusu.



   I tak mknęły minuty, krajobraz urozmaicały wiatraki, pełno ich tam (te produkujące prąd), jeszcze miałam parę pogadanek o fotowoltaice i planach (ale dobrze wiedzieć, czym żyje dziecko) i jak zbliżaliśmy się do M. zaczęły się przelotne ulewy.

Eks został więc zrugany i...

W samej M. nie padało już.

Ale grób nas ubawił.

I owszem, bywa tam ktoś, albowiem były uzupełnione wkładami  trzy olbrzymie znicze, które tam stały jak byliśmy na wiosnę, z których wywalałam wkłady olejowe. I do zostawionego przeze mnie skromnego wianuszka z goździków, który wyglądał jak wczoraj kupiony, dostawiony był inny. Inżynier, ściągnąwszy wszystko z płyty, zarechotał. Płyta była brudna, te mosiężne litery znów zafajdane na maksa. Po zniczach brudne kręgi...

Zarechotał, bo on zawsze się z tym męczy (ja już nie). I tak sobie mruczał, że kurwa, leży tu dziadek 3 żyjących jeszcze osób, pradziadek 10, dziadek też 10, więc mógłby ktoś raz posprzątać, bo jeśli chodzi o Eksa, to jest tylko ojcem dwóch, którzy ten grób sprzątają na zmianę. 

Nie licząc oczywiście ciotków i pociotków.

Rozumie, że mogą być już starsi ludzie, niemający siły tak jak nie mam już ja (kadziłam mu, że odżyłam, odkąd mam podwózkę - bo taka prawda, i odkąd sprząta, a na moje odpuść, mówi zawsze: nie, bo mnie ciocia inaczej uczyła). Dobre mam dziecko - mówię, że jak umrę, ma odpuścić K., a on na to, że chociaż raz na rok wpadnie aż minie termin dzierżawy, potem odpuści. Nie sądzę, żebym do dziewięćdziesiątki dociągnęła, ale gdyby nie daj borze iglasty, to też odpuszczę. Bez przesadyzmu. 

I tak dojechaliśmy do Heimatu, wręczyłam mu smoking i całą resztę oprzyrządowania (ma garderobę, a ja mam mało miejsca w szafie). Parę śmieci elektronicznych, z których kiedyś chciał zbudować rakietę na Wenus albo innego Marsa. Pelerynę profesjonalnego rolnika - myślę, że to lepsze rozwiązanie na sikupę w deszczu czy ulewie, bo ręka wolna na zbieranie skarbów po psie. Parę słoiczków przetworów. Gruszki dla Alienka, KLAPSY (sic!), ale okazało się w praniu, że Alienek wyrósł z gruszek, teraz na fali jest melon jakiś tam... Porzeczki dla Kalafiorkówny i mandarynki, jakich dawno nie było...

Książeczki zakupione niedawno.

Kasztany, które zbierałam, jak wiało, a które nagle sobie zażyczyli.

Puściłam więc go z torbami.

Dziękując za piękny dzień.

Cóż, bywają i takie.

A u mnie znów my Echo, my Shadow and Me...


 Umarlaki powinny być już zadowolone i zaopiekowane.

A ja?

 Wyśpię się, jutro już mam kolejkę na emilku, więc nie pogniję w łóżeczku.

I to niepognicie mnie trzyma.

I znalazłam, szukając peleryny koty na łeb na Halloween, różki diabelskie, do których brakuje mi  baterii (dokupię), i łosie na Gwiazdkę.

Jak się bawić, to się bawić, czapkę sprzedać, pas zastawić.

A i jeszcze w przelocie dałam mu upoważnienie na pobranie całej kasy z mojego konta, jak wyciągnę kopyta.

Nie będzie dochodzenia spadkowego, ma brać, co zostało.

Ile zostanie nie wiem, bo jak mówi przysłowie: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. A ja mam zamiar jeszcze trochę pożyć, poszaleć, a może i przepić.

Zobaczymy. 

Nie skrzywdzi brata, bo nigdy się nie krzywdzili.

A po co jakieś korowody?

Z tą nadzieją pozostaję, do napisania, Kochany Pamiętniczku :)  

 

Update: Zapytałam I., co z robić z książeczkami do nabożeństwa.

Bo mam ich cały karton, naszych i innych, niektóre datowane na rok 1800 któryś z hakiem. Po mojej mamie, jeden z podpisem mojego dziadka, czyli jego pradziadka. Zaproponowałam wielką beczkę na ogródku. Odpowiedział, że na ogródku to on mnie rozsypie, żeby zaoszczędzić na kosztach, zawsze może się potknąć i rozbić urenkę.

A książeczki trzymać, bo... to świadectwo dziejów i jego dziedzictwo jak coś.

Po kim  on taki popierdolony jest?? 

 

 

piątek, 3 października 2025

Dzień

 jak co dzień, Kochany Pamiętniczku :) 

Jeden tekst na emilku, drugi przyszedł o 14.40, więc miałam go już w pompie.

Wczoraj wieczorem sprawdzałam jeszcze prywatną pocztę i znalazłam... receptę, o którą prosiłam w zeszły piątek. Straciłam już nadzieję, że ją dostanę, a tu zonk :) A że zmęczona byłam, to ledwo okiem rzuciłam i zanotowałam, że dwa opakowania, jak prosiłam.

Poczekałam do 13, w międzyczasie emilek, że firma ubezpiecza do leczenia w PZU. Pakiet Komfort opłaca pracodawca. No to się zapiszę, przedtem wszystkie  pakiety były płatne, więc się nie zapisywałam, bo Inżynier ma, P. zdaje się też. P. zadowolony, I. klnie, ale też biorą mu sporo, bo 700 zł. Chyba ma ubezpieczoną tak całą rodzinę.

I już zacieram łapki, że i ja będę hohoho, ale pamiętam, jak I. narzeka, że zarejestrować się gdziekolwiek, to jak wygrać milion w środę, milion w sobotę, czy jak to tam leciało.

Więc studiuję i nagle BUUUUM.

Ubezpieczają tylko ludzi do 67. roku życia.

Nie żyję już zatem dla systemu, nie opłaca się we mnie inwestować, a co dopiero mnie leczyć.

Kiedyś, nie mając jeszcze 60 lat, dostałam z zakładu propozycję ubezpieczenia się na życie, że hohoho, jaka okazja.

Że nie szkodzi, że jestem stara.

Jak już wypełniłam wszystko, okazało się, że w moim przypadku musiałabym oddać 1/3 pensji na składkę.

Podziękowałam. Mam ubezpieczenie kontynuowane jeszcze bodaj z czasów mojej pierwszej pracy w korekcie. I dobrze, że z niego nie zrezygnowałam. Wprawdzie nie są to kokosy, pewno bym taką  kwotę odłożyła przez te 30 lat płacenia składek, ale...

Dostałam odszkodowanie za śmierć teściów, ojca, brata, męża. I chłopcy coś dostaną, po dołożeniu kasy z ZUS starczy na zakopanie moich prochów albo inną opcję. No i ubezpieczyłam się w nim dodatkowo (od pół roku) w razie śmierci w wypadku komunikacyjnym na ładną kwotę. W dzisiejszym zwariowanym świecie trzeba się zabezpieczać, rowery i hulajnogi polują na mnie od dawna.

Strzyżonego się nie strzyże, tylko strzeże :) 

MW się nie odezwała, a ja się nie dopraszałam.

W sumie w dupie mam, miałam spokojny dzień. U mnie samej słowo droższe od pieniędzy, ale widzę, że następne pokolenia tak nie mają. I nie, nie jest mi absolutnie żal.

Wyrosłam już z żałowania czegokolwiek - wychodzę z założenia, że żałować czegoś, co się stało to cecha życiowych partaczy. Mam obiad na dwa dni, jutro sobie wypocznę, tylko ekwipunek na Umarlaków spakuję, spacerem zrobię.

Ale...

Obrażona na aptekę za tę marżę na Cytykota, poszłam do osiedlowej.

I przekonałam się na własnej skórze, że złość jest złym doradcą.

Był ON. Moja zmora. I zamiast się odwrócić na pięcie, podałam numer recepty.

I zaczęło się, bo zapytałam, czy mogę wziąć oba opakowania od razu. Gość, mało że mówi z prędkością karabinu maszynowego, to ma jeszcze zarost.

I ni chuja nie mogłam go zrozumieć.

Więc pokazuje, że mam wyjąć słuchawki.

Mówię, że to nie ma znaczenia, bo mam niedosłuch i czytam z ust.

Więc, zamiast kurwa, włączyć myślenie - wszak w aptece bywają różni ludzie - wziął kartkę, ołówek, ale napisał tak, że nawet ja, korektorka ze stażem, nie zrozumiałam, o co mu chodzi. a mówiąc spuścił łeb tak, że w ogóle nie widziałam ust.

A chodziło o to, że na recepcie było 1 opakowanie, a ja domagałam się dwóch.

Rozmawialiśmy jak gęś z prosięciem, zanim nie odtworzyłam drugiego dziwnego SMS (nie e-recepta, ale LEKARZ - nigdy takiego nie dostałam jeszcze) i tam jak wół stało: 1 opakowanie. 

Zapłaciłam, nie wdając się już w tłumaczenie, że w innej aptece wydają leki pełnopłatne w całości od razu, nawet na recepty długoterminowe, tylko bezpłatne są limitowane czasowo.

Przeprosiłam, bo dlaczego nie?

Moja wina, było brać, płacić i spierdalać :) 

W tej samej aptece kobieta, którą doskonale rozumiem, jak mówi, sprzedała mi na receptę farmaceutyczną krople do ucha z antybiotykiem.

Zapisałam zatem w kajeciku: widzisz tego faceta - spierdalaj :) 

I przeproś się z apteką, w której zawsze kupujesz. 

To nie wina personelu, że jest taka marża.

Sprawdzaj, kupuj jak coś na Alledrogo (chociaż Inżynier wczoraj pisał, że coś się tam ze Smartem - czyli dostawą za darmo pokiełbasiło). Zapłacę za dostawę, to małe miki. Ale nie będę przepłacała :) 

I tak ogarniając posprzątaną chałupkę, w porywie nawet dokładnie ścierałam kurze (hahahaha, ścieranie kurze w wykonaniu AI to był hit), no i wlazłam na świeczkę. O zapachu lawendy. Dostałam ją kiedyś w prezencie - wiadomo, że jestem porąbana na światełka. A teraz jest apogeum wchodzenia w światełka.  A takich świeczek mam pierdyliard, stoją i kurz zbierają, bo to pamiątki.

Mam świeczkę w słoiku - arbuza. 


 

 Dostałam od Barana w czasie jednej z pierwszych wizyt.


 Zapach lasu i kawa...


 Kierownik budowy podrzucił mi kiedyś masę świeczek, niektóre wypaliłam, ale kominiarz wciąż czeka na swoją kolej :) 


 Zielona herbata też od Kierownika Budowy, nawet gdzieś mam jeszcze oryginalne opakowanie... Kierownika Budowy nie widziałam bodaj od jakichś 8 lat. Zdążył się rozwieść i zniknął z mojego radaru. Był (jest) przyjacielem I., ale też nie mają już kontaktu, bo... zawsze był trudny w pożyciu, a teraz jest w jakiejś sekcie zdrowo się odżywiającej i zdrowo żyjącej. Namawiał mnie, starą babinkę, do wstawania o 5 i praktykowania stania na głowie, bo to zdrowe... No nie wiem, czy samodzielne stanie na głowie w moim wieku po latach niećwiczenia i przybytku wagowego byłoby takie zdrowe. Kiedyś i owszem, stałam na głowie bez problemu (dosłownie), ale to było kilkadziesiąt kilogramów i lat temu :) 

Też pachnie...


 Szyszka, w miarę świeży nabytek, dostałam na Gwiazdkę od teścia I.


 Jedna z wizyt w UK i taka butelka - jak od naszej śmietanki z dobrych butelkowych lat :) 

 


 Zapach bursztynu - sojowa, zapala się trudno i nie powinna się palić dłużej niż dwie godziny. Upierdliwa w obsłudze.


 No i każda wizyta w Action to znów nowe świeczki. Wiem, wiem, niezdrowe to, ale...

W moim wieku samo życie jest już niezdrowe.

Nie liczę poutykanych w szafkach i gdzieś jeszcze innych egzemplarzy, no i tych dwóch, ociekających krwią, które zapalę w Halloween :) (Taki jest plan).

Parę tych zboczeń mam: świeczki, naparstki, badyle, książki... Więcej grzechów nie pamiętam.

Nie kupuję butów (nienawidzę nowych), torebek, ciuchów...

Kremów (mam takie dyżurne, jak mi już skóra płatami schodzi, kremów do rąk nienawidzę, bo po nich wszystko mi leci z rąk). Kosmetyków do makijażu - pudru nie miałam nigdy, poza ta przesyłką od szwagierki z DE, kiedy to wysmarowawszy się pudrem i różem, wystraszyłam śpiącego Eksa, który chciał pogotowie wołać). Na lakiery do paznokci miałam fazę przez niecałe pół roku. Wciąż podziwiam tipsy i inne cuda wianki. I naprawdę szkoda byłoby mi każdego grosza na manicure. Obcinam pazury krótko, już 2 mm doprowadzają mnie do szału. O paznokciach napiszę kiedyś :) 

Tusz do rzęs - raz na rok kupuję nowy, który wysycha.

Szminek nigdy nie używałam. Mam bardzo czerwone usta, jakoś tam wyglądają z moimi zębami, ale moje zęby w zestawieniu ze szminką, nieważne, jakiego koloru - są po prostu niekompatybilne.

Cieni do powiek nie używam do wieków, chociaż były czasy, że ojciec chodził za mną i marudził: jak puchacz w klatce wyglądasz, kto to widział kwiatek malować. A moja miłość (największa, przecierpiana) nawet zafundowała mi kąpiel pod pompą, żeby zmyć mi artystyczny malunek, bo kochał mnie saute. Szkoda, że nie do końca. 

Jedno zboczenie pielęgnuję i to kosztowne zboczenie.

Nawet idąc do śmietnika używam perfum.

Bez nich jestem goła (naga, mamo, naga)...

Zapachy to osobna historia w moim życiu. 

Więc tak mi ten dzień, na przemian z Fascination  Nata King Cole'a i Chris Barber's Jazz Band i Petite Fleur, gdzie w którymś momencie coś tak łka, że serce mi pęka, jak w Królowej Śniegu na pierdyliard kawałków - minął.

Spokojnie.

Z my Echo, my Shadow, and Me...

Jutro po gruszki dla Alienka (będzie jego ojciec, to zabierze, a takich gruszek, jak od Wypycha to w żadnym markecie nie ma), pakowanie na wyjazd do Umarlaków...

W takiej chwili serce się nigdy nie myli...

Trochę żal i czasem chciałabym się jeszcze raz zakochać.

Ale szybko mi mija ta chętka...

 

 

 

 

czwartek, 2 października 2025

Na drogę

 cnoty chyba wróciłam, Kochany Pamiętniczku :)

Bo tak, z łóżka wygramoliłam się o 8.45. No dobra, poleżałam, pograłam, z Inżynierem się przywitałam, Pierworodnego pomęczyłam i dopiero potem wstałam :)

Niecny plan miałam, że dzisiaj Dzień Dziecka będzie, zatem siwego, łysego łba nie myję, ale posprzątam w szafie, gdzie bajzel woła już o pomstę do nieba, coś upichcę, ogarnę gospodarczo chałupkę.

No ale jak to u mnie - cały pogrzeb na nic.

Na szczęście karteczkę przykleiłam (tak, z mojego kalendarzyka, że Cytykota mam dziś odebrać...

A... zatem łeb trzeba umyć, bo choć czysty mam, to moje włosy po każdej nocy (znaczy się ta resztka, która mi została) wyglądają, jakby piorun w rabarbar strzelił.

Ale najpierw poczta. 

Są emilki, w tym rachunek za neta.

Rachunek płacę,  emilki ogarniam i sruuu do łazienki, żeby nie wyglądać jak portret Iron Maiden :) 

Śniadanko. 

I prawie już ostatnie odcinki 911, ogarnęłam 8 sezonów. Ostatni już tak głupi, że sztuczna szczęka mnie bolała, ale skoro tyle zniosłam, dojadę do końca :) 

I tak dociągnęłam do 13. No cóż, jestem uczciwa i swoje godziny ogarniam. Jak pracowałam stacjonarnie, też siedziałam całymi godzinami bez pracy, ale nigdy nie wychodziłam wcześniej. Głupie to, bo logiczniej byłoby, żebym mogła wyjść rano, załatwić swoje i ogarnąć resztę w ciągu dnia. Ale nie będę zmieniała zasad, trudno, cierp ciało. Cierpi, bo nie mam siły latać tak, żeby załatwić wszystko punktualnie do 9. Mogłabym nagiąć zasadę, ale życie nauczyło mnie, że czasem jak ktoś chce psa uderzyć, to kij zawsze znajdzie.

Nevermind, anyway :) 

 I tak ogarnęłam się migiem i poszłam w świat bez plecaczka, z wózeczkiem. Do apteki, ale zboczyłam do Maciejki, bo wczoraj widziałam koszmarny i drogi (40 zł) bukiet zaśmiecający planetę, ale... Coś wsadzić muszę, a takie cuś w stanie nadającym się do patrzenia wytrzyma do wiosny, kiedy zmienię je na kolejny zaśmiecacz. 

Tym razem Umarlaki dostaną różne bukiety, a co. Od wczoraj bukiet podrożał o 5 zł :)

W aptece za Cytykota - dwa opakowania, bo tyle zamówiła, widząc ceny w necie, zapłaciłam... prawie 90 zł.

No i chuj.

Sprawdzam na Alledrogo - opakowanie identyczne, liczba tabletek takoż, ten sam producent - niecałe 23 za opakowanie.

Kurwa.

A nie chciałam męczyć Inżyniera, bo wciąż nie umiem w Alledrogo (właśnie zlikwidowali mi założone przed laty konto) i w paczkomaty. 

A taka niby mądra jestem.

No mógłby ktoś ze mną do paczkomatu podejść i jak krowie na rowie pokazać, ale nie, nikt nie ma czasu.

A ja jestem z tym niekompatybilna, tak samo jak do dziś jestem niekompatybilna z pilotami.

Znaczy się, jakiegoś przystojnego, emerytowanego, przygarnęłabym, a co mi tam, żeby już nie latał, cobym nerwów nie traciła. Bo ten jeden przystojny, którego znałam, był kanalią jakich mało i już nie żyje. I dobrze mu tak...

No dobra, do dziś nie umiem obsługiwać pilota, choć I. wynosząc się z memłona zostawił mi pisemną obsługę tegoż. A miałam wypasiony odbiornik TV, kino domowe i głośniki w suficie :) 

A i tak poległam na pilocie. Korzystając tylko z ukochanego kompika.

Kino pojechało do UK, no i tam nagle zeszło z tego świata po jakimś czasie, choć dojechało nieśmigane.

Zatem będę męczyć dziecko o Cytykota, nawet jak w ramach łaskawości postawię mu wino, to i tak wyjdę na swoje. 

Mniejsza z większym, ale widać, że apteki to jednak zuo jest.

Bo ja coraz więcej wydaję na suplementy, inna bajka, że działają, bo mój wzrok jednak nie pada, a i spanie się uregulowało.

Muszę jednak poszukać tańszych źródeł.

Amen.

I do rzeźnika wlazłam.

Zasadę mam: kupuję mięsko i każę sobie mielić (mleć - kiedyś tylko mleć było poprawne). Wybieram kawałek łopatki i proszę, żeby ją zmielić (zemleć). W końcu to rzeźnik, nie market.

Ale... Nie poszłam do rzeźnika w Galerii, bo chciałam wracać inną trasą, poza tym tam są kolejki na pół godziny z hakiem stania. A mnie się stać nie chciało, bo słoneczko nakurwiało...

Pani zaś pokazuje na korytko i mówi: ale tu jest mielone wieprzowe.

Ja, uparta: proszę o ten kawałek łopatki i zmielenie go.

Łopatka 19,90 za kilo, a mielone 29,90 i chujwi co w nim jest. 

I nie, żeby mi ta cena robiła aż taką różnicę, ale...

Gdybym była tylko na emeryturze, robiłaby.
I zauważam, że coraz częściej wszędzie robią nas w bambuko.

Więc zaczynam sprawdzać rachunki, promocje, ceny i miejsca.

Do gazetek i latania od sklepu do sklepu jeszcze nie dorosłam, ale...

Też chcę dobrze żyć, a na podwyżkę nie mam  szans... 

I tak, rozumiem, praca na własny rachunek, podatki, ogrzewanie, dzierżawa, minimalna krajowa rośnie.

Ja to na pamięć już umiem.

Kraść nie umiem.

Więc chociaż tak będę się bronić. 

Muszę się nauczyć nie machać ręką, jak zamiast 10 deko, o które proszę, ładują mi 17. 

I jeszcze paru innych rzeczy.

Trudno, jestem sama, mam jeden żołądek i nie lubię marnować żywności, a czasem ją marnuję.  

I tak poszłam dalej w stronę słońca, z wózeczkiem, zamiast plecaczka, okrężną drogą, nie ulegając pokusie wskoczenia do autobusu.

W połowie drogi zrobiłam strip-tease, bo słoneczko się rozpędziło...

I tak trasę, którą wcześniej ogarniałam w 20 minut, przelazłam w godzinę.

Ale...



  

pozachwycałam się pięknem doczesności...

Choć to tylko mój fyrtel jest...

A pod kasztanami na osiedlu zaskoczył mnie wiaterek, no i znów wróciły tamte chwile, gdy:

mówiłeś włosy masz jak kasztany...

Kasztanowy oczu blask miał on, nie ja, po nim moje dzieci i wnuki są wciąż kasztanowe...

A ja mam na stole te, co leciały jak rudy grad...


... troszku się nagimnastykowałam, zbierając... Wujek Janek kiedyś w liście pytał, dlaczego mówię troszku... Nie wyjaśniłam, bo była i epoka troszku. Minęła. Na całe szczęście nie skrzywdziłam do końca tak nikogo, oprócz siebie, ale cóż. Zapłaciłam za to.

I dragonfly złapałam, choć z telefonu, to dupa blada. Ale siadł na kamieniu...


 i pozował.

Baran po dwóch dniach podziękował.

Nie zapytałam MW, czy wpadnie jutro. P. ma zwolnienie do piątku (dopiero teraz ogarnęłam, że jutro jest piątek, więc drążę, do którego). 

Klopsy zrobiłam na jutro.

Ogarnęłam chałupę, ale bez podłóg - ogarnę jutro, dziś mając do wyboru podłogę a bloga, wybrałam bloga :) 

W szafie posprzątałam. 

Łazienkę i kuchnię ogarnęłam.

I tak bez fajerwerków, spokojnie minął mi dzień.

Dzięki ci, życie za spokój.

Za muzykę, bo ona koi moje porąbane fobie...

Niech trwa.

Nie myśleć o szaleńcach u władzy, nie tylko naszych.

Nie myśleć, że jutro wszystko jebnie z hukiem albo i bez huku.

Niech trwa to, co piękne jest.

Do końca.

A jutro, o ile nie doczekam MW...

Pójdę znów w daleki, obcy świat... 

środa, 1 października 2025

I kolejny

wrzesień za mną, Kochany Pamiętniczku.

Cieszę się, że skończył się bez większych sensacji, w każdym razie bez katastrof życiowych.

No dziś się okazało (ale to już październik przecież), że P. ma grypę (sam zdiagnozował), a do lekarza nie mógł się dodzwonić, przyjechał do przychodni i... już numerków nie było. Będzie próbował jutro.

I tylko ja się denerwuję, mam tak od zawsze.

Bo to moje dziecko, nieważne, jak stare, jak głupie.

Moje.

Dziecko.

No i wczoraj nie zapisałam się na trzyletni kontrakt w ENEA, miałam taki kiedyś i byłam zadowolona. Ale nie wiedziałam, czy warto, zapytałam I., bo on też tam. Odpisał, jak już spałam, a poszłam wcześnie spać, bo nasza pojebana spółdzielnia, która kazała nam włączyć kaloryfery na początku września, nie włączała ogrzewania aż do dziś... i marzłam. Rano włączyli, zostawiłam kaloryfery na maksa na pół dnia i... w domu jest za gorąco, choć ten elektroniczny cud pokazuje wciąż 23-24 stopnie.  Inżynier mówi, że to OK, ale... Stoi toto koło kompika - grzeje i monitor, i sam kompik. Normalny staroświecki, wiszący przy byłych drzwiach bez ogrzewania spadał do 17-18 stopni, po włączeniu grzania pokazuje 19-20 i... nie jest mi już zimno, chociaż wskoczyłam znów w dresowe portki, ciepłe, ale już nie muszę polaru nosić, wystarcza T-shirt, co mnie raduje, bo ja zawsze mam problem, jak mam długie rękawy albo zegarek.

I tak z kronikarskiego obowiązku - pocieszajkę dostałam


 a mówi się, że żyją jak pies z kotem, a tu proszę, egzystencja idealna. Tylko Arya nie zaszczyca hołoty swoją obecnością, pilnując fotela pańci :) 

Bratki kupiłam, cóż, grzesznam, słaba. Nie będę ich okrywać, co ma być - będzie.

Ale jeśli nawet tylko krótko nacieszą oczy - warto.


 Przesadzone na razie trzymają się krzepko, zobaczymy, jak będzie dalej, bo prognozy są nieciekawe.

Zadowolona jestem z odzieżowych zakupów, bo jest mi idealnie ciepło, mimo że nadal popylam w sandałkach. Kto bogatemu zabroni?

Szlag mnie tylko trafia w sklepach, bo grzeją, jakby za oknem był mróz trzaskający - personel popyla w T-shirtach, a mnie pot cieknie po pleckach, a trudno zdejmować wierzchnie okrycie, jak się nie ma trzeciej ręki - wózeczek i sklepowy koszyk albo wózek i gdzie ta trzecia łapa jest?

Kalendarza szukam. Na biurko. No wiem, wiem, w kompiku jest. Ale ja potrzebuję takiego. 


 



 I nie ma nigdzie. Znaczy się, jest na Alledrogo, ale za ponad 30 zyla. Szkoda mi takiej kasy. Dotychczas męczyłam w pracy i dostawałam, ale... Odkąd firma jest inna, nie chcę już tam jechać. Kiedyś dostawaliśmy,  Danusia zawsze dla mnie miała. Nie ma Danusi, nie ma kalendarza. 

Wiem, fanaberia, ale stara jestem, mam swoje przyzwyczajenia -  karteczki przydają się jak coś trzeba szybko zapisać, a komp wyłączony. Zresztą w kompie czasem znika w bałaganie (tak, mam tam nielichy bałagan), a karteczka cierpliwie leży. No i patrzę na miesiąc i widzę od razu wszystko. Nie muszę wpisywać PIN, szukać kalendarza, no i widać jaśniej. Chociaż w październiku już się okazało, że 10 jest przesunięty na 14 (pamiętam, choć jeszcze nie zaznaczyłam). 

Cóż, każdy ma jakiegoś bzika.

A we mnie walczy zwierzę niechcące jechać na tę blaszaną ulicę, ze zwierzęciem, które ma wydać 33 zyla...

Bo niestety, spadająca inflacja jest  dla mnie, excusez le mot, pierdoleniem o Szopenie.

Już dostałam podwyżkę czynszu od stycznia (sic!) 2026, przekroczyłam magiczną kwotę 700 zł.

Cała afera była na grupie na FB. Ale możemy się w dupę ugryźć, płacić trzeba. Nowe władze dokręcają nam śrubę tak samo, jak dokręcały poprzednie, które kradły. Te też kradną i kto wie, czy nie lepiej. 

Mam płacić za gaz prawie 18 zł.

Po dyskusji na grupie okazało się, że ludzie z innych spółdzielni mają (nie ogrzewając) rachunki na poziomie 8 zł miesięcznie.

Ja w tej chwili mam prawie 16. Za jedną osobę. A jak ktoś ma 4 osoby w rodzinie, płaci 16 razy 4 :|

Wałek na maksa.

I jeszcze mamy płacić, grosze wprawdzie, ale za jakąś niedopłatę za gaz z 2021 roku. Wielu lokatorów nie miało już wtedy gazu, założyli te kuchenki indukcyjne, albo... w ogóle tu nie mieszkali :)

Oj, wrze w osiedlowym kotle, a ja dziś, wędrując w siną dal, bez plecaczka, odkryłam dzieło wandala - kretyna na osiedlowym bloku. Za to też zapłacę ja...


 Nie nauczyli go w domu szacunku dla wspólnych rzeczy.

Tak, świat jest  pełen idiotów, kretynów i wandali.

Ale i fajne widoczki były...

Bo w zaroślach chował się


 czarny jak noc poślubna, z zielonymi ślepiami, jak lasery. Patrzył na mnie tak, że aż dreszcze miałam. Czułam, że jestem intruzem w jego świecie, że broni swojego terytorium i że mam w podskokach spierdalać. A jednocześnie ani drgnął, gdy wyciągałam telefon, wpisywałam PIN itede, itepe...

Polazłam  do Rossmanna, zahaczając o aptekę, zamówiłam Cytykota, polecanego przez mojego okulistę, do którego online mimo zachęt nie mogę się zapisać od paru dni, co podnosi mi ciśnienie - będę musiała chyba pojechać do P. Oby była pogoda na czekanie na powrotny autobus - ale na razie nie mam jak pojechać, bo rejestracja jest tam do 13, a ja do 13 właśnie pracuję. Teoretycznie, ale pracuję :) 

Bo Ludwik mi się kończy.

A wszędzie coraz droższy.

I w Rossmannie szok - Ludwik w znów zmniejszonym opakowaniu, jeszcze niedawno po 8,90 tam, kosztuje... 9,99.

A niby inflacja spada.

Nosz, kurwa.

Nie kupiłam. Polazłam do Biedry, gdzie akurat była promocja i za 2 opakowania tegoż zapłaciłam 12 zł  bez 2 groszy. Przeprosiłam się z Biedrą, mało, że naklejki na kolejne parszywe maskotki zdobyłam, to i koncentrat pomidorowy o wiele taniej kupiłam, a drogi jest, a ja w tym roku nic z pomidorami nie kombinowałam, przeszedł mi szał na przetwory.

I bardzo podrożały płyny do kąpieli i pod prysznic.

I gdzie jest ten spadek inflacji, chyba potaniały znów jakieś lokomotywy.

I rozumiem prawa ekonomii, ale...

Co z tego, że zarabiający minimalną dostaną podwyżkę?

To generuje wzrost cen.

Ale tego populacja chowana na pisiorach latami nie ogarnia.

Dajom.

A że zabierajom więcej niż dajom? Nieważne, im nie zabierajom, bo nie majom z czego. Zabierajom mi.

Tacy jak ja najbardziej dostajom w dupę.

Ale cóż, żyć trzeba.

Ora et labora.

Nosz, kurwa, a co mają zrobić tacy, którzy non orant, laborant?

Już kiedyś był taki napis na bramie:

Arbeit macht frei... 

Znaczy się - opus vos liberat.

Praca czyni wolnym.

Poniekąd...

Poniekąd się z tym zgadzam, ale czasami mnie wkurwica bierze.

Tak, dzięki pracy wciąż jestem wolna.

Wciąż mam na badylki i na wino, bez oglądania każdego grosza.

Ale zastanawiam się - qui bono?

Bo wstaję coraz później (wiem, wiem, mogę w łóżku nie grać).

Śpię coraz dłużej (doczytałam się, że pora odstawić melatoninę).

Tyle że nie wiem, co będzie, jak potem znów nie będę tak słodko spać?

Dobra, koniec dzielenia włosa na czworo, albo jak kto woli - zapałki :) 

Wracając do domu, kontemplowałam :)

(Nie, że plułam pod kątem prostym, po prostu kontemplowałam ;) 





 Jak się człowiek zna na grzybach, nie boi się ołowiu, to i w środku miasta sobie grzybobranie zrobi.

 A tak na serio myślę, że zamienię się w emerytkę, ogarniającą gazetki (kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy pacholęcia dwa miałam na stanie, lataliśmy, znaczy się, przeważnie ja latałam, tam, gdzie było o parę złotych taniej). Dziś - teoretycznie - nie muszę, ale kto wie?

Tempora mutantur et nos mutamur in illis...

Obym nie miała gorszych zmartwień, o to ciebie, życie, proszę...

W planach wyjazd do Umarlaków.

Zobaczymy, co z tego wyjdzie.